Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    1956 o Polska przygotowuje się na „in…
    Wladca o „Exxpress”: Terror przeciwko…
    Wladca o „Exxpress”: Terror przeciwko…
    1956 o To Wojna
    Józef Bizoń o „Nigdy więcej” zamordyzmu!
    OutsiderR o Polska przygotowuje się na „in…
    1056 o To Wojna
    1956 o „Exxpress”: Terror przeciwko…
    Emilian58 o Wolne tematy (68 – …
    Jack Ravenno o To Wojna
    Marguar o To Wojna
    Emilian58 o To Wojna
    minka o O pożytkach z sentencji
    Jack Ravenno o To Wojna
    Jack Ravenno o „Exxpress”: Terror przeciwko…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 620 obserwujących.

Siła sowchozu

Posted by Marucha w dniu 2014-09-06 (Sobota)

Działania Mińska w zakresie polityki rolnej (i handlowej) zwróciły uwagę obserwatorów międzynarodowych przede wszystkim w kontekście wzajemnych sankcji i wojny ekonomicznej toczonej przez kraje Bloku Zachodniego z Federacją Rosyjską. Dostrzegalne jest wręcz (zwłaszcza w krajach Unii Europejskiej, w tym w Polsce) zdziwienie samodzielnością objawianą przez Białoruś, a także możliwościami i potencjałem gospodarczym republiki.

Tymczasem baczniejsi analitycy widzą w polityce Aleksandra Łukaszenki jedynie prostą konsekwencję dokonanego przez niego strategicznego wyboru obrony suwerenności i wzmacniania siły Białorusi – także na polu produkcji rolno-spożywczej.

Powolna skuteczność

Wg danych administracji prezydenckiej – produkcja rolna w 2013 r. odpowiadała za 8 proc. PKB, a w całym sektorze zatrudnionych było mniej niż 10 proc. całkowitego zatrudnienia w gospodarce. Pomimo tego kraj, z ledwie ok. 10 proc. importem żywności jest niemal w pełni w tym zakresie samowystarczalny. Zwłaszcza aktualnie, w dobie obustronnych sankcji (w tym także ograniczeń sanitarno-epidemiologiczno-weterynaryjnych ustanowionych przez Federację Rosyjską) – potencjał białoruskiego rolnictwa wydaje się kluczowy dla utrzymania kruchej równowagi między Wschodem, a Zachodem.

Ponadto zaś – analiza wyników, wydajności i obecnych form organizacyjnych tego sektora gospodarki, wydaje się szczególnie istotna dla przeprowadzenia porównania metod transformacji społeczno-ekonomicznej na Białorusi z tymi zastosowanymi w innych krajach środkowo-europejskich, zwłaszcza w Polsce, dla której rolnictwo przez cały okres komunizmu, ale także w minionym ćwierćwieczu stanowiło wyjątkowo wrażliwą część ekonomiki i polityki socjalnej.

Dość zauważyć, że m.in. w wyniku wdrażania ukierunkowanych celowo programów modernizacyjnych (zintensyfikowanych zwłaszcza w ostatnich latach, od 2011 r.) choćby sama produkcja mleka na jednego mieszkańca jest na Białorusi 2,8 raza wyższa niż w UE, a 8,4 razy – wyższa od średniej światowej, produkcja mięsna – odpowiednio 1,1 i 2,2 razy wyższa, a zbożowa – 1, 6 i 2,5 razy wyższa.

Wraz z Australią, Nową Zelandią, Brazylią i Argentyną, Białoruś jest największym eksporterem produktów mleczarskich na rynku światowym. Republika zajmuje pierwsze miejsce na świecie w produkcji ziemniaków na mieszkańca i jest jednym z największych producentów tych roślin. Produkowane jest tu także 16 proc. światowego lnu (co regularnie daje miejsce w pierwszej piątce).

Z Rosją biznesowo

Obecne, rzekomo „sensacyjne” informacje o tym jak Białoruś jest w stanie wykarmić Rosję w żaden sposób nie są więc niespodzianką dla analityków rynku rolnego, którzy już w lutym 2013 r. zwrócili uwagę na porozumienie między Mińskiem i Moskwą w sprawie wielkości dostaw żywności białoruskiej do Rosji w 2013 roku. Z kolei w związku z obustronnym embargiem – Białoruś ustami wicepremiera Michaiła Rusyja zadeklarowała 150-procentowe zwiększenie eksportu do Rosji produkcji mleczarskiej, 140-procentowe – półproduktów mięsnych i wędlin, 200-procentowe ziemniaków i 40 proc. owoców i warzyw.

Nicość Wspólnej Polityki Rolnej UE

W kontekście rosyjsko-białoruskiej efektywnej wymiany handlowej w sektorze rolno-spożywczym – warto widzieć sytuację polskiego rolnictwa w realiach unijnych. Cokolwiek by nie twierdzili brukselscy propagandyści – nadrzędnym celem Wspólnej Polityki Rolnej jest w ogóle ograniczenie produkcji rolnej w krajach UE, Polski zaś dotyczy to założenie w szczególności, w związku z naszym potencjałem. Uczyniono to m.in. pod zgrabnym i przemawiającym pozornie do zdrowego rozsądku pretekstem „poprawy struktury własnościowej na wsi”, czyli wspierania eliminacji grupy drobnych i średnich producentów rolnych. I choć można przyjąć tłumaczenie o większej efektywności gospodarstw wielkohektarowych, to jednak sam przebieg tego procesu, zawieszonego w społecznej i zawodowej próżni polskiej prowincji – odbił się jednoznacznie negatywnie na dochodach i poziomie życia jej mieszkańców.

Dalej – skutkiem podporządkowania się zasadom WPR (co zakładano z góry i nawet półgębkiem przyznawano) – był spadek opłacalności polskiej produkcji rolnej, związany tak z ograniczeniem instrumentów krajowej polityki rolnej, jak i spadkiem konkurencyjności, a zwłaszcza z pogorszeniem się relacji cenowych między produktami rolnymi, a środkami produkcji i wyrobami przemysłowymi. Właśnie wyrównaniu tych niekorzystnych dla rolników procesów miały służyć osławione dopłaty rolne, traktowane w propagandzie „młodych, wykształconych z dużych miast” jako nieuzasadniony przywilej dla chłopa-nieroba. Fakt, że najpierw temu samemu rolnikowi uniemożliwiono pracę na normalnych, rynkowych zasadach – jakoś krytykom umykał.

Biorąc to wszystko pod uwagę – warto się zastanowić jak mógłby (a ściślej – jeszcze może) potoczyć się rozwój polskiego rolnictwa w przypadku pozostawania poza granicami UE, pod osłoną własnych barier celnych i instrumentów aktywnej polityki rolnej, w tym wspierania eksportu? Wielkim argumentem zwolenników wcielenia naszej wsi do wspólnego rynku – był niegdyś kryzys rosyjski z apogeum w 1998 r. i związane z nim załamanie finansowe, skutecznie zniechęcające naszych producentów i eksporterów do obecności w Rosji.

Ponieważ zaś w wyniku programowego odwracania od Wschodu, na jakiś czas miejsce Polaków zajęli m.in. Niemcy, Holendrzy, czy Amerykanie – długo nie zauważano w naszym kraju zmiany sytuacji ekonomicznej krajów post-sowieckich. Próby przełamania tej zmowy milczenia przez krajową opozycję zorientowaną na współpracę ze Wschodem (jak przede wszystkim rolniczy ruch „Samoobrona” i jej przywódca, wicepremier Andrzej Lepper) – napotykały zdecydowany opór establishmentu pro-unijnego.

Porównajmy bowiem składający się niemal z samych ograniczeń i limitów rynek unijny, jednocześnie otwarty na całe rolne kwoty importowe z rynków wschodzących – z dobrze już zorganizowanym rynkiem rolnym Unii Celnej. Wymiana handlowa produktów i wyrobów rolno-spożywczych jest na tym obszarze wkomponowana w szerszy kontekst polityki energetycznej i transferów technologii, a więc dotyka pól, z których Polacy sami zrezygnowali przez przeszło dwoma dekadami w dość dziecinnym pędzie za „zachodnią nowoczesnością”.

W efekcie przekreśliliśmy w dużej mierze i zdewastowaliśmy znaczną część własnej myśli technicznej i naukowej (jak w rolnictwie nasiennictwo, czy sadownictwo, nie mówiąc o wysokim poziomie hodowli,) w zamian otrzymując w najlepszym razie licencje i to na gorszych warunkach, niż w latach 70-tych.

Tymczasem nie marnując ostatnich dwóch dekad na atlantyckie i europejskie mrzonki – Polacy mogli przecież uczestniczyć w procesie stopniowego doskonalenia technologii odpowiadających typowym dla państw Europy Środkowej warunkom gospodarczym, jak i potrzebom, jednocześnie otrzymując korzystniejsze z pewnością umowy energetyczne i utrzymując dochodowość polskiego rolnictwa. Czy trzeba wyraźniejszego dowodu na całkowitą błędność realizowanego po 1989 r. kierunku geopolitycznego Polski?

Dlaczego lepiej planować samemu

Wolna od ograniczeń Wspólnej Polityki Rolnej, gospodarka białoruska oparła się na własnych planach służących nie ograniczaniu, ale dynamizacji, zwiększaniu wydajności i jakości produkcji rolno-spożywczej. Wg założeń zatwierdzonego Dekretem Prezydenta numer 342 z 1 sierpnia 2011 r. Państwowego Programu Zrównoważonego Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2011 – 2015 wskazano wzmocnienie i rozwój zróżnicowanych form organizacji rolnictwa, poprzez m.in. zwiększenie wpływu moderacyjnej polityki cenowej ze strony państwa, konwergencję i wyrównywanie opodatkowania z krajami członkowskimi Unii Celnej, optymalizację kosztów, poprawę kondycji finansowej podmiotów rolno-spożywczych i szereg innych mechanizmów.

Wraz ze szczegółowymi programami branżowymi Program Zrównoważonego Rozwoju koncentruje się na realizacji konkretnych działań w różnych sektorach agrobiznesu (jak zagospodarowanie przestrzenne, pomoc techniczna, przemysł mleczarski, drobiarski, produkcja wieprzowiny, ziemniaków, warzyw i owoców, produkcja i przetwórstwo lnu, hodowla zwierząt, hodowla i produkcja materiału siewnego).

Założone cele Programu obejmują zwiększenie produkcji wszystkich kategorii gospodarstw do poziomu 139-145 proc., wzrost przychodów ze sprzedaży towarów, produktów, robót i usług w rolnictwie 2,3-krotnie, wzrost zysków ze sprzedaży – 9,2 -krornie, wzrost wydajności pracy o 67 proc., wzrost średniego miesięcznego wynagrodzenia pracowników podmiotów rolniczych – 2,7-krotnie.

Zwłaszcza w tym ostatnim punkcie – muszę pokusić się o refleksję osobistą. W czerwcu 2014 r. podczas IX Białoruskiego Międzynarodowego Mediaforum odwiedziłem z dziennikarską wizytą roboczą ОАО „Агрокомбинат «Дзержинский», uczestnicząc w konferencji prasowej Siemiona Szapiro, gubernatora obwodu mińskiego, a wcześniej między innymi dyrektora generalnego tegoż Agrokombinatu i byłego ministra rolnictwa.

Przedstawiciele delegacji ukraińskiej (w kontekście zmian w tym kraju, w tym także nacisków Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego na reformę podatkowo-dochodową na Ukrainie, wg dawnych wzorców zastosowanych w Polsce) pytali o średnie dochody w przedsiębiorstwie, z taką rzecz jasna sugestią, iż np. w Polsce i innych państwach, które przeszły zachodnią ścieżką przekształceń są one nominalnie per capita wyższe, a więc w założeniu wzrosną też na Ukrainie, gdy pójdzie ona tą samą drogą. Siemion Borysowicz uśmiechnął się tylko, przyznał, że kwoty są niższe, po czym dodał tylko: – Ale my zabieramy naszym obywatelom, pracobiorcom ok. 15 proc. ich dochodów, czy powinniśmy zabierać 40 i więcej, jak to się dzieje gdzie indziej? Czy mamy niby dawać zarabiać po to tylko, żeby zabierać więcej w podatkach, składkach, a także urealnionych wszystkich cenach, bez dopłat (np. do mediów w mieszkaniach)?

Gubernator S. Szapiro ma rzecz jasna rację. Dla mieszkańców Europy Środkowej, w tym Polski najbardziej szokującym i trudnym do wyobrażenia przed 1989 r. kosztem transformacji był wzrost kosztów utrzymania, połączony z lawinowym wzrostem bezrobocia. W warunkach dostępności taniego (rozliczanego w ramach RWPG rublem transferowym) gazu sowieckiego, praktycznie nieodczuwalnych opłatach czynszowych i za energię, a także potrącaniu niewielkich opłat i składek (czyli w praktyce podatków) przez zakład pracy – przejście na opłaty rynkowe doprowadziło do dramatycznego zubożenia społeczeństw i znacznego rozszerzenia widełek płacowych, a co za tym idzie również pogłębionego rozwarstwienia ekonomicznego, aż do pojawienia się grupy oligarchicznej włącznie.

W połączeniu z mechanizmem celowego ograniczania produkcji przemysłowej (a następnie także rolnej) spadły dochody ludności i pojawiło się masowe bezrobocie (wciąż sięgające w niektórych regionach Polski nawet ponad 20 proc.), a następnie emigracja zarobkowa, z której w ostatnich latach skorzystało ok. 3 milionów Polaków w wieku produkcyjnym.

Z kolei w sektorze rolnym przemiany po przejściowym i bardzo krótkim ożywieniu i niewielki wzroście dochodów spowodowanych skokowym uwolnieniem cen żywności – wróciły do poziomu niższego nawet niż w okresie kryzysu lat 80-tych. Na ten negatywny skutek złożyły się szybszy od wzrostu cen produkcji rolnej wzrost cen wyrobów przemysłowych i środków produkcji, a zwłaszcza stosowane w latach 90-tych i później mechanizmy antyinflacyjne, polityka drogiego kredytu, która zahamowała modernizację rolnictwa, wpędziła producentów w pułapki zadłużenia (rosnącego arbitralną decyzją banku centralnego nawet 1000-krotnie!), a jednocześnie zamroziła dochody konsumentów, uniemożliwiając osiąganie dochodów ze sprzedaży. Zlikwidowano też obecne do dziś na Białorusi dotowanie paliwa rolniczego i nawozów sztucznych.

W Polsce lat 90-tych mieliśmy więc z jednej strony do czynienia z inflacją, ale o charakterze podażowym, związanym z wydrenowaniem rynku z kapitału, a jednocześnie recesję wywołaną załamaniem produkcji. Z kolei rolnictwo, które stanowiło element przetrwania zasad rynkowych nawet w realiach komunistycznych – została w bezprzykładny sposób pozostawione nie tylko bez aktywnego wsparcia państwa, ale i bez prognoz polityki finansowej państwa, w realiach całkowitego otwarcia rynku wewnętrznego po zawarciu umowy stowarzyszeniowej z EWG, przy jednoczesnym umotywowanym politycznie wycofaniu z dotychczasowych, wschodnich rynków zbytu i kooperacji. Sytuacji bynajmniej nie poprawiło, a wręcz pogorszyło znalezienie się w strukturach Unii Europejskiej i opisane wcześniej poddanie polskiej gospodarki rygorom Wspólnej Polityki Rolnej.

Gdy WPR ostatecznie utrudniała rozwój i odbudowę polskiej produkcji rolnej – wdrażane na Białorusi programy rozwojowe zbliżyły się już do osiągnięcia wskaźników założonych na rok 2015, jak choćby w liczbach bezwzględnych zwiększenie wartości wywożonych produktów rolnych do kwoty 7,2 miliardów dolarów oraz uzyskanie salda handlu zagranicznego w rolnictwie na poziomie 4 mld dolarów. Zintegrowany wskaźnik oceny efektywności produkcji rolnej, biorąc pod uwagę wzrost produkcji rolnej, a także zyski z jej sprzedaży ma osiągnąć 11 proc. – i jest to zupełnie osiągalny poziom, m.in. dzięki racjonalnej polityce władz białoruskich w obliczu kryzysu ukraińskiego i napięcia handlowego w relacjach Rosja-Zachód.

Z punktu widzenia analizy porównawczej konieczne jest również choćby śladowe, ale zaznaczenie fundamentalnej z punktu widzenia stabilności społeczeństw różnicy między deklasacją i regresem cywilizacyjnym polskich obszarów post-rolniczych (tak jeśli chodzi o pozostałości Państwowych Gospodarstw Rolnych, jak i gospodarstw indywidualnych skazanych na socjalną wegetację dopłat podstawowych w ramach) WPR – z działaniami infrastrukturalnymi realizowanymi w ramach rozwojowych programów państwowych na Białorusi.

Ich celem jest m.in. działanie na rzecz rozwoju sfery społecznej osiedli wiejskich, modernizacji agro-miast już istniejących, jak również na poszerzanie zakresu ich oddziaływania na pobliskie wsie (na polu inżynierii, transportu, komunikacji, obiektów użyteczności społecznej). Prowadzone i kontynuowana w perspektywie po 2015 r. będą prace przy budowie mieszkań, rozwoju mieszkalnictwa i usług komunalnych, telekomunikacji, opieki zdrowotnej, kultury, gazy- i elektryfikacji, poprawy sieci drogowej i bezpieczeństwa.

Dla porównania – lata 90-te w Polsce to okres bezprzykładnego zwijania wszelkich form państwowego, czy spółdzielczego organizowania infrastruktury okołorolniczej, jak Państwowe Ośrodki Maszynowe, Państwowe Stacje Nasiennictwa, Spółdzielnie Kółek Rolniczych. Paradoksem jest, że dopiero współcześnie, bardzo powoli i pod dyktando „ekspertów unijnych” odtwarza się w istocie pod nowymi nazwami coś, co na polecenie tych samych „ekspertów” jeszcze przed akcesją do UE likwidowano – jak „grupy producenckie” w miejsce dawnych kółek rolniczych, czy „rynki hurtowe” zamiast zniszczonych związków gminnych spółdzielni, akcje promocji jedzenia ryb – po wyśmiewanej jako komunistyczny przeżytek Centrali Rybnej. Trudno o wyraźniejsze przyznanie się do porażki reformatorów polskiej (środkowoeuropejskiej) polityki rolno-spożywczej i o lepsze uznanie wyższości drogi białoruskiej.

Dla porządku już tylko zauważmy samą skalę przedsięwzięcia rozwojowego na Białorusi w samym okresie 2011-15. Świadczy o niej plan finansowy, opiewający na 29.800.000.000.000 rubli, pochodzących z budżetu (w tym na rozwój sektora produkcyjnego – 27 bilionów rubli, a na cele społeczne – 2,8 bln. rubli. W ciągu ostatnich 10-12 lat państwo wsparło branżę rolniczą sumą 40 mld dolarów.

Przyszły postęp

Myliłby się jednak ktoś uznający obecny stan organizacyjny białoruskiego rolnictwa (jak i całej gospodarki) jak constans. Administracja państwowa publikuje jasne i czytelne zasady rozpoczynania działalności rolnej i zakładania gospodarstw, zaś prezydent A. Łukaszenka powtórzył też latem 2014 r. zapowiedź prywatyzacji podmiotów rolno-spożywczych. Białoruś może stopniowo redukować mechanizmy wsparcia – zgodnie z oczekiwaniami partnerów z Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, przede wszystkim ze względu na już osiągniętą wysoką dochodowość gospodarstw rolnych, rzędu 1,16 bln rubli białoruskich w 2013 r. Innymi słowy – zamiast porzucić swe rolnictwo – Mińsk je zmodernizował, wzmocnił, dokapitalizował i dopiero w pełni radzące sobie z konkurencją zewnętrzną tak w kraju, jak i na rynkach zagranicznych – poddaje planowej prywatyzacji, stymulując odbudowę grupy indywidualnych, ale mocnych kapitałowo producentów rolnych.

Powyższa nader pobieżna analiza polityki rolnej Białorusi pokazuje jak bardzo zdziwienie jej dojrzałością i efektywnością, objawiane przez obserwatorów zachodnich – wynika z ignorancji i anachronicznego spojrzenia na „kraj kołchozów”. Właśnie obecny kryzys międzynarodowy, a zwłaszcza groźba „nowej Zimnej Wojny” udowadnia dobitnie, że to właśnie Mińsk nie zmarnował ostatnich 25 lat, a zwłaszcza ostatnich dziesięcioleci, w których państwem kierował Aleksander Łukaszenka. Dla autora z kraju środkowo-europejskiego, który wybrał zupełnie inną drogę przekształceń i reform – do wniosek szczególnie bolesny, choć i nadzieja na przyszłość, że ktoś w końcu i w moim kraju weźmie przykład z Białorusi.

Tłumaczenie fragmentu artykułu opublikowanego w: „20 лет борьбы за суверенитет в мире глобализации. Белорусский опыт”, Nowy Jork – Moskwa – Mińsk, 2014 r.
Autor: Konrad Rękas
http://prawica.net

Komentarzy 20 do “Siła sowchozu”

  1. Romank said

    Sprawa jest bardzo prosta..zobaczcie bilans handlowy Polski..roznice import export i,,macie odpowiedz, ze warto byc samowystarczalnym przynajmniej w dwoch dektorach energetyc zny i zywnisciowy, aby moc ogrzac i karmic dzieci wlasna zdrowa zywnoscia…
    i jak handlowac to z sasiadami…im blizszy tym lepiej…bo tylko na nich mozna liczyc.
    NO panowie kudy nam do Bialorusi…a mailo byc Ho ho. a nawet hej ze ha:-)))

  2. Forged said

    Jedna uwaga: zwierzęta (jak krowy, owce, świnie, drób) się HODUJE, a rośliny (zboża, warzywa, owoce) UPRAWIA – a nie „produkuje” – do uja pana!!!
    Jak ja nienawidzę tych koszernych potworków językowych…

  3. Miet said

    Sprawy polskiego rolnictwa, polskiej wsi, zawsze mnie interesowały, bo bez mała cała moja młodość do czasu studiów była związana ze wsią.
    W latach dziewięćdziesiątych „wejście” do Europy jawiło się prawie wszystkim Polakom jako coś wspaniałego, coś na co od dawna czekali i coś co rozwiąże wszystkie problemy.
    Polska wieś za czasów PRLu zawsze jawiła się jako wstydliwy przykład zacofania.
    Ponieważ partia była robotnicza więc nie trudno było przekonać ludzi, że robotnik jest ważniejszy od rolnika. Ludziom z miast to nawet imponowało i mieliśmy taką sytuację, że czasami największy przygłup z miasta uważał się za „entelegenta” w porównaniu z nawet nieźle czytatym i pisatym chłopem.
    Taki stan świadomości Polaków sprawił, że było bardzo łatwo rozwalić polską wieś i co za tym idzie przedsiębiorstwa produkujące maszyny dla rolnictwa – przykładem warszawski Ursus.

    Andrzej Lepper był wtedy chyba jedynym trzeźwo myślącym politykiem, który widział co się dzieje i czym to wszystko się skończy. Jego akcje blokowania dróg w ramach protestu zostały uznane przez większość jako dowód na jego zacofanie i natychmiast nazwano go burakiem.
    Dziwnie jakoś takie same akcje rolników we Francji nikomu nie przeszkadzały – widocznie dlatego, że na Zachodzie rolnik to farmer a u nas rolnik to chłop – najlepiej z przydomkiem – pańszczyźniany.

    Do tego wszystkiego trzeba jeszcze dołączyć świadome rozwalanie – rozkradanie polskiej gospodarki przez tych, którzy i wtedy i teraz trzymają w łapskach lejce polskiej polityki.

    Teraz widać na przykładzie Białorusi, że mogło by być całkiem dobrze ale polscy politykierzy mają przyzwolone brać jedynie najgorsze przykłady z Zachodu a szczególnie z USA.
    A przecież wystarczy popatrzeć jak działa rolnictwo tutaj w Ameryce. Ktoś powie, że to nie ta skala i nie ma co się przyrównywać do Ameryki.
    Uważam jednak, że można było wiele zaczerpnąć z tego co mamy tutaj.
    Mam na myśli system CO-UP, który istnieje tutaj od dawien dawna. To temat bardzo szeroki i nie jestem w stanie to uciągnąć ale wydaje mi się, że mądry Łukaszenka coś takiego zaadoptował u siebie i to dało bardzo pozytywne skutki dla jego kraju.

    Ale u nas w Polsce najważniejsze są chwytliwe hasła – jak nie UE to Białoruś – no to macie Polacy UE i cieszcie się dalej.

  4. Romank said

    Panie Mieciu..to bardzo zlozony problem..ale Polska z rolnictwem byla na najlepszej drodze do zielonej rewolucji. Rok 80 byl rokiem przelomowym..w Polsce powstal doskonale rozwiniety przemuysl przetworczy poprzez gorzelnie, cukrownie iglopol, hortex etc..plus przemysl spoldzielczy..
    Doskonale rozwinely sie i zaczely sie przeksztalcac w spoldzielnie kolka rolnicze, poprze zktpre zmachanizowano caly proces technologii. Rozwoj przemyslu i miast spowodowal ,ze ludzi wybierali i zostawiali zemie ta ziemia byla przejmowana przez SKRy i WOPRy…ktore byly ostojami dla tzw specjalstycznych gospodrstw prywatnych. Powstala moim skromnym zdanie dokonala Struktura, gdzie wzjamnie sie uzupelnialy trzy typy wlasnosci..prywatna , spoldzielczas i panstwowa…
    Zachowujac doskonal jakosc produce w kazdej fazie!
    To obslugiwal znakomicie system bankow spoldzielczych z BGZ na czele….
    Wystarczylo tylko usunac organizacyjny nakazowy idiotyczny sytem nadzoru…i mielismy doskonale funkcjonujacy system produkcji i zaopatrzenia w doskonala zywnosc. Zero swinstwa, zero mutacji… Lukaszenka jako mlody obserwowal to w Polsce…i wprowadzil u siebie..to widac jak sie przyjrzec na jego rozwiazania…POMy..to byl fenomen!!! Moi znajomi Francuzi zawsze przesiedzieli wakacje w POMie, starajac sie tego nauczyc i przeniesc do Francji… NO ale oliparchacji spieszylo sie na….. swoje….KJMac…

  5. Miet said

    Pisze Pan prawdę Panie Romanie – to złożony problem.
    Po polskich „przemianach” lat dziewięćdziesiątych mamy teraz na mojej wsi trzy jako tako prosperujące gospodarstwa – było ich kiedyś blisko trzydzieści i każda piędź ziemi była uprawiona.
    Obecnie 70% to nieużytki na których rosną brzózki i jedynyną pociechą dla tubylców, jeżeli aura sprzyja, to grzybobranie (kozaki i podpieńki).:-)))

    Przy okazji poprawię błąd w nazwie systemu kooperacji (spółdzielczości) w rolnictwie USA. Powinno być CO-OP a nie jak napisałem CO-UP.

  6. maniek said

    Na Białorusi wzrost płac realnych od 2010 do 2013 +65%
    W Polsce niby +5,5% ale tak naprawdę to spore zwiększenie obszaru nędzy i biedy.
    Na Białorusi spożycie mięsa,ryb,warzyw już znacznie wyższe jak w Polsce i praktycznie brak nędzy gdzie w Polsce nędza jest normą.
    http://prawica.net/38505
    —————-
    Białorusini na ciepłych plażach
    A tym czasem w Polsce mimo ucieczki milionów, już ~70% poniżej bardzo mocno zaniżonego minimum socjalnego.
    http://prawica.net/38538

    —————
    Dodam że tabelka z spożyciem mięsa jest bardzo nieaktualna bo z 2012 roku.
    Obecne spożycie w PL to już 64Kg a nie 71Kg.
    Natomiast na Białorusi już grubo ponad 90 Kg.
    Jest jeszcze kwestia jakiego mięsa? kiedyż w PRL spożywano niemal 20Kg wołowiny/cielęciny dziś 1,8Kg, dziś główne spożycie to najtańszy pasztety (mielone skóry i głowy) z chemicznego drobiu, drobiu którego solidarność żądała aby nie liczyć w spożyciu mięsa.
    W PRL 1979/80 spożycie mięsa było 40% wyższe mało tego mięsa wartego dziś 110% więcej, ryb 4x wyższe itd.
    Zobaczcie co mówi Andrzej Gwiazda

    ————-
    Białoruś nędza poniżej 5 USD na dobę pomijalne 1%.
    Polska po ucieczce milionów z nędzy i bezrobocia 10%.
    (z tym że koszt podstawowego utrzymania na Białorusi jest niższy nie chodzi o ceny żywności ale utrzymanie mieszkania itd.)
    Powyżej 10 USD na dobę na Białorusi większość 80% !!!
    w Polsce po ucieczce z nędzy i bezrobocia milionów zaledwie 50% (przy wyższym koszcie utrzymania)
    http://prawica.net/38827

  7. Romank said

    A wie pan panie Mieciu , ze zaloze sie o kazde pieniadze , ze to mozna zalatwic w ciagu trzech lat??…trzy lata i wszystko hula…obsiane….obrobione i produkujace swietna zywnosc! Ktora kupowac beda na pniu wszyscy….a my od nich…ale tylko to czego sami nie jestesmy w stanie wychodowac…
    Wiem co mowie..liczylem to pareset razy….trzy lata madrego rzadu… po pieiu latach ludzie beda sie pchali do pracy w rolnictwie…

  8. Sołtys said

    Pan Roman ma rację.Ja swoje zaniedbane gospodarstwo wskrzesiłem przez dwa lata.Problemem jest rozdrobnienie i nie respektowanie przez samorządy ustawy o ochronie gruntów rolnych.Tak jakby ktoś celowo ten burdel chciał utrzymać jak najdłużej.

  9. maniek said

    Mogę się dowiedzieć dlaczego komentarz mój czeka, czeka i czeka na moderację i doczekać się nie może.
    Pozdrawiam.

    Bo gajowy jest w górach i tam Internetu często nie ma – admin

  10. Romank said

    Soltysie… pan wie o czym mowie….:-)))
    Niech im pan powie ,ze to jest mozliwe…prosze!!!!!
    Wykorzystujac tylko to co jest…..teraz gdyby na Rolnictwo pozwolono wydac tylko tyle ile wydali na zlom lotniczy 4,5mld dollarow…..zatluklibysmy kielbasa kazdego…:-)))

  11. piwowar said

    Gdziekolwiek gospodarka rzadza politycy (to znaczy wszędzie), efektem jest zawsze destrukcja.

    W latach 70 tych pracowalem nad sposobami zagospodarowania serwatki. Niby blahostka, ale zawsze. Plan przewidywal przeksztalcenia trudnych do oszacowania strat w profit netto w skali kraju rzędu minimum 9 milionow do 20 minionow amerykanskich dolarow. Dla porownania, moja miesięczna wypłata naukowca początkującego, acz z dyplomami (durne komentarze prosze zachować na później) pozwalała na nabycie dwudziestu dwóch dolarow i to była sytuacja typowa. Malo kto pamięta tamte czasy.

    Minister przemyslu spozywczego i skupu, nomen omen Ochab (Stanislaw, broń Boże nie Edward), napalil sie na ideę jak kot na słoninke. Posypały sie patenty. Po miesiącu projekt zdechł i wręczono całemu zespołowi (od profesora, do Pani Sprzątającej) okrągłą sumkę złotych 32 tys, czyli 300 dolarów do podziału. Za swoją działkę kupiłem sobie palto, które się po sezonie rozlazło na strzępy. Przyczyny tej sytuacji, w skrócie powiedziawszy, należy się dopatrywac nie tylko w ówczesnym prawie patentowym.

    To przyklad z czasow tzw. komuny. Po zachłyśnięciu sie poogromnostołową wolnością, pewien już renomowany naukowiec na emeryturze (nazwisko i adres znane redakcji) opracował śmiesznie prosty program utworzenia w Polsce równoległego mleczarstwa, niezależnego od tego już istniejącego. System na początku zakładał uproszczona procedurę dystrybucji mleka i przetworów, a w dalszej perspektywie rozbudowę przemysłu w ramach organizacji. Wszystko działałoby w ramach spółdzielczości, a więc i urząd podatkowy zaliczyłby swoja dolę. Finalna cena produktów i samego mleka, które wykazywałoby o wiele wyższą jakość od nazwijmy to dotychczasowego, byłaby porównywalna, lub niższa od aktualnie obowiązujących, a to za przyczyną uproszczenia administracji. Nie muszę chyba informowac, co się stało z tym pomysłem. Nie pomogło nazwisko, renoma, ekonomiczna analiza, a nawet srzępy koneksji. Bezpartyjność docenta w tym czasie nie miała jak sądzę żadnego znaczenia.

    To bulo exemplum z czasów bardziej zbliżonych do współczesnych.

    Jest rzecz jasna możliwym przestawienie rolnictwa i przetwórstwa w Kraju na tory prężnej prosperity. I to się stanie wcześniej, niż większości z nas moze sie wydawać. Ale wtedy w tym Kraju juz nie będziemy u siebie.

  12. Romank said

  13. AlexSailor said

    Ad. 9 @Piwowar

    Nic się nie stanie, nawet jak będziemy u siebie.
    Przez ostatnie trzy wieki wyhodowaliśmy sobie klasę pasożytniczą z mózgami jak u tasiemca.
    To inteligencja/biurokracja, która potrafi doskonale przystosować środowisko do swoich potrzeb.
    Bardzo dobra jest tu analogia JKM do kupy kompostu, gdzie drobnoustroje podnoszą temperaturę tak, by rozwijać się
    i mnożyć jak najlepiej.

    Ta klasa pasożytnicza, nie hermetyczna, nie pozwoli na zmianę warunków otoczenia, aż do końca, do fizycznej
    eliminacji nas wszystkich.
    Dlatego, że jest nieśmiertelna, za sprawą zainfekowania polskiej mentalności i odrodzi się natychmiast, gdy będzie mogła.

    Dodam jeszcze, że to nie jest nawet wina tych ludzi, którzy biurokrację/inteligencję żrącą z ręki władzy tworzą.
    To wina nas wszystkich, to jest właśnie wszczepiona autodestrukcja do przestrzeni świadomości społecznej Polaków (o nie tylko
    polaków).

    Podam przykład.
    1. Obecnie w ramach remontów dróg za astronomiczne pieniądze zwęża się je i stawia różne utrudnienia, jak bezsensowne wysepki w lesie, jakieś zawijasy dla zwolnienia ruchu, linie ciągłe podwójnie dla zwiększenia spalania paliwa i spowolnienia ruchu – to nie przypadek – ktoś z tego ma żerowisko.
    2. W całym kraju mamy sieć tak zwanych urzędów konserwatorów zabytków, w terenie rejestry do których zabytki są wpisywane.
    No i dobrze , można by rzec, bo bezcenne zabytki trzeba chronić.
    Ale, nie.
    Jako zabytki traktuje się wszystko.
    Od wiejskiej chaty z lat czterdziestych, do wiejskiego krajobrazu.
    Powoduje to blokady w gospodarce, budowach, generuje niepotrzebne i wysokie koszty.
    Jednak stawianie wież telefonii komórkowej oraz wiatraków szpecących krajobraz i utrudniających życie ludziom jakoś konserwatorów
    zabytków nie martwi.
    W pewnej wsi jest kościół, jakich wiele, tysiące, w całej Polsce.
    Malowanie ścian tego małego kościoła, bez sufitu, ma kosztować pół miliona złotych, a to za sprawą drogich
    zachodnich preparatów i warunków zarzuconych przez konserwatora.
    Malowanie na biało.
    Gdyby znaleźć jakąś płacącą 80% podatków od swojej działalności firmę, to ściany dałoby się wymalować za góra 5 tys.
    Ale to jeszcze nic.
    „Wybitni naukowcy” znaleźli na suficie kościoła jakieś bohomazy, które uznali za cenne (dla nich).
    W co drugim z tysięcy takich kościołów w Polsce da się znaleźć podobne.
    No i okazało się, że sufitu malować nie wolno, ba gdyby chcieć, to koszt pójdzie w miliony, zamiast w tysiące.

    W zasadzie należałoby taki kościół porzucić i obok postawić drugi nowy, za jakieś dwa, góra trzy, miliony, który nie wymagałby remontów przez następne 20lat.

    No, ale ilu ludzi znalazło zatrudnienie w tej bezsensownej ochronie zabytków i ile pieniędzy i biedy z tego wypływa.

    Myślę, że podobnie było z serwatką.
    Co by się stało z klasą pasożytniczo/biurokratyczno/urzędniczo/inteligencką, gdyby rozwiązania racjonalne weszły w życie?
    Żerowisko by się skończyło.
    To nic, że za 10 lat i tak większość ich stanowisk została zlikwidowana, a z nimi spora część produkcji mleka w Posce i musimy teraz kupować produkt z mleka niemieckiego.
    Klasa ta w swej masie ma mózg tasiemca, to jest wcale.

  14. Piwowar said

    Wszystko mniej wiecej racja, ale co do gabarytów owego narządu, zwanego mózgiem tasiemca, to bym się spierał.

    Trzeba bowiem miec nie lada łeb, żeby wszystko tak dokładnie excuse le mot spieprzyć i pozostawić bajzel jako system obowiązujący. Trzeba mieć jeszcze lepszy łeb, żeby sie podjąć to odkręcać w ramach istniejących warunków. Lat temu dajmy na to piętnaście, gdy ów galimatias był jeszcze in statu nascendi, można sie było pokusić o przedłożenie planu równoległego sektora mleczarstwa. O czasach serwatkowych nawet nie warto się rozwodzić, a pokrótce mówiąc, rozbiło sie to o dyrektywę, aby indywidualnemu poddanemu, przepraszam, obywatelowi, nie dawać większej ilości gotówki do ręki, a prawo patentowe opiewało na procent od oszczędności.

    Bez obwijania w bawełnę, powiem, że wszystkie siły I środki wiodą to zniszczenia indywidualnej I średniej przedsiębiorczości I do zduszenia w zarodku wszelkich nowych inicjatyw.

    Jeśli to może stanowić jakiekolwiek pocieszenie, można zauważyc, że dotyczy to wielu innych, poza Polską krajów.

    Dla kontrastu, właśnie dziś otrzymałem newsletter, gloryfikujący gospodarkę Kolumbii, gdzie klasa średnia rozwija się dynamicznie i nie napotyka na większe trudności ze strony władz w budowaniu małego i średniego przemysłu.

  15. piwowar said

    Jeszcze chcialbym podziekowac panu Forged za niezwykle trafne stwierdzenie. Od jakiegos czasu staralem sie cos podobnego nadmienic, ale lenistwo połączone z gapiostwem wynikajacym z wieku jakoś ciągle odwodziły od zamiaru.

    Takoż piwa się nie pędzi. Pędzi się bimber i inne destylaty. Piwo się gotuje. Wino pielegnuje. Samodzielnie wykonany pistolet to samopał, a nie samodział. Samodział to babska bluzka. W sklad farb i lakierow wchodzi octan metylu, a nie odstan (że sie niby odstał).. Chemia to nauka o strukturze, właściwościach i przemianach materii, a nie chuć między babom a chłopę. Technologia to sposób produkcji, a nie komputerowe aplikacje. O, i dzieci się nie hoduje, tylko wychowuje.

    Można tak długo…

  16. Tekla said

    Ponadto w czwartek grupa polskich eksporterów pojedzie na Białoruś na rozmowy w sprawie eksportu polskiej żywności – zapowiedział minister rolnictwa Marek Sawicki. Zaznaczył, że Białorusini zobowiązali się do zakupu m.in. ok. 200 tys. ton mleka.

    Minister poinformował podczas środowej konferencji prasowej, że w poniedziałek w Mińsku spotkał się z wicepremierem Michaiłem Rusym, merem Mińska i szefem inspekcji weterynaryjnej. Rozmowy dotyczyły możliwości poszerzenia obecności polskich producentów żywności na rynku białoruskim.

    Jak mówił, odbyła się też konferencja z dużymi zakładami przetwórczymi Białorusi. „Zakłady zobowiązały się do uruchomienia zakupów produktów żywnościowych z Polski: surowców i produktów przetworzonych, by dalej je przetworzyć i reeksportować na obszar Unii celnej bądź wykorzystywać na własne potrzeby żywnościowe” – zaznaczył.

    „Jutro (w czwartek) jedzie grupa przedstawicieli z branży mięsnej, mlecznej i owocowo-warzywnej już na konkretne rozmowy, w jakich ilościach i po jakiej cenie te produkty będą mogły być na Białoruś sprzedawane” – powiedział szef resortu rolnictwa. Dodał, że w najbliższy wtorek do Mińska pojedzie ponadto misja potencjalnych inwestorów działających w sektorze przechowywania i redystrybucji żywności.

    Podał, że Białorusini są gotowi kupić od nas w granicach 200 tys. ton mleka świeżego, skondensowanego, w proszku i śmietany. „To znacząco by odciążyło i ulżyło polskim producentom mleka, bo w tej chwili mammy lekką nadprodukcję i +zadyszkę+ spadku cen na rynku” – ocenił Sawicki.

    Powiedział, że rozmowy dotyczyły także sektora owoców i warzyw. Zaznaczył, że nasi wschodni sąsiedzi są „bardzo otwarci” co do przerobu owoców na koncentrat, powidła czy dżemy, natomiast ograniczony jest rynek dla jabłek deserowych i „tu z pewnością wielkiej pomocy nie uzyskamy” – dodał.

    Minister rano w TVP1 podkreślił, że Białorusini nie chcą łamać zakazu i wewnętrznej umowy w ramach unii celnej z Rosją i Kazachstanem. Chcą kupować z Polski produkty, przetwarzać i sprzedawać do Rosji, „żeby nie było zarzutów, iż nawzajem się oszukują”. Dodał, że dla Polski Białoruś jest partnerem o tyle wygodnym, że bliskim.

    Przyznał też, że rosyjskie embargo jest bardzo dotkliwe dla polskich rolników, ale nie niszczące – obejmuje 6,2 proc. całego polskiego eksportu, co odpowiada 1,3 mld euro, przyz eksporcie o wartości 20 mld euro. „To nie jest (Rosja – PAP) główny rynek naszego zbytu, ale jednak z punktu widzenia niektórych produktów, jak warzywa kapustne, pomidory, jabłka – bardzo ważny” – powiedział Sawicki.

    http://www.radiopik.pl/5,19885,sawicki-o-pieniadzach-na-rolnictwo-i-bialorusi

    no proszę jadą na Białoruś..a tak straszyli jak nie UE to Białoruś..

  17. NICK said

    Wszyscy Pp. macie, prawie[to prawie być musi] całkowitą rację. Dodam ogólnik: cała Nasza Polska ruszyłaby z kopyta we dwa lata, góra cztery, gdybyśmy mieli wolność. W znaczeniu jej zwyczajnym. Zostało to dawno – udowodnione.
    O Białorusi, kiedyś, pisałem wiele. [Białorusinki, polskiego pochodzenia, mieszkały u Nas. Szkoła średnia i studentki. Wiem. Kontakt – mam]M.in. to, że Polacy tam mieszkający za NIC nie chcą wracać. Do Macierzy… .
    A te kiedyś słynne w mendiach, organizacje „polonijne”? Wydaje się, że Łukaszenka, właściwie je potraktował. Jednocześnie i przy okazji, Nas, chroniąc. W jakimś stopniu.
    Jednocześnie, mam nadzieję, a tak już bywało, że Nasze płody rolne, poprzez Białoruś i poprzez ’embarga’, dotrą do Rosji.

  18. Miet said

    Re.15.
    Panie Piwowarze, ze wszystkim się zgadzam z wyjątkiem tego samodziału.
    Jak pamiętam z wczesnych lat pięćdziesiątych, samodziałowe to były męskie marynarki.
    Kobiety na wsi przędły wełnę na kołowrotkach i po barwieniu trafiała ta wełna do małych zakładów tkackich (takie wtedy jeszcze się gdzie niegdzie uchowały zanim szanowna władza je dopadła).
    Tkanina z takiej przędzy nazywała się samodziałem i stąd nazwa „marynarki samodziałowe”.
    Na bluzki damskie toto się nie nadawało – tkanina była za gruba i za mało delikatna jak na płeć piękną.

  19. NICK said

    (18) P. Miet.
    To, niedługo, wróci? W najlepszym scenariuszu?
    Ach. Wy! Emigranci… .
    TU jest wojna. U granic, prawie, tradycyjna. W Polsce? Polski? Nie ma! Resztki. Np.na Gajówce. Pan to wie? Lub, przynajmniej, czuje?

  20. piwowar said

    Mniejsza o wiekszość, Profesorze. Niech bedzie samodzialowa marynarka. Moja informancja pochodzi z piosenki diskopolo „tancz moja mila, tancz”, w ktorej padaja slowa: Bluzka samodzial. Misie rozchodzilo o ten pistolet samopal, a nie samodzial. I wiele, wiele innych neostereotypow w oficyjalnej praise.

    Na ten przyklad, ze piwa nie robi sie z chmielu, a ze slodu, a chmiel stanowi tylko przyprawę.

    A generalna idea polega na podkreśleniu stopniowego wprowadzania nowomowy, a wraz z nia nowomyśli, jako że słowo ma wielką moc.

    Emigranci, panie Nick, również czują, dlatego bywają gośćmi tego miejsca, jakim jest Gajówka…

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: