Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Anucha o Nasz nowy, narodowy sport
    lewarek.pl o Raz na moście, raz pod mo…
    revers o Czy tragiczne losy gwiazd świa…
    Marucha o Wolne tematy (47 – …
    revers o Po decyzji Sądu Najwyższego…
    minka o Zamiast osądzać Rosję, Zachód…
    Listwa o Wolne tematy (47 – …
    Listwa o Wolne tematy (47 – …
    Listwa o Wolne tematy (47 – …
    Listwa o Wolne tematy (47 – …
    Listwa o Wolne tematy (47 – …
    Listwa o Wolne tematy (47 – …
    minka o Wolne tematy (47 – …
    Listwa o Wolne tematy (47 – …
    Listwa o Wolne tematy (47 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 616 obserwujących.

Cała prawda o wspólnocie z Taizé

Posted by Marucha w dniu 2014-10-03 (Piątek)

W wielu parafiach w Polsce obserwujemy obecnie zjawisko, które do niedawna jeszcze było całkowicie nieznane. Zwłaszcza na terenach uniwersyteckich często zobaczyć można plakaty zapowiadające wyjazd na kolejne spotkanie do Taizé. Czym jest wspólnota z Taizé i co oferuje młodym ludziom?

Bez wątpienia jest to współczesny fenomen, coś o czym wzmianki nie znajdziemy ani w Ewangeliach ani w Tradycji Kościoła. Czym więc jest wspólnota z Taizé? Jakie są jej cele?

Niniejsze opracowanie stanowi odpowiedź na te pytania. Jeśli ktoś decyduje się na wyjazd do Taizé, powinien mieć pojęcie o miejscu, do którego się udaje i czego może się tam spodziewać.

Czym więc jest Taizé i jakie są cele tamtejszej wspólnoty? Taizé wywiera wielki wpływ na współczesny Kościół, o czym świadczą nie tylko plakaty informacyjne, pielgrzymki i spotkania organizowane przez ten ruch, ale też fakt, iż wedle samego papieża Benedykta XVI, pieśni wykonywane w Taizé niejednokrotnie rozbrzmiewały nawet w rzymskich bazylikach. Możemy więc zadać kolejne pytania: jaki jest skutek owych wpływów? Dokąd prowadzi to katolików, którzy angażują się w ten ruch? Jaki ma to wpływ na Kościół katolicki? I w końcu: czy katolikom rzeczywiście wolno uczestniczyć w spotkaniach w Taizé?

Ci, którzy jedynie słyszeli o Taizé i nie mają większej wiedzy o tym ruchu, powinni zapoznać się z jego historią. Zwolennicy Taizé podkreślają w swych materiałach fakt, iż nie stanowią oni w istocie ruchu, że Taizé nie jest organizacją czy jakimś „Kościołem”. Fundamentalna zasada wspólnoty z Taizé brzmi, że nie jest ona bynajmniej ruchem czy „Kościołem” i że osoby z nią związane powinny angażować się w pracę w obrębie swych własnych wspólnot wyznaniowych. Fakty mówią jednak coś wręcz przeciwnego.

Celowo lub nie, ludzie ci stanowią w istocie ruch oraz „Kościół”, zgodnie z grecką etymologią tego słowa – zwoływanie zgromadzenia. Faktem jest, że gromadzą oni swych zwolenników na modlitwę, podobnie jak to czyni Kościół. Faktem jest też, że rozpowszechniają informacje dotyczące własnej działalności, podobnie jak to czyni każdy inny ruch. Są więc bez wątpienia ruchem, organizacją, a nawet mają ambicje, by stać się czymś więcej niż Kościół.

Historia Taizé

Poniżej zostanie wyjaśnione, czym jest ów „Kościół” i jakie są jego ambicje. Zacznijmy jednak od przedstawienia krótkiej historii wspólnoty z Taizé. Jest ona nierozdzielnie związana z życiem jej założyciela, Rogera Schutza. Urodził się on w Szwajcarii jako najmłodsze z dziewięciorga dzieci pastora protestanckiego Charlesa Schutza oraz pochodzącej z Burgundii matki, wywodzącej się od hugenotów. W młodości był podobno bardzo gorliwym protestantem, a wskutek znajomości z wieloma katolikami, czuł pewien pociąg do katolicyzmu. Studiował teologię w Lozannie i Fryburgu, zgodnie z życzeniem i wolą swego ojca, który pragnął, by w przyszłości został pastorem protestanckim.

Podczas II wojny światowej R. Schutz zaangażował się w działalność szwajcarskiego Ruchu Studentów Chrześcijańskich, należącego do Światowej Federacji Studentów Chrześcijańskich, międzywyznaniowego i ekumenicznego ruchu młodzieżowego, który stanowił prawdopodobnie później inspirację dla założenia wspólnoty z Taizé. W trakcie studiów oraz pod wpływem znajomych, zaczął doceniać wiele elementów katolicyzmu, między innymi monastyczny ideał życia wspólnotowego. Napisał również książki, w których bronił życia monastycznego jako całkowicie zgodnego z Pismem świętym. Podziwiał też liturgię Kościoła katolickiego. Poszukiwanie prawdy doprowadziło go nawet do uznania oraz zastosowania we własnym życiu celibatu. Był świadkiem niekończących się konfliktów wśród protestantów, które są skutkiem prywatnej interpretacji Pisma świętego. Pragnął położyć kres wszystkim tym różnicom i sporom pomiędzy różnymi denominacjami protestanckimi.

Z tego powodu od swych młodzieńczych lat angażował się w działalność licznych organizacji pan-chrześcijańskich, których celem było wypracowanie jakiegoś rodzaju jedności pomiędzy protestantami. W udzielonym pod koniec życia wywiadzie, wspominając motywy, które doprowadziły go do założenia własnej wspólnoty powiedział, że chodziło mu przede wszystkim o zasypanie podziałów między chrześcijanami: „Byłem zdumiony, widząc chrześcijan mówiących o Bogu miłości, a równocześnie marnotrawiących tak wiele energii na usprawiedliwianie swych sprzecznych wzajemnie poglądów. I powiedziałem sobie: czyż może być coś skuteczniejszego dla przepowiadania Chrystusa niż prowadzenie życia, w którym każdego kolejnego dnia dokonuje się konkretne pojednanie?”.

Tak więc już w latach studiów w jego umyśle zrodził się pomysł założenia wspólnoty, która koncentrowałaby się na pojednaniu między chrześcijanami, stanowiącej pomost pomiędzy wszelkiego rodzaju denominacjami. Celem było zminimalizowanie różnic, poprzez spotkanie i koncentrowanie się raczej na tym co łączy, niż na tym, co dzieli.

Podczas II wojny światowej (w 1940 roku) udał się do Francji, by nieść pomoc swej rozdartej wojną ojczyźnie. Nieopodal wielkiego klasztoru w Cluny, zniszczonego podczas rewolucji francuskiej, w małej miejscowości Taizé założył wówczas swą wspólnotę, od której wzięła ona później swą nazwę. Podczas wojny przyjmował uchodźców politycznych, wśród których było wielu skazanych na wygnanie Żydów. Po dwóch latach złożono na niego donos na policję i musiał uciekać do Genewy, gdzie spotkał kilku młodych mężczyzn, którzy czytali jego broszurę o życiu wspólnotowym i byli gotowi przyłączyć się do niego.

Po wojnie, tytułujący się już „bratem Rogerem”, Schutz pomagał niemieckim jeńcom wojennym przetrzymywanym w obozach nieopodal Taizé. Jego wspólnota liczyła siedmiu braci, którzy prowadzili skromne życie i w roku 1949 złożyli śluby celibatu oraz życia wspólnotowego. Wszyscy oni byli protestantami. W pewien sposób życie, jakie wybrali oraz złożone przez nich śluby, pozostawały w bezpośredniej sprzeczności z naukami Marcina Lutra, tak więc można by oczekiwać, że kolejnym logicznym krokiem będzie ich powrót na łono Kościoła katolickiego.

Jeśli czyta się biografię Rogera Schutza, nawet pisaną przez jego apologetów, nieuchronnie nasuwa się wniosek, że zwyczajne działanie łaski Bożej doprowadziłoby go ostatecznie do Kościoła katolickiego. Z pewnością miał on dobrą wolę, był szlachetny i gorliwy, prowadził życie na wzór katolickiego, benedyktyńskiego mnicha. Byłoby czymś naturalnym i logicznym, gdyby jego wspólnota stała się kolejnym zgromadzeniem zakonnym w ramach Kościoła katolickiego. By odnaleźć to, czego poszukiwał, potrzebował zaakceptować jedynie magisterium (nauczanie) oraz Tradycję Kościoła. Zgromadzenia zakonne niejednokrotnie zakładane były przez konwertytów, przykładem mogą być Misjonarze Ducha Świętego, których założył nawrócony z judaizmu syn rabina – czcigodny Jakub Libermann. Do zgromadzenia tego należał również abp Lefebvre.

Jednakże – i jest to być może najtragiczniejsze w historii Taizé – po II Soborze Watykańskim hierarchowie Kościoła nie chcieli nowych zgromadzeń zakonnych, ponieważ przyjęli inną perspektywę duszpasterską. Nie było już miejsca na konwersje i nawrócenia, ale jedynie na dialog. Biografowie stwierdzają jednoznacznie, że przed II Soborem Watykańskim członkowie tej wspólnoty pragnęli porzucić swe błędy i prosili o przyjęcie do Kościoła katolickiego. Wówczas jednak otrzymali od jego władz następującą odpowiedź: „Nie. Poczekajcie. Po soborze staniecie się mostem pomiędzy katolikami a protestantami”. A zatem odmówiono im powrotu do Kościoła, ponieważ jego władze nie chciały, by stali się katolikami. Mieli być rodzajem mostu pomiędzy katolikami a protestantami.

Odpowiedź ta oznaczała, że hierarchowie ci pragnęli czegoś innego niż Kościół katolicki, czegoś „mniej inkluzywnego” czy też „szerszego” i jak napisali – „nie związanego z żadną tożsamością wyznaniową”. Zamiast starać się o jedność chrześcijan, poprzez włączanie odłączonych synów do owczarni Chrystusowej, zapragnęli stworzyć nowy rodzaj owczarni, która skupiałaby w sobie chrześcijan wszystkich denominacji. Zamiast obdarzyć wspólnotę z Taizé łaską przynależności do Mistycznego Ciała Chrystusa – do Kościoła katolickiego – sprawili, iż stała się ona elementem nowego planu oraz nowej wizji, który według ich własnych słów „uwzględniałby bardziej autentyczną wizję pojednania wszystkich denominacji”.

Problem doktrynalny

Tak więc po II Soborze Watykańskim wspólnota z Taizé rozpoczęła swą nową misję. Stając się stopniowo coraz bardziej wpływową, zaczęła pracować nie dla Kościoła katolickiego, ale wykorzystywała jego autorytet dla realizacji nowej, ekumenicznej wizji wyrażonej przez Vaticanum II. Niestety, ta nowa, ekumeniczna wizja, nie jest katolicka, więc nie prowadzi innowierców do Kościoła katolickiego. Co więcej, zarówno w swej genezie jak i skutkach, jest ona w istocie antykatolicka, a nawet destrukcyjna dla religii w ogóle.

Jak to? – można by zapytać. Czyż sam Zbawiciel nie modlił się, aby wszyscy Jego uczniowie stanowili jedno, jak jedno stanowi On sam ze swym Ojcem? Czyż nie powinniśmy koncentrować się raczej na tym, co nas łączy, niż na tym, co dzieli? Co jest złego w istnieniu międzywyznaniowej wspólnoty, w której wszyscy żyją w zgodzie, bez waśni i żadnych barier? Co dobrego wynika z uwypuklania wszystkich tych różnic wiary – czy nie moglibyśmy po prostu zapomnieć o tym i iść naprzód? Co złego jest w tej wizji ekumenizmu?

