Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    alejaja o „Exxpress”: Terror przeciwko…
    revers o Niemcom i UE przekazano deklar…
    Marucha o Pius XII – Papież, który…
    Maverick o Polska przygotowuje się na „in…
    Mietek o O pożytkach z sentencji
    Antares o Pius XII – Papież, który…
    Greg o Wolne tematy (67 – …
    Greg o Wolne tematy (67 – …
    CBA o „Złamanie hegemonii jest…
    osoba prywatna o Wolne tematy (67 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (67 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (67 – …
    UZA o To Wojna
    osoba prywatna o Wolne tematy (67 – …
    bryś o „Exxpress”: Terror przeciwko…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 620 obserwujących.

Wolny rynek kolonizuje sektor publiczny w Polsce

Posted by Marucha w dniu 2014-10-27 (Poniedziałek)

Instalacja artysty Banksyego wystawiona w czasie protestów Occupy London pod katedrą św. Pawła w stolicy Wielkiej Brytanii w październiku 2011 roku. Fot. yampi / Shutterstock.com

Jak źle musi być z polskim rynkiem pracy, skoro nawet szacowne instytucje publiczne tak często zachowują się jak bezwzględni XIX-wieczni kapitaliści z książek Karola Dickensa?

Mam kolegę, który prowadzi zajęcia na jednej z publicznych uczelni wyższych. Ma dzięki temu etat i ubezpieczenie zdrowotne. Oprócz miesięcy letnich rzecz jasna.

Bo co roku w czerwcu uczelnia rozwiązuje z nim umowę o pracę. I nawiązuje ją znów w październiku.

Koleżanka z kolei zrobiła doktorat z biologii w Niemczech, ale postanowiła wrócić i pracować w Polsce. Uniwersytet przyjął ją z otwartymi ramionami, bo migracje akurat w tym kierunku i w tej dziedzinie nauki zdarzają się rzadko. Atmosfera się jednak popsuła, gdy powiedziała swojemu przyszłemu pracodawcy, że jest w ciąży. Oferta stałej pracy została natychmiast wycofana.

A jeszcze jeden znajomy chciał się zatrudnić w centrali jednego ze związków zawodowych. Kierowały nim autentyczne ideowe przekonania. Zaproponowano mu umowę… cywilnoprawną.

Ale i tak nic nie przebije głośnej historii z Poznania, gdy panie sprzątające tamtejszy uniwersytet i sąd przestały dostawać za swoją pracę wynagrodzenie. Poszły więc na skargę do dyrektorów tych szacownych instytucji. I wróciły z kwitkiem, usłyszawszy uprzednio, że nie są pracownicami uniwersytetu ani sądu, lecz zatrudnia je zewnętrzna firma sprzątająca. I to do tej firmy niech się drogie panie kierują ze swoimi zażaleniami.

Te opowieści mogą być tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności. Ale może kryć się za nimi pewien problem. Ważny, ale niestety rzadko dostrzegany. Polega on na tym, że do debaty publicznej przebija nam się powoli argument o dysfunkcjonalnym i nadmiernie wychylonym w stronę pracodawcy rynku pracy. Kłopot tylko, że winę za ten stan rzeczy zbyt często przypisujemy samym pracodawcom prywatnym poruszającym się w nieubłaganej logice rynkowej.

Tymczasem jeżeli słabo płatną i niepewną pracę na złych warunkach proponuje korporacja albo sektor MSP, to jeszcze da się to jakoś wytłumaczyć. Oni są przecież trochę jak żołnierze na wojnie (albo tak im się wydaje). Muszą zacząć strzelać (utrzymywać konkurencyjność), zanim zrobi to przeciwnik. I wypchnie ich z rynku. Brutalne, ale jakoś tam logiczne.

Co innego jednak, gdy na prekariat (pracę niepewną, słabo płatną i do bólu elastyczną) stawiają wspomniane już „szacowne instytucje”. Ich wina jest wtedy podwójna. Polega nie tylko na faktycznym łamaniu praw pracownika, lecz także na mordowaniu wiary, że dobra i pewna praca jest w ogóle gdziekolwiek we współczesnym społeczeństwie możliwa. Efekt jest niestety taki, że publiczne uczelnie, urzędy, instytucje kultury czy organizacje pozarządowe odgrywają w psuciu polskiego rynku pracy istotną rolę. I dzieje się tak niestety coraz częściej.

Dlaczego tak jest? Na to pytanie odpowiedzieć można na dwa różne sposoby. Jeden z nich to szukanie wyjaśnień systemowych. Bo oczywiście byłoby absurdalnym nadużyciem twierdzić, że rektor, dziekan czy inny dyrektor szacownej instytucji pomyślał sobie: „a teraz dowalimy tym biednym pracownikom”. Ich antypracownicze posunięcia rzadko (choć czasami na pewno tak) są wynikiem błędnych decyzji. Za ich wyborami zazwyczaj kryje się racjonalność. To ona nakazała uniwersytetowi albo sądowi dokonać outsourcingu usług związanych ze sprzątaniem obiektu. A innym organizacjom pożytku publicznego albo instytucjom zaufania publicznego faworyzować elastyczne formy zatrudnienia, gdzie się tylko da. Tak jest przecież taniej, a uzyskane w ten sposób oszczędności można z kolei łatwo przedstawić jako wyraz skuteczności zarządu. I dowód na wywiązanie się z zadania, które przed nim postawili zwierzchnicy albo grantodawcy.

Niby wszystko jest w porządku. A jednak nie do końca. Bo skoro dotrwali państwo w czytaniu tego tekstu aż dotąd, to pewnie czujecie, że w tym równaniu brakuje ważnego elementu. Takiego poczucia, że akurat publiczny uniwersytet nie powinien obchodzić kodeksu pracy i zatrudniać pracownika co roku na ten sam kontrakt z przerwą na miesiące letnie. I że jest coś nieodpowiedniego w wypychaniu sprzątaczek na samozatrudnienie przez sąd reprezentujący powagę Rzeczypospolitej. Nawet jeśli takie rozwiązanie pozwala mu zaoszczędzić ileś tam tysięcy złotych rocznie.

Jak nazwać takie kołaczące z tyłu głowy przekonanie? Misją? Etosem? Prowadząc tego typu rozumowanie, szybko docieramy jednak do pewnej granicy. I zaczynamy wątpić, czy misja i etos to nie są jakieś kategorie z zupełnie innego, niepasującego do wyzwań współczesności słownika. Oczywiście miło by było je szanować, ale mamy przecież XXI wiek. A przecież nikt z nas nie chce być niedzisiejszy i oderwany od rzeczywistości.

Tego typu dylematy są jakby bólem fantomowym po pewnej ważnej debacie publicznej, która w III RP nigdy się nie odbyła. Dotyczy ona granic kolonizowania przez logikę rynkową kolejnych dziedzin życia społecznego w Polsce. Tu nie było takiego jednego wydarzenia porównywalnego z – powiedzmy – planem Balcerowicza, które by otwarcie wyliczyło, jakie wolnorynkowe mechanizmy zostaną wprowadzone z dniem wejścia w życie ustawy. Zamiast tego rozpychanie się rynku na coraz to nowych polach odbywało się w sposób dużo mniej przejrzysty. Rzadko – tak jak w przypadku częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego – robione z otwartą przyłbicą. Częściej działo się to na zasadzie „pełzającej”. Intencje (zazwyczaj) nie były złe.

Wiele było w tym uciekania przed PRL-owskim przeregulowaniem, sporo też dobrych chęci i pięknych haseł w stylu „administracja konkurencyjna”, „uczelnia zorientowana na wyniki”, „szpital kierujący się interesem klienta-pacjenta”, „przedsiębiorczy urząd”. Problem w tym, że skutki tych działań są w wielu miejscach fatalne.

Dobrze opisał to zjawisko w zeszłotygodniowej rozmowie z DGP Dawid Sześciło, wykładowca nauki o administracji z Uniwersytetu Warszawskiego i autor książki „Rynek – Prywatyzacja – Interes publiczny”. Sześciło tłumaczy w nim, że w Polsce po roku 1989 nikt nigdy otwarcie nie spytał obywateli, czy są zwolennikami prywatyzacji kluczowych usług publicznych. Bo pewnie gdyby spytał, odpowiedź byłaby negatywna. A jednak w praktyce tak się właśnie dzieje. Dzięki splotowi kolejnych decyzji i zaniechań na naszych oczach rodzi się system, a kluczowe dziedziny życia poddawane są coraz dalej sięgającej logice rynku.

Weźmy choćby szpitale. W Polsce podwaliny pod ich komercjalizację położone zostały w wyniku dużych reform z lat 1998–1999, kiedy wprowadzony został rynek wewnętrzny. Ale aż do 2011 r. nie było jednak prawnej możliwości przekształcania szpitali w spółki kapitałowe (choć niektóre samorządy to obchodziły). To zmieniała dopiero reforma autorstwa dzisiejszej premier (a wtedy minister zdrowia) Ewy Kopacz. Według Dawida Sześciło to nic innego, jak prywatyzacja pełzająca. Uchwalając ustawę o działalności leczniczej, nikt z rządzących nie powiedział: dążymy do prywatyzacji szpitali publicznych, bo uważamy, że inwestorzy prywatni będą świadczyć lepsze usługi. Zamiast tego rozwiązano ręce samorządom, dla których ochrona zdrowia jest potężnym obciążeniem. Jednocześnie dając im sygnał, że nie mogą liczyć na więcej pieniędzy z budżetu państwa.

Nic więc dziwnego, że dla wielu z nich furtka w postaci dużo łatwiejszej prywatyzacji szpitali okazała się pokusą nie do odparcia. Pytanie, co się stanie, gdy obywatele na potęgę zaczną doświadczać ciemniejszej strony tego procesu. A inwestor ograniczy działalność placówki tylko do tych świadczeń, które są najbardziej dochodowe. I szpital przekształci się np. w centrum dializ. Szpitale prywatne będą też mogły bez żadnych przeszkód zachęcać pacjenta, by zdecydował się na jakiś zabieg na warunkach komercyjnych z dnia na dzień, zamiast czekać dwa miesiące na zrealizowanie kontraktu z NFZ. Szok już jest, a będzie – zdaniem Sześciły – jeszcze większy. I gdy pacjenci-podatnicy spróbują zasygnalizować swoje oburzenie, że „to się jednak nie godzi”, dyrektor szpitala rozłoży ręce i powie, że jego zwierzchnicy kazali mu w pierwszym rzędzie zarabiać pieniądze.

To dokładnie ten sam mechanizm, z którym mamy do czynienia w przypadku szacownych instytucji obchodzących kodeks pracy. Albo instytucji publicznych na potęgę sięgających po outsourcing (sprzątaczki zatrudnione są przez firmę zewnętrzną, jedzenie dostarcza do przedszkola firma zewnętrzna, podobnie z pracami konserwacyjnymi czy ochroniarskimi). To ciemna strona wprowadzenia logiki rynkowej do świata usług publicznych, którego głównym wyróżnikiem miało być przecież właśnie to, że jest to świat wymykający się logice rynkowej. A jak się w nim każe zarabiać pieniądze, instytucje publiczne nie mogą realizować swojej misji.

Ale systemem wszystkiego tłumaczyć nie sposób. Wiele dzieje się również w naszych głowach. W pokryzysowym zachodzie renesans przeżywa ostatnio pojęcie „dehumanizacji”. To nawiązanie do wniosków, jakie z obserwacji gospodarek wczesnokapitalistycznych wyciągali XIX wieczni ekonomiści (m.in. Karol Marks). I przeszczepienie je na nowy, XXI-wieczny grunt. Już w 2011 r. młody brytyjski publicysta Owen Jones opublikował książkę „Chavs: The Demonization of the Working Class”. Przy czym angielski termin „chav” najlepiej przetłumaczyć jako „dresy”. A więc pejoratywne określenie przedstawicieli młodej, wielkomiejskiej klasy niższej, którą reszta społeczeństwa obserwuje z mieszanką strachu i pogardy. Jones w swojej książce stawia tezę, że ich stygmatyzacja jest przejawem szerszego zjawiska. To znaczy demonizowania klasy robotniczej przez lepiej sytuowaną część społeczeństwa. A czasem nawet przez przedstawicieli klasy średniej, która próbuje w ten sposób pokazać, że jest kimś innym niż ci okropni „robole”.

W bardzo podobnym kierunku idą najnowsze publikacje anarchizującego antropologa z LSE Davida Graebera, który dowodzi na przykład tego, że klasy lepiej sytuowane są po prostu… gorsze. Mniej empatyczne (co podpiera badaniami) i niegotowe, by dostrzec cokolwiek poza swoim własnym interesem. To dlatego tak bardzo zwalczają solidarność społeczną. Bo jej nie rozumieją i nie jest im ona do niczego potrzebna. W końcu wszystko, czego potrzebują, mogą mieć za pieniądze (które mają).

W Polsce tak ostre wystąpienia wymierzone w klasowe status quo ciągle należą do rzadkości. Nie oznacza to jednak, że problem nie istnieje. Wręcz przeciwnie. Takiego zdania jest psycholog Michał Bilewicz z Uniwersytetu Warszawskiego, zajmujący się właśnie problemem dehumanizacji.

Bilewicz przeprowadził niedawno następujący eksperyment. Rozdał grupie badanych opis wypadku drogowego. Teksty różniły się jednym szczegółem. W jednej wersji jego ofiara została opisana jako robotnik pracujący na budowie, a drugą był biznesmen, członek rady nadzorczej. Wynik był zaskakujący. Okazało się, że badani w naturalny sposób zakładali, że rodzina biznesmena dużo głębiej będzie przeżywała stratę niż bliscy robotnika. Dla psychologa to był wyraźny przejaw dehumanizacji. – I dowód, że dehumanizacja ma również wyraźny wymiar klasowy – mówi Bilewicz.

Jego spostrzeżenia można jeszcze uzupełnić najnowszymi badaniami Greka Tilemachosa Iatridisa, które pokazują, że dehumanizacja działa zazwyczaj w jedną stronę. To znaczy, że biedni nie odmawiają bogatym pełni człowieczeństwa (przeżywania uczuć wyższego rzędu, jak miłość, melancholia czy nostalgia). Natomiast odwrotnie to już jak najbardziej. A dlaczego klasy wyższe dehumanizują te niższe? – To nie jest wcale przejaw ich złej woli. Raczej coś w rodzaju reakcji obronnej. Im bardziej mamy wobec kogoś poczucie winy lub kogoś krzywdzimy, tym silniej mechanizmy dehumanizacyjne starają się przywrócić nam dobre samopoczucie. Że przecież nic się nie stało, bo „tamci” nie czują tego tak mocno – tłumaczy Bilewicz.

Przekładając to na realia polskiej gospodarki, otrzymujemy ciekawe efekty. Pisałem już o tym w jednym z poprzednich tekstów na łamach DGP. Wspominając na przykład Elizabeth Dunn, Amerykankę z Uniwersytetu Johna Hopkinsa, która na temat swojego doktoratu wybrała zmiany w mentalności polskich robotników doby transformacji. Był rok 1993 i Dunn zatrudniła się na najniższym stanowisku w fabryce soczków Alima w Rzeszowie. I to na prawie dwa lata. Nieco wcześniej Alima została kupiona przez amerykański koncern Gerber (potem wchłonięty przez Nestle). Efektem jej badania była książka „Prywatyzując Polskę. O bobofrutach, wielkim biznesie i restrukturyzacji pracy” wydana w USA w roku 2004. A w Polsce w 2008 r.

Dunn pokazuje w niej, jak przebiegała w rzeszowskiej firmie reorganizacja pracy. Skutkiem ubocznym tego procesu było coraz bardziej widoczne dzielenie załogi na dwie odrębne grupy. Nowi bohaterowie byli „elastyczni”, „mobilni”, „racjonalni” , i „konkurencyjni”. A starzy: „bierni”, „zacofani” i „kolektywistyczni”.

Problem polega tylko na tym, że o przynależności do danej grupy nie decydowały wcale indywidualne predyspozycje. Tym, co według Dunn miało znaczenie fundamentalne, było miejsce zajmowane w firmowej hierarchii. Według tego podziału menedżerowie byli więc z zasady bohaterami pozytywnymi. I to przed nimi nowa kapitalistyczna rzeczywistość faktycznie otwierała niedostępne wcześniej horyzonty. To oni zgarniali lepsze zarobki, mogli też rozwijać się na szkoleniach. Robotnicy – a stanowią oni z natury rzeczy większą część pracowników – odwrotnie. Ich stanowiska pracy były niepewne, ich autonomia i wpływ na politykę firmy zostały zredukowane niemal do zera, a jedyne możliwości rozwoju, które oferuje im zakład pracy, to… obowiązkowe szkolenia bhp.

Zdaniem Dunn ten podział był nie tyle nawet niesprawiedliwy, co wręcz nieracjonalny. Bo arbitralne określenie sporej części siły roboczej jako biernych, wstecznych i mało perspektywicznych homo sovieticusów prowadziło prostą drogą do zmarnowania ich olbrzymiego potencjału i doświadczenia.

Jeszcze dosadniej dehumanizacyjny wątek polskich przemian rynkowych opisała socjolog Monika Bobako z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dla niej mechanizmy pokazane przez Dunn na przykładzie fabryki w Rzeszowie to tylko symbol tego, co się stało po 1989 r. z całym społeczeństwem. „Polskie przemiany można interpretować jako kulturowy rasizm. A więc proces legitymizowania nierówności i wyzysku, zgodnie z którym najpierw wytwarza się pewne charakterystyki upośledzonych ekonomicznie grup społecznych, a potem wskazuje na te same charakterystyki jako przyczynę tych nierówności” – pisze Bobako w jednym ze swoich tekstów.

Mówiąc wprost: po roku 1989 elity, które faktycznie na transformacji skorzystały, stworzyły opowieść o przegranych polskiej transformacji, którzy „zatrzymali się w procesie ewolucji do kapitalistycznej normalności”, „są roszczeniowi” i „nie nauczyli się pracować”. A potem w tę opowieść uwierzyły i zaczęły traktować jako niepodważalny dogmat. Zdaniem Bobako nie jest to wcale przejaw jakiejś szczególnej perfidii nowych polskich elit ekonomicznych. To raczej schemat, według którego zazwyczaj rozwija się puszczony na żywioł kapitalizm. Zgodnie z tą logiką w naturalny sposób generuje on rasizm. Czasem kulturowy, a czasem prawdziwy. Ale zawsze polegający na przekonaniu, że istnieje jakaś część społeczeństwa, która ze względu na swoje cechy powinna zajmować wobec innej jego części pozycję co najwyżej służebną.

Co ciekawe, w zasadzie bardzo podobna jest też relacja praktyka Tomasza F. Wójcika, w czasach PRL-u działacza dolnośląskiej Solidarności, a po przełomie reprezentanta „S” przy Międzynarodowej Organizacji Pracy, posła (1997–2001) i pracownika naukowego Politechniki Wrocławskiej. – Uczestniczyłem po roku 1989 w bardzo wielu mediacjach pomiędzy pracodawcami i pracownikami. Zazwyczaj ci pierwsi przychodzili na spotkanie z silnym postanowieniem, że nie oddadzą ani guzika. Twierdzili, że to oznacza dla firmy natychmiastową katastrofę. Argument, że firma i ludzie przez nią zatrudnieni to jedno i to samo, stanowczo odrzucali. Dopiero w czasie rozmowy oczy się otwierały. Choć niestety nie zawsze – wspomina Wójcik. Nie ma powodu, by sądzić, że tego typu dehumanizujące myślenie i praktyki nie weszły z czasem również na uczelnie, do urzędów czy organizacji pozarządowych.

Każdy, kto próbuje krytycznie przyjrzeć się patologicznym stosunkom pracy w tych tak zwanych szacownych instytucjach musi pamiętać, że jest to zjawisko trudne do uchwycenia jeszcze z jednego powodu. To nie jest prehistoria polskiej transformacji jak czasy terapii szokowej, do których odwołują się prace Dunn czy Bobako. – Postępujące psucie polskiej pracy jest problemem nowym, rozgrywającym się na naszych oczach, tu i teraz – uważa Jarosław Urbański, socjolog i autor książki „Prekariat i nowa walka klas”. Bo paradoksalnie szacowne instytucje nie były ofiarami pierwszego etapu polskiej transformacji. Przeciwnie. Na przykład akademikom rok 1989 dał wiele. Nie tylko poczucie wolności.

Gdy się czyta biografie największych zwycięzców III RP, wielu jest wśród nich pracowników naukowych, którzy w czasie przemian przeskoczyli z uczelni wprost do biznesu przez duże B. By wymienić tu tylko twórcę Comarchu Janusza Filipiaka (do dziś zwanego w firmowym slangu „profesorem”) albo Jana Krzysztofa Bieleckiego, w latach 70. asystenta na Wydziale Ekonomiki Transportu Wodnego Uniwersytetu Gdańskiego, a w III RP premiera i szefa prywatnego banku PKO SA.

Ale nawet ci, którzy z uniwersytetu nie poszli ani na własne, ani do konsultingu czy polityki, też w czasie pierwszego 15-lecia III RP źle nie mieli. Boom na wykształcenie uniwersyteckie i otwarcie na Zachód sprawiły, że ich perspektywy zawodowe wręcz się poprawiły. Dzięki temu powstała sytuacja realnego wyboru. Można było zostać „na publicznym” i, godząc się na słabsze zarobki, cieszyć się bezpieczeństwem zatrudnienia. Albo zaryzykować bicie się o wyższe profity za cenę mniej pewnego bytowania. Wielu polskim rodzinom pozwalało to na w miarę bezpieczną strategię dywersyfikacji dochodów domowego budżetu.

Ta sytuacja zaczęła się na dobre zmieniać gdzieś na początku drugiej dekady polskiego kapitalizmu, gdy do postępującej presji na prywatyzację kolejnych gałęzi usług publicznych nałożyły się reformy polskiego rynku pracy obliczone na jego uelastycznienie. Jarosław Urbański za kluczowy moment uznaje uchwalenie (w 2003 r.) ustawy o zatrudnieniu pracowników tymczasowych. To miało być remedium na plagę dochodzącego do 20 proc. bezrobocia, które zaczęło nękać Polskę na przełomie wieków. Ustawa – jak na ironię stworzona przez określający się jako lewicowy rząd Leszka Millera – otworzyła jednak pierwszą furtkę do psucia polskiego rynku pracy, z którego skutkami zmagamy się dziś. Zdaniem Urbańskiego stały się symbolem zmian instytucjonalnych na polskim rynku pracy. I chodziło nie tylko o upowszechnienie się zjawiska pracy tymczasowej, a więc z założenia niepewnej i chwilowej (w 2004 r. agencje pośredniczyły w zatrudnieniu 266,5 tys. osób, w 2008 było ich już 842 tys. Dziś w agencjach zarejestrowanych jest 1,8 mln osób).

Lecz również o to, że stworzona została „rezerwowa armia bezrobotnych”, której podstawowym celem jest zbijanie kosztów siły roboczej do poziomu najniższego z możliwych. Lansowanie wzorca pracownika elastycznego, osamotnionego i dyspozycyjnego. Żyjącego w ciągłym przeświadczeniu, że na jego miejsce czyha 10 innych chętnych. Jeszcze tańszych i bardziej dyspozycyjnych. Ta rezerwowa armia w naturalny sposób zaczęła naciskać na cały rynek pracy. Również na państwowe instytucje, którym w międzyczasie kazano zwiększać swoją konkurencyjność. W ten sposób polski rynek pracy zaczął się ostatecznie psuć. Powoli znikał też (i znika nadal) wybór pomiędzy bezpiecznym państwowym a dobrze płatnym prywatnym. Dziś coraz częściej państwowe różni się od prywatnego tylko tym, że jest gorzej płatne. Bo bezpieczeństwa zatrudnienia już nie ma. Wiedzą o tym dobrze akademicy (zwłaszcza młodzi), jak również pracownicy sektora kultury przekazanego do realizacji NGO-som.

Trwa również batalia o rozmontowanie ostatnich bastionów pewnego zatrudnienia w sektorze edukacyjnym. I nawet nie chodzi o ataki liberalnych publicystów przypuszczane regularnie na takie zabezpieczenia socjalne, jak Karta nauczyciela, lecz o fakt, że obchodzenie karty już się de facto rozpoczęło. Zgodnie z polskim prawem samorządy mogą powierzać podmiotom prywatnym prowadzenie szkół (choć na razie tylko najmniejszych). Zwolennicy tego rozwiązania mówią o wprowadzeniu ożywczej konkurencji i wymuszeniu na placówkach publicznych poprawy jakości nauczania. – Niewielu zwraca jednak uwagę na negatywną presję, jaką konkurencja ze strony szkół prywatnych wywiera na warunki pracy nauczycieli – tłumaczy Dawid Sześciło z UW. Wszystko dlatego, że podmioty prywatne nie muszą zatrudniać swoich pracowników na podstawie Karty nauczyciela. To znaczy, że osoba zatrudniona w prywatnej placówce edukacyjnej ma gorsze warunki pracy i nie jest objęta ochroną socjalną, którą gwarantuje karta.

Oczywiście, że znajdą się tacy, według których te wszystkie opisywane tu procesy to dla polskiej gospodarki nie przekleństwo, lecz rozwiązania zbawienne. Wśród dobrze sytuowanych elit opiniotwórczych jest ich na pewno wielu. Zastanówmy się jednak, czy aby na pewno mają rację. I czy nie byłoby lepiej, gdyby w ramach polskiej gospodarki istniała jednak jakaś kotwica pracy dobrej i pewnej. Nazwijmy to nawet (za krytykami) ciepłą posadką. Czy nie działałoby to stabilizująco na cały rynek? Czy nie gwarantowałoby możliwości wyboru różnych dróg zawodowych i strategii zarabiania na życie? Ot, taka pływająca po rynkowym morzu wyspa, na którą rynkowe okręty nie mają praw wstępu. Ta sfera nie musi być dominująca – jak za PRL-u – bo to też byłoby patologią. Ale istnieć chyba powinna. 25 lat po transformacji czas chyba do tego dojrzeć.

Rafał Woś
http://forsal.pl/

Komentarzy 9 do “Wolny rynek kolonizuje sektor publiczny w Polsce”

  1. rafal z said

    Ideologizacja i podporządkowywanie systemu edukacji do panujacych elit to jedna rzecz.

    Z kolei druga rzecza jest forma systemu edukacji ktora ma sie nijak do obecnych mozliwosci. Jest po prostu skostniala.

  2. wanderer said

    Wszystko sprowadza sie do tego, ze chrzescijanskie wartosci zastapiono talmudycznymi w podejsciu do pracy i pracownikow. Uwlaszczajacy sie uni poczuli sie pewnie i zaczeli zatruwac swoimi wartosciami caly rynek pracy. A reszta nierozumnych glupkow podazyla za nimi, wprowadzajac te wartosci nawet tam, gdzie nigdy nie bylo takiej potrzeby i wszystko dzialalo w pracy sprawnie.

  3. JO said

    ad.2. Tak, my przestalismy byc Katolikami a z era JPII MNNNILOSCI – ROWNOSCI-EKUMENIZMU- WYBACZAN ZAWSZE….nasze etyka stala sie Talmudyczna, gdyz my PRZESTALISMY od siebie i innych Wymagac Pokuty, przestalismy bazowac na Katolickiej etyce oddjac jej Panowanie „etyce” – antyetyce Talmudycznej, wchodzac, godzac sie na jej system.

  4. Plausi said

    Trochę inny punkt widzenia

    @wanderer, 2

    „chrzescijanskie wartosci zastapiono talmudycznymi ”

    Naszym zdaniem, to talmudyczny system moralny stał się chrześcijańskim za sprawą Watykanu, jak widać jest to nawet oznaką świętości naszego kochanego papieża. W linkowanym tekście jest kolejny link do tekstu, w którym znajdujemy:

    „Kościoły wschodnie skłaniają się ku tendencji greckiej, a zachodnie ku judaistycznej. Duch grecki wyraził się w greckim tekście Septuaginty (LXX), a judaistyczny w starożydowskim masoreckim tekście (MT) ” przy czym Septuaginta, używana w przez chrześcijan na Wschodzie jest o wiele starsza, przedchrześcijańska, niż wersja judaistyczna, która postała wiele wieków później. Shamir utrzymuje dalej, że kościół katolicki przejął tekst biblii od późniejszej wersji judaistycznej, co wyjaśnia też zależność tego kościoła od środowisk Izraelitów.

    Byłoby tak, to łatwiej byłoby zrozumieć, dlaczego n.p. rosyjska cerkiew została przez zarządzające ZSRR bandy Izraelitów prawie doszczętnie zniszczona, a kościół rzymski nie został poddany temu procesowi w krajach strefy wpływów sowieckich Izraelitów.

    Jest rzeczą dość niepokojącą, że wielu Polakom wszczepiono nienawiść do Rosjan, za zbrodnie sowieckich Izraelitów na Polakach, ta ślepota mści się na narodzie, przy czym powikłania są daleko większe niż prostackie rozumowanie wielu jest w stanie ogarnąć.

    W naszych tekstach posiłkujemy się linkami, unikając w ten sposób cytatów, zawartość linków jest istotna dla zrozumienia tekstów.

  5. Plausi said

    Refleksja o „wolnym” rynku

    ale mowa jest w tekście o wolnym rynku, podstawowe pojęcie ekonomii, bez niego ani rusz, bo na nim zbudowana jest cała „nauka” ekonomii, a tu stawiane jest pytanie „”wolny rynek” czy „RYNEK WYMUSZANIA” ?”.

    Byłby „wolny rynek” kolejną semantyczną (c)hucpą?

  6. NICK said

    (5) A co Pan powie, Sz.P.Plausi, na temat wy-„SKOKÓW” i Pana gooownego księgowego?

  7. jowram said

    Nagle, jak piorun z nieba uderzyła nas niezwykła informacja o kompletnie odbudowanej świątyni Salomona, w…. Brazylii, w San Paulo.

    Autorem odbudowy tej świątyni jest Universal Life Church Monastery http://www.themonastery.org/ordination

    Jakie są cele tego kościoła?

    Swiątynia , która kosztowała blisko 300 milionów dolarów , a jej inauguracja odbyła się 19 Lipca 2014 roku.

    W owej świątyni w San Paulo jest 10 000 miejsc siedzących , parking na 1000 samochodów , TV, radio i klasy dla 1 300 dzieci. Planuje się także wykonanie Arki Przymierza.

    Wysokość świątyni – 55 metrów – ekwiwalent 18 piętrowego budynku.

    (Swiatynia New Age Antychrysta?!)

    http://detektywprawdy.pl/2014/07/27/w-brazylii-w-san-paulo-postawiono-wielka-swiatynie-salomona/

  8. MatkaPolka said

    List otwarty starego Żyda do Premierzycy

    http://naszeblogi.pl/50203-list-otwarty-starego-zyda-do-premierzycy

    Śanowna Pani Premierzyco i śanowne elity platformy zwanej popularnie dla żartu obywatelską . Pisze ten list do śanownego państwa rozumiejąc że wyznajecie zasadę „ CO BY HANDEL SZEDŁ , CO BY HANDEL SZEDŁ CO BY HANDEL , HANDEL SZEDŁ” .

    Ja , stary żyd rozumiem że handel, korupcja i nagrody to wasze frykasy z powodu władzy . Ja to rozumiem . Ja tylko sobie zadaję pytanie czemu wy tak zadłużacie tych naszych sąsiadów Polaków , że oni u nas nic nie kupują bo ich nie stać . Ja rozumiem że wy obiecywacie wszystko .

    Ja rozumiem że czerwone żydy was pilnują ale na Jahwe ja nie rozumiem co wy robicie z tymi ludźmi . Wy im obiecaliście rzeczy dzięki którym one będą winne wam po 1 milionie na głowę . ja rozumiem że wy chcecie się nakraść dla was i dla waszych dzieci . Ale ja bardzo grzecznie proszę dajcie i nam trochę . Moi mili państwo dajcie i nam POżyć . Nie wypędzajcie nam tubylców na zmywak do Anglii .Tak się nie da żyć . Ja rozumiem że mieliście interes w Smoleńsku i Mirosławcu do załatwienia .

    Ja to wszystko rozumiem że wy robicie wielką politykę i ja stary żyd się nie rozumiem , ale wy sobie odpuśćcie tych z USA żydów bo oni nas w 1939 sprzedali i jeszcze żerują na naszych zamordowanych .Ja was bardzo proszę , wy odpuśćcie Polakom choć trochę bo one wszystkie wyjada i kto będzie nam dawał zarobić . Ja całuję rączki i kłaniam się nisko śanownej pani premierzycy bo cóż może stary żyd , ale ja wam mówię że to już nie jest nawet chciwość to jest grabież , to taka KANADA oświęcimska .

    No i ja się pytam ,jak ich obrabujecie do końca to ONE zdechną a my razem z nimi . Nie można doić OWIECZEK bez opamiętania bo zamiast mleka pojawi się krew . Ja rozumiem że wam się teraz jeszcze uda w tych wyborach ale czy wy chcecie mieć REWOLUCJE? Jak jest rewolucja to się nie zarabia pieniędzy i nikt nie kupuje .

    Wyście tyle naobiecywali ze to każdy z nich będzie miał 1 milion polskich złotych do oddania . A z czego oni mają oddać ? Z zasiłków ? Z tych marnych 1500 zł na rękę co miesiąc? Ludzie wy nam psujecie interes !!! Wy jesteście jak nienażarte świnie !!! Kradnijcie , rabujcie ale zostawcie coś dla innych . ja wam zapodaję osoby które sa jak hieny ….. Ja wam zapodaję filim o tym wstrętnym Hitlerze i ja was bardzo proszę nie róbcie im tu GETTA …. Bo jak mawiał Jahwe „ Nie ucina się gałęzi na której się siedzi „ a wy to robicie i wszyscy pierdolniemy na ziemie .

    Dziura budżetowa

  9. […] 2014-10-27 (poniedziałek) at 19:36:32 […]

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: