Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    NICK o Monolog o Konfederacji
    NICK o To jest zwyczajna hucpa
    revers o Monolog o Konfederacji
    Boydar o To jest zwyczajna hucpa
    NICK o Wielka Lechia to antykatolicki…
    Boydar o Monolog o Konfederacji
    Wandaluzja.pl o Wielka Lechia to antykatolicki…
    Alina o To jest zwyczajna hucpa
    Plenipotent Niny Kun… o Monolog o Konfederacji
    Parapsychopatolog o Wolne tematy (25 – …
    mazurekjanek o Wolne tematy (25 – …
    osoba prywatna o Wolne tematy (25 – …
    NICK o Monolog o Konfederacji
    Fot Pani z postu 47 o Polacy wśród „najbrzydszych na…
    Boydar o Monolog o Konfederacji
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 480 obserwujących.

O micie „ciemnego” średniowiecza i „światłej” nowożytności polemicznie

Posted by Marucha w dniu 2014-10-31 (Piątek)

O stworzonym przez wrogów cywilizacji chrześcijańskiej micie „ciemnego” Średniowiecza, będącym jednym najbardziej paskudnych zafałszowań historii, pisaliśmy w gajówce nie raz i nie da.
Powraca on jednak jak zły szeląg w roli argumentu w dyskusjach z osobami uważającymi się za inteligentne i niezależne intelektualnie, a w rzeczy samej będącymi jedynie katarynkami powtarzającymi to, co wyczytali albo usłyszeli w „międzynarodowych” mediach – co zaś się tyczy ich potencjału intelektualnego, to trudno nawet mówić i pół- czy choćby ćwierćinteligentach. Może gdzieś tak o inteligentach w jednej szesnastej…
Admin

Niejeden historyk, śledzący rozwój ludzkiej świadomości i wiedzy na przestrzeni wieków, skłonny jest przyjąć tezę, że nie mające wiele wspólnego z obiektywną prawdą fikcje i mity, mają często o wiele trwalszy żywot niż prawda historyczna. Do tego poglądu przychyli się zapewne wielu mediewistów ex professo zajmujących się szeroko rozumianą kulturą średniowiecza, obejmującą zarówno naukę i sztukę, jak również moralność i religię tej epoki.

Mimo już dwieście lat trwających, bardzo poważnych i zwieńczonych olbrzymią ilością naukowych ustaleń na temat wielkiego znaczenia osiągnięć ludzi średniowiecza dla rozwoju nowożytnej nauki, cywilizacji technicznej, sztuki itd., mit o ciemnym, przepełnionym zabobonami, fanatyzmem religijnym i niewyobrażalnym okrucieństwem średniowieczu, nadal jest żywy w świadomości bardzo wielu ludzi i nadal jest rozpowszechniany przez niezliczone media, przez wielu nauczycieli wykładających w najróżniejszych szkołach, aż, nawet przez polityków i parlamentarzystów, którzy z lubością kwalifikują zwalczanych przez siebie adwersarzy do „ciemnego” średniowiecza, siebie kreując przy tym na niezłomnych nosicieli i obrońców postępu, wyrażającego się na przykład w swobodzie dokonywania aborcji, eutanazji itp.

Po ukazaniu się tysięcy doskonałych, opartych na rzetelnie zbadanych źródłach; publikacji, które z pełnym krytycyzmem oddają wielkość tej epoki, jaką było średniowiecze, wydawałoby się, że dalsze dowodzenie jej olbrzymiego znaczenia dla współczesnej kultury byłoby wyważaniem dawno już otwartych drzwi. Tymczasem jest inaczej. Codzienne doświadczenie dowodzi, że drzwi te są jeszcze mocno zaryglowane.

Kontakt z większością studentów pierwszych lat, rozpoczynających studia humanistyczne (!) w uniwersytecie, dowodzi na przykład, że mają oni spaczony obraz epoki średniowiecza, i że taki obraz ukształtowała w nich szkoła, a więc instytucja powołana do przekazywania rzetelnej wiedzy, w tym także wiedzy historycznej. Dowodzi to niewłaściwego przygotowania naukowego wielu nauczycieli. Trudno jednak szczególnie negatywnie oceniać poziom wiedzy nauczycieli, skoro zmuszeni byli do posługiwania się przez dziesiątki lat tendencyjnymi, fałszującymi prawdę historyczną, podręcznikami. Dopiero od kilku ostatnich lat historii średniowiecznej literatury naucza się w szkołach średnich z niezłych już podręczników. Przez wiele lat młodzież gimnazjalna uczyła się z podręcznika literatury polskiej, w którym tysiącletnią epokę średniowiecznej nauki scharakteryzowano w sposób następujący:

Nauka w okresie średniowiecza pozostawała pod pełną kontrolą Kościoła i dostosowana była do potrzeb religii. Przede wszystkim opierała się na autorytecie Biblii w interpretacji nakazanej przez Kościół rzymski, co oznaczało, że nie można było głosić żadnego poglądu z nią niezgodnego. Wszystkie inne poglądy były traktowane jako herezje i odpowiednio tępione. Przeznaczeniem i głównym celem nauki było rozumowe uzasadnienie prawd religijnych. Toteż rozwijały się tylko pewne nauki, np. teologia, filozofia, natomiast inne, jak medycyna, przyrodoznawstwo, miały niewielkie możliwości rozwoju. Nauka średniowieczna przejęła pewne poglądy filozoficzne i metody dowodzenia greckiego filozofa Arystotelesa i przekształcając je odpowiednio, aby były zgodne z religią – zastosowała do własnych badań.

W oparciu o naukę Arystotelesa została wykształcona specjalna metoda naukowa zwana scholastyką, polegająca na rozumowym dowodzeniu wcześniej przyjętych twierdzeń. Stosowano scholastykę nie tylko w teologii i filozofii, gdzie przedmiotem rozważań były prawdy wiary doświadczalnie niemożliwe do stwierdzenia, ale i w innych naukach, np. w medycynie, a więc tam, gdzie doświadczenie wiele by wyjaśniało. Nauka średniowiecza jednak zdecydowanie odrzuciła doświadczenie jako metodę badawczą.

Uniwersytetowi Krakowskiemu natomiast autor omawianego podręcznika (nazwiska nie przytaczamy zgodnie z zasadą „Nomina odiosa Bunt” a „Sapienti sat”) poświęcił „aż” 20 wierszy, w których podał tylko datę założenia uczelni, informację na temat wydziałów, które posiadała, i jedno zdanie (całkiem zresztą sprzeczne z tym, co mówił przedtem na temat nauki średniowiecznej) stwierdzające, że Uniwersytet Krakowski był jedną z najświetniejszych uczelni europejskich, na którym roz­kwitały różne nauki, a szczególnie matematyka i astronomia.

Nawiasem mówiąc – nawet to zdanie nie jest do końca prawdziwe, bo piętnastowieczni uczeni krakowscy mieli osiągnięcia na światowym poziomie nie tylko w zakresie matematyki i astronomii, lecz także w zakresie innych nauk, jak np. filozofia przyrody (burydanizm z jego teorią impetu), logika, teologia (koncyliaryzm, devotio moderna), prawo międzynarodowe (teoria ius genoum, teoria wojny sprawiedliwej), historia, filologia.

Nie jest zamierzeniem tego opracowania apologetyczna obrona średniowiecza per fas et nefas. Nie chodzi bowiem o to, by cofać się do średniowiecza jako do utraconej, szczęśliwej krainy, do owego legendarnego, minionego „złotego wieku”, o powrocie którego marzyli ludzie wszystkich czasów, bo epoka ta nie była szczęśliwsza niż inne epoki, bo podobnie jak inne epoki naznaczona była wojnami, głodem, cierpieniem, ludzką słabością i zbrodnią.

Chodzi wyłącznie o prawdę historyczną. Chodzi o to, aby pokazać, że myli się ten, kto twierdzi, iż właśnie wtedy nastąpiła wyjątkowa koncentracja zła, okrucieństwa, ciemnoty i fanatyzmu. Tak jak inne epoki, średniowiecze ma nie tylko same cienie, lecz także swoje blaski, które w niejednym przypadku są jaśniejsze niż blaski epoki renesansu, oświecenia, a także naszych czasów.

Skoro tak jest i skoro można to udowodnić, rodzi się pytanie: kto jest odpowiedzialny za tę fatalną opinię, jaką od kilku wieków do dziś ma średniowiecze u przeciętnie wykształconego człowieka? Historycy dość zgodnie odpowiadają, że dobre imię epoce wieków średnich zepsuli ludzie odrodzenia. Zgodnie z tezą Z. Freuda (+ 1939), że „synowie z nienawiścią odnoszą się do epoki ojców, a uwielbiają epokę dziadów”, ludzie odrodzenia potępiali wszystko, co wiązało się ze średniowieczem i za wszelką cenę usiłowali wrócić do antyku, programowo rezygnując z własnej oryginalności, w przekonaniu, że starożytność przyniosła szczytowe osiągnięcia ludzkiego umysłu, które wystarczy przywołać i zaadoptować do współczesnej im rzeczywistości.

Myśleli podobnie, jak wybitny średniowieczny filozof arabski Awerroes (+ 1198), który był przekonany, że Arystoteles osiągnął już wszystko, co możliwe jest do osiągnięcia dla ludzkiego ducha, stąd bez sensu jest szukanie nowych rozwiązań, pisanie nowych dzieł, wystarczy bowiem zrozumieć i skomentować dzieła Stagiryty. Nie bez powodu średniowiecze nadało Awerroesowi powszechnie przyjęty przydomek „Komentator”.

„Barbarzyńska” architektura gotyckiej katedry we Włocławku

W swoim zupełnie nieracjonalnym odrzucaniu wartości, które wytworzono w średniowieczu, ludzie renesansu potępiali nawet sztukę tej epoki. Średniowieczne malarstwo i architekturę, którymi zachwyca się współczesny człowiek, owe cudowne, strzeliste katedry średniowieczne, ludzie odrodzenia nazwali pogardliwym mianem sztuki „gotyckiej”, tzn. barbarzyńskiej, będącej produktem nieokrzesanych Gotów.

Z biegiem lat słowo „gotycki” straciło całkowicie swój pejoratywny charakter i nabrało całkiem innej treści. Ten proces nie nastąpił jednak, chociaż powinien był, w odniesieniu do średniowiecznej religijności, moralności i nauki, identyfikowanej zresztą z nadal pejoratywnie rozumianym pojęciem scholastyki, tzw. barbarzyńskiej scholastyki – jak głosili ludzie renesansu.

Pod wpływem takich przekonań w Anglii ukuto określenie the dark ages (wieki ciemne), a we Francji epokę średniowiecza identyfikowano z ograniczającym ludzką wolność feudalizmem. O tym, jak mocne i paraliżujące racjonalne, obiektywne myślenie jest oddziaływanie pewnych mitów, świadczy fakt, że nawet uczeni historycy o tak wysokiej klasie, jak E. Gibbon (+ 1794) czy prawie współczesny nam J. Bury (+ 1927), ulegli skrajnie błędnym opiniom o średniowieczu. Gibbon w swoich publikacjach nazywa wieki średnie „tryumfem barbarzyństwa i religii”, Bury natomiast określa je mianem „epoki uwięzionego rozumu”.

Sama nazwa zresztą – „wieki średnie” – ukuta przez humanistów, miała od początku charakter pejoratywny, nawiązywała bowiem do nazwy łaciny używanej w średniowieczu – media Latinitas, uważanej za zbarbaryzowaną i skażoną. Średniowiecze rozumiano więc jako wieki skażone, jako coś pośredniego między dwiema naprawdę ważnymi dla historii ludzkości epokami. Nazwę tę spopularyzował Christoph Cellarius – Keller (+ 1707), profesor uniwersytetu w Halle, używając jej w wydanym przez siebie w 1688 r. podręczniku historii powszechnej zatytułowanym „Historia medii aevi a temporibus Constan­tini Magni ac Constantinopolim a Turcis captam deductam”. Za daty gra­niczne owych wieków średnich Cellarius przyjął wstąpienie na tron Konstantyna Wielkiego (306) i zdobycie Konstantynopola przez Tur­ków (1453).

Graniczne terminy Cellariusa dla epoki średniowiecza nie zostały jednak przez wszystkich zaakceptowane. Wielu historyków za początek epoki średniowiecznej uważa upadek zachodniego cesarstwa rzymskiego (476). Nie ma też powszechnej zgody na datę końca średniowiecza. Tu rozbieżność wśród specjalistów jest jeszcze większa. Niektórzy za kres średniowiecza przyjmują datę odkrycia Ameryki przez Kolumba (1492), inni rok wystąpienia Lutra (1517), a jeszcze inni zakończenie Soboru Trydenckiego (1563).

Jest jeszcze jeden powód, dla którego do dziś utrzymuje się tak zdecydowanie nieprzyjazna opinia o średniowieczu. Był to bowiem czas, kiedy idea christianitatis stanowiła motyw przewodni dla całej kultury, a Kościół katolicki odgrywał doniosłą rolę we wszystkich sferach życia narodów europejskich. Już w XV w. zaczęto w związku z tym kulturę średniowieczną, we wszystkich jej dziedzinach, identyfikować z Kościołem katolickim. I niemal każdy, kto z sobie wiadomych względów czuł się wrogiem Kościoła katolickiego, stawał się także, niemal automatycznie, wrogiem kultury średniowiecznej.

Dowodem na to jest chociażby niezrozumiała wprost zaciekłość, z jaką innowiercy, którzy oderwali się od Kościoła katolickiego, niszczyli biblioteki, bez względu na to, co zawierały. Tak postępowali w pierwszej połowie XV w. husyci, którzy spalili wiele bibliotek na zajętych przez siebie terenach, m.in. na Śląsku, nie inaczej traktowali szacowne księgozbiory średniowieczne protestanci w XVI w. Żywa nienawiść do Kościoła katolickiego inteligencji protestanckiej przeniosła się na całą epokę średniowieczną ze wszystkim, co ona reprezentowała, i ciągle podsycana, przekazywana była z pokolenia na pokolenie.

Wiele mówiącym przykładem może tu być postawa Tomasza Hobbesa (+ 1679), który w swoim słynnym „Lewiatanie” stawia w jednym rzędzie magów, czarownice i katolików, życząc sobie przy tym, żeby wszyscy wymienieni zostali spaleni żywcem na stosie. Libertyni osiemnastowieczni skwapliwie przejęli ten sposób myślenia o Kościele katolickim jako ostoi ciemnoty i zabobonu, jako przeszkodzie na drodze ludzkości do postępu i jako ciemiężycielu narodów spragnionych wolności. Niektórzy z nich (nawiązując przy tym je­szcze do agresywnie misyjnej antyreligijnej retoryki Lucrecjusza, + 55 przed Chr.) odnieśli wypracowane przez pokolenia wrogów Kościoła katolickiego zarzuty do religii w ogóle, identyfikując średniowiecze z wiekiem religii i głosząc, jak to było w przypadku P. Bayle (+ 1706), La Mettrie (+ 1751), Holbacha (+ 1789), Diderota (+ 1784) i Helvetiusa (+ 1771), że właśnie religia odpowiedzialna jest za najróżniejsze nieszczęścia, które spotykają ludzkość, i że w związku z tym należy ją bezwzględnie zwalczać, dążąc konsekwentnie do zbudowania społeczeństwa idealnego, składającego się wyłącznie z ateistów.

Jakby w swoistej sztafecie nienawiści do Kościoła katolickiego, identyfikowanego z kulturą średniowieczną, ów cały sztafaż antykatolickiej i jednocześnie antyśredniowiecznej retoryki przejęli pozytywiści, scjentyści i różnego rodzaju materialiści od Feuerbacha (+ 1872) poczynając, a na Marksie (+ 1883), Engelsie (+ 1895) i ich krwawych następ­cach kończąc. Nic więc dziwnego, że tam, gdzie przez kilkadziesiąt lat urzędową, „jedynie słuszną” i „jedynie naukową” ideologią był marksizm-leninizm, stare, wyświechtane już w ciągu wieków hasła antykatolickie i antyśredniowieczne łączono ze sobą oraz podawano „do wierzenia” na uniwersytetach, w szkołach i w całej totalitarnej propagandzie komunistycznej.

Przykładem kuriozalnego wprost braku obiektywizmu w wyborze i interpretacji źródeł historycznych oraz literatury przedmiotu – dotyczących epoki średniowiecza, identyfikowanego z Kościołem katolickim – była wydawana kilkakrotnie w Polsce praca J. Putka (komunistycznego ludowca i posła do KRN) „Mroki średniowiecza”, w której ignorancja naukowa i żywa nienawiść do Kościoła katolickiego walczą ze sobą o lepsze. Do książki tej, która w krzywym zwierciadle maluje historię Polski od średniowiecza aż do XX wieku, przez całe lata odwoływali się różnego rodzaju (zawodowi i niezawodowi) specjaliści od „naukowego światopoglądu” i budowniczowie „świetlanej” komunistycznej przyszłości, wolnej od „zabobonu religijnego”.

Tymczasem wbrew wszelkiego rodzaju zarzutom i kalumniom średniowiecze to nie poczekalnia między dwoma różnymi światami, to nie ciemna luka w historii ludzkości, lecz to okres tworzący nowy świat, ten sam, z którego się wywodzimy z całą naszą kulturą i do którego w sposób nieunikniony ciągle musimy wracać.

Jak powiedziano, poczynając od odrodzenia, twierdzi się autorytatywnie, że średniowiecze to obskurancka, ogłupiająca scholastyka, która tworzyła w nieskończoność swoje sztywne definicje i podziały i która nie potrafiła wyjść poza autorytet Biblii i Arystotelesa. Jest to krzywdzące uproszczenie. Najlepiej na ten zarzut odpowiedzą słowa M. D. Chenu, który w swoim „Wstępie do studiów nad Tomaszem z Akwinu” stwierdza; że „myślenie jest rzemiosłem, którego prawidła muszą być drobiazgowo ustalone”.

Zasługą scholastyki jest to, że nauczyła europejskich uczonych owych prawideł rozumowania, bez których niemożliwy byłby jakikolwiek postęp w nauce, również dzisiaj. Faktem jest, że scholastyka to metoda, w której ogromną rolę odgrywało powoływanie się na autorytet. Był to autorytet opierający się na dorobku chrystianizmu i myśli starożytnej, wzbogaconej przez uczonych arabskich. Scholastyka nie posługiwała się nim ślepo i bezkrytycznie, potrzebowała go przede wszystkim jako fundamentu dla swoich dokonań. Słynny uczony ze Szkoły w Chartres – Bernard z Chartres (+ 1130) powiedział: „Jesteśmy karłami, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów. W ten sposób widzimy więcej i dalej niż oni, ale nie dlatego, ażeby wzrok nasz był bystrzejszy lub wzrost słuszniejszy, ale dlatego, iż to oni dźwigają nas w górę i podnoszą o całą swoją gigantyczną wysokość”. Gilbert z Tournai (+ 1288) zaś stwierdził: „Nie znajdziemy prawdy, jeśli zadowolimy się tym, co już znalezione […] Ci, którzy pisali przed nami, nie są dla nas panami, lecz przewodnikami”.

Scholastycy dodają po prostu nowe piętra do tej budowli, którą stworzyli starożytni. Czasy nowożytne uczyniły zresztą to samo w stosunku do średniowiecza. Tak samo oparły się o dokonania ludzi średniowiecza, choć najczęściej nie chcą się do tego przyznać. A. N. Whitehead (+ 1947), wybitny filozof i matematyk współczesny, który patrzył na średniowiecze wyłącznie z pozycji ciekawego obserwatora, stwierdza, że mentalność nowożytna europejska otrzymała od średniowiecznej scholastyki podstawową zaprawę w myśleniu racjonalnym, od którego zależały wszystkie jej późniejsze osiągnięcia. Voltaire (+ 1778) natomiast, którego naprawdę trudno posądzać o sympatię dla chrześcijaństwa i średniowiecza, mówi o wieku trzynastym – szczytowym okresie scholastyki – że był to jeden z nielicznych okresów w dziejach świata, które dowodzą wielkości ducha ludzkiego (por. J. Le Goff. Inteligencja w wiekach średnich, Warszawa 1966 s. 124).

Scholastyka nauczyła Europę myśleć. To średniowiecze ukuło niesłychanie ważne pojęcia, bez których nie może się obejść żaden nowożytny kierunek filozoficzny, takie jak: natura, substancja, przyczynowość, realność, finalność, uniwersalność, indywidualność, rozum, intelekt, dusza, duch, świat, Bóg, prawo natury, istota państwa itd. Więzy F, Bacona (+ 1626), Kopernika (+ 1543), Szekspira (+ 1616), Kartezju­sza (+ 1650), Spinozy (+ 1677), Hobbesa (+ 1679), Locke’a (+ 1704), Leibniza (+ 1716), Wolffa (+ 1754) czy Kanta (+ 1804) ze średniowieczem są niezmiernie silne, silniejsze niż owi filozofowie i uczeni sami sobie to uświadamiali, i które dopiero potomni, mający szerszą perspektywę historii myśli ludzkiej, są w stanie dokładnie zidentyfikować. E. Gilson (+ 1978) powiada, że „niepodobna zrozumieć kartezjanizmu, nie konfrontując go stale ze scholastyką, którą on gardzi, lecz w której łonie się sadowi i którą przyswaja sobie tak, iż można powiedzieć, że się nią karmi”.

Na poparcie tezy o daleko idącej zależności myślicieli nowożytnych od dorobku średniowiecza można przytoczyć wiele dowodów. Gdy czytamy słynny opis wieku „złotego” i „żelaznego” Jana de Meung (lub: Jean de Meun, Jean Clopinel, + 1315), z pewną konsternacją stwierdzamy, że jest w nim wszystko, co na temat genezy ustroju społecznego pisali Hobbes i Rousseau (+ 1778). Szesnastowieczna krytyka średniowiecza postawiła sztuczną barierę pomiędzy umysłowością europejską a średniowieczną kulturą, uniemożliwiając przez długie wieki właściwą ocenę tej ostatniej.

Posądza się scholastykę o werbalizm. Jest oczywiste, że czasem mu ulegała, zwłaszcza w swoim ostatnim okresie, ale gdyby ktoś sądził, że współczesna nauka jest od niego wolna – byłby w wielkim błędzie. Liczba publikacji we współczesnym świecie rośnie w postępie geometrycznym, ale tylko znikomy procent tych publikacji wnosi coś do nauki.

Scholastycy dążyli uparcie i konsekwentnie do najściślejszego określenia związków między nazwą, jej treścią oraz bytem. Oni naprawdę chcieli dokładnie wiedzieć, o czym mówią. Cały sławny i przez wieki ciągnący się spór między realistami a nominalistami na temat powszechników, spór, którego apogeum przypada na czasy scholastyków, jest tego najlepszym dowodem. To właśnie scholastycy rozwinęli dialektykę, tj. zespół metod postępowania, które z przedmiotu wiedzy czynią problem, które go wykładają, definiują, wyjaśniają, bronią przed atakami, rozwiązują i przekonują słuchacza lub czytelnika. Stworzono w ten sposób narzędzie badawcze, którym posługuje się każdy nowożytny uczony, chociaż, trzeba to przyznać, nie ustrzeżono się niekiedy przed rozumowaniem w próżni, bowiem – jak mówił Jan z Salisbury (+ 1180) – „logika sama w sobie jest bezkrwista i jałowa, jeśli nie jest ustawicznie zapładniana z zewnątrz, aktualnymi i ważkimi problemami, stawianymi do rozwiązania”.

Niemniej i w takich sytuacjach należy zachować ostrożność w ocenie. Zanim wyda się negatywny wyrok na temat metod uprawiania nauki średniowiecznej, trzeba najpierw spróbować wejść w mentalność ludzi tamtej epoki, a także zapoznać się ze stosowanymi przez nich technikami badawczymi i sposobem przeprowadzania wykładu naukowego. Obiegowym przykładem, mającym całkowicie deprecjonować średniowieczne dysputy naukowe, jest zachowana do dziś kwestia, zaczynająca się od bulwersującego pytania: „Ile diabłów mieści się na końcu szpilki?” Na pozór temat, podjęty przez średniowiecznego uczonego, wydaje się całkiem niepoważny. Ale czy jest tak rzeczywiście? Podstawową formą uprawiania nauki w średniowieczu było komentowanie ściśle określonych dla danej dziedziny nauki dzieł.

Średniowieczny wykład uniwersytecki miał postać komentarza, który składał się z następujących części: najpierw przytaczano fragment komentowanego dzieła, potem następowała tzw. divisio, w ramach której za pomocą definicji pojęć, najrozmaitszych rozróżnień, eksplikacji i podziałów systematyzowano i objaśniano jego treść; wreszcie tzw. expositio, tj. wykład tekstu mający na celu wydobycie z niego najgłębszej treści.

W związku z expositio pojawiały się różne problemy i pytania, mniej lub bardziej związane z treścią wykładu. Przybierały one postać kwestii, które podawano zaraz po expositio. Divisio i expositio razem wzięte zwano lectio, a zagadnienia opracowane w związku z expositio ­ quaestio. W ramach quaestio można było roztrząsać te problemy, na które nie było miejsca w lectio. Dysputa, której zapisem jest quaestio, odbywała się według ściśle ustalonych reguł. Była jakby odtworzeniem procesu sądowego. Uwidocznił się w niej również prastary pęd człowieka do turniejów, zawodów i pojedynków – w tym wypadku za pomocą słów i intelektu.

Jak każdy pojedynek, dysputa miała swoje fazy: najpierw powolne i stopniowe rozwijanie problemu, następnie atak w postaci zarzutów, zaraz potem obrona za pomocą najróżniejszych argumentów, pytania, odpowiedzi, rozróżnienia, negacje, sofizmaty, pułapki itd. Wszystko to sprawiało, że dysputa średniowieczna zmuszała do precyzji, ćwiczyła ostrość myślenia i wyrażania się, uczyła błyskotliwości w słowach i natychmiastowej repliki, a następnie łatwości formułowania myśli i zdolności oddzielania prawdy od fałszu.

Było kilka rodzajów dysput średniowiecznych. Znane są szczególnie tzw. disputationes ordinariae (zwyczajne, które mistrz przeprowadzał ze swoimi studentami co tydzień) oraz disputationes quodlibetales (uroczyste, publiczne, prowadzone przez najlepszych mistrzów dwa razy do roku, w trakcie których można było zadawać prowadzącym je uczonym pytania ze wszystkich dziedzin wiedzy).

Materiał z dysput, uporządkowany i spisany, stanowiły quaestiones, jeden z najbardziej popularnych gatunków średniowiecznej literatury naukowej. Oprócz wyżej wspomnianych dysput, mistrzowie średniowieczni prowadzili ze swoimi studentami różne dysputy ćwiczebne, kształcące i sprawdzające wiedzę oraz poprawność rozumowania słuchaczy. Należały do nich tzw. disputationes tentativae, sophisticae, scrupulosae, insidiosae i szereg innych. Dla sprawdzenia, czy student umie myśleć logicznie, formułować i odpierać zarzuty, wyciągać wnioski i odróżniać prawdę od fałszu – mistrzowie wymyślali najróżniejsze tematy do dyskusji, nie zawsze mające podstawę w komentowanym tekście. Postępowali podobnie, jak współcześni nauczyciele matematyki czy fizyki, którzy także opracowują zadania o dowolnej treści, dbając jedynie o to, aby kształciły dobrze od strony formalnej umysły uczniów.

Wracając do ośmieszanego od wieków przykładu o diabłach na szpilce, należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że i od strony merytorycznej nie jest on bynajmniej pozbawiony sensu, świadczy bowiem o bardzo interesującym zamiarze autora wspomnianej kwestii, który za pomocą tak postawionego pytania podjął próbę ilościowego ujęcia rzeczywistości duchowej i jakościowej.

Historycy nauki wiedzą o tym, że Arystoteles, genialny metafizyk, logik, zoolog itd., w zakresie filozofii przyrody popełnił poważny błąd. Oto odrzucił ilościową fizykę, wypra­cowaną przez pitagorejczyków i przyjętą przez Platona, a w to miejsce opracował fizykę jakościową, w której ważne było tylko dochodzenie do istoty i natury rzeczy, ważna była jedynie forma rzeczy stanowiąca nośnik jej cech jakościowych. Był to fałszywy trop w przyrodoznawstwie.

Olbrzymi autorytet Arystotelesa sprawił, że ludzkość poszła za tym tropem na 1500 lat. Hamowało to bardzo skutecznie późniejszy rozwój nauk przyrodniczych. Poważniejszy przełom nastąpił dopiero w XIV w. Wtedy to zaczęto stopniowo porzucać jakościową fizykę Arystotelesa na korzyść ilościowego, matematycznego traktowania przyrody. Rzecz dziwna, bodźcem w tym kierunku były ogłaszane w XIII w. przez niektórych biskupów z miast uniwersyteckich, a zwłaszcza z Paryża, zakazy czytania pism Arystotelesa, którego poglądy Europa łacińska poznała najpierw w niezgodnej z doktryną chrześcijańską interpretacji Aleksandra z Afrodyzji (+ 211) i Awerroesa (+ 1198). Wielu europejskich uczonych zwróciło się wówczas do matematycznej koncepcji rzeczywistości, koncentrując się na ilościowym ujmowaniu zjawisk przyrodniczych.

Wymienić w tym kontekście należy nazwiska takich zwłaszcza uczonych z Merton College w Oxfordzie, jak Tomasz Brad­wardine (+ 1349), Ryszard Swineshead (+ ok. 1350), Wilhelm Heytesbury (+ 1370) i inni. Ich wpływ na europejskie ośrodki naukowe był wyjątkowo wielki, a ich pisma studiowano we Włoszech, Francji, Niemczech, Czechach i w Polsce przez cały XV wiek. Szczególnie waż­ne były ściśle teologiczne dyskusje; prowadzone przez wymienionych wyżej calculatores z Merton College, w trakcie których zastanawiano się nad problemem ilościowego zwiększania w człowieku cnót teologicz­nych. Innymi słowy – usiłowano ująć ilościowo, a nawet geometrycznie, co dane jest jakościowo. Rzecz znamienna, owe dyskusje stanowiły początek nowożytnego przyrodoznawstwa, bowiem metodę angielskich calculatores bardzo szybko przyswoili sobie uczeni zajmujący się badaniem przyrody.

Krzywdzące, bo niezgodne z prawdą historyczną, jest nonszalanckie i aroganckie określanie mianem obskurantów uczonych średniowiecznych i przeciwstawianie im, jako swoistej antytezy, oświeconych humanistów. Jeśli za kryterium naukowości i duchowego oświecenia, przeciwnego obskurantyzmowi, przyjmiemy posługiwanie się w pracy rozumem, to scholastyka będzie zawsze górą nad humanizmem.

Zdobyczą scholastyki jest bowiem, nawet na terenie teologii, nie mówiąc już o innych dyscyplinach wiedzy, ciągłe i konsekwentne odwoływanie się do rozumu. To scholastyka rozwija zachętę zawartą implicite w Piśmie św., która nakłania wierzącego, aby uzasadnił swoją wiarę: „Bądźcie zawsze gotowi, ktokolwiek was zapyta, podać racje waszej wiary i nadziei” (1 P 3,15). To scholastycy odpowiadają na apel św. Pawła (dziś – autora Listu do Hebrajczyków), dla którego wiara jest przekonującym dowodem rzeczy niewidzialnych („argumentum non apparentium” – Hbr 11,1). To scholastycy wreszcie są twórcami haseł, które stały się zasadami i wytycznymi dla ówczesnych badaczy, a które brzmiały: Ratio fide illustrata (Rozum oświecony wiarą), Intellige ut credas, crede ut intelligas (Wiedz – abyś wierzył, wierz – abyś wiedział) św. Augustyna (+ 430) i Fides quaerens intellectum (Wiara poszukująca zrozumienia) św. Anzelma z Canterbury (+ 1109). Hasła powyższe wyjaśnia w pełni św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), formułując swoją słynną zasadę: Gratia non tollit naturam, sed perficit (Łaska nie niszczy natury, lecz ją udoskonala), a jeden z wybitniejszych pisarzy dwunastowiecznych – Honoriusz z Autun (lub: Honorius Augustodunensis, + ok. 1155) powiedział: „Wygnaniem człowieka jest ciemnota, jego ojczyzną jest wiedza”, zaś w innym miejscu: „Nie ma innego autorytetu jak prawda dowiedziona rozumem; to, co autorytet podaje do wierzenia; to rozum umacnia w nas swoimi dowodami”.

Trudno o coś mniej obskuranckiego jak scholastyka. A wracając do owego niekorzystnego dla scholastyki porównania z humanizmem, trzeba dodać, że w gruncie rzeczy to właśnie nie średniowieczny scholastyk, lecz szesnastowieczny humanista jest głęboko antyintelektualny. To on jest bardziej literatem kierującym się emocjami niż uczonym, bardziej fideistą niż racjonalistą. Dialektyce i scholastyce średniowiecznej humanista będzie przeciwstawiał filologię i retorykę.

Charakterystyczną rzeczą jest, że w okresie odrodzenia do łask wraca Platon i zyskuje sławę największego filozofa, i to nie ze względu na swoje poglądy filozoficzne, ale ze względu na piękny język, którym się posługiwał w swoich dziełach. Charakterystyczne dla humanizmu i czasów późniejszych jest także niesłychane wprost zainteresowanie na wpół magiczną literaturą hermetyczną, wywodzoną od mitologicznego uczonego i kapłana egipskiego Hermesa Trismegistosa (Potrzykroćwielkiego), a następnie różnymi misteriami, mającymi swoje źródło we wschodnich wierzeniach orfickich, oraz w sposób szczególny kabałą. Wystarczy zapoznać się bliżej z zainteresowaniami i twórczością wybitnych uczonych, skupionych w Akademii Florenckiej, jak np. Marsiglio Ficino (+ 1499) czy Pico della Mirandola (+ 1494), aby pozbyć się w tym względzie wątpliwości.

Od wieków funkcjonuje mit, że Giordano Bruno i Galileusz to czołowi reprezentanci rozumu, męczennicy za naukę i ofiary obskurantyzmu średniowiecznego. Najnowsze badania wykazały tymczasem, że – o paradoksie – uczeni ci, nie ujmując im nic z zasług dla nauki, wyżej niż rozum stawiali magię. Giordano Bruno w swoim dziele „La cena delle ceneri” (1584) opowiada się na przykład za teoriami Kopernika, ale na poparcie swojego stanowiska nie przytacza, jak należałoby się spodziewać, dowodów empirycznych czy matematycznych, lecz dowody zgoła innej natury. Stwierdza mianowicie po prostu, że opowiada się za heliocentryzmem, ponieważ ten wskazuje na bliski powrót religii „egipskiej”, czyli magicznej, a „słońce kopernikańskie zwiastuje zwycięskie odrodzenie się prawdziwej filozofii”. Z

daniem Franciszki A. Yates (współczesna uczona z Instytutu Warburga w Londynie) filozofia Bruno „jest nową interpretacją hermetyczną bóstwa wszechświata, jest po prostu rozwiniętą gnozą”. Kościół tamtych czasów tymczasem akceptował teorię Kopernika jako hipotezę naukową, ale broniąc rozumu i doświadczenia, uważał wywody Bruna za brednie, które spowodowały podejrzenia co do samej teorii heliocentryzmu.

O skłonności do magii i astrologii (zdecydowanie odrzucanych przez chrześcijańskich uczonych średniowiecznych, zwłaszcza teologów) luminarzy nauki oświeceniowej świadczy także wiele innych faktów. Na wystawie, którą w dniach 12 XII 1991 – 8 I 1992 zorganizował w Paryżu Instytut Francuski, eksponowano bardzo interesujący dokument. Jest to sprawozdanie z zebrania, na którym powołano do życia Akademię Lincei, pierwszą akademię naukową nowoczesnego świata, której najwybitniejszym przedstawicielem był Galileusz.

Zebranie, o którym mówi dokument, odbyło się w pałacu rzymskim Fryderyka Cesiego, na ulicy Maschera d’Oro 25 IX 1603 r. o godz. 9.50. Sprawozdanie wyjaśnia, że dzień i godzinę wybrano celowo, by „zdobyć przychylny wpływ gwiazd, zwłaszcza Merkurego”, a tekst, zredagowany przez głowę akademii – Cesiego, jest opisem magicznej operacji prowadzonej według kanonów hermetyzmu i astrologii.

Sam Galileusz także był bardzo zainteresowany astrologią. Oni, pierwsi członkowie Akademii Lincei uważają się – jak czytamy w sporządzonym projekcie (Proponimento Linceo) – za „najbieglejszych badaczy nauk tajemnych” oraz za „miłośników nauk i badaczy sztuk spargicznych (alchemicznych)”. Uznając olbrzymie zasługi dla nauki, a zwłaszcza dla sztuki, uczonych odrodzeniowych, nie podobna jednak zgodzić się z tezą, że byli oni racjonalistami i przyrodnikami. Wszystkie wielkie nazwiska tej epoki zanurzone są – jak pisze Socci – w magmie hermetyzmu, astrologii i magii. Poczynając od Kopernika, który powołuje się na Hermesa Trismegistosa, a na Keplerze (+ 1630), twierdzącym, że studiuje astronomię „w sposób hermetyczny”, kończąc. F. A. Yates wykazuje, że także F. Bacon (+ 1626) wychodzi z tradycji hermetycznej, z magii i kabały odrodzenia, którą łączy z odziedziczoną nauką średniowieczną.

Co więcej podobnie jak P. Bayle (+ 1706), Grocjusz (+ 1645), Kartezjusz (+ 1650), Kalwin (+ 1564) i wielu innych wielkich tej epoki, F. Bacon był gorącym orędownikiem polowania na czarownice i palenia ich na stosie, a jego „Nowa Atlantyda” wykazuje zdumiewające podobieństwo do „Sławy Bractwa” (Fama Fraternitatis) różokrzyżowców. F. Yates w swoich rzetelnych publikacjach wykazuje także różokrzyżowcowe pochodzenie Royal Society, wielkiej akademii naukowej w Anglii, która powstała pod sztandarem F. Bacona i z woli króla w 1662 r., wyraźnie na wzór Akademii Lincei. Całe ówczesne środowisko naukowe, związane z Royal Society, żyje w tej epoce w świecie sugestii ezoterycznych i w ścisłych związkach z tajemniczym Bractwem Różokrzyżowców, z którego – jak stwierdza Tomasz De Quincey – wyłoniła się angielska masoneria.

Humanizm poza tym wyrządził kulturze europejskiej wielką szkodę, pozbawiając ją łaciny – jedynego języka międzynarodowego, jakim rozporządzała. W okresie średniowiecza łacina była językiem żywym. Wprawdzie był to już inny język niż ten, którym posługiwali się Cycero czy Tacyt, o wiele bardziej uproszczony, pełen zapożyczeń z języka arabskiego i z języków narodowych (tego, co humaniści nazwali barbaryzmami), ale przez to łatwy w użyciu dla wszystkich, bardzo precyzyjny w swojej prostocie, świadomie rezygnujący z walorów formalnych na rzecz treści, wyrażający łatwo wszystko to, co w średniowieczu było nowe w stosunku do antyku. Łacina średniowieczna, jeśli chciała być językiem żywym, musiała wprowadzać zapożyczenia. Musiała na przykład znaleźć jakieś określenie dla podkowy, której Rzymianie nie znali, i wzięła je z języka tureckiego – babatum.- Tak było w wielu innych przypadkach. Przez to łacina stała się językiem żywym, językiem, który mógł z powodzeniem towarzyszyć przez wieki narodowym kulturom europejskim.

Humaniści w swoim przesadnym kulcie dla antyku, a co za tym idzie – również w dążeniu do przywrócenia łaciny klasycznej, przekreślili łacinę średniowieczną. Wracając niejako na siłę da łaciny klasycznej, uczynili z niej język definitywnie martwy, niezdolny do wyrażenia współczesnych treści. Widać to wyraźnie na przykładzie renesansowych tłumaczeń dzieł Arystotelesa i innych filozofów, które są wprawdzie o wiele piękniejsze językowo od tłumaczeń dokonanych przez średniowiecznych tłumaczy, takich np. jak Wilhelm z Moerbecke (+ ok. 1286), Henryk Arystyp (+ 1162), Gerard z Cremony (+ 1187), Burgundiusz z Pizy (+ 1193) czy Robert Grosseteste (+ 1253), lecz treściowo są niedokładne, nieprecyzyjne, a nawet fałszywe; są raczej parafrazami tłumaczonych dzieł, a nie ich właściwymi tłumaczeniami. Wyraził to dokładnie kard. Alonso Garcia de Cartagena (+ 1456), biskup Burgos i profesor Uniwersytetu w Salamance, polemizując na temat tłumaczeń z Leonardem Bruni (+ 1444), autorem nowego tłumaczenia „Etyki nikomachejskiej” Arystotelesa:

Ja powiadam – pisze Alonso Garcia – że Leonardo, o ile wykazał się dostateczną wymową, dał dowody małego wykształcenia filozoficznego. Dawny tłumacz nie tylko tłumaczył księgi Arystotelesa z greki na łacinę, lecz także interpretował je z największą możliwą wiernością i nie zabra­kłoby mu ani wielkiej wytworności, ani najpiękniejszych ozdób, gdyby chciał się był nimi posłużyć […] Ale dawny tłumacz, który więcej dbał o prawdę filozoficzną, nie życzył sobie nadmiaru ozdób, gdyż chciał uniknąć błędów, w które Leonido popadł. Widział przecież doskonale, iż język łaciński nie może rościć sobie pretensji do takiego samego bogactwa wyra­żeń jak grecki.

W podobny sposób wypowiadał się Jan Gerson (+ 1429) i wielu innych autorów. Mając na uwadze wszystkie zasługi humanizmu, nie można zapominać także o tym, że w zasadzie propagował wiedzę tylko dla wybranych i wtajemniczonych. Był elitarny. Humanista to w jakimś sensie arystokrata. Jego środowiskiem jest wąskie, grono intelektualistów, a nie, jak to było w średniowieczu, tysiące żądnych wiedzy studentów z różnych stanów. Terenem działania uczonego-humanisty nie jest już uniwersytet, lecz zamknięte grona, np. Kolegium Lektorów Królewskich (przyszłe College de France), medycejska Akademia Florencka lub dwór królewski.

Humanista to przede wszystkim dworzanin, czego w żadnym wypadku nie można powiedzieć o przeciętnym uczonym średniowiecznym. Humanistów otacza opieka możnych, stają się przez to bardzo od nich zależni, stają się ich sługami i Piewcami ich czynów. Uczony śred­niowieczny żył najczęściej ze składek tych, których uczył. Miał dzięki temu nieporównanie większą swobodę działania, a czym jest wolność dla rozwoju nauki, nikogo nie trzeba przekonywać.

Humanizm zaniedbał jedno z naczelnych haseł intelektualisty – wiedza dla wszystkich. Stało się tak, bo stracił kontakt z „masami”, zerwał więź między wiedzą a nauczaniem. Dopiero reformacja i kontrreformacja sprawiły, że uczeni znów poczuli się, zmuszeni wyjść do ludu. Nawet ikonografia odrodzeniowa i średniowieczna wskazują wyraźnie na różnice między uczonym scholastykiem a uczonym humanistą. O ile ten pierwszy przedstawiany jest na różnych malowidłach i rycinach jako profesor pochłonięty działalnością dydaktyczną, otoczony studentami, żywo dyskutujący i rozprawiający – to uczony humanista przedstawiany jest najczęściej jako samotnik w pięknej, cichej, ustronnej i bogatej pracowni, zapatrzony w piękny krajobraz i zatopiony w medytacjach.

Należy także zauważyć, że to przecież nie w okresie odrodzenia, lecz właśnie w średniowieczu powołano do istnienia niezliczone szkoły i ok. czterdziestu pierwszych uniwersytetów. To średniowiecze stworzyło szkolnictwo dostępne dla wszystkich stanów. Na synodzie w Voison (529) zdecydowano, że każdy kapłan miejskiej parafii powinien zatrudnić u siebie lektora, który będzie nauczał młodzież. Ta słynna uchwała traktowana jest jako akt powołam do życia szkolnictwa powszechnego.

Szkolnictwo powszechne, tworzone i utrzymywane przez Kościół, wspierał także Karol Wielki (+ 814), który wydał w roku 797 nakaz, na mocy którego zarządził otwarcie przy każdym kościele szkoły, w której mieli się kształcić chłopcy pragnący podjąć naukę. W tym samym duchu wypowiadają się wielokrotnie liczne synody z tej epoki, a więc: akwizgrański (789), bawarski (798), w Chalons i Moguncji (813), w Aix (816), w Attigny (822 i 829), w Paryżu (824), w Valen­ce (855) oraz w Savannieres (859). Powszechne nauczanie wspierają również papieże z tego czasu. Papież Eugeniusz II (+ 827) wydaje w roku 826 rozporządzenie o następującej treści: „W każdej stolicy bisku­piej i innych miejscach należy mianować magistrów i doktorów dla nauczania młodzieży gramatyki i sztuk wyzwolonych”: Prawie 30 lat później, w roku 853, Leon IV (+ 855) zarządził, że szkoły powinny istnieć przy wszystkich parafiach. Za Grzegorza VII (+ 1085) zarządzenia te powtórzył V synod rzymski.

Wbrew powyższym faktom stawia się pod adresem średniowiecza zarzut, że nie rozwijało nauki, że zajmowało się magią, czarami i paleniem heretyków na stosie. Rzecz jasna, że to wszystko da się w epoce średniowiecza odnaleźć, ale pewnie w mniejszym zakresie niż w oświeconym XX wieku. Współczesny świat ma także swoich heretyków, swoje czarownice i swoje stosy. Ma setki tysięcy wróżek i astrologów w największych stolicach świata, zabobonną wiarę w horoskopy, satanistyczne obrzędy i ofiary; ma też swoich inkwizytorów bez porównania – okrutniejszych od tych w średniowieczu.

Czy ludzie XX w., wieku obłędnego rasizmu hitlerowskiego i nie mniej obłędnego komunizmu z jego irracjonalną wizją społeczeństwa i surrealistyczną gospodarką, mają prawo posądzać o ciemnotę i brak rozumu ludzi średniowiecza, tych samych, którzy racjonalnie i realistycznie traktowali słabą ludzką naturę i nie szukali bynajmniej raju na ziemi, lecz w niebie, gdzie jest jego miejsce?

Czy ludzie XX w., w którym, w imię zbrodniczych mrzonek różnych wodzów i magów, wymordowano okrutnie co najmniej sto milionów ludzi, niszcząc przy tym całe narody, a inne poddając bezwzględnemu terrorowi, szalejącemu przez całe dziesięciolecia, mają prawo do załamywania rąk nad nie stojącymi w żadnej proporcji do współczesnych nam zbrodni, występkami ludzi średniowiecza? Postarajmy się o odrobinę obiektywizmu. Człowieka XX w., wieku niesłychanego rozwoju intelektualnego i cywilizacyjnego, powinno być stać na trochę mniej dzikie postępowanie niż biednego, przełamującego dopiero z wielkim mozołem tajemnice przyrody człowieka średniowiecza. A jednak było inaczej.

Wiek XX był najdzikszy w całej historii naszej cywilizacji: Co więcej – nie widać żadnych symptomów poprawy na przyszłość. Miejmy jednak nadzieję, że kiedyś, po latach, przyszłe pokolenia nie będą go identyfikowały wyłącznie z hitleryzmem, komunizmem, łagrami, obozami koncentracyjnymi i zdziczeniem moralnym, lecz także, a może zwłaszcza, z odkryciami takich uczonych, jak Skłodowska czy Einstein, i z takimi zdarzeniami, jak lądowanie człowieka na Księżycu.

Tak samo średniowiecza nie powinniśmy identyfikować wyłącznie z inkwizycją i polowaniami na czarownice. Zło ma to do siebie, że widać je z daleka. Odpowiednio wykształcony historyk wie dobrze, że nie zawsze nawet najbardziej kompletne archiwum daje obiektywny, prawdziwy obraz instytucji czy osoby, której dotyczy. Dokumenty mówią najczęściej o tym, co było złe. O przeciętnej, zwyczajnej dobroci i uczciwości rzadko kto wspomina, stąd jeśli badacz tego nie uwzględni, to obraz, jaki stworzy jedynie na podstawie zebranych dokumentów, może być niepełny, a czasami fałszywy i krzywdzący.

Bądźmy jednak wielkoduszni i oceniając średniowieczną inkwizycję, poprzestańmy na archiwach, tym bardziej że od Soboru Watykańskiego II mogą z nich bez większych przeszkód korzystać historycy i inni uczeni. W ostatnich latach, oprócz wspomnianych już prac Franciszki Yates, ukazały się książki innych historyków, będące rezultatem ich długoletnich badań przeprowadzonych w archiwum watykańskim, a dotyczących inkwizycji średniowiecznej. Chodzi tu o prace profesora historii na uniwersytecie w Neapołu Giovanni Romeo, autora książki „Inquisitori, esorcisti e straghe nell’Italia della Controriforma”, oraz duńskiego historyka Gustawa Henningsena, autora wydanej po angielsku, a także po włosku i hiszpańsku pracy pt. „The witches’ advocate”.

Tezy, do jakich doszli ci uczeni (podobnie jak L. Biały, autor cennej pracy pt. „Dzieje inkwizycji hiszpańskiej”), obiektywnie i bez uprzedzeń badający sprawę inkwizycji, są całkiem odmienne od ustalonej „czarnej legendy”. Z badań Romeo i Henningsena wynika bowiem, że za fanatyzm religijny, jaki nawiedził szesnastowieczną Europę, w małej tylko mierze odpowiedzialny jest katolicyzm. Ich zdaniem gros odpowiedzialności w tym względzie spada na niekatolickich, fanatycznych szermierzy nietolerancji religijnej.

Zdaniem wspomnianych autorów od ponad dwustu lat utrwaliła się w Europie „czarna legenda” wokół inkwizycji skupiającej w sobie jakoby kwintesencję rozwścieczonych, fanatycznych i ciemnych mnichów, morderców z powołania. Daniel Defoe (+ 1731) w znanej książce „Robinsón Crusoe”, oddającej doskonale poglądy burżuazji angielskiej XVIII w., pisze m.in.: „Wolałem zostać wydany dzikusom i zjedzony żywcem niż wpaść w niemiłosierne szpony klechów i być zaciągnięty przed trybunał inkwizycji”.

Ta sama burżuazja, która doznawała uczucia grozy, gdy w jej wyrafinowanych salonach wspomniał ktoś o Świętym Oficjum, i która nie znajdowała wprost słów dla wyrażenia swojego wstrętu wobec „przeklętych papistów” i całego Kościoła katolickiego, w tym samym czasie, dla zwyczajnego zysku, prowadziła bezwzględne wojny kolonialne, w trakcie których mordowała liczne plemiona na podbitych ziemiach – poczynając od Indii przez Afrykę aż po Amerykę, zagarniając ich własność, a z tych, którzy pozostali przy życiu, czyniąc niewolników.

Obraz inkwizycji, który dostrzegamy np. u Defoe, tkwi do dziś w świadomości bardzo wielu ludzi. Nawet Umberto Eco, który w znanej powieści „Imię róży” ze znawstwem i talentem oddał wiele realiów epoki średniowiecza, przedstawia historyczną postać inkwizytora Bernarda Gui jako psychopatycznego, posępnego i krwiożerczego mnicha, fałszując w ten sposób rzeczywistość historyczną. Jeden z najwybitniejszych współczesnych mediewistów, J. Le Goff, którego prace charakteryzują się doskonałą znajomością epoki i naukową bezstronnością, poddał druzgocącej krytyce nakreślony przez Eco wizerunek Bernarda Gui. W swojej polemice profesor Le Goff przytoczył fragment z napisanego przez Gui w XVI w. podręcznika inkwizycyjnego, który jednoznacznie świadczy o tak wielkiej mądrości prawniczej autora, a także o jego humanitaryzmie, że wielu współczesnym sądom można by go postawić za wzór.

G. Romeo we wstępie do. wspomnianej pracy stwierdza: „XX wiek zdaje się powoli zostawiać trzeciemu Tysiącleciu niespodziewanie nowy obraz trybunałów inkwizycji, tradycyjnie umieszczonych przez naszą zbiorową wyobraźnię pośród okropności fanatyzmu klerykalnego”. A wybitny historyk włoski Luiggi Firpo, który wiele czasu spędził na ba­daniach naukowych w archiwum „Świętego Oficjum”, powiedział: „Przed trybunałem inkwizycyjnym stawali o wiele częściej pospolici przestępcy i osoby winne czynów, za które byłyby skazane również według nowoczesnego prawa, niż osoby walczące o wolność myśli”.

Najbardziej kompletny, jak dotychczas, obraz inkwizycji wyłania się z publikacji najbardziej chyba zaawansowanego w badaniach źródłowych na jej temat uczonego – Duńczyka Gustawa Henningsena. Przedstawiając – we wspomnianej pracy – postać hiszpańskiego inkwizytora Alonso de Salazar Frias, Henningsen wypowiada swoją naukową opinię, że chrześcijańskie średniowiecze nie było bynajmniej skażone kryminalnym szałem polowania na czarownice. Przez okres ponad 1000 lat, we wszystkich tzw. wiekach ciemnych nie istnieją ani polowania na czarownice, ani stosy. Oficjalne stanowisko Kościoła w tej materii zawiera tzw. Canon episcopi przypisywany synodowi w Ancyrze,. (314), który to kanon obowiązywał przez całe średniowiecze, a według którego należało rozgrzeszać różne praktyki (z czarami włącznie), jakie tkwiły jeszcze w pogańskiej tradycji ludów europejskich. Canon zaleca nie tylko daleko idącą tolerancję, ale wyraża jednocześnie przekonanie, że praktyki, o których mowa, nie stanowią poważnego zagrożenia dla wiary chrześcijańskiej.

Jeżeli mowa o krwawej obsesji polowań na czarownice, to fenomen ten, zrodzony u schyłku średniowiecza, charakterystyczny jest przede wszystkim dla epoki renesansu i rozwijał się przez dwa wieki, z większą intensywnością zresztą na ziemiach rządzonych przez protestantów niż w krajach katolickich. Bezyzględność Kalwina i kalwinistów na przykład w krwawych prześladowaniach „nieprawowiernych” była tak wielka, że na ziemiach polskich, które miały do czynienia z przemarszami wojsk wyznających kalwinizm, słowo „kalwin” weszło do języka ludowego jako synonim szczególnego okrucieństwa, co autor tego opracowania sam może potwierdzić, bowiem słyszał je używane w takim znaczeniu (Lubelszczyzna).

Cały świat wie (i słusznie!) z niezliczonych podręczników i opracowań o męczeństwie spalonego na stosie za swoje poglądy, przez katolików, Giordano Bruno (1600), ale informacja o tym, że z rozkazu Kalwina (+ 1564) spalony został 27 X 1553 r. na stosie, po uprzednich niesłychanie okrutnych torturach, doktor Ser­vet (Miguel de Vilanova), wielki uczony (odkrywca krążenia krwi) i teolog hiszpański, ta informacja udostępniana była opinii publicznej z dużo większą wstrzemięźliwością.

Protestanccy fanatycy byli także autorami ostatniego tragicznego epizodu z, zakresu polowań na czarownice, jakim było wydarzenie z roku 1692 w Salem (Nowa Anglia), gdzie sfanatyzowany tłum, pod przywództwem pastora Cottona Mathera, spalił 19 domniemanych czarownic, a torturom poddał 150 osób. Pastor Mather wydał w roku 1693 książkę „The Wonders of the Invisible World” (Cuda niewidzialnego świata), która poświęcona jest rozważaniom na temat działalności diabłów.

G. Romeo (autor niniejszego opracowania także!) nie chce usprawiedliwiać fanatyków katolickich, którzy mieli na swoim sumieniu również zbrodnie, ale wykazuje, że dokonano ich najwięcej w epoce renesansu i że przyczyniła się do nich w znaczącym stopniu reformacja ze swoją niesłychanie ponurą wizją kompletnie zniszczonej przez grzech pierworodny natury ludzkiej, ze swoją nauką o przeznaczeniu większości ludzi na potępienie i ze swoją autentyczną obsesją na punkcie szatana. Romeo pisze, że:

„władze inkwizycji katolickiej starały się unikać prześladowań czarownic nie tylko dlatego, że nie były do końca przekonane o istnieniu sekty czarownic i ich zbrodni, ale głównie dlatego; że w, drugiej połowie XVI w. umiano już korzystać z bardzo mądrze obmyślonego systemu obrony […] Zakłopotanie i wstrzemięźliwość w ściganiu herezji, okazywana przez różne osobistości w łonie Kościoła Katolickiego i inkwizycji rzymskiej z końca XVI w., nie znalazły żadnego oddźwięku w postawie wspólnot protestanckich tamtego czasu. Wewnątrz tych wspólnot przeważała niestety; rozniecana dodatkowo przez charakterystyczny dla nich fundamentalizm biblijny, nieprzejednana swoista żarliwość religijna, wyrażająca się także w prastarej, a w tym czasie niejako odradzającej się skłonności do składania krwawych ofiar, które miały mieć walor oczyszczający wspólnotę i skazańca. Zniszczenie obronnego systemu przed czarami, wypracowanego przez tradycyjne chrześcijaństwo, być może przyczyniło się w zasadniczy sposób do ujawnienia w całej pełni manii prześladowczej”.

Cytując słowa Romeo wspomnieć należy także o tym, że w XVI i XVII w. protestanci bardzo ostro oskarżali Święte Oficjum z powodu zbytniej powściągliwości, którą notabene uważali za dowód współpracy Kościoła rzymskokatolickiego z czarownicami (O inkwizycji inacze, „Znaki Czasu” 18:1990 s. 317).

Przytaczanie historycznych informacji na temat udziału protestantów w trwającej dwa wieki akcji podpalania stosów z czarownicami, nie ma na celu spychania odpowiedzialności za popełnione zbrodnie na innych, czy też usprawiedliwiania okrutnych czynów popełnionych też przez katolików. Chodzi wyłącznie o próbę podfałszowania rozpowszechnionego szeroko przekonania, łączącego prześladowania religijne i płonące stosy wyłącznie z Kościołem katolickim. Uczciwość naukowa bowiem domaga się całej prawdy o tych strasznych zdarzeniach, domaga się oddania „każdemu, co mu się należy” – Suum cuique. Nikogo natomiast nie można tu usprawiedliwić.

Zarówno katolicy jak i protestanci uważali się za wyznawców nauki Chrystusa i znali dobrze Jego przykazanie miłości, które z góry wyklucza taki modus operandi w stosunku do błądzących bliźnich. Choćby się zdarzył jeden tylko fakt zbrodni dokonanej przez chrześcijanina w imię Chrystusa, to wystarczyłoby, żeby prosić o wybaczenie Boga i ludzkość. Zbrodnia popełniona w imię Chrystusa jest bowiem zawsze największą zbrodnią przeciw Chrystusowi. Jest rzeczą niesłychanie przygnębiającą, że chrześcijanie XV, XVI czy XVII w., skazujący swoich bliźnich na płonący stos, zrównali się w zbrodni z pogańskimi, rzymskimi prześladowcami, skazującymi na taką właśnie męczarnię starożytnych wyznawców Chrystusa.

Znana badaczka historii starożytnej Ewa Wipszycka w swojej książce „O starożytności polemicznie” podaje następującą informację: „Ukrzyżowanie, stosowane szczególnie wobec niewolników, w prześladowaniach chrześcijan pojawia się raczej rzadko. Częściej palono ich na stosie. Skazanego po rozebraniu z szat przywiązywano (lub przybijano) do słupa i obkładano szczapami drewna, które następnie zapalano pochodniami. Była to tradycyjna kara wobec podpalaczy, stosowano ją jednak i przy innych przestępstwach”.

Zajmując taką, a nie inną postawę wobec zbrodni popełnianych przez fanatyków religijnych, historyk zobowiązany jest jednak do podjęcia próby pokazania „kulis” faktów, które miały miejsce, do odpowiedzi na zadane przez słynnego historyka niemieckiego – L. Rankego (+1886) pytanie: „Wie es eigentlich geworden?”

Bez wątpienia polowanie na czarownice, płonące stosy, tortury ­wszystko to było czymś w rodzaju zbiorowej obsesji, która boleśnie zraniła całą Europę i ugodziła dotkliwie w chrześcijaństwo, będące przecież w istocie swojej religią miłości. Była to odrażająca masakra, za którą ponoszą odpowiedzialność chrześcijanie różnych wyznań, a przy tym (i to należy w tym właśnie opracowaniu szczególnie mocno podkreślić) przede wszystkim ludzie epoki nowożytnej, a nie średniowiecza. Jest rzeczą naprawdę trudną przyznanie się do tego, że ową zbrodniczą obsesję z przekonaniem podniecali nie tyle przedstawiciele „ciemnego i fanatycznego tłumu”, ale przede wszystkim ludzie należący do elity intelektualnej tamtej epoki tacy np. jak wybitny prawnik i polityk angielski E. Coke (+ 1634), znany filozof i mąż stanu F. Bacon (+1626), uczony fizyk i chemik R: Boyle (+ 1691), prawnik, dyplomata i filozof Hugo Grotius (+ 1645), jeden z prekursorów nowożytnego materializmu T. Hobbes (+ 1679), czy uważany powszechnie za wybitnego politycznego myśliciela i twórcę idei nowoczesnego państwa Jean Bodin (+ 1596), który napisał m.in. podręcznik dla prawników Demonomanie (1580), będący swojego rodzaju instruktażem torturowania i mordowania czarownic. Zacytujmy w tym miejscu słowa wielkiego mediewisty J. Huizingi:

Wiek XV można nazwać stuleciem prześladowania czarownic. Ten sam okres, który dla nas oznacza koniec średniowiecza i zwiastuje radosną perspektywę rozkwitającego humanizmu, ten sam okres przypieczętowuje przez bullę Summis desiderantes z r. 1484 i dzieło teologów niemieckich J. Sprengera oraz H. Institorisa pt. Malleus maleficarum („Młot na czarownice”, 1487), systematyczne opracowanie rytuałów polowań na czarownice […] Ani humanizm, ani reformacja nie oparły się temu szaleństwu; czyż to nie humanista Jean Bodin jeszcze w 2. połowie XVI w. dostarczał w swojej Demonomanie najobfitszej i najuczeńszej strawy dla szału prześladowań? Nowa epoka i nowa nauka nie odepchnęły od siebie potworności związanych z prześladowaniem czarownic. Tymczasem już w w. XV pojawiły się znacznie bardziej umiarkowane poglądy na temat czarów, niż te które pod koniec XVI w. głosił lekarz Jan Wier.

Trudno jest dziś określić liczbę osób, które w ciągu kilku wieków skazano na stos za heretyckie poglądy, czary czy też za zwyczajne kryminalne zbrodnie. Niektórzy publicyści, zaangażowani w propagandę antykatolicką bądź w ogóle antyreligijną, szacowali liczbę skazanych nawet na kilka milionów. Jest to liczba absurdalnie zawyżona i nie mająca żadnego oparcia w źródłach historycznych. Rzetelne badania współczesnych historyków wykazują, że ofiar skazanych na stos nie było więcej niż sto tysięcy.

Nie można poza tym zapominać o tym, że sama instytucja inkwizycji katolickiej powstała w specyficznych warunkach religijnych i społecznych. Była ona, próbą obrony, którą w XII w. zastosował zarówno Kościół, jak też ówczesne państwo przeciwko albigensom, inaczej – katarom. Doktryna sekty katarów opierała się na manichejskiej, dualistycznej teorii dobra, identyfikowanego z duchem, i zła, personifikowanego przez materię. Między dobrem i złem toczy się odwieczna walka. Szczególnie widoczna jest ona w rozdzieranym przez dwie moce człowieku. Kto chce się opowiedzieć za dobrem, musi odrzucić materię i wszystko, co się z nią wiąże. Taka postawa, konsekwentnie realizowana, prowadziła do kompletnej pogardy dla ciała ludzkiego, życia, małżeństwa, rodziny oraz wszelkich urządzeń społecznych i politycznych.

Zasięg ruchu katarów (od gr. katharós – czysty) był bardzo wielki i praktycznie ogarnął prawie całą zachodnią Europę. Po­czątkowo usiłowali ich nawracać i polemizować z nimi wybitni teologowie tamtych czasów, jak np. Piotr Czcigodny (+ 1156), Bernard z Clair­vaux (+ 1153) czy Alanus z Lille (ok. 1203). Wobec zupełnej nieskuteczności metod perswazyjnych, zaczęto sięgać stopniowo po przymus, zarówno kościelny jak i świecki. W pierwszej fazie wprowadzania owego przymusu biskupi zdecydowanie sprzeciwiali się karze śmierci i torturom dla heretyków. Dopiero na synodzie w Tours (1163) ustalono określoną procedurę śledztwa kościelnego. Katarowie uznani za heretyków mieli być oddawani władzom świeckim (brachium saeculare), te zaś miały karać ich więzieniem i konfiskatą mienia. Karę śmierci przez spalenie na stosie historycy wiążą z dekretem Piotra Aragońskiego z roku 1197.

Coraz większe sukcesy katarów spowodowały zorganizowanie przeciw nim, przez papiestwo, instytucji inkwizycji. Na mocy dekretu Lucjusza III (+ 1185) biskupi mieli obowiązek: wykrywania heretyków i przekazywania ich do ukarania władzy świeckiej. Rodzaj tej kary ­ spalenie na stosie – określony został przez cesarza Fryderyka II w 1224 r., choć w praktyce stosowano ją już nieco wcześniej. Papież Grzegorz IX (+ 1241) włączył procedurę inkwizytorską do prawa kanonicznego. Stopniowo zorganizowane specjalnie krucjaty, wspomagane przez inkwizycję, wykorzeniły kataryzm z Europy Zachodniej, chociaż ideowe odrzucenie poglądów z nim związanych nastąpiło przede wszystkim dzięki pokojowej, systematycznej i akcentującej powrót do wartości ewangelicznych pracy zakonów żebraczych.

Należy zaznaczyć, że inkwizycja, która początkowo miała uzupełniać sądownictwo kościelne, wkrótce całkowicie wyparła sąd biskupi w odniesieniu do spraw katarów. Proces przebiegał według ściśle określonych reguł. Najpierw zachęcano do przyznania się oskarżonego o herezję do winy, a w konsekwencji do wyrzeczenia się błędnych poglądów. Jeśli oskarżony nie potrafił wykazać swojej niewinności, a jednocześnie nie przyznawał się do winy, poddawany był przesłuchaniu określanemu „wnikliwym”. Jeśli w wyniku takiego przesłuchania przyznał się do herezji, wyznaczano lżejszą lub cięższą karę. Najcięższą karą, jaką mógł wyznaczyć inkwizytor, było skazanie na dożywotnie uwięzienie, ukaranie tzw. carcere perpetuo. Od razu należy zaznaczyć, że nazwa „dożywotnie więzienie” jest w tym wypadku myląca, oznaczała bowiem skazanie na kilka z reguły lat więzienia, a nawet na krótki pobyt w domu krewnych czy w danym mieście. Formalne skazywanie na dożywocie jest dopiero wynalazkiem rewolucji francuskiej i zapisane zostało w wydanym w roku 1795 Code des delits et des peines.

Historycznych dowodów na to, że tak właśnie w średniowieczu rozumiano ad carcerem perpetuum conicere jest wiele. Kilkoma latami pobytu w Zamku Anioła skończyło się np. dożywocie Jana Falkenberga, skazanego na carcerem perpetuum w 1417 r. przez Dominikańską Kapitułę Generalną za Satyrę napisaną z poduszczenia krzyżaków przeciw Polakom, a wzywającą chrześcijańskich władców do wytępienia polskiego narodu. Papież Marcin V (+ 1431) zatwierdził wyrok. W roku 1424, po odwołaniu swoich błędów, Falkenberg był już wolny. Podobnie rzecz miała się z niejakim Henrykiem Czechem, który w roku 1429 otrzymał także (przy wielkiej pomocy merytorycznej dla krakowskiego sądu, wybitnego i bardzo światłego prawnika Stanisława ze Skarbimierza, (+ 1431) wyrok ad carcerem perpetuum za praktyki satanistyczne i szerzenie husytyzmu, a po kilku latach procesował się już, jako wolny, człowiek, z Janem Popowskim, o czym świadczą akta sądu krakowskiego.

Niestety, nie zawsze tak łagodnie kończyły się procesy inkwizycyjne. Dla jawnych heretyków, jeśli odmówili wyrzeczenia się błędnej nauki, albo dla tych, którzy po wyrzeczeniu się herezji byli wypuszczeni na wolność i raz jeszcze w nią popadli, władze świeckie stosowały karę spalenia na stosie.

Prawdą jest, że inkwizycja stosowała niekorzystną dla oskarżonego procedurę. Oskarżyciele pozostawali anonimowi, a oskarżony sam musiał dowodzić swojej niewinności, zgodnie ze stosowaną przez inkwizytorów zasadą, że „jesteś winien, dopóki wie udowodnisz, że jest inaczej”. Prawdą jest także, że oskarżyciele mogli być materialnie zainteresowani w donoszeniu na bliźnich, bowiem w razie ich skazania partycypowali w pozostawionym przez ofiary majątku.

Prawdą jest również to, że jeśli oskarżony wypowiedział sakramentalne mea culpa i wyrzekł się przed inkwizycyjnym trybunałem swoich błędów, był natychmiast wolny. Czy możemy sobie wyobrazić taką sytuację w odniesieniu do totalitarnych dwudziestowiecznych trybunałów?

Mimo dezaprobaty, jaką odczuwamy na myśl o inkwizycji, ścigającej ludzi za wyznawane poglądy, musimy się zgodzić z opinią, że stoi ona nieporównanie wyżej od tych trybunałów, które stosowały inkwizycyjną regułę: „Jesteś winien, dopóki nie udowodnisz, że jest inaczej”, ale w odróżnieniu od inkwizycji nie uwalniały, lecz okrutnie karały oskarżonego, nawet jeśli się przyznał do prawdziwej czy rzekomej winy i żałował zarzucanych mu czynów lub poglądów.

Inkwizytorzy poza tym, bez względu na to, jak ich dziś ocenialibyśmy, skazywali ludzi za coś, co jawiło się im jako największe zło, które nie tylko godzi w doktrynę chrześcijańską, lecz także niszczy kompletnie struktury społeczne, gdy tymczasem inkwizytorzy XX w. skazywali na okrutną śmierć bądź więzienie ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się Żydami, Cyganami czy Polakami. Czy na tym ma polegać przewaga nowożytności nad „ciemnym” średniowieczem? Inkwizycja poza tym – jak stwierdzają to cytowani wcześniej historycy – ścigała bardzo często zwyczajnych kryminalistów, a także tych, którzy z racji swojej przynależności do określonych związków kultowych, popełniali kryminalne występki i zbrodnie. Tak było w przypadku zwolenników różnych kultów satanistycznych.

Jeżeli we współczesnych Stanach Zjednoczonych (i nie tylko tam) policja odnotowuje kilkadziesiąt tysięcy rocznie kryminalnych przestępstw, w tym wiele zbrodni, porwań, wymuszeń, zranień i okaleczeń, popełnianych w związku ze sprawowanymi tajemnymi obrządkami satanistycznymi i innymi kultami w rodzaju „Dzieci Boga”, to nie należy sądzić, że średniowiecze było wolne od takich przestępstw. Przeciwnie. Mentalność ludzi tamtych czasów była o wiele bardziej skłonna do takich praktyk. Dziś nikt się nie dziwi, że kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych postawiono przed sądem i skazano grupę satanistów, która dokonała rytualnej zbrodni na niemowlęciu, przeznaczonym zresztą przez matkę satanistkę na krwawą ofiarę. Nie należy, więc dziwić się, że trybunały inkwizycyjne również ścigały podobne zbrodnie i surowo je karały. Była to po prostu obrona społeczeństwa przed poważnymi zagrożeniami.

W wielu wypadkach inkwizytorzy byli, ludźmi bardzo rozumnymi i oferując nawet wyroki skazujące czynili to w ostateczności i z ogromną niechęcią. Oceniając ich czyny nie wolno tracić z oczu perspektywy historycznej. Ci ludzie myśleli innymi kategoriami niż my. W przeciwieństwie do wielu współczesnych chrześcijan, oni brali dosłownie ostre słowa Chrystusa, który powiada: „Jeśli tedy twoje oko gorszy cię, to je wyłup… A jeśli twoja ręka cię gorszy, odetnij ją… albowiem lepiej jest dla ciebie, aby zginął jeden z twoich członków, niżliby miało całe twoje ciało iść do piekła” (Mt 5,29 in.). Ludzie średniowiecza uważali, że zgodnie z chrześcijańską hierarchią wartości ważne jest przede wszystkim zbawienie duszy: Ciało jest mniej ważne. Rozumowali mianowicie w następujący sposób: Być może straszna śmierć, jaką skazany heretyk lub zatwardziały zbrodniarz musi przyjąć, wyjedna mu u Boga to, co naprawdę się liczy, tzn. zbawienie wieczne. Może go uchroni przed czymś, co jest naprawdę najstraszniejsze – przed ogniem wiecznym, przed potwornym cierpieniem, które trwać będzie nie kilka minut, ale wiecznie.

J. Huizinga w swojej książce „Jesień średniowiecza” przytacza słowa typowego przedstawiciela średniowiecznego sposobu myślenia, jakim był żyjący na przełomie XIV/XV w. znany teolog Dionizy Rickel, zwany Kartuzem, który we wstrząsający sposób maluje obraz mąk piekielnych, jakie cierpieć muszą potępieńcy: oto nagi człowiek – powiada Kartuz – umieszczony zostaje w rozżarzonym do białości piecu. Straszliwie, niewyobrażalnie cierpi, krzyczy, wyje i nie może umrzeć. Nie może przestać cierpieć. Musi tak żyć i tak cierpieć, bez przerwy, na wieki, i ma ciągle ostrą świadomość, że ta potworna kara, ten nie do wyobrażenia ból, nie skończy się nigdy.

Taki obraz piekła miał przed swoimi oczyma przeciętny średniowieczny inkwizytor. I mocno weń wierzył. Ludzi niewierzących w tej epoce, poza naprawdę niesłychanie rzadkimi przypadkami, nie było. Człowiek niewierzący był w średniowieczu traktowany jak kaleka psychiczny, jak ktoś, kto nie uznaje oczywistości. Tak więc inkwizytor wierzył bez zastrzeżeń w takie piekło, jakie namalował Dionizy Kartuz. Wierzył też w to, że niepoprawnemu heretykowi, skazanemu z góry na to straszliwe potępienie, może pomóc, jeśli da mu szansę odpokutowania jego winy przez wielkie, ale w gruncie rzeczy bardzo krótkie cierpienie. Myślał – być może Pan Bóg, widząc tę straszliwą mękę grzesznika, zlituje się nad nim, a jego cierpienie przyjmie jako pokutę za popełnione zło.

I jeszcze jeden wzgląd sprawiał, że inkwizytor skazywał, bywało z bólem serca, ale konsekwentnie, przestępcę lub heretyka, a mianowicie wzgląd społeczny. Tomasz z Akwinu prezentuje swoje stanowisko na temat traktowania heretyków w sposób następujący:

Sługa Boży winien być uprzejmy, z łagodnością strofujący tych, co prawdzie się sprzeciwiają, w nadziei, że kiedyś da im Bóg pokutę do poznania prawdy (…) Jeśli nie będzie się tolerowało heretyków, ale śmiercią karało, odbierze się im możność pokuty (…) Na heretyków trzeba patrzeć z dwóch stron: pierwsze, ze strony ich samych; drugie, ze strony Kościoła. Ze strony heretyków: popełniają oni grzech, którym zasłużyli sobie nie tylko na to, by zostali karą ekskomuniki wykluczeni z Kościoła, lecz takie usunięci ze świata karą śmierci. O wiele bowiem cięższą zbrodnią jest psuć wiarę, która daje życie dla duszy, niż fałszować pieniądze, które służą życiu doczesnemu. Skoro więc władcy świeccy od razu karzą fałszerzy pieniędzy i innych złoczyńców karą śmierci, tym bardziej heretyków można od razu, skoro tylko udowodni się im winę herezji, nie tylko ukarać klątwą, ale także sprawiedliwie uśmiercić. Ze strony zaś Kościoła jest miłosierdzie troszczące się o nawrócenie błądzących; stosownie do nauki Apostoła, nie potępia ich od razu, lecz dopiero po pierwszym i drugim napomnieniu, po tym zaś, skoro heretyk nadal trwa w uporze, straciwszy nadzieję w jego nawrócenie, a mając na uwadze zbawienie innych, Kościół karą klątwy wyklucza go ze swojego łona i następnie zostawia sądownictwu świeckiemu, by przezeń był usunięty ze świata karą śmierci. Mówi przecież Hieronim: Trzeba odciąć zgangrenowane członki i usunąć z trzody parszywą owcę, aby nie zaraziło się całe ciało, nie zginęła cała trzoda.

Wspominany Stanisław ze Skarbimierza, który przygotował Consilia dla procesu Henryka Czecha, powołuje się na cytowane słowa św. Tomasza i z pełnym przekonaniem je akceptuje, stwierdzając, że grzech należy potraktować łagodnie, jeżeli nie wiąże się ze zgorszeniem innych ludzi, ale gdy taki grzech zagraża zbawieniu i dobru wielu, jeśli stanowi niebezpieczeństwo dla wiary, jeśli wreszcie powoduje rozłam w państwie i niszczy pokój społeczny (wyraźna aluzja do husytyzmu), to wówczas należy zastosować ostre środki, wykluczając sprawcę tego zła ze społeczeństwa.

W świetle tych rozważań widać, że inkwizycja jest fenomenem bardzo złożonym i trudnym do jednoznacznej oceny, choć niezależnie od najrozmaitszych uwarunkowań, które ją wywołały i które jej towarzyszyły, stanowi plamę na historii chrześcijaństwa, winnego się zawsze kierować ponadczasowym, obowiązującym w każdej epoce i każdego człowieka wierzącego w Chrystusa, przykazaniem miłości, zawsze i w każdych okolicznościach przebaczającej. W żadnym jednak wypadku inkwizycja nie może być argumentem służącym do degradowania średniowiecza przez współczesnego człowieka, żyjącego przecież w epoce, która ma na sumieniu miliony razy większe zbrodnie.

[Gajowy ośmiela się zdecydowanie zaprotestować przeciwko nazwaniu Inkwizycji „plamą na historii chrześcijaństwa”. Przeciwnie, uważa ją za ogromne osiągnięcie i powód do chwały oraz wyraża głębokie ubolewanie, iż obecnie w Kościele właściwie nikt już nie troszczy się o czystość wiary – admin]

Faktem jest, że średniowiecze to czas głodu i nędzy. Literatura tego okresu obsesyjnie marzy o jedzeniu i piciu. Ten motyw znajdujemy w każdej baśni, w legendach, żywotach świętych itp. Nawet kości ludzi średniowiecza mówią o tym, że ludzie ci byli wątli, słabi i chorowici. Średniowiecze to czas nieurodzajów, zdarzających się co 3-4 lata, czas strasznych chorób, takich jak gruźlica, trąd, gangreny, wrzody, guzy, egzemy, róża, jaglica i inne; czas kalectw, chorób nerwowych, a wreszcie zaraz dziesiątkujących Europę. Złe odżywianie, nieporadność medycyny i wielka umieralność niemowląt sprawiały, że przeciętna życia ludzkiego wynosiła wówczas 30 lat. Czterdziestoletniego człowieka dokumenty określają – „w podeszłym wieku”, a pięćdziesięcioletniego ­”w wieku sędziwym”.

Kobieta zepchnięta jest na plan dalszy, szczególnie jednak dziecko. Dziecko w średniowieczu jakby nie istniało. Nie widać go wyraźnie ani w literaturze, ani w ikonografii z tego czasu. Dodajmy do tego ustawiczne wojny, napady, grabieże, morderstwa dokonywane przez różnych – obcych i rodzimych zbójców, od których roiły się lasy i drogi europejskie, a będziemy mieli pełny obraz tej epoki. Nic więc dziwnego, że człowiek średniowiecza, jak żaden inny, marzy o śmierci i o niebie. Życie doczesne było bowiem dla niego najczęściej prawdziwą drogą po cierniach.

Nic dziwnego, że literatura średniowieczna tak wiele mówi o śmierci, eschatologii i znikomości ludzkiego ciała, o które nie warto zbytnio zabiegać, skoro jest takie nietrwałe i przemieni się wkrótce w odrażającą zgniliznę. Najlepiej, choć w szokujący sposób, ten stosunek do doczesności i ludzkiego ciała wyraża makabryczna poezja tej epoki. Filip Aries w swojej książce „Człowiek i śmierć” cytuje wśród wielu innych przykładów fragment poezji Pierre’a de Nesson (+ ok. 1440), przedstawiający w ponurych barwach kres ludzkiego ciała:

Leży w tym brudzie, otoczony
zgnilizną, kałem z każdej strony,
w smrodzie, plwocinach, nieczystości.

Miejże na wszystko to baczenie…
Spójrz, jak z wewnętrznych dróg, kanałów,
Mazie cuchnące się pomału
Na zewnątrz ciała wydostają.

J. Huizinga natomiast w „Jesieni średniowiecza” cytuje słowa Odona z Cluny (XI w.), który medytując nad znikomością i zewnętrznością piękna ludzkiego ciała stwierdza:

„Piękno ciała tkwi wyłącznie w skórze. Gdyby bowiem ludzie mogli zobaczyć, co się znajduje pod skórą, gdyby tak mogli ujrzeć wnętrze, jak to się opowiada o pewnym ostrowidzu z Boecji, zmierziłoby ich spoglądanie na kobiety. Ich powab składa się z flegmy i krwi, z wilgoci i żółci. Gdyby ktokolwiek zastanowił się, co ukrywa się w dziurkach od nosa, w gardle i w brzuchu, doszedłby do wniosku, że są tam tylko nieczystości. A jeżeli nie możemy nawet czubkiem palca dotknąć flegmy czy kału, jak przeto możemy pragnąć obejmować worek łajna”.

Myśl o śmierci i pogarda wobec doczesnego, tak bardzo nietrwałego i godnego politowania świata, jest stałym refrenem wielu traktatów średniowiecznych, zwłaszcza ascetycznych, ale często także filozoficznych, skoro wielu myślicieli traktuje wówczas filozofię jako ars moriendi (sztukę umierania), wychodząc z założenia, że myśl o śmierci najlepiej uczy właściwego życia. Przykładem tego typu traktatów ascetycznych może być dzieło De contemptu mundi (O wzgardzeniu światem) Innocentego III (+ 1216), o którym Huizinga powiada, że był najszczęśliwszym z polityków na Stolicy Piotrowej, uwikłanym z konieczności w całe morze doczesnych spraw, co nie przeszkodziło mu widzieć je i oceniać w skrajnