Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

„Kulturalne” sankcje Polski

Posted by Marucha w dniu 2014-08-12 (Wtorek)

Polska domagała się sankcji najgłośniej i stanęła obok Ameryki na czele krucjaty antyrosyjskiej rozumianej jako zapowiedź wojny z Rosją. Każdy myślący obserwator tej krucjaty zdaje sobie sprawę z tego, do czego prowadzi taktyka osaczania Federacji Rosyjskiej, jaką rolę w globalnej polityce USA odgrywa przewrót na Ukrainie i zapoczątkowana przez majdan kijowski wojna domowa.

Sankcje Zachodu wobec Rosji były od dawna zapowiadane przez polityków poszczególnych rządów i związane z nimi (najczęściej podporządkowane im) media, a także środowiska opiniotwórcze. Miały być karą za ponowne przyłączenie do niej Krymu i „destabilizację” Ukrainy.

Polska domagała się sankcji najgłośniej i stanęła obok Ameryki na czele krucjaty antyrosyjskiej rozumianej jako zapowiedź wojny z Rosją. Każdy myślący obserwator tej krucjaty zdaje sobie sprawę z tego, do czego prowadzi taktyka osaczania Federacji Rosyjskiej, jaką rolę w globalnej polityce USA odgrywa przewrót na Ukrainie i zapoczątkowana przez majdan kijowski wojna domowa. Łatwo też domyślić się, jaki cel ma antyrosyjska propaganda amerykańsko-unijna – uzyskanie przyzwolenia tzw. światowej opinii publicznej na militarne zaatakowanie Rosji.

Ze strony USA to nie tylko próba obrony dolara przed detronizującą go finansową polityką grupy BRICS, a jednocześnie próba zachowania pozycji supermocarstwa. To nade wszystko walka ideowa NWO z tradycją narodową i starym porządkiem wartości, których rzecznikiem staje się Rosja. Globaliści działający pod flagą USA, również europejscy, spieszą się. Chcą bowiem narzucić swój porządek świata nowym państwom i społeczeństwom zanim BRICS zaproponuje swój – alternatywny dla globalnego wyzysku, dla globalnej lichwy, a nade wszystko dla globalnej, zmakdonaldyzowanej, genderowej kultury, kształtującej globalnego człowieka i uderzającej w każdą narodową kulturę.

W tym wymiarze zniszczenie Rosji, która stawia opór temu cywilizacyjnemu megatrendowi, jest dla zachodnich globalistów zadaniem numer jeden. W tej sytuacji każda prowokacja wobec Moskwy może stać się zapłonem światowego pożaru. Władimir Putin świadom jest tego, iż niewyobrażalne zagrożenie ludzkości jest realne, dlatego popiera wszelkie nowenny, peregrynacje cudownych ikon i pielgrzymki do miejsc świętych w intencji Rosji. Nade wszystko umacnia w Rosji wartości chrześcijańskie.

Niestety, polskie elity polityczne i opiniotwórcze – z katolickimi włącznie – pragną w tym śmiercionośnym konflikcie odegrać nie tylko rolę herolda, zapowiadającego wojnę, ale – przede wszystkim – takiego podżegacza do niej, który pragnie jej przyspieszenia. Gdy Siergiej Ławrow jako minister spraw zagranicznych Moskwy studził w lipcu bieżącego roku zapał UE w narzucanym przez administrację Białego Domu antyrosyjskim kursie sankcyjnym, polski minister Radosław Sikorski objeżdżał Unię Europejską i domagał się od Brukseli jak największego zaostrzenia tego kursu i jak najszybszego jego wdrożenia.

Karne działania Stanów Zjednoczonych i podporządkowanych im sojuszników Ławrow skwitował trafnie: Unia jest trzymana krótko na pasku Waszyngtonu. Używając poetyki rosyjskiego ministra, stwierdzić należy, że Polska jest trzymana na tym pasku jeszcze krócej niż Bruksela – tuż przy nodze swego największego „sprzymierzeńca”. Wsparła USA w zorganizowaniu kijowskiego „Majdanu” i przeprowadzeniu zamachu stanu na Ukrainie, którego konsekwencją było wypowiedzeniu przez jej nowe, faszystowskie władze wojny zbuntowanym mieszkańcom południowo-wschodniej części kraju.

Dodatkowo jednak jako jedyna wprowadziła swoje sankcje wobec Rosji – aby wypaść lepiej od pozostałych państw, trzymanych na pasku amerykańskim. Odwołała bowiem firmowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a przygotowywany od dłuższego czasu przez różne instytucje i środowiska, nade wszystko kulturalne, naukowe i społeczne – „Rok Polski w Rosji”, którego zwierciadlanym odbiciem miał być „Rok Rosji w Polsce”.

Te polskie sankcje, uderzające nade wszystko w polsko-rosyjskie relacje w sferze kultury, obliczone były na podwójny efekt. Z jednej strony miały być dla innych państw trzymanych na amerykańskim pasku przykładem antyrosyjskiej krucjaty kulturowej. Z drugiej – miały zniechęcić, czy wręcz przymusić Moskwę do odwołania „Roku Rosji w Polsce”. Skończyły się jednak fiaskiem – nie zachęciły unijnych państw do podobnych działań, nie zmusiły także do kulturowych retorsji rosyjskich władz.

Tak więc Polska jako lider antyrosyjskiej krucjaty na tym odcinku wypada blado. Dlaczego jednak trzyma się kurczowo pozycji lidera?

Każdy przecież, kto choć trochę orientuje się w trudnościach związanych z normalizacją stosunków polsko-rosyjskich po 1989 roku, przyznać musi, że jest ona trudna nade wszystko w sferze szeroko rozumianej kultury czy – zgodnie z rozróżnieniem niektórych teoretyków – kultury i cywilizacji, stanowiących determinanty kształtujące mentalność Polaków i Rosjan.

Pewne nadzieje na wzajemne otwarcie i przejście na grunt dialogu zrodził wystosowany w sierpniu 2012 roku przez ks. arcybiskupa Józefa Michalika i patriarchy Cyryla apel o pojednanie narodów. Stał się on jednak solą w oku wszystkich polskich – również katolickich – amerykanofilów, nade wszystko jednak hojnie sponsorowanej przez USA i Izrael – jako beneficjenta globalnej polityki Waszyngtonu – amerykańskiej agentury wpływu, oddziałującej skutecznie nie tylko na sferę polskiej polityki, ale również kultury i nauki.

„Kulturalne” sankcje Polski wobec Rosji to ich symboliczne zwycięstwo w antyrosyjskiej krucjacie – obejmuje bowiem sferę mentalności, w której zaistnieć miały aksjologiczne podstawy dla urzeczywistnienia historycznego apelu o pojednanie. Polska dała światu do zrozumienia, że jest jego sumieniem w organizowaniu krucjaty przeciw Rosji. Nie jest to jednak sumienie podporządkowane prawu naturalnemu ani też – tym bardziej – prawu Bożemu i z niego wypływającym wartościom chrześcijańskim.

Sumienie uczestniczących w antyrosyjskim kursie polskich amerykanofilów jest podporządkowane „wartościom europejskim” i wartościom NWO. Dla globalnej polityki stanowią one nową aksjologię, w której mamy do czynienia – podobnie jak w epoce komunizmu – z odwróconymi znaczeniami podstawowych pojęć etycznych i epistemologicznych. Zło jest lansowane jako dobro, kłamstwo jako prawda. Przykłady można mnożyć.

Rzuca się w oczy nazywanie kijowskiego zamachu stanu walką o demokrację, a dokonywanego przez faszystowskie władze ukraińskie ludobójstwa w Odessie, Republice Donieckiej i Ługańskiej – walką o wolność Ukrainy. Identycznie zachowują się polscy amerykanofile w odniesieniu do Bliskiego Wschodu, wspierani przez ideologów syjonizmu. Nie tylko ukrywali przed polską opinią publiczną informacje o dokonywanym w świecie islamu ludobójstwie chrześcijan i różnych mniejszości religijnych, nie tylko milczeli na temat zbrodni wojennych Izraela – nade wszystko w strefie Gazy – ale stawali i stają jawnie po stronie agresorów – ludobójców w Iraku, Libii, Syrii, Palestynie.

Nawet teraz, gdy świat zaczął się domagać zapobieżenia dalszych działań ludobójczych, milczą. Nie słychać, aby ci, którzy u boku USA zaatakowali przed kilkunastu laty Irak i poprzez wojnę oraz okupację spowodowali w nim islamską rewolucję, poczuwali się do jakiejś winy w obliczu dokonywanej tam obecnie przez zwolenników islamskiego Kalifatu eksterminacji chrześcijan. Polscy amerykanofile uważają, że informacje o nalotach amerykańskich na pozycje islamistów uspokoją opinię publiczną i zmażą z nich ich winę oraz zdejmą historyczną i moralną odpowiedzialność za losy nie tylko Irakijczyków, ale również chrześcijan. Judasze chrześcijaństwa.

Dla legitymizowania swoich proamerykańskich i proizraelskich postaw wobec sytuacji na Bliskim Wschodzie budują mity kulturowo-cywilizacyjne, użyteczne w sterowaniu oraz zarządzaniu kryzysami – dostosowane do potrzeb NWO. Szafują więc pojęciem cywilizacji judeochrześcijańskiej, która nigdy nie istniała i o której nie mówią żadne teorie cywilizacyjne. Mało tego, często pojęciem tym usiłują wymusić uległość polskich katolików wobec polityki USA i Izraela ci sami, którzy w odniesieniu do Rosji lansują pojęcia Feliksa Konecznego, wyraźnie przeciwstawiającego cywilizację łacińską cywilizacji żydowskiej. Przeciwstawienie to ignorują, a koncentrują się na tym, które jest użyteczne w krucjacie przeciw Rosji. Na akcentowaniu różnic między łacińskim i bizantyjsko-turańskim ukształtowaniem cywilizacyjnym.

W ataku na Rosję stają się nagle łacinnikami ci sami, którzy nimi nie są w sprawach Bliskiego Wschodu. Zmieniają kryteria poznawcze i paradygmaty dla celów globalnej polityki USA i jego sojuszników. Ignorują zasady logiki i fakty historyczne. Nie są w stanie podejść twórczo do typologii cywilizacji Konecznego, powstałej w epoce komunizmu, która unicestwiła w Rosji bizantyjskie fundamenty cywilizacji, opierając się na turańskich – gromadnościowych.

Tymczasem powrót narodu rosyjskiego do tradycji i do chrześcijaństwa jest faktem, który winien być przymusem aksjologicznym i epistemologicznym do przewartościowania koncepcji Konecznego. Obecnie o kształcie cywilizacji Rosji decyduje jej chrześcijańska przeszłość i chrześcijańskie wartości, a nie piętno niewoli mongolskiej i jej pozostałości turańskie. Ideologiczne zaślepienie amerykańskiego lobby w Polsce jest jednak tak piramidalne, że woli ono wybrać w swej propagandzie przemilczanie faktów i omijanie prawdy, niż w jakimkolwiek stopniu przeciwstawić się neokońskim ideologom NWO.

Amerykański pasek elit rządzących Polską po okrągłym stole jest na tyle twardy, że nawet elastyczne podejście do rosyjskiej aksjologii w sferze kultury, a nade wszystko religii byłoby dla Warszawy gestem niemal heroicznym na rzecz wartości, określonych przez Maxa Schelera mianem pozytywnych. Modalna hierarchia wartości, zgodnie z założeniami Schelera, przedstawia je w porządku rosnącym – od najniższych do najwyższych, w szeregu pozytywnych i odpowiadających im negatywnych. Są to wartości oznaczające to, co przyjemne i nieprzyjemne, użyteczne i nieużyteczne, szlachetne i nieszlachetne (tym przypisane są wartości witalne), duchowe oraz kulturowe (m. in. moralne, poznawcze, prawne) oraz ich przeciwieństwo i – stojące na szczycie – wartości religijne, które dzielą się na święte i nieświęte. W Schelerowskiej hierarchii i zarazem typologii, te wartości, które dominują w sferze kultury i religii, mają nacechowanie pozytywnie. Świadomie bądź podświadomie wyczuwa to nacechowanie każdy aksjologicznie ukształtowany umysł, również ten, któremu obca jest filozofia wartości i Schelerowska ich hierarchia, a nie jest obce prawo naturalne.

W świetle wartości, „Rok Polski w Rosji” miał być ważnym elementem kształtowania relacji polsko-rosyjskich ponad podziałami politycznymi – rosyjską geopolityką i polską opcją transatlantycką. Mógł też być ważnym krokiem w stronę pojednania, o które apelowali ks. arcybiskup Józef Michalik i patriarcha Cyryl. Pojednanie to jest tym bardziej aktualne w obliczu wojny domowej na Ukrainie i rysującej się w jej horyzoncie wojny światowej.

Odwołanie przez Polskę tego „Roku…” to krok wstecz, powrót do wrogich pozycji i odwrót od wartości pozytywnych. To świadectwo głębokiego kryzysu nie tylko kulturowego i intelektualnego, ale również duchowego elit rządzących Polską.

Prof. Anna Raźny
http://konserwatyzm.pl

Komentarzy 10 do “„Kulturalne” sankcje Polski”

  1. Aguirre said

    Świetny text, brawo Pani profesor.

  2. Luxeuro said

    „Polska domagała się sankcji najgłośniej ”
    Każdym razem jak widzę te dwa słowa obok siebie , „Polska domagała ….”, wywołuje to u mnie śmiech. Gdzie te nasze wizy do USA ? 🙂

    Grecja ktora już siedzi w finansowym szambie ma dosyć sankcji wobec Rosji,
    http://www.eutimes.net/2014/08/eu-infighting-over-russia-sanctions-retaliation/

  3. P. prof. Raźny to jedna z bardzo nielicznych pozytywnych, a nawet chwalebnych postaci wśród skundlonej i spodlonej do cna „polskiej” inteligencji.

  4. Filo said

    Wydaje mi sie, ze Polska miala racje ze odwolala ten Festiwal kultury rosyjskiej. Kulturowo obcy.
    No bo jakbysmy wygladali?
    Dzis w wiadomosciach w TV pokazywali kijowski majdan a na nim radosne kukly Myszki Miki, misia Jogi i Kaczora Donalda i jeszcze takich innych zwierzatyek z Disneylandu. Ze to niby juz basniowa Ameryka panuje na majdanie. Buldozerami i palkami wywalili cala rodzima kulture.
    Podobne zachwyty nad ‚kultura’ kowbojska ogarnely Polske. Juz nie mamy zespolow ani programow ludowych czy wspolczesnej polskiej kultury. No, przepraszam, w Sukiennicach mozna jeszcze kupic kierpce – atrakcja turystyczna.
    W Polsce jest taki ‚trynd’ ze polska kultura – to zadna kultura.
    Polska moze urzadzac zjazd pedalow, festiwal skinow, zlot pedofilow i rap-istow, marsze przyjazni z banderowcami, chor wojskowy NATO (kanonada) bo kowbojskie zolnierze jakos nie spiewaja; tance dronow – ale nie kultury bo to juz temat passe.
    Zapazdala Moskwa niech sobie sama tancuje – nam nie zaimponuja wstecznictwem i nawrotem do koronkowych strojow bezwstydnie zakrywajacych 80% pieknego ciala ludzkiego.
    Wstyd, ze jeszcze ktos sie uczy jakichs tancow ktore do nocnych klubow ani do Jarocina sie zupelnie nie nadaja.
    A za Bugiem to juz Azja. My jestesmy czescia judeozachodu.Dlatego mozemy urzadzac tylko festiwale zydowskie. Mamy swietnych zachodnich dyrygentow.

  5. Romank said

    ANo panie Filo..wysnione, wymarzone, wyczekane… dla cielatek wszystkie marzenia koncza sie w rzezni.

  6. Brat Dioskur said

    Polacy najpierw mieli zrec jablka ….po kilku dniach okazalo sie ,ze i tez …papryke!Jablka mozna jescze przezechowac ,papryka zas juz po dwoch dniach nadaje sie do wyrzucenia ,jak to perorowal w RM jakis plantator paryki.Teraz w Holandii dramatyczny apel badylarzy zeby zrec holenderskie warzywa ,a co to juz polskie nie mozna?Na jednym z parkingow w Niemczech widzialem rosyjskiego TIRa ktory zdazal w kierunku zachodnim ,co tez tam wiezie zastanawailaem sie ,bo przeciez juz nawet spiewakow z Rosji na Zachodzie nie chca kontraktowac.

  7. revers said

    `’Doliczyłem się w księgarniach krakowskich i warszawskich około dwudziestu książek wydanych w ostatnich latach na temat generałów i feldmarszałków niemieckich z czasów drugiej wojny światowej. Są to wspomnienia, monografie naukowe lub opracowania publicystyczne – autorów przeważnie niemieckich. Z pewnością nie zauważyłem wszystkich. Nie zalegają półek księgarskich i sam chętnie bym je poczytał, gdybym miał na to czas. Już nie tylko czołówka generalicji Wehrmachtu, jak Guderian, von Manstein, Rommel, Keitel, admirałowie Roeder i Dönitz – długo by wyliczać – ale także dowódcy SS, że wymienię tylko wojennego i przedwojennego zbrodniarza Seppa Dietricha, mają w języku polskim poświęcone sobie dzieła. Księgarze mają lepsze rozeznanie, ale wydaje mi się, że polscy generałowie – poza Andersem i Berlingiem – nie cieszą się takim zainteresowaniem czytelników.
    Który Polak odegrał największą rolę w drugiej wojnie światowej? Niestety, nie Sikorski, nie Sosnkowski, nie Anders ani Maczek, lecz Rokossowski. Pod swoim dowództwem miał miliony żołnierzy. Rozbił niemiecką armię pod Stalingradem i wziął do niewoli feldmarszałka von Paulusa. Był to moment przełomowy w tej największej wojnie w dziejach świata. Stalingrad we wszystkich językach europejskich, już nawet w niemieckim, jest synonimem zwycięstwa, tak jak Waterloo jest synonimem klęski. Stalin nie chciał, aby także chwała zdobycia Berlina przypadła Polakowi, i dlatego kilka miesięcy przed zakończeniem wojny odwołał Rokossowskiego ze stanowiska dowódcy 1. Frontu Białoruskiego, mianując na to miejsce Rosjanina Żukowa.
    Żaden z legendarnych generałów i marszałków wojsk alianckich nie może się równać z Rokossowskim, jeśli chodzi o dokonania wojenne. Najsławniejszy z nich marszałek Montgomery powiedział: \”to, czego dokonałem, nie dorównuje temu, czego dokonał marszałek Rokossowski\”, i były to słowa tyleż kurtuazyjne, co prawdziwe.
    Oczywiście, zaczyna się zaraz dyskusja, czy Konstanty Rokossowski był Polakiem”

    http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/rokossowski

    o przekladach literatury polskiej na jezyk rosyjski juz wspominalem, ktore mozna coraz czesciej znalezc na zachodzie w ksiegarnaich i antykwariatach niz w Polsce
    lub
    skad te nagle zainteresowanie lemingow polskich ssmanskim kultowym chowem? zeby tak leczyc swe kompleksy to juz zgroza i katastrofa typu teutonskiego Untergang..

  8. Zdziwiony said

    Fikcja judeochrześcijaństwa

    Są bowiem tylko dwie służby społeczne, od których rzeczywiście oczekuje się stałego głoszenia prawdy; i tylko prawdy. Pierwszą służbą jest prezbiter – „starszy w Kościele”, czyli duchowny katolicki. Zadaniem jego – jak mówi pamiętna Encyklika Fides et ratio z 1998 r. – jest „diakonia prawdy”: rozdzielanie jej wśród wiernych i niewiernych, jak ongiś diakoni rozdzielali wśród ludu chleb. Drugą służbą jest profesor – nauczyciel akademicki, czyli z samej już nazwy „głosiciel” prawdy. Nazwa podchodzi przecież od łacińskiego profiteor, co znaczy „głoszę”.
    Obie prawdy – ta wiary i ta rozumu – głoszone są przy tym nie jako czyjeś indywidualne zapatrywania, chociażby najszczersze, lecz jako prawda obiektywna i trwała, przekraczająca ograniczoność każdej jednostki i zasługująca przez to na szacunek i posłuch: jako to, czego naucza Kościół i to, co stwierdza nauka. W obu wypadkach głoszona prawda opiera się na wielkiej tradycji; to ona jest jej gwarantem.

    Od dwudziestu lat wprowadzane jest przez media do obiegu nowe pojęcie: pojęcie „judeochrześcijaństwa”, przedtem nieznane. Wprowadza się je bez uzasadnień, mimchodem, tu i tam nadmieniając o jakiejś „tradycji judeochrześcijańskiej”, albo „judeochrześcijańskiej cywilizacji”. Wprowadza się tę nowość, jak gdyby rozumiała się sama przez się, nie mogła budzić niczyich wątpliwości. Nikt nie pyta, czy taka „tradycja” albo „cywilizacja” w ogóle istnieje lub kiedykolwiek istniała; po prostu taki sposób wyrażania się wprowadza – i to coraz częściej i śmielej, oswajając pomału świadomość społeczną z tym terminologicznym nowotworem. Mamy dojść do przeświadczenia, że nie jesteśmy – jak sądziliśmy dotąd – spadkobiercami cywilizacji łacińskochrześcijańskiej, lecz „judeochrześcijańskiej”.
    W mediach dokonuje się w ten sposób gwałt na naszej samowiedzy historycznej. I nikt nie wyraża sprzeciwu – żaden dziennikarz, ani profesor uniwersytetu. Dlaczego milczą? Bo się boją! A to pokazuje, że nie są ludźmi naprawdę wolnymi, bo człowiek wolny nie boi się mówić, co myśli; ani pytać, gdy rodzą się w nim wątpliwości. To jest jego cecha rozpoznawcza.
    Wolność słowa jest stale zagrożona. Obronić można ją tylko przez stałe jej użytkowanie. Nieużywana wiotczeje i zanika, jak nieużywane mięśnie. Dlatego w imię wolności słowa, zapobiegając jej atrofii, powiedzmy wyraźnie: żadnej „judeochrześcijańskiej” tradycji ani cywilizacji nie ma i nigdy nie było. Określenie to jest propagandową fikcją, wtłaczaną pod ciśnieniem medialnym do świadomości społecznej. Jego celem jest rozmiękczanie tradycji chrześcijańskiej – by rozmiękczoną łatwiej zgnieść, rzecz jasna. Tradycja chrześcijańska i tradycja żydowska to są dwie tradycje różne, które nie biegły razem, lecz obok siebie, całkiem niezależnie.
    Historyczne związki chrześcijaństwa z judaizmem są znane od dwóch tysięcy lat. Przez te dwa tysiące lat nie przychodziło nikomu do głowy, by propagandowo chcieć te tradycje stapiać w jedną lub chociażby tylko zacierać ich odrębność. Cóż zatem usprawiedliwia dzisiaj to dodawanie chrześcijaństwu przedrostka „judeo-”? Nic nie usprawiedliwia, jest to manewr czysto propagandowy. Przedrostek ów ma sugerować symbiozę obu tradycji, jakiej w rzeczywistości historycznej nigdy nie było. Wprowadzanie go jest mistyfikacją.
    Spójrzmy bowiem na sprawę z drugiej strony: czy w judaizmie istniał kiedykolwiek – wyjąwszy czasy Apostołów – jakiś nurt prochrześcijański, „chrystożydowski”? Nie było takiego, były to dwie religie od siebie niemal hermetycznie izolowane – w doktrynie, w kulcie, w organizacji i w obyczajowości. I takie pozostały po dziś dzień. Punkt styczny, jaki mają w Starym Testamencie, nie zbliżał ich do siebie ani w oczach żydów, ani w oczach chrześcijan – wprost przeciwnie, dzielił je ostro jego interpretacją.
    Co zaś do związków historycznych ze Starym Testamentem, to równym prawem, jak o tradycji „judeochrześcijańskiej”, można by mówić o tradycji „judeomahometańskiej”, tak ją przemianowywać. Spadek starotestamentowy jest bowiem w islamie tak samo obecny, jak w chrześcijaństwie. Czemu więc nikt tak nie mówi? Bo agresja libertyństwa godzi tylko w chrześcijaństwo, nie w islam. W Europie wadzą im kościoły; nie meczety ani sekciarskie „aśramy”.
    Cywilizacja Zachodu powstała na syntezie dziejowej trzech pierwiastków duchowych: żydowskiego monoteizmu, myśli greckiej i państwowości rzymskiej. Nazwa tej trójsyntezy brzmi „chrześcijaństwo” – bez żadnych przedrostków typu „judeo-”, „helleno-” czy „romano-”. Wszystkie trzy przetworzyły się w nim w nową jakość – jak atomy węgla, tlenu i wodoru w cząsteczce cukru. (Bez sensu byłoby mówić o „węglocukrze”, gdy innego nie ma.) Zbitka słowna „judeochrześcijaństwo” służy do demontażu tradycji chrześcijańskiej przez rozmazanie jej historycznego konturu, przez pozbawienie go dawnej wyrazistości. Zauwamy bowiem, że zbitka działa tylko na jedną stronę: judaizuje chrześcijaństwo, nie chrystianizuje judaizmu. Rozmazuje się tylko stronę chrześcijańską, drugiej się nie tyka.
    Ktoś mógłby tu oponować, wskazując na słynne słowa Jana Pawła II o „starszych braciach w wierze”. Nic błędniejszego! Słowa te znaczą dwie rzeczy. Po pierwsze, są tylko potwierdzeniem tego, o czym właśnie była mowa: że judaizm był matką religii monoteistycznych. To było jasne od dawna. Po drugie zaś – i w tym novum tych słów – deklaruje się w nich gotowość Kościoła, by judaizmu nie uważać za religię chrześcijaństwu wrogą, lecz przeciwnie – uznać za religię śród wszystkich pozostałych chrześcijaństwu stosunkowo najbliższą. I nic więcej: żadne „judeochrześcijaństwo” z tego uznania nie wynika. Podobnie jak z tego, że język słowacki uznamy za stosunkowo najbliższy naszego, nie wynika, że mówimy nie po polsku, tylko „po polsko-słowacku”.
    Słowa Jana Pawła II były historycznym gestem Kościoła, w którym zaproponowano drugiej stronie wygaszenie dwutysiącletniego antagonizmu. Gest ten zawisł jednak w próżni, bo z tamtej strony nikt się do braterstwa w wierze nie przyznał. Zamiast tego forsuje się terminologicznie jakieś „judeochrześcijaństwo”, a winę za wielką zagładę Żydów europejskich przesuwa się propagandowo z III Rzeszy na „chrześcijaństwo” – tu już bez przedrostka „judeo-”. („Bo przecież wszyscy nazi byli ochrzczeni!”)

    Prof. Bogusław Wolniewicz

    http://www.katolickie.media.pl/ogolnopolskie-konferencje-ksd/i-konferencja-ksd/1100-prof-hab-boguslaw-wolniewicz

  9. Zdziwiony said

    Z historii:

    Dr Leon Reich, prezes rady narodowej żydowskiej Wschodniej Galicji

    „Izraelitisches Wochenblatt für Sohweiz”,- 4 kwietnia 1919 r.

    Sytuacja w Galicji Wschodniej jest bardzo niejasna, to też
    trudno sobie z niej zdać sprawę. Koalicja jeszcze nie wie, co tu
    ma postawić w rniejsce obecnej rzezi. Najwidoczniej chce, aby
    ukraińsko-polskie zmaganie się sarno się wyczerpało. Co do nas,
    Żydów, to nie łudzimy się ani na chwilę, aby na Ukrainie zapanował
    dla Zydów raj na ziemi. Bo chociaż Ukraińcy, przyrzekają nam
    wolność narodową, to przeciez wloścjanin ukraiński nie ma jeszcze
    takiego poczucia prawa, aby tern samem pozbył się wstrętu do Żydów.
    Teraz jeszcze zdarzają się w różnych miastach Galicji wschodniej
    wykroczenia przeciw Żydom, zwłaszcza ze strony niższych
    sfer urzędniczych. Musimy jednak nalegać, aby zamieszkiwane
    w większości przez Ukraińców obszary należały do Ukrainy, nietylko
    w imieniu sprawiedliwości, lecz i we własnym interesie, ponieważ
    sytuacja nasza na Ukrainie będzie o wiele lepsza, niż
    w Polsce, gdyż Ukraińcy nas potrzebują. Będzie to miało miejsce
    zwłaszcza w najbliższych 40-50 latach. Ukraińcy, mając mało
    inteligencji, będą nas potrzebowali do handlu, bankowości, urzędów
    i t. d. We własnym interesie muszą protegować tedy inteligencję
    żydowską. Gdy w Polsce bojkot grozi Żydom wypieraniem, na
    Ukrainie oczekiwac należy czegoś wprost przeciwnego.
    Żydzi podniosą kraj pod względem rolniczym; specjalnie gdy
    będzie istniało połączenie z Wielką Ukrainą. Przytem wchodzi
    także pod uwagę moment kulturalny. W Polsce mogą ulec żydzi
    o wiele łatwiej asymilacji, ponieważ kultura polska jest bądż
    co bądż silna. Inaczej ma się rzecz na Ukrainie, gdyz kultura
    ukraińska w stosunku do żydowskiej jest minimalna. Żadnemu
    Żydowi nie przyszloby do glowy zasymilować się z Ukraińcami.
    Ukraińcy nie żądają też tego wcale.

  10. […] lekturę opublikowanego parę dni temu (11 sierpnia) znakomitego tekstu p. prof. Anny Raźny pt. »„Kulturalne” sankcje Polski«, w którym ta znakomita znawczyni tematu obala tego rodzaju mity, wskazując zarazem, jak […]

Sorry, the comment form is closed at this time.