Zastanówmy się jednak nad całą tą koncepcją wspólnoty międzywyznaniowej i zobaczmy, co ona za sobą pociąga. Zgodnie z ideą ekumenizmu, rodzaj ludzki, a zwłaszcza chrześcijanie, powinni stanowić jedno, a wszelkie podziały, jakie miały miejsce w historii, zwłaszcza podziały w obrębie chrześcijaństwa, stanowią wielkie zgorszenie zarówno dla tych, którzy chrześcijanami nie są, jak i dla samych chrześcijan. Według brata Rogera oraz ludzi mających podobne do jego poglądów, ów brak jedności czy też podziały między chrześcijanami, stanowią przeszkodę w głoszeniu Ewangelii.

Cóż, nie ulega wątpliwości że nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus pragnął, by Jego Kościół był jeden – i rzeczywiście ustanowił dla nas jeden Kościół: „Ty jesteś Piotr – Opoka i na Opoce tej zbuduję Kościół Mój” (Mt 16, 18). Zwróćmy uwagę, że Chrystus Pan mówi tu o jednej opoce – w liczbie pojedynczej oraz o jednym Kościele. Pan Jezus modlił się również za swych Apostołów, by stanowili jedno, podobnie jak jedno stanowi On sam ze swym Ojcem niebieskim: „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy” (J 17, 20–22).

Chrystus Pan podkreśla w sposób szczególny, że mogą oni stanowić jedno jedynie ze względu na swą wiarę oraz dzięki zjednoczeniu z Nim samym. Zbawiciel mówi również o tych, którzy nie uwierzą w Niego i nie będą mieli udziału z Nim, ale zostaną wrzuceni w ogień wieczny. Stwierdza też, że ten kto nie wierzy, już został potępiony (Mk 16, 16). Tak więc widzimy, że istnieje pewien naturalny podział na wierzących i niewierzących, na tych, którzy otrzymają życie wieczne oraz tych, którzy zostaną potępieni. Podział na tych, którzy wchodzą do życia wiecznego oraz tych, którzy są odrzuceni i potępieni, ma fundamentalne znaczenie dla samej idei chrześcijaństwa.

Zbawiciel nie obiecał bynajmniej, że wszyscy, którzy będą Go podziwiać lub naśladować, będą Mu prawdziwie wierni. Co więcej, powiedział nawet, że nie wszyscy spośród tych, którzy mówią „Panie, Panie”, wejdą do królestwa niebieskiego, ale tylko ci, który „pełnią wolę Jego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7, 21). Zbawiciel zaręcza wręcz, że pojawią się zgorszenia, że są one de facto czymś koniecznym dla rodzaju ludzkiego: „Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18, 7).

Chrystus Pan zapowiedział, że będą istniały między ludźmi podziały, jako naturalna konsekwencja dokonywanych przez nich wyborów. Co więcej, zapowiedział nawet, że podziały te pojawią się wewnątrz rodzin: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej” (Łk 12, 51–53).

Tak więc Pan Jezus mówi jasno, iż nie przyszedł, by dać nam ziemski pokój, ale raczej by przynieść rodzajowi ludzkiemu pokój z Bogiem: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję” (J 14, 27). Mówi nawet bardziej jeszcze jednoznacznie, że nie modli się za świat, ale jedynie za tych, którzy wierzą w Niego: „Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi” (J 17, 9).

Wszelkie inicjatywy na rzecz ziemskiego pokoju z konieczności skazane są na niepowodzenie, jako że sam Chrystus nie pragnie go i nie modli się o niego. Pismo święte stwierdza nawet, że żywot człowieka na ziemi jest bojowaniem (Hi 7, 1), jest wojną toczoną przez diabła przeciwko duszom, które pragną uratować się w dzień sądu. Jedynym prawdziwym pokojem jest ten, jaki daje Chrystus: pokój pochodzący ze zwycięstwa nad światem, ciałem oraz szatanem. Również św. Paweł powtarza to nauczanie Zbawiciela, pisząc, iż pomiędzy chrześcijanami pojawią się herezje oraz rozłamy. Co więcej – stwierdza nawet, iż jest to czymś koniecznym: „Zresztą nawet muszą być wśród was rozdarcia, żeby się okazało, którzy są wypróbowani” (1 Kor 11, 19). Prawda – z samej definicji – wyklucza wszelki błąd, tak więc przez sam fakt, iż ktoś głosi prawdę, musi odrzucać błąd i fałsz.

Chrześcijanin nie ma być przyjacielem świata, gdyż sam Chrystus Pan nie wstawia się za światem, ani nie szuka z nim przyjaźni. Święty Jakub pisze: „Cudzołożnicy, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem? Jeżeli więc ktoś zamierzałby być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga” (Jk 4, 4).

Tak więc widzimy, że fundamentalna teza ruchu ekumenicznego, owo dążenie do zjednoczenia wszystkich ludzi w pokoju, musi być nieuchronnie skazana na niepowodzenie i nigdy nie urzeczywistni się. Po prostu, nie jest to nauka Chrystusa Pana. On sam niczego takiego nie obiecywał. Zbawiciel zapowiedział wiernym prześladowania i cierpienia, jakie będą musieli ponosić dla Jego Imienia. Zbawienia dostępujemy jedynie przez krzyż, a nie dzięki jakiemuś nieokreślonemu pokojowi. Nawet sam zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nie da się zadowolić wszystkich ludzi równocześnie. Żaden człowiek nie jest doskonały, dlatego między ludźmi z konieczności muszą pojawiać się różnego rodzaju podziały.

Pan-chrześcijaństwo

A jednak mógłby ktoś powiedzieć, że Chrystus Pan prawdziwie obiecywał pokój swym uczniom i modlił się z Apostołami, by pozostali oni zjednoczeni tak, jak On sam zjednoczony jest z Ojcem (J 17, 21). Podobnie św. Paweł pisze, że Mistyczne Ciało Chrystusa również musi być utrzymywane w jedności przez miłość – „by nie było rozdwojenia w ciele, lecz żeby poszczególne członki troszczyły się o siebie nawzajem” (1 Kor 12, 25). Zbawiciel mówi, że cechą rozpoznawczą Jego uczniów jest właśnie wzajemna miłość: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 35). Wydawać by się mogło więc, iż winniśmy nieustannie starać się o umacnianie więzi jedności pomiędzy uczniami Chrystusa. Jeśli pokój na świecie jest niemożliwy, czy nie może on istnieć przynajmniej między chrześcijanami?

Główna zasada wspólnoty z Taizé brzmi: podkreślajmy raczej to, co nas łączy, zamiast koncentrować się na tym, co nas dzieli. Budujmy wspólnie lepsze społeczeństwo, współpracując w tym co nas łączy, pomagajmy sobie wzajemnie stawać się coraz lepszymi wyznawcami religii, w których zostaliśmy wychowani. Na takiej właśnie naiwnej idei opiera się cała ta filozofia.

Mortalium animos

Wiemy jednak, że jeśli Bóg przemówił do nas – a możemy udowodnić, iż tak rzeczywiście było – naszym obowiązkiem jest okazywać posłuszeństwo Bożemu Objawieniu. Zbawiciel założył swój Kościół właśnie po to, by zjednoczyć wszystkie dusze pod swym panowaniem – a Kościół ten jest jeden. Cechę tę wyrażają szczególnie dobitnie słowa św. Pawła: „Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest” (Ef 4, 5). Tak więc ci, którzy pragną być chrześcijanami, muszą stanowić część tego jednego Kościoła Chrystusowego. Muszą również wyznawać jedną wiarę, która pochodzi od Apostołów i podlegać tej samej władzy, o której Chrystus Pan mówi: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi. Lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łk 10, 16). Dlatego właśnie człowiek, który odłącza się od Kościoła, gardzi jasno wyrażoną wolą Zbawiciela i w istocie przestaje być chrześcijaninem – nawet jeśli w dalszym ciągu sam tak się określa.

Nie można twierdzić, by Kościół katolicki oraz chrześcijanie nie należący do niego, mieli ze sobą coś wspólnego – poza pewnymi bardzo powierzchownymi cechami. Z samej definicji protestant różni się od członków Kościoła tym, iż zachowuje swe własne zdanie w kwestiach wiary. Jest protestantem nie dlatego, że ma coś wspólnego z Kościołem, ale dlatego że pragnie się od niego odłączyć, odseparować. Nikt jednak nie dostępuje zbawienia poprzez wiarę w swe własne opinie, ale jedynie wówczas, gdy wiara jego zgodna jest z tym, co przekazał nam nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus. Co więcej, różnice zapatrywań pomiędzy różnymi sektami są tak liczne, iż nie sposób przyjąć ich wszystkich równocześnie bez zanegowania zasady niesprzeczności. Dla przykładu: katolicy wierzą w siedem sakramentów, jednak w przypadku denominacji protestanckich każda grupa uznaje inną ich liczbę, a niekiedy neguje je w ogóle.

Budowa lepszego społeczeństwa, czy nawet poszukiwanie wzajemnego zrozumienia, wymaga budowania na jasnych i konkretnych prawdach. Na przykład na bardzo praktycznych kwestiach, jak choćby to, co będziemy robili w niedzielę, zależy całkowicie od naszych osobistych przekonań. Dla katolików jest to dzień, w którym należy powstrzymać się od pracy i iść na Mszę świętą. Wyznawcy różnych denominacji i sekt często nie wierzą w ogóle w Mszę, a niektórzy z nich za dzień odpoczynku uważają sobotę. Jak zatem można zbudować coś spójnego wobec tak sprzecznych przekonań odnośnie do obowiązków moralnych?

Nie można też twierdzić, że pewne prawdy wiary są ważniejsze od innych. Nie można jedne prawdy wiary zawsze stosować w życiu, a inne lekceważyć. Kto miałby decydować, co jest bardziej, a co mniej ważne? A co istotne: czy ktoś dał człowiekowi władzę rozstrzygania o ich znaczeniu? Jeśli usunie się Magisterium Kościoła, które posiada dane mu przez Boga upoważnienie do nauczania i sądzenia, pozostanie jedynie anarchia, prowadząca do kolejnych podziałów. Z samej swej natury Taizé nie działa więc na rzecz żadnej jedności. Prawda jest wręcz przeciwna, ta wspólnota promuje wszelkie rodzaje podziałów i wypaczeń prawdziwego nauczania Chrystusa Pana.

Jedynym sposobem, by zaakceptować tę zasadę o różnych stopniach znaczenia doktrynalnego, innymi słowy tezę, iż jedne prawdy wiary są ważniejsze niż inne i możemy dowolnie między nimi wybierać, byłoby uznanie, że wszystkie te doktryny pochodzą tak naprawdę od człowieka i dlatego każdy może je traktować wedle swej woli. Oznaczałoby to, że wszystkie doktryny wspólnot chrześcijańskich nie pochodzą w istocie od Chrystusa, ale są wytworem ludzkim. W konsekwencji za opinię ludzką trzeba by uznać nawet doktrynę katolicką. Gdyby była to prawda, musielibyśmy przyznać, iż obietnica Zbawiciela, iż Jego słowa nie przeminą, że bramy piekielne nie przemogą Jego Kościoła, nie spełniła się.

Sama idea jednoczenia różnych denominacji jest niesłychanie destrukcyjna dla całej religii chrześcijańskiej. W istocie niewiele różni się to od ateizmu, który również twierdzi, iż wszystkie wyznania są w istocie wytworami ludzkimi. Jest nawet czymś gorszym od ateizmu, prowadzi bowiem do pewnego rodzaju schizofrenii i usiłowania godzenia ze sobą opinii całkowicie się wykluczających. Jest to wręcz rodzaj choroby umysłowej. Jak bowiem inaczej określić moglibyśmy usiłowanie traktowania każdej opinii jako prawdziwej czy przypisywanie sobie autorytetu samego Boga i decydowanie w co należy wierzyć a w co nie?

Konsekwencje moralne

Zastanówmy się jednak nad kwestią jeszcze bardziej praktyczną: czy katolicy mogą uczestniczyć w spotkaniach organizowanych przez wspólnotę z Taizé oraz promować w jakikolwiek sposób jej działalność? Po pierwsze, zaznaczyć trzeba, że nawet jeśli dałoby się powiedzieć coś dobrego o praktykach, modlitwach czy muzyce wspólnoty z Taizé, nie oznaczałoby to jeszcze, iż są to praktyki odpowiednie dla katolików. Fakt, iż wspólnota ta chwalona była przez kilku papieży, nie oznacza jeszcze, że jej praktyki są katolickie.

Powinniśmy również powiedzieć wyraźnie, że wspólnota z Taizé nie jest formalnie w jedności z Kościołem katolickim ani z papieżem. Co więcej, nie ma wcale takiej intencji. W istocie członkowie jej podkreślają z dumą fakt, że nie są związani z żadną konfesją – uczynili z tego niejako swą cechę charakterystyczną. Brat Roger zawsze utrzymywał, iż nigdy nie porzucił wiary protestanckiej i nigdy nie uważał się za członka Kościoła katolickiego.

Kodeks Prawa Kanonicznego jasno przedstawia nam obowiązki katolika. Kanon 210 stwierdza, że „wszyscy wierni chrześcijanie muszą starać się prowadzić święte życie oraz przyczyniać się do wzrostu Kościoła oraz jego nieustannego uświęcenia, stosownie do swego stanu życia”. Tak więc uczniom Chrystusa nie każe się działać na rzecz budowy jakiegoś mętnego i bliżej nieokreślonego „chrześcijaństwa”, ale pracować dla wzrostu Kościoła. Królestwem Bożym jest Kościół – jeden i katolicki. Mamy więc obowiązek pracować dla wzrostu Kościoła katolickiego – przez osobisty przykład i cnotliwe życie.

Nie sposób zrozumieć, w jaki sposób angażowanie się w promowanie bezwyznaniowego, ekumenicznego ruchu miałoby prowadzić do wzrostu Kościoła katolickiego? Taizé świadomie unika wszelkich więzów konfesyjnych i nie stara się o formalną jedność z Kościołem. Musimy też pamiętać, że mamy obowiązek (oraz prawo) zdobywać coraz lepszą znajomość doktryny chrześcijańskiej, a nawet bronić jej publicznie stosownie do naszego stanu życia. Jak jednak można twierdzić, że żyje się wedle doktryny katolickiej oraz głosi się ją i broni, jeśli równocześnie należy się do organizacji, która celowo stara się pomniejszać znaczenie specyficznie katolickich prawd wiary?

Zwłaszcza kapłani mają obowiązek nauczania wiary katolickiej w całej jej integralności, a nie jedynie tych jej punktów, które osobiście uważają za ważne. Trzeba też zauważyć, że pomijanie pewnych elementów doktryny, które mogłyby być „kłopotliwe i trudne do przyjęcia” dla innych, jest po prostu nieuczciwością. Z pewnością roztropność duszpasterska wymaga stopniowego doprowadzania innych do przyjęcia całego depozytu wiary, podobnie jak nauczyciel musi do pewnego stopnia dostosować się do zdolności pojmowania swych uczniów – jednak pomijanie pewnych elementów doktryny całkowicie oznaczałoby poważne zaniedbanie obowiązku. Nie można osładzać prawd wiary ani wynikających z niej obowiązków. Rzeczywistość jest nauczycielem bardzo konkretnym i stanowczym.

Dla przykładu: brak mówienia grzesznikom o konieczności korzystania z sakramentu pokuty, z tego jedynie powodu, iż mogłoby to „urazić ich sumienie” przypomina postępowanie nauczyciela fizyki, który nie nauczałby o grawitacji, ponieważ ludzie mogliby upaść i zrobić sobie krzywdę. To właśnie dzięki nauczaniu ważnych i częstokroć trudnych prawd dusze ratowane są przed katastrofą.

Duszpasterze mają obowiązek nauczać wiary katolickiej, a nie głosić jakieś mętne pan-chrześcijaństwo. Materiały oraz modlitwy wspólnoty z Taizé są ze swej natury mętne, dwuznaczne i redagowane w taki sposób, by unikać promowania jakiejś konkretnej denominacji, a zwłaszcza wiary katolickiej. W istocie w szczególny sposób starają się one nie promować właśnie katolicyzmu. W rzeczywistości wspólnota z Taizé nie różni się niczym od innych grup protestanckich, które poszukują jedności innej niż ta, która bierze się z wyznawania jedynej prawdziwej wiary.

Tak więc zachęcanie ludzi do wyjazdów do Taizé jest de facto zachęcaniem ich, by stali się protestantami. Oznacza to zachęcanie do ignorowania dogmatów wiary, których wyznawanie konieczne jest do zbawienia; nakłanianie do budowania życia duchowego bez prawdy. Kiedy próbujemy budować życie duchowe bez dogmatów, w najlepszym razie grozi nam popadnięcie w sentymentalizm, w najgorszym zaś w prawdziwy obłęd.

Nie można stać się świętym ignorując równocześnie kwestie doktrynalne. Wszystko, co uważamy za dobre, pozostaje w relacji do pewnych norm czy standardów wiary – to nasza wiara stanowi fundament dla naszych czynów i to nasza wiara jest początkiem naszego usprawiedliwienia. Traktowanie wszystkich wyznań jednakowo oznacza de facto zanegowanie samego pojęcia prawdy. Gdyby uznać, że wszystkie religie, głosząc rozmaite tezy, często ze sobą sprzeczne, są prawdziwe, wówczas prawda jako taka nie istniałaby, byłaby pojęciem pozbawionym jakiegokolwiek sensu i znaczenia.

Kiedy czyta się świadectwa ludzi, którzy byli w Taizé, uderzają w nich przede wszystkim dwa fakty. Często mówią oni o prostocie życia, o warunkach biwakowych i bezpośrednich kontaktach z innymi ludźmi. Samo w sobie nie jest to złe i częstokroć ludzie uważają, że odbywają w ten sposób jakieś ćwiczenia duchowe, podczas gdy w rzeczywistości odrywają się jedynie na jakiś czas od telewizorów i mają trochę czasu na rozmyślanie w ciszy i milczeniu. Już samo to mogłoby przynieść wielką korzyść współczesnej młodzieży, której codzienne życie toczy się w nieustannym hałasie i koncentruje się na rzeczach powierzchownych. Musimy jednak jasno powiedzieć, że nie jest to ani duchowość, ani nawet jej początki. Jest to po prostu oderwanie się od zgiełku i prowadzenie bardziej ludzkiego życia przez kilka kolejnych dni.

Można by argumentować, że każda prawdziwa pielgrzymka przynosi te same zbawienne skutki, pozwalając na głębszy kontakt z rzeczywistością. Niebezpieczeństwo Taizé polega na tym, że przedstawia ono sam powrót do natury jako rodzaj doświadczenia religijnego. Jest to fałsz. Powrót człowieka do życia bardziej zgodnego z naturą jest z pewnością czymś wspaniałym, niekoniecznie zbliża go jednak do Boga. Wielu bałwochwalców jest równocześnie miłośnikami natury.

Inną rzeczą, o której wspominają wszyscy będący w Taizé, są wykonywane tam pieśni. To właśnie dzięki nim wspólnota ta zyskała w znacznym stopniu swą popularność oraz wpływy. Co jednak ciekawe, jeśli wejdzie się na stronę internetową Taizé i posłucha tych śpiewów, odkryje się, że 90 proc. z nich wykonywanych jest po łacinie. W większości oparte są one na chorałach gregoriańskich, czyli na śpiewie Kościoła katolickiego. Wiele z nich skomponowanych zostało w stylu XVI-wiecznej muzyki sakralnej. W wielu przypadkach można by mówić nawet o plagiatach – choć autorzy dostosowali te śpiewy w taki sposób, by stały się one bardzie przystępne dla ucha współczesnego człowieka. Trzeba też zauważyć, że brat Alois, jeden z głównych aranżerów tej muzyki, przed dołączeniem do wspólnoty z Taizé był katolikiem.

To naprawdę przygnębiające, że dzisiejsza młodzież musi udawać się do Taizé, by słuchać muzyki, która jeszcze zaledwie 50 lat temu rozbrzmiewała we wszystkich katolickich kościołach. Obecnie w naszych świątyniach wykonywane są prostackie i banalne kompozycje, mające mało wspólnego z sacrum. Nic więc dziwnego, że młodzi ulegają urokowi wykonywanych w Taizé pieśni i znajdują w nich pewien rodzaj pokarmu duchowego. Dla tych dusz, zmuszonych do życia na co dzień w jałowej atmosferze nowej Mszy, może to rzeczywiście stanowić pewien urok.

Istnieje legenda o fleciście z Hameln, który swą muzyką ściągnął zgubę na młodzież swego miasta. Istnieje też mit o Orfeuszu, który potrafił oczarować całe stworzenie swą muzyką. Nie ulega wątpliwości, iż muzyka wywiera potężny wpływ na psychikę ludzką. Chorał gregoriański posiada wielką siłę oddziaływania, a polifonia sakralna towarzyszyła liturgii katolickiej przez wiele stuleci. Gdyby przywrócono jej należne miejsce, młodzi nie musieliby podążać za fletnistą nad przepaść dezorientacji doktrynalnej i łatwo byłoby wyprowadzić ją z mroków ignorancji oraz błędu.

Wiele osób, które były w Taizé, wspomina również o tym, iż doświadczyły tam „większej potrzeby poszukiwania i zawierzenia”,co w praktyce zupełnie nic nie oznacza. Przez sam fakt, iż wspólnota ta pragnie być międzywyznaniowa, wyklucza ona jakiekolwiek poszukiwanie głębszego zrozumienia prawd wiary, proponując zamiast tego nieokreślone i niejasne pojęcie ufności i zawierzenia. Ludzie opuszczają Taizé pełni chwilowego entuzjazmu, jednak bez jasnego wyobrażenia o własnych obowiązkach religijnych. Ich euforia szybko znika lub wykorzystywana jest dla różnych, niejednoznacznych celów.

Ostatnią cechą Taizé, zdecydowanie niekatolicką, jest dokonujące się tam stale nadużycie: udzielanie Komunii św. niekatolikom. Zgodnie z panującą tam praktyką, w niedzielę Komunia św. udzielana jest każdemu, bez względu na wyznanie, kto wierzy, iż obecne są w niej Ciało i Krew Pańska. Jednak wszystkie wyznania chrześcijańskie mają całkowicie różne rozumienie Komunii. Anglikanie postrzegają ją po prostu jako symbol, luteranie uważają, że Chrystus obecny jest wraz z chlebem i winem itd.

Twierdzi się w Taizé, że papież zezwolił na tę praktykę w 1986 roku. Jednak jest faktem, że sam papież osobiście wyraźnie zakazał jej w dokumencie Redemptoris Sacramentum. Bracia z Taizé podkreślają też, że Msza sprawowana jest zwłaszcza dla pielgrzymów z krajów Europy Wschodniej, którzy byliby sfrustrowani, gdyby w niedzielę nie mogli w niej uczestniczyć. Jeśli jednak jest to Msza, należy podczas niej przestrzegać katolickiej dyscypliny sakramentalnej. Rażące lekceważenie przez wspólnotę Taizé zakazu communicatio in sacris to, niestety, jedno z wielu nadużyć, jakie mają w niej miejsce.

Konkluzja

Tak więc podsumowując, możemy bez wahania stwierdzić, że cały ruch Taizé nie jest w żaden sposób katolicki, nie respektuje doktryny Kościoła. Co więcej, nie ma on takiej intencji. Nie tylko praktykuje on indyferentyzm religijny, ale też czynnie go propaguje. W tej sytuacji katolikom absolutnie nie wolno angażować się w tego rodzaju inicjatywy. Taizé stanowi ogromne zagrożenie dla wiary katolickiej, promuje bowiem indyferentyzm religijny i w sposób świętokradczy udziela sakramentów. Co grosza, usiłując połączyć ze sobą wszystkie konfesje, propaguje w ten sposób rodzaj religijnej schizofrenii.

Wiele pisano o Taizé przy okazji uroczystości pogrzebowych Jana Pawła II, w których uczestniczył brat Roger, a nawet otrzymał Komunię św. z rąk ówczesnego kard. Ratzingera. Niektórzy usprawiedliwiali to twierdząc, że przeszedł on potajemnie na katolicyzm. Jednak sam brat Roger natychmiast zdementował to, a jego wspólnota energicznie protestowała przeciwko tego rodzaju sugestiom. Wielu publicystów usiłowało dojść, jaką religię w istocie wyznawał Roger Schulz. Ostatecznie jednak jedynym nasuwającym się wnioskiem musi być to, że wyznawał on religię stworzoną przez siebie samego. Miał własną wizję religii, która niewiele miała wspólnego z tym, co nazywamy wiarą – odpowiadała ona jego własnym pragnieniom, a nie woli Boga.

Hinduiści mówią o tzw. karmie, będącej rodzajem poetyckiej sprawiedliwości, która przenika wszechświat i w pośredni sposób doprowadza wszystkie rzeczy do pierwotnego ładu. Nie ulega wątpliwości, że sprawiedliwość Boża działa niekiedy w sposób tajemniczy. Brat Roger zmarł w tragicznych okolicznościach, zasztyletowany przez chorą psychicznie kobietę cierpiącą na schizofrenię. Z pewnością nie był on winny jej choroby, jest jednak coś znamiennego w fakcie, iż człowiek nie zdający sobie sprawy ze swych czynów, odbiera życie innemu człowiekowi, który nie wie, kim w istocie jest. Dla duszy takiej możemy jedynie błagać Boga o miłosierdzie, gdyż faktem jest, iż został on wykorzystany przez hierarchię oraz skażony jej fałszywym ekumenizmem.

Pojednanie jest szlachetnym celem – a tym bardziej pojednanie całego rodzaju ludzkiego. Jest jednak tylko jedna Osoba, która może pojednać nas z Bogiem, a poprzez Boga ze wszystkimi innymi. Jest nią nasz Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus. Jedynie przez wierność Jego nauce w całej jej integralności możemy dostąpić zbawienia. Nie w żaden inny sposób. Podziały między ludźmi mają jedno tylko źródło, a jest nim grzech. Jedynie poprzez sakramenty Chrystusa Pana grzechy te mogą zostać nam odpuszczone, a jedyną wspólnotą dającą zbawienie jest Kościół katolicki.

Nie może być prawdziwej jedności między ludźmi, dopóki wszystkie dusze, dzięki łasce samego Zbawiciela, nie będą zjednoczone z Kościołem. Nie mają żadnego sensu modlitwy o jakieś nieokreślone, naiwne i sentymentalne pojednanie, ani o jakiś rodzaj przyszłej, międzyludzkiej solidarności. Jest to nie tylko absurdalne, ale i destrukcyjne dla prawdy. Modlić trzeba się o nawrócenie grzeszników i heretyków oraz o powrót zagubionych dusz do owczarni Jezusa Chrystusa – Dobrego Pasterza, który jest drogą, prawdą i życiem.

ks. Jan Jenkins FSSPX
http://www.piusx.org.pl

Komentarzy 36 do “Cała prawda o wspólnocie z Taizé”

  1. JO said

    Pierwszy raz pojechalem na spotkanie Modlitewne Taize w bodajrze 1990 roku do Pragi, bo tam bylo to organizowane. Wrazenie bylo powierzchownie WSPANIALE, pelne euforii, mlodych ludzi lub zachowujacych sie mlodo, pelne entuzjazmu, rozmodlenia, MUZYKI jakiej do tad NIGDY nie slyszalem, jakby mantry. Biegalem z e spotkania na spotkanie i sam nie wiedzialem gdzie ide za wskazowka organizatorow i sam nie wiedzialem co robie a przekonany bylem ze sie Modle modle chociazby tym ze tam jestem w takim jakby post hipisowskim srodowisku, gdzie zamiast marichuany jest „MODLITWA” – mantry, tysiace twarzy , usmiechy i smiechy, pelna EMOCJI atmosfera, ktora tlumaczona byla obecnoscia w Tobie BOGA, bliskosci Boga, MILOSCIE jeden do drugiego w mysl przykazania bysmy „sie milowali”

    Po przyjezdzie z Pragi podswiadomie czulem WOLNOSC i na studiach dawano jej wyraz – kopulacja z kim popadnie aby z piesnia , spirytusem – to byla Wolnosc przyniesiona z Taize, Molosc, Braterstwo, Odpowiedzialnosc za Szczescie do ktorego SIE nie tylko dazylo ale bralo calymi garciami i biodrami.

    (Panie Gajowy i inni, prosze bez insynuacji , ze ja znowu o du–pie)

  2. Nemo said

    Wspaniały artykuł a w nim m.in. przejrzysta wykładnia Nowego Testamentu i zdrowej nauki Kościoła Katolickiego, sprzed SV II rzecz jasna. Najsmutniejsze jest to, że wspólnoty z Taize nie chciano przyjąć na łono Kościoła, ojciec odepchnął syna marnotrawnego. Tam na Górze, ktoś za to beknie.

  3. Marucha said

    Re 2:
    Brata Rogera całe niemal życie ciągnęło do katolicyzmu i chciał się nawrócić. Watykan stwierdził, że nie tylko nie musi, ale nawet nie powinien.
    Jeśli to nie jest grzech z gatunku najcięższych, to nie wiem, co to jest.

  4. Jacek said

    „Jeśli czyta się biografię Rogera Schutza, nawet pisaną przez jego apologetów, nieuchronnie nasuwa się wniosek, że zwyczajne działanie łaski Bożej doprowadziłoby go ostatecznie do Kościoła katolickiego. Z pewnością miał on dobrą wolę, był szlachetny i gorliwy, prowadził życie na wzór katolickiego, benedyktyńskiego mnicha.”

    niestety nie jest to prawda poniewaz byl gorliwym dzialaczem „ekumenicznym”, jak jest to obszernie opisane we wczesnijszych fragmentach tekstu, a ascetyzm nie musi byc zwiazany z Wiara Katolicka..

    ” By odnaleźć to, czego poszukiwał, potrzebował zaakceptować jedynie magisterium (nauczanie) oraz Tradycję Kościoła.”

    drobiazg, zostal mu taki drobny szczgol, „wystarczylo” sie nawrocic. Niestety ten fragment stawia pod znakiem zapytania kwalifikacje autora.

    „Zgromadzenia zakonne niejednokrotnie zakładane były przez konwertytów, przykładem mogą być Misjonarze Ducha Świętego, których założył nawrócony z judaizmu syn rabina – czcigodny Jakub Libermann. Do zgromadzenia tego należał również abp Lefebvre.”

    to jest ciekawy i byc moze znaczacy przyczynek do biografii abp. Lefebvre.

    „Jednakże – i jest to być może najtragiczniejsze w historii Taizé – po II Soborze Watykańskim hierarchowie Kościoła nie chcieli nowych zgromadzeń zakonnych, ponieważ przyjęli inną perspektywę duszpasterską. Nie było już miejsca na konwersje i nawrócenia, ale jedynie na dialog. Biografowie stwierdzają jednoznacznie, że przed II Soborem Watykańskim członkowie tej wspólnoty pragnęli porzucić swe błędy i prosili o przyjęcie do Kościoła katolickiego. Wówczas jednak otrzymali od jego władz następującą odpowiedź: „Nie. Poczekajcie. Po soborze staniecie się mostem pomiędzy katolikami a protestantami”. A zatem odmówiono im powrotu do Kościoła, ponieważ jego władze nie chciały, by stali się katolikami. Mieli być rodzajem mostu pomiędzy katolikami a protestantami.’

    To, ze zwracali sie do hierarchii jako organizacja swiadczy o celach politycznych. Kazdy z nich, lacznie z „bratem” Rogerem, mogl w kazdym momenci przyjac wiare katolicka, wyrzec sie bledow protestantyzmu i przystapic do spowiedzi sw. (zakladajac, ze byl waznie ochrzczony). Co do zas „hirarchii katolickiej”, z ktora „negocjowali”, to sama ta negocjacja swiadczy o tym jak byla ona katolicka, jak rowniez jak „gotowi do nawrocenia” byl brat „Roger” i jego „wspolbracia”.

    ” Kiedy próbujemy budować życie duchowe bez dogmatów, w najlepszym razie grozi nam popadnięcie w sentymentalizm, w najgorszym zaś w prawdziwy obłęd.”

    bardzo prawdziwe stwierdzenie, dotyczy ono rowniez tych ktorzy staraja sie byc katolikami una cum np Bergolio.

    „To naprawdę przygnębiające, że dzisiejsza młodzież musi udawać się do Taizé, by słuchać muzyki, która jeszcze zaledwie 50 lat temu rozbrzmiewała we wszystkich katolickich kościołach. Obecnie w naszych świątyniach wykonywane są prostackie i banalne kompozycje, mające mało wspólnego z sacrum. Nic więc dziwnego, że młodzi ulegają urokowi wykonywanych w Taizé pieśni i znajdują w nich pewien rodzaj pokarmu duchowego. Dla tych dusz, zmuszonych do życia na co dzień w jałowej atmosferze nowej Mszy, może to rzeczywiście stanowić pewien urok.”

    To wszystko prawda, ktora swiadczy o perfidii „hierarchii katolickiej” zainstalowanej w Watykanie w niszczeniu Wiary Katolickiej (jeszcze raz, jak wiec katolik ma byc z naczelnikem tej bandy una cum?). „Brat” Roger (byl) i jego „wspolnota” jest wpsolpracownikiem tych perfidnych niszczycieli.

    ad JO

    Panski opis nie rozni sie wiele od opisow „zaplecza” „Swiatowych Dni Mlodziezy” ( nawet w nazwie nie katolickich), Gratuluje Panu tego, ze sie Pan ocknal. Znalem kobiete urodzona jeszcze niezle przed 2 WS, uwazajaca sie za katoliczke, ktora religijnie jezdzila, w towarzystwie podobnych pan, do Taize aby ja „brat” Roger „natchnal”. A one przeciez powinny dosyc dobrze pamietac podstawowe prawdy katechizmowe.

  5. Marucha said

    Re 4:
    Przypominam Panu, że brat Roger CHCIAŁ się nawrócić. Watykan powstrzymał go przed tym nierozważnym krokiem, vide wpis #2 a także mój wpis #3, które Pan najwyraźniej przeoczył.

  6. Jacek said

    ad Marucha #5

    prosze Pana, w jaki sposob ktos moze byc „powstrzymany” od nawrocenia? czy nie mogl znalezc ksiedza, ktory by go wykatechizowal i wyspowiadal?

    jezeli chcial sie nawrocic, a sprawa zajmowal sie przez dluga czesc swego zycia, to musial sie zaznajomic z doktryna katolicka, czy wiec nie rozumial, ze zaden katolik nie odwodzil by go od nawrocenia?

    On zawarl z Watykanem pakt, ktory byl korzystny dla obu stron i w ten spsob sprzedal swa chec nawrocenia jezeli ja rzeczywiscie mial a nie chodzilo mu jedynie o zagospodarowanie „niszy religijnej” jaka otworzyl swii ( na co Watykan wydal mu w rezultacie swego rodzaju koncesje). Od tego momnetu musial sobie zdawac sprawe z tego, ze odwodzil ludzi od katolicyzmu, rowniez katolikow a nie tylko chcacych sie nawrocic. Byl wiec zwyklym dywersantem dzialajacym w porozumieniu z apostatami wewnatrz Watykanu liwkidujacymi (jak im sie wydaje) konsekwnetnie Kosciol Katolicki.

  7. Marucha said

    Re 6:
    Teoretyzuje Pan.
    Normalny człowiek, gdy usłyszy z ust największego autorytetu Kościoła, że jego nawrócenie nie jest potrzebne, a nawet będzie lepiej, jeśli pozostanie przy swojej wierze jako „ekumeniczny łącznik” pomiędzy katolikami a protestantami – to się autorytetowi podporządkuje. I tyle. Pan zaś oskarża go o dywersję na podstawie własnych wyobrażeń… Prawdziwi dywersanci siedzieli wewnątrz Kościoła, te różne Küngi, Lubaki czy Congary.

    Nie takie rzeczy, sprzeczne z Magisterium, wciśnięto setkom milionów ludzi do głów, wśród których zapewne wielu miało i lepszą znajomość doktryny katolickiej, i – powiedzmy – większy potencjał intelektualny. Mogę podać przykłady, ale przecież Pan je zna.

    Niech się Bóg zlituje nad sprowadzonym przez pasterzy na manowce bratem Rogerem.

  8. Jacek said

    ad Marucha

    „Normalny człowiek, gdy usłyszy ..” prosze Pana to nie byl „normalny” czlowiek ale wyksztlacony czlowiek zajmujacy sie praktycnie cale zycie religia protestancka i katolicka. Jezeli rzeczywiscie chcial sie nawrocic i rozumial co to znaczy (chyba musial przeczytac chociaz jeden katechizm przedsoborowy) to musial widziec co musi zrobici heirarchia w Watykanie nie byla mu do niczego potrzebna. Musial tez rozumiec, ze od nawrocenia zalezy jego zbawienie. Chyba, ze kurat miu o zbawieni nie chodzilo. Ale wtedy nie ma o czym mowic.

    „Prawdziwi dywersanci siedzieli wewnątrz Kościoła, te różne Küngi, Lubaki czy Congary.” no walsnie ich ideologii sie podporzadkowal, czyli z ich ramienia stal sie antykatolickim dywersantem. Watpie aby byl az tak glupi aby nie wiedzial co robi.

  9. Dictum said

    ad. 7
    Pan Jacek ma rację. Zabrakło łaski Bożej dla nawrócenia brata Rogera. Mógł porzucić swoje plany bycia przywódcą grupy, która ma za cel jednanie chrześcijan i skromnie, cicho dołączyć do jakiegoś istniejącego katolickiego zgromadzenia, tym bardziej, że od młodości taka forma życia go pociągała, ba, nawet ją praktykował. Jeśli Watykan odradził, odrzucił wręcz jego prośbę przejścia na katolicyzm i on łatwo się zgodził (wszystko jedno w imię czego) pozostać poza Kościołem katolickim, to mam wrażenie, że coś słabo było u niego z dochodzeniem do Prawdy. Prawdopodobnie najbardziej w katolicyzmie pociągała go sfera zewnętrzna, która do SWII była wspaniała i prawdziwie unosiła duszę do Boga. (Czytamy, że w Teze bardziej słychać nasze katolickie pieśni niż w naszych katolickich kościołach, gdzie od czasów V2 śpiewa się często głupawe pioseneczki, niemające nic wspólnego z sacrum – vide Biskup Długosz).
    A swoją drogą hierarchowie watykańscy… szkoda słów.

  10. Tralala said

    Czytalam kiedys w Fideliter (francuski odpowiednik Zawsze Wierni), ze brat Roger na audiencji u JP2 dostal „plecenie” pozostania tam gdzie jest.

    Zgadzam sie z panem Marucha, ja tez nie wiem co moze byc wiekszym grzechem niz odradzanie ludziom nawrocenia sie.

  11. Boydar said

    Udawanie, że się nawróciło.

  12. Marucha said

    Re 8, 9:
    Obaj gadacie bzdury, Panowie Niezłomni, Zawsze Wierni i Zawsze Mądrzy Po Fakcie Wobec Osób Trzecich.
    Szczególnie Pan Jacek, który pragnąc się nawrócić zapewne olał by papieża, albo jeszcze i go zrugał, jak burą sukę.

    Powtarzam wam jeszcze raz. Następnego razu może nie być, bo mnie chyba szlag trafi:

    NIE TACY ZNAWCY KATOLICYZMU, JAK BRAT ROGER, POSŁUCHALI SIĘ POSOBOROWYCH PAPIEŻY, GŁOSZĄCYCH HERETYCKIE TEZY, ZMIENIAJĄCYCH MSZĘ ŚWIĘTĄ W JAKĄŚ PARODIĘ, REFORMUJĄCYCH RÓŻANIEC.I SZERZĄCYCH SYNKRETYZM RELIGIJNY.

    Zacznijcie, panowie wymagać od siebie, zamiast włazić z butami do czyjejś duszy i decydować, czy jego wiara była płytka, głęboka, czy jeszcze jakaś inna.
    Chciał się nawrócić – ale SAM PAPIEŻ! Głowa Kościoła, do którego chciał należeć! – mu to odradził. Najwyższy autorytet!

    I wbijcie sobie do głowy, że przypisywanie bratu Rogerowi chęci „rozbijania Kościoła” to taka durnota, że słów brak. On był POZA KOŚCIOŁEM – KURWA – WIĘC JAK GO MÓGŁ ROZBIJAĆ?
    Rozbijali go moderniści WEWNĄTRZ Kościoła. Lubac, Congar, Küng, Kasper i cała ta hołota…

  13. Marucha said

    Re 11:
    To może w nawiązaniu… czy sądzi Pan, że grzechem jest życie tak, jakby się wierzyło, choć się nie wierzy?

  14. Boydar said

    @ Pan Gajowy (13)

    Nie. Nie jest. Jest bowiem wiara i jest najgłębsze przekonanie z ową wiarą często utożsamiane. To drugie to unikalny dar Ducha Świętego. To pierwsze, to obowiązek wynikający z obranego celu – zbawienia. Jeśli ktoś nie ma owego najgłębszego przekonania, wiara jest sposobem na godne przeżycie doczesności z obietnicą bożą w tle. Jeśli wierzymy Bogu, i chcemy być zbawieni, to określona przeze mnie „wiara” jest jedyną możliwością jaką mamy. Mój punkt widzenia jest tylko pozornie skomplikowany; w rzeczywistości, jak sądzę, jest prosty i uczciwy.

    Wspomniany „większy grzech” (11), to np. grzech Jakuba Franka czy przechrztów „hiszpańskich”.

  15. Marucha said

    Re 14:
    No i zupełnie się z Panem zgadzam.
    Dodam jeszcze, że osoby, które żyją tak, jakby wierzyły, choć nie wierzą, mogą z czasem dostąpić łaski i naprawdę uwierzyć. Tak napisał pewien mądry człowiek, którego nazwiska nie potrafię sobie przypomnieć.

  16. Listwa said

    Analogicznie człowiek który wierzy, a zyje tak jakby nie wierzył ,to wiarę może tracić.

    Brat Roger nie tyle chciał sie nawrócić , co zadeklarował ze chce wstąpić do Koscioła. Odradzono mu tego , mówiąc że w Kościele jest i jego oficjalny powrót nie jest konieczny. Jacek sedevakantysta co dziewice udaje, typowo zachowuje się wbrew przestrodze Pana Jezusa „nie sądzcie bliźniego nie będziecie sądzeni”. Nie wiemy, co myślał i co chciał brat Roger, kto wie, czy jego zabójstwo na oczach zebranych w Tezze nie powstrzymało jego publiczej deklaracji o wstąpieniu do Koscioła i opuszczenia sekty protestanckiej.
    Przecież nagle dobiegł do niego w trakcie rozważania podobno chory psychicznie i zabił.

  17. sleszowiak said

    stary text… aczkolwiek ważny!

  18. Dictum said

    Panie Gajowy, nikomu – ja przynajmniej – do duszy nie włażę, dałeś Pan artukuł, to nad nim dyskutujemy i tyle.
    A w sedno trafił Pan Listwa (16) – „Brat Roger nie tyle chciał sie nawrócić , co zadeklarował, że chce wstąpić do Kościoła. Odradzono mu tego, mówiąc że w Kościele JEST…”.
    I to zmienia postać rzeczy.
    Pan piszesz: „Chciał się nawrócić – ale SAM PAPIEŻ! Głowa Kościoła, do którego chciał należeć! – mu to odradził. Najwyższy autorytet!”
    Oczywiście i posłuchał, bo najwyższy autorytet JP2 mu powiedział, że w Kościele JEST. Ba, nawet sam udzielił mu Komunii św.
    A ja mówię nadal (nikomu nie włażąc do duszy i na podstawie tylko tego artykułu, nic bliższego nie wiem, do Teze nie jeżdżę, chociaż jeździli moi znajomi, zawsze wydawało mi się, że to sekta), że Brat Roger miał zakłócenia w dochodzeniu do Prawdy. I trudno się dziwić, skoro SAM PAPIEŻ tak mu doradził, a choć jest głową Kościoła katolickiego, to patronuje przecież wszystkim religiom (nawet woodoo). Czyli jest ok, jest jedność, o której Brat Roger marzył.

    I jeszcze Pana słowa: „NIE TACY ZNAWCY KATOLICYZMU, JAK BRAT ROGER, POSŁUCHALI SIĘ POSOBOROWYCH PAPIEŻY…”
    – Tak! I o nich powiem, że mają kłopot z dochowaniem wierności PRAWDZIE (nie włażąc w ich dusze).

    A tytuły, jakimi Pan nas obdarzył na wstępie – nietrafione!

  19. Dictum said

    PS. do 18.
    Nie jestem sedewakantystą i nigdy nie będę. Jak Pan uznaję papieża, bo choć nie pojmuję wyroków Bożych co do Kościoła katolickiego, to godzę się na nie ze wszystkim, pokładając wiarę w Chrystusa i mając nadzieję, że do końca tylko JEMU pozostanę wierny, co by się nie działo. Amen.

  20. Marucha said

    Re 18, 19:
    Muszę powiedzieć, że nie rozumiem tego rozdzielania włosa na czworo:
    – czy brat Roger chciał się nawrócić
    – czy tylko chciał zostać członkiem Kościoła Katolickiego
    – czy może miał inne zamiary.
    Tego nie wiemy i nigdy wiedzieć nie będziemy.
    Natomiast wiemy jedno: najwyższy autorytet Kościoła mu tego odmówił. I wobec tego traci znaczenie, czy brat Roger miał czy nie miał trudności w dochodzeniu do prawdy.
    Kropka.

  21. Dictum said

    Tak naprawdę to nie wiemy i nie będziemy wiedzieć o wielu rzeczach, o których nam się wydaje, że wiemy, bo usłyszeliśmy, naczytaliśmy się. Słuchamy, czytamy i wyrabiamy sobie jakieś zdanie. A czy ono trafne, też nie wiemy.
    Przeczytaliśmy art. Ks. Jenkinsa i rozpoczęliśmy rozważania o informacjach tam podanych
    (cyt.Pana):
    – czy brat Roger chciał się nawrócić
    – czy tylko chciał zostać członkiem Kościoła Katolickiego
    – czy może miał inne zamiary.

    I każdy się wypowiedział na swoją miarę wiedzy i przekonań.
    Chyba o to TYLKO chodzi?

  22. Marucha said

    Re 21:
    Nie tylko.
    Pojawiła się np. opinia, że brat Roger rozwalał Kościół Katolicki (sic!) – choć przecież nie był jego członkiem.
    W braku lepszych informacji należy założyć, że miał szczerą chęć wejścia do KK.

  23. Dictum said

    Rozwalał – to MOŻE przesada.
    Ale przecież Kościół katolicki rozwalają siły i wewnętrzne, i zewnętrzne. Wszystkie sekty identyfikujące się bezprawnie z chrześcijaństwem też w pewnym sensie wpływają na rozwalanie Kk. A ks. Jenkins mówi wprost o Teze, że ma znamiona sekty.
    Ja nie podważam najlepszej woli brata Rogera, nie deprecjonuję jego świętego życia, ani nie mam takiej woli, ani prawa. Ale cały czas uważam, że jak ktoś chce być w Kościele katolickim, bo doszedł do tej PRAWDY, że NIC POZA NIM, to – wydaje mi się, podkreślam, WYDAJE MI SIĘ, że nie powinno być takiej siły, która by to mogła uniemożliwić. Dlatego niewyobrażalne wydawałoby się, że JP2 przed tym brata Rogera powstrzymał. I jeśli to absolutna prawda (znowu przecież czegoś możemy nie wiedzieć) to groza, groza i jeszcze raz groza!
    Ale całe krocie atramentu wylano tu i gdzie indziej na temat upadku posoborowego i rozwałki podstaw Kk, więc na tym zakończę, bo o tym to już dobrze wiemy nie tylko z czytania i słuchania, ale naocznego konfrontowania.

  24. Marucha said

    Re 23:
    Ale przecież Kościół katolicki rozwalają siły i wewnętrzne, i zewnętrzne. Wszystkie sekty identyfikujące się bezprawnie z chrześcijaństwem też w pewnym sensie wpływają na rozwalanie Kk.

    Jak do tej pory, jeśli się nie mylę, WSZYSTKIE rany zadano Kościołowi od wewnątrz.
    W Kościele byli zarówno Luter, jak i Kalwin – a z naszych czasów tzw. „teologowie moderniści”. Członkiem Kościoła był również Paweł VI jak i jest Franciszek.

    Ci z zewnątrz mogą Kościół atakować i szkalować. Mogą nawet odciągać odeń wiernych.
    Ale nie mogą nic poza tym. Nie mogą zmieniać Nauki Kościoła, unieważniać papieskich bulli, wprowadzać nowych pseudonabożeństw, „interpretować” Magisterium itd. Nie mogą czynić NIC z tych rzeczy bez zgody i chęci Watykanu.

  25. Dictum said

    Ale Watykan JEST chętny. Do obrad m.in. nt. liturgii na V2 były dopuszczone „siły zewnętrzne” – grupa protestantów – nie tylko jako obserwatorzy, ale z możliwością dawania głosu. Oczywiście również siły wewnętrzne w tej sprawie, a jakże, były przemożne.
    I się zaczęła rozwałka!

  26. Marucha said

    Re 25:
    Bez przyzwolenia Watykanu owe siły zewnętrzne mogły by co najwyżej zgrzytać zębami i charczeć w mediach.
    Żaden „kościół” protestancki nie miał możliwości zmieniać czegokolwiek w nauczaniu Kościoła Katolickiego, wymuszać na nim ekumaniactwa, kolegializmu itd.

  27. Anzelm said

    Prorok z Taize 1
    W ciągu ostatnich pięciu lat coraz głośniej w Polsce o tzw. ekumenicznej wspólnocie z Taize.
    Jej nagła popularność, zwłaszcza w środowiskach młodzieżowych osiągnęła takie rozmiary, ze zjawisko to można bez przesady określić mianem fenomenu. Tym bardziej dziwne jest, iż nie doczekało się ono dotąd wyczerpującej analizy z pozycji katolickich. Główne ” dzieła” animatora tej neoprotestanckiej grupy Rogera – Schutza ( zwanego czasem z niewiadomych powodów ” bratem” – nie otrzymał on bowiem nigdy żadnych świeceń ) ukazały się bez koniecznej zgody władz Kościoła Katolickiego. Pomimo to sprzedawane w rzekomo katolickich księgarniach wykupywane są masowo przez młodzież, pochłaniającą je bezkrytycznie z wypiekami na twarzy. Niniejsze opracowanie jest próbą analizy – pobieżnej siłą rzeczy – ideologii ( używam tego słowa z pełną odpowiedzialnością ) ruchu, który wywiera rosnący wpływ na katolickie środowiska młodzieżowe w naszym kraju. Sztandarową jego postacią jawi się wspomniany już Roger Schutz – urodzony w Szwajcarii 12 maja 1915 r. Jako syn pastora w rodzinie o wielowiekowej tradycji ” reformacyjnej” sięgającej XVII wieku. We wczesnej młodości w wyniku frustracji religijnych popadł w agnostycyzm, z którego jak sam opisuje w swoich wspomnieniach, wydobył się dzięki lekturze jansenistycznych ” Myśli”- Pascala ( znajdujących się nota bene na indeksie ksiąg zakazanych). Od tej chwili dojrzewa w nim idea, której urzeczywistnieniu odda się później bez reszty. Jest nią ekumenizm, ale ekumenizm pojęty bardzo swoiście. Nie chodzi mu bowiem o powrót protestantów na łono Kościoła, ale o „pogodzenie się z katolicyzmem bez porzucania wiary protestanckiej”. W celu lepszego przygotowania do tego zadania rozpoczyna obszerne studia teologiczne, a jego duchowym mistrzem staje się … Marcin Luter. W tym miejscu, aby lepiej zrozumieć znaczenie tego faktu i jego wpływ na dalsze kształtowanie się światopoglądu Schutza, wypada przypomnieć mniej zorientowanym czytelnikom postać ” wielkiego reformatora”, który wniósł tak doniosły wkład w budowę ekumenizmu. Urodzony w 1483 r. W Eileben, po krótkim przebywaniu w klasztorze Augustianów w Erfurcie porzuca stan duchowny, aby całą swoja energię i niewątpliwy talent obrócić na zniszczenie Kościoła Katolickiego. Eksponowany zwykle przez lewicowe podręczniki ” epizod z odpustami” odegrał w jego życiu znaczenie drugorzędne. Już w 1518 r. W dyskusji w klasztorze Augustianów w Heidelbergu Luter formalnie wyłożył swoje propozycje antykatolickie: negacji sakramen-tów, odrzucenia hierarchii, powszechne kapłaństwo, usprawiedliwienie jedynie przez wiarę ( bez uczynków ) i predestynację. Śluby zakonne miał w głębokiej pogardzie. ” Czy kto powie Bogu, przyrzekam Ci obrażać Cię przez całe życie, albo czy Mu kto powie, przyrzekam Ci przez całe życie zachować ubóstwo i czystość, jest to wszystko jedno. Należy przeto nie tylko zerwać podobne śluby, ale karać surowo tych, którzy je wykonują i niszczyć klasztory do ich wytępienia”.( Krótkie wnioski o ślubach i życiu klasztornym, Walcha, EXIX, p.797). Dalej jeszcze posunął się w atakach na Mszę św.: ” Księża, którzy odprawiają mszę zasługują na śmierć, podobnie jak każdy bluźnierca publiczny przeklinający Boga na ulicy”2 . Niwecząc wolną wole człowieka pisał: „Wszystkie rzeczy następują wg. nieodzownych wyroków Boga. Bóg sprawia w nas zarówno złe jak i dobre i podobnie jak nas zbawia bez naszej zasługi, potępia nas również bez naszej winy”.( De libero arbitio dicribe, Walcha XVIII,p.19,62). W zawierusze buntu chłopskiego Müntzera, który nawiasem mówiąc sam wywołał podżeganiem do zrzucenia jarzma księży i panów – poślubia Luter porwaną z klasztoru Katarzynę Bora ( jego zasady małżeńskie były co najmniej dziwne: ” jeżeli małżonka odmawia – udaj się do służącej, a jeżeli ta nie chce, wystaraj się o Esterę i wypraw Waste, jak to uczynił król Asswersus” /O pożyciu małżeńskim,P.11,fol.168/). W 1537 r. Błogosławił oddziały Ligi Szmalkaldzkiej:”Niech Bóg napełni was nienawiścią przeciw papizmowi”. Zmarł 18 lutego 1546 r. – wg. relacji świadków pogrążony w przerażeniu – widząc na łożu śmierci otwierające się przed nim piekło. Imię jego długo jeszcze było sztandarem bandy ” refor-matorów” topiących we krwi całą Europę – podczas wojen hugenockich, szwedzkich etc.( wszystko to nie zraża jednak Schutza, co więcej, jest on zdumiony widząc „irracjonalizm przeszkód”(Jego miłość jest ogniem, s.91), które spowodowały owe ” wieki nieporozumień” ( walka ludzi pokoju, s. 61). Idzie nawet dalej zdobywa się bowiem na wspaniałomyślność – „Nie potępiam żadnej ze stron (…) nie chcemy dowodzić, kto miał racje, a kto zawinił” ( Walka ludzi pokoju, s.64-65). Abstrahując jednak od przeszłości spróbujmy ocenić szczerość jego – jak to sam określa – fascynacji katolicyzmem. Pomimo wielkiego szacunku dla urzędu papies-kiego, Taize otwarcie neguje dogmat o nieomylności papieża w sprawach wiary, co najdobitniej uwydatniło się po ogłoszeniu przez Pisa XII, dogmatu o Wniebowzięciu NMP. Tego dnia Roger Schutz zapisał w swoim dzienniku: ” Dla nas jest to dzień żałoby” ( Brat Roger- założyciel Taize, c.60).- Z kolei spróbujmy przeanalizować kwestię zasadnicza – stosunek Taize do sakramen-tów. Przez całą ” twórczość” Schutza przebija lekceważący stosunek do grzechu – tak typowy dla luteranizmu: ” Człowiek zostaje zwolniony z ciężaru odpowiedzialności odziedziczonego przez przodków. Na czym polega więc grzech ?(…) kto nas potępia skoro modlił się za nas Jezus (…) skąd się bierze uczucie, że są potępieni, skąd ten ciężar obwinienia, który nie ma nic wspólnego z grzechem ? ( Niech twoje święto trwa bez końca, s.164), nie należy się temu dziwić pamiętając słowa mistrza ( M. Lutra) z listu do Melanchtona z 1521 r.: ” Crede firmiter et pecca fortiter” – silnie wiem, że Bóg ci odpuści i grzesz jeszcze więcej”. We wspomnieniach z więzień kobiecych w Chile pisze: „Te kobiety nie są złe, u niektórych z nich jest pewne rozdwojenie. Niektóre z nich to matkobójczynie. Ale one nie są złe …” ( Jego miłość jest ogniem, s.67).- Eucharystia – tu wypowiedzi „brata” nie są nigdy jednoznaczne. Pewne sformułowania pozwalają jednak domyślać się, iż jako luteranin w transsubstancję ( przemienienie ) nie wierzy. Wskazują na to również fragmenty jego książek o zupełnym braku zrozumienia istoty tego sakramentu. Przebija z nich bowiem pragnienie, by ” stworzyć dostęp do komunii katolickiej tym wszystkim, którzy nie będąc katolikami szukają …” ( Niech twoje święto trwa bez końca, s. 40). ” Czy eucharystia katolicka zawsze pozostanie niedostępna dla niekatolików ?” – żali się ( j.w., s.38). W żądaniu, by ” umożliwić chrześcijanom uczestnictwo w tej cząstce kapłaństwa, która każdemu z nas została powierzona” ( j.w., s. 127) przebija luterańska koncepcja powszechnego Kapłaństwa. Pomimo parodiowania katolickiego zgromadzenia monastycznego ” bracia” odrzucają śluby posłuszeństwa jako poniżające człowieka oraz negują celowość wszelkich wyrzeczeń i poświęceń, które wytworzyły zastępy wielkich katolickich świętych. ” Nie należy zamartwić się wyrzeczeniami jakie chcemy sobie narzucić, lepiej spełniać w prostocie to, co się przejawia w danej chwili” ( Jego miłość jest ogniem, s.25). (od.A.R-żądać nie uznając zastanych praw – jest postawą złodzieja a nie pokornego mnicha , i to jest owoc po którym można poznać prawdziwe intencje uzurpatora – Brata dla siebie samego, bo to inni muszą uznać moje żądania , a nie ja prawa 2-tysiącletniej Tradycji Kościoła św. ). Wszystko to nie przeszkadza jednak stwierdzić bezczelnie w ” Walce ludzi pokoju”, iż ” zasadniczych różnic należy się dopatrywać jedynie w negowaniu urzędu papieskiego i ostatnich dogmatów dotyczących NMP” ( Walka ludzi pokoju, s. 77). Parę stron dalej piszę z rozbrajająca szczerością: ” Mając w perspektywie łączność duchową nawet bardziej powszechną nie możemy zerwać ze wspólnotą naszego pochodzenia ( lute-ranizmem – przyp. Aut.)” ( jak wyżej, s.79). Zaiste, świetlany to wzór dla katolickiej młodzieży – człowiek, który ceni bardziej przywiązanie do tradycji i to jakiej ) od prawdy i zbawienia własnej duszy ! Obok swej fascynacji Lutrem, Schutz wypowiada się przychylnie o osobie św. Augustyna, co jest o tyle szokujące, że ten ostatni, całe niemal dorosłe życie poświecił bezwzględnej walce z heretykami. Warto w tym miejscu sprecyzować pojęcie heretyka. Prawdziwym heretykiem jest wg św. Augustyna ten, kto świadomie uznaje fałsz za prawdę, mimo, że otrzymał od innych należyte pouczenie o fałszywości swej nauki. Do heretyków nie zaliczał chrześcijan, którzy żyją w przekonaniu, że taka jest nauka Kościoła Katolickiego, lub innych, którzy błąd odziedziczyli po rodzicach – Ale go uporczywie nie bronią i są gotowi porzucić go, jeśli się przekonają o jego fałszywości ( ks. P .Stach. św. Augustyn w walce z heretykami, Lwów, 1930). Według św. Augustyna heretycy nigdy właściwie nie należeli do Kościoła. Odnosi do nich powiedzenie św. Jana: „Z nas wyszli, ale nie byli z nas, bo gdyby z nas byli z nami byliby wytrwali”. W kwestii zbawienia heretyków był zdecydowany: ” Przypuśćmy wiec, ze ktoś jest czystym, powściągliwym, niechciwym, niekłótliwym, lecz cierpliwym i spokojnym, trzeźwym, umiarkowanym w jedzeniu, że nie służy bałwanom, nikomu nie zazdrości, nikogo nie nienawidzi, lecz jest heretykiem, to dlatego samego powodu, że jest heretykiem nie posiądzie na pewno Królestwa Bożego” ( De bapt.,IV,43-169). Naukę tę potwierdziły wszystkie późniejsze sobory i papieże .3
    Drugim świętym Kościoła, który z niewiadomych przyczyn znalazł uznanie ” proroka z Taize” i którego często cytuje jest św. Teresa z Avili. Są to oczywiście cytaty starannie dobrane … Dla przeciwwagi przytoczmy wiec parę słów świętej rzucające światło na jej stosunek do ekumenizmu: ” Wobec tych strasznych spustoszeń, jakie wszędzie czynią heretycy, wobec tego wielkiego pożaru coraz dalej się szerzącego, którego żadna siła ludzka ugasić nie zdoła choć próbowano, ale daremnie, wstępnym bojem i siłą oręża poskromić te niecne rozruchy, jak się to zwykło czynić czasu wojny.(…) I jakże Stworzycielu mój tą samą miłością tchnące wnętrzności Twoje znoszą to, by to co Syn Twój z taka żarliwą miłością uczynił, by ten Najświętszy sakrament (…) w tak strasznej był poniewierce, że heretycy wyrzucają Go z przybytków Jego i burzą kościoły Jego (…). Ileż to razy na każdy dzień i w każdym miejscu widzisz Go Ojcze w ręku nieprzyjaciół nad nim się pastwiących. Ile bluźnierczych profanacji i świętokractw dopuszczają się na nim nieszczęśni heretycy” ( Droga do doskonałości, s.3-33).
    Tyle święta Teresa.
    Szczęśliwie ekumeniczne zapędy ” brata” Rogera zostały zdecydowanie powstrzymane dekretem Świętego Officium z czerwca 1948 r. Zakazującym wszelkiego rodzaju ekumenicznych imprez. W 1955 r. Zakazano odprawiać msze heretyckie w przejętym przez wspólnotę Taize opuszczonym kościółku romańskim. Toteż do początku lat 70- tych ” bracia” skoncentrowali się głównie na działalności politycznej. Mieli już w tej dziedzinie spore doświadczenie. W latach powojennych działali aktywnie w lewicowych związkach zawodowych w kopalniach Montceau les Mines, skąd zostali usunięci za działalność wywrotową. W swoich zapiskach z lat 60-tych R. Schutz stawia pytanie: ” Co mogą uczynić chrześcijanie dla rozwoju ?”. Odpowiedź jest prosta: ” Przede wszystkim uświadomić ludziom, a zwłaszcza chrześcijanom niesprawiedliwość i nierówność w podziale dóbr”. Przy lekturze dzieł ” proroka z Taize” można odnieść wrażenie, ze walka o ” bardziej słuszny rozdział dóbr wśród ludzi” (Jego miłość jest ogniem, s.121-122) i dążenie do zniesienia ” nieznośnych przywilejów części ludzkości, które wywołują wstrząs w najszlachetniejszych wśród młodzieży” ( Niech twoje święto trwa bez końca, s.100) jest zasadniczym powołaniem grupy Taize, znacznie ważniejszym od celu religijnej unifikacji. W swoich wspomnieniach przesiąkniętych marksistowska retoryką zajmuje bowiem Schutz postawę, której nie sposób nazwać umiarkowaną: ” Nie wystarczy potępić innych chrześcijan za używanie pieniędzy, żeby stać się żywą opoką ludu Bożego” ( jak wyżej, s.118). Jego fascynacja marksizmem osiąga apogeum w 1968 r. Podczas rewolucji na Sorbonie, gdy pod wpływem Marcuse’a i Sartr’a bandy zdegenerowanych studentów francuskich zmieniły uniwersytet w dom publiczny, wywieszając portrety Lenina, Trockiego i Che Guevary i transparenty ” Ani Boga ani pana”, niszcząc wszystko co znajdowało się w ich zasięgu – wzruszony Roger bolał nad bezwzględnością sił porządkowych ( Walka ludzi pokoju,s.23). W tym samym roku czynnie zaangażował się w obronę komunistycznego Wietnamu, wysyłając list protestacyjny do prezydenta USA i współorganizując demonstrację pacyfistyczne (jak wyżej, s.113). W centrum jego zaangażowania leży jednak Ameryka Łacińska – oczywiście ze względu na wielka liczbę bojowników o ” sprawiedliwość społeczna” skupionych na okopach teologii wyzwolenia. Trzeba bowiem wiedzieć, że prorok pozostaje w serdecznych stosunkach z jednym z niezrównanych szermierzy czerwonej teologii – Arcybiskupem Helder de Camara, którego głównym zmartwieniem jest ” nierówność nędzy” w Brazylii ( Niech twoje święto trwa bez końca.s.73). Mając na uwadze, iż marksizm zapewnia jej równość ( poprzez powszechność) dochodzi on do przekonania, że ” Współczesny ateizm ma w sobie cos z tęsknoty za humanizmem (…). marksizm jest w zasadzie humanizmem. Człowiek w nędzy nie może czuć się wolnym w świecie. Ci którzy pozostali na Kubie ( komuniści Castro – przy. Aut.) nie chcieli niczego innego jak tylko wyrwania z biedy i nędzy”( J. Mackiewicz, Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy,. S.226-227). ” Cała nasza akcja jest energiczną negacja nowokolonialnego kapitalizmu i tworzeniem państwa socjalistycznego „- twierdzą jego owieczki na łamach ” Exelsio” z 29.11.1969 r. Sam Schutz po wizycie w Chile i spotkaniach z rewolucjonistami pisze: ” Solidaryzuję się całym sercem po stronie tych młodych chrześcijan i napisałem im o tym. Przygotowują się do tego, by pewnego dnia wziąć broń do ręki i obalić tyranię – ale są bezinteresowni”( Niech twoje święto …, s.78). Solidaryzował się zresztą nie tylko z nimi – po obaleniu komunistycznego prezydenta S. Aliende, wyrażał szczere współczucie z powodu ” dramatu Chile” i zaangażował się czynnie w ratowanie życia sekretarza chilijskiej partii komunistycznej – Coplvolana ( jak wyżej, s.175). Współbracia ” proroka” nie pozostają oczywiście w tyle. Najbliższy jego przyjaciel i współzałożyciel ruchu – Max Thurian, w swojej książce
    ” Marie mere du Segneur” pisze: ” Sprawiedliwość polityczna i społeczna, równość praw i wspólnota dóbr, są to znaki miłosierdzia Mesjasza podkreślone przez Jego Matkę. Stąd też Ewangelia zbawienia staje się także Ewangelią wyzwolenia człowieka. Maryja jest pierwsza chrześcijanką i pierwszą rewolucjonistką w ramach nowego ładu”. Nic dziwnego, że
    zdanie to spotkało się z zachwytem jednego z czołowych ideologów teologii wyzwolenia – zamieszkałego w Brazylii marksis-towskiego franciszkanina Leonardo Boff. Pracował on bowiem od dawna nad udowodnieniem, że … hymn ” Magnifikat” jest zwykłym plagiatem, gdyż jest skopiowany z różnych tekstów ” Starego Testamentu”. Na podstawie tego plagiatu stara się dowieść, że ” Maryja żyła nienawiścią, żądzą zemsty i buntem wobec Rzymian, a także i swych rodaków burżujów, życzyła im przekleństwa Bożego i wzywała do rewolucji”( Ks.M. Poradowski, Kościół od wewnątrz zagrożony, s.219). Dla kontrastu wystarczy spojrzeć na karty encykliki Leona XIII ” Quod apostolici muneris” z dnia 28 XII 1878 r.: ” Społeczeństwo ludzkie jakim je Bóg ustanowił, składa się z jednostek nierównych sobie, chcieć zrównać je sobie jest niemożliwe i byłoby równoznaczne ze zniszczeniem całego społeczeństwa (…) Równość różnych jednostek składających społeczeństwo jest w tym jedynie, że wszyscy mamy swój początek w Bogu, Stwórcy naszym i wszyscy zostaliśmy odkupieni krwią Jezusa Chrystusa i że będziemy wg swych zasług i przewinień sądzeni przez Boga (…) Nierówność zatem stanu i imienia w społeczeństwach ludzkich są konieczne (…) Człowiek w stosunku do dóbr ziemi ma prawo posiadania tych dóbr, które niszczą się wskutek używania, jak i tych których używanie nie niweczy (…) Prawo posiadania własności prywatnej jako owocu pracy lub w drodze spadku albo darowizny jest prawem naturalnym”. Pomijam w tym artykule wszystkie przypadki świętokradztw, bluźnierczych modlitw i bezczeszczenia świątyń podczas organizowanych regularnie spotkań Wspólnoty Taize z młodzieżą, są one często przytaczane przez prasę, choć nie zawsze z komentarzem potępiającym.
    Nasuwa się wiec pytanie, skąd bierze się owa zaskakująca popularność ugrupowania o charakterze jawnie antykatolickim, wśród młodzieży wywodzącej się z rodzin trwających od wieków wiernie przy Kościele. Pierwszym powodem zdaje się być rozpaczliwie niski poziom katechizacji sprowadzającej się obecnie niemal zawsze jedynie do koleżeńskiej rozmowy, dowcipów (nierzadko z rzeczy świętych) przy niemal zupełnym zaniedbaniu dogmatyki katolickiej. Prowadzący katechizacje księża nie potrafią ” zapanować” nad młodzieżą, narzucić jej dyscypliny i przemawiać mocą autorytetu nauczycielskiego Kościoła. Zniżając się do jej poziomu zamieniają wykłady w luźna rozmowę na tematy zupełnie czasami z religią nie związane. Skutek jest oczywisty – znakomita większość ” katolickiej” młodzieży kończącej katechizację na poziomie szkoły średniej nie zna Credo, prawd wiary, a nawet Dekalogu, nie wspominając już o przykazaniach kościelnych. Zanika zrozumienie części roku kościelnego, liturgii, sensu istnienia zakonów ( zwłaszcza kontemplacyjnych) a często i sakramentów. Znaczna część ” katolików” nie wierzy w transsubstancję, a utwierdza ją w tym przekonaniu lekceważący stosunek kapłanów do Najświętszego Sakramentu. Nierzadkie są przypadki usunięcia tabernakulum z miejsca centralnego kościoła i odprawianie nabożeństw tyłem do monstrancji etc. Podczas wystawień Najświętszego Sakramentu część wiernych siedzi z założonymi rękami i nogami, nie spotyka się to z żadnymi uwagami kapłanów. Cóż postęp … Nic więc dziwnego, że tak przygotowana młodzież staje się łatwym łupem dla różnego rodzaju sekt nawet jawnie protestanckich. Większość nie zna po prostu żadnych różnic pomiędzy Świętą Wiarą katolicka a herezjami ( zwykle nie rozumie pojęcia „herezja”). – Drugim powodem jest bierna, a czasem nawet przychylna Taize postawa dużej liczby księży, zwłaszcza młodych wychowanych w duchu ” wzajemnej miłości i tolerancji”. Oni właśnie przez swoje nieprzemyślane i lekkomyślne postępowanie biorą na swoje sumienie odpowiedzialność za tysiące (!) dusz odłączających się stopniowo i systematycznie od Jednego Świętego Kościoła. – Odbyło się kolejne spotkanie młodych w Budapeszcie. Można jedynie przypuszczać, ilu młodych zafascynowanych ” wiara bez religii” porzuci po nim Kościół. Tymczasem w świątyniach katolickich wprowadza się ” modlitwy Taize”. Jaki będzie finał ? Najwyższy czas, by ci, na których spoczywa odpowiedzialność za Kościół przypomnieli sobie słowa Chrystusa: ” Po ich owocach poznacie ich. Nie może drzewo dobre przynosić owoców złych, ani drzewo złe przynosić owoców dobrych” ( Mat 7,16-18.). jak dotychczas nie doniesiono z Taize o przypadkach cudownych nawróceń z protestantyzmu na katolicyzm. Za to w kierunku przeciwnym …. – Tomasz Maszczyk
    PRO FIDE REGE et LEGE nr.1 (12) 1992 r.
    1). Tytuł książki: Teresio Bosco, Roger Schutz – Un profeta a Taize.
    2). Z równą pogardą odnosił się Luter do doktorów Kościoła: ” wszyscy ojcowie błądzili w wierze i jeśli nie żałowali tego przed śmiercią, są wiecznie potępieni. Św. Grzegorz jest pierwszym autorem wszystkich bajek o czyśćcu i mszach za dusze zmarłych. Znał bardzo mało Chrystusa i Ewangelie, był zbyt przesądnym i diabeł go oszukał (…) Augustyn często się mylił, nie można liczyć na niego (…) Hieronim jest heretyk, który pisał wiele bezbożnych rzeczy. Zasłużył raczej na piekło niż na niebo. Żadnego z ojców tak nienawidzę jak jego. Tomasz z Akwionu jest tylko niedoszłym płodem teologicznym, równie jak i wielu innych. Jest to studnia błędów, mieszanina wszelkich herezji niwecząca ewangelie”. ( Alzok, Historia Kościoła, t.III, s.73).
    3). IV Sobór Laterański 1215 r. – ” Jeden jest Kościół powszechny, zewnątrz którego nikt zbawionym nie będzie”.Sobór Florencki 1438 r.- ” Stale wierzy, naucza i wyznaje Kościół Rzymsko – Katolicki, że nikt nie będąc członkiem Kościoła Katolickiego (…) zarówno poganie, ale i żydzi heretycy i schizmatycy żywota wiecznego nie osiągną, ale że pójdą w ogień wieczny zgotowany diabłu i aniołom jego. Tyle bowiem znaczy jedność ciała Kościoła, że tylko w niej trwającym Sakramenty Kościoła do zbawienia posłużą, jak i posty, jałmużny i inne pobożności uczynki, ćwiczenie się w bojowaniu chrześcijańskim nagrodę wieczna wysłużą. Nikt zaś, jakiekolwiek jałmużny rozdawał, choćby nawet dla Chrystusa krew swoją przelał zbawionym być nie może, jeśli w gronie Kościoła nie pozostanie”. – http://www.IEN.pl

    ( P.S – Oto mord rytualny zgasił życie samozwańczego „brata’’ i 13 lat po opublikowaniu pow. TEZ o Taize, do dzisiaj nie ogłoszono potwierdzenia Faktu przyjęcia „brata’’ na Łono Kościoła Katolickiego, co przy osobie tak medialnej musiałoby być oficjalnie ogłoszone przez Watykan – nie ma takiegoż ! Insynuacje domysły i niejasności – oto tło jakie otacza całą działalność „z Taize’’ ! Bo jeżeli przyjmę, że „brat’’ jednak godnie przyjmuje sakramenty to w świetle pow.wykładu, z którym nikt nigdy nie podjął polemiki, co potwierdza mocno jego wiarygodność, budzi się zgrozą przejmujące pytanie, czy my się już wcale Boga nie boimy?!!! …odrzucajcie wszystko co ma choćby pozór zła (1 Tes 5; 19-22) …byście nie przystawali z takim, który nazywa się naszym bratem, w rzeczywistości jest … bałwochwalcą, oszczercą… z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posilku (1 Kor 5; 11-13) Bo jeżeli przez 60 lat ktoś jest heretykiem, to o swoim nawróceniu musi powiadomić wszystkich, herezją zwiedzionych, tego domaga się od nas Wiara Naszego kościoła św. Katolickiego – zadośćuczynienie za szkody – Tego „brat’’ nie uczynił, więc zostawmy go Sądowi Bożemu i nie bierzmy przykładu od zbłąkanego wolnomyśliciela, który swą wolność wyżej cenił niż Naukę Jezusa Chrystusa, a dzisiaj stawiany jest jako kandydat do świętości na równi ze Świetymi Kościoła Katolickiego – czyż to nie przerażające!?
    Nie dajmy się zwieść i przez wstawiennictwo Matki Najświętszej u Stóp Jej Syna trwajmy w Katolickiej Wierze św. – Pozostaje jeszcze zadziwiająca i „tajemnicza” zbieżność nazwy „wspólnoty z Taize z nazwiskiem „twórcy” świadków Jehowy… – Charlsem Taze Rusellem, nie ma przypadków, są tylko tajne plany, których „nie wolno” nam znać!!! Ileż to podobnych, misternie knutych spisków padło – a KRZYŻ stoi, bo …
    nie ma bowiem nic zakrytego…(Mt 10, 26-28))

  28. Dictum said

    Np. Bunini był „wewnętrzny”, ale forsował rzecz w porozumieniu z siłami masońskimi z zewnątrz.
    Panie Gajowy, i Pana i – mam nadzieję – moja wiedza jest prawidłowa, spieramy się o szczegóły. Kościół jest rozsadzany od wewątrz czy to przez siły – nazwijmy to – szczere (bo uważa się, że tak będzie dobrze dla Kościóła, jeśli będzie się zmieniał wraz ze światem), czy to przez nawpuszczaną podstepną agenturę (p. Pająk w Nowotworach Watykanu obszernie to opisuje – na podstawie dokumentów).
    Jedno, co możemy na pewno wiedzieć (za św. Mateuszem) – …bramy piekielne nie przemogą go.
    I to nas trzyma!

  29. Marucha said

    Re 28:
    Ależ oczywiście, że zdrajcy Chrystusa i Kościoła korzystali z pomocy z zewnątrz!
    Tym niemniej to na nich spoczywa odpowiedzialność za obecny stan Kościoła. To oni decydowali.

  30. Re: 28 Dictum…
    Mala poprawka: zydostwu i masonerii nie chodzilo (nigd) o mury, ale tylko i wylacznie o fundamenty Kosciola…
    ========================
    jasiek z toronto

    http://polskawalczaca.com

  31. Dictum said

    ad. 29.
    No właśnie. Wewnątrz są zdrajcy Chrystusa. Z tym że ja bym do zdrajców zaliczyła tych, co ślepo działają w imię (wg nich) dobra Kościoła – otwarcia, dostosowania do postępowego świata itp., Natomiast wpuszczona, nasłana agentura to nie zdrajcy, to wrogowie, którzy nigdy za Chrystusem nie byli.

    ad. 30.
    To oczywiste. Ale sobie połamią spróchniałe zęby na tych fundamentach!

  32. Re: 31 Dictum
    Bylbym bardziej ostrozny z wnioskami….
    bowiem zydostwo i masoneria „podmywa” fundament od bardzo dlugiego czasu, czego rezultatem jest obecny obraz Kosciola, co swiadczy o tym, ze koscioly sa likwidowane a katoliczne synagogi maja sie wciaz dosc dobrze…
    no i sa finansowane przez zydowski syjonizm…
    Alez oczywiscie, ze wiem, ze zyjemy w czasach ostatecznych i doskonale wiem, ze kto sie za tym (nimi) kryje…. jak i doskonale wiem. ze jest to ostatnia proba przed kazdym czlowiekiem opowiedzenia sie komu ma (powinien) sluzyc…
    =============================
    jasiek z toronto

    http://polskawalczaca.com

  33. Dictum said

    ad.32. -„Bylbym bardziej ostrozny z wnioskami….”

    Panie Jaśku, to nie wniosek, to nadzieja, a poparta wiarą – zamieniona w pewność, bo na podstawie danej nam obietnicy przez samego Chrystusa.

  34. Bebebe said

    A znajoma mojej mamy, obecnie pani w starszym wieku, przyjechała do Polski z Armenii może z 40 lat temu.jest Ormianką.Jakiego była wyznania przed wyjazdem ze Związku Radzieckiego ,tego nie wiem, ale chyba musiała być w partii, jeśli pozwolono jej na wyjazd i pracę w Polsce.Tutaj poznała Polaka, chciała wyjść za mąż i wziąć ślub w Kościele.Przez ponad dwa lata jakiś ksiądz,chyba u Dominikanów, przygotowywał ją ( jak to powiedzieć- do chrztu, czy do konwersji?), po czym u Jezuitów odradzano jej chrzest i przystąpienie do KościoLa Katolickiego przez kolejne dwa lata,bo….. Wygodniej jej będzie brać ślub tylko cywilny, bo w razie odesłania jej do ZSRR jej mąż nie mógłby sobie powtórnie ułożyć życia….reszty nie pamiętam, mała byłam.Ta pani nadal jest tutaj, cudowna kobieta.Ciągle z tym samym mężem, do Kościoła chodzi, mimo ze nie ochrzczona

  35. Dictum said

    ad. 34
    „Troskliwe” jezuickie kunktatorstwo.

  36. Listwa said

    @34 Bebebe
    to powinna sie ochrzcić i nie zaniedbac tego sakramentu. On niweczy skutek grzechu pierworodnego i jest wprowadzeniem do Kościoła. Inaczej chodząc jest poza .

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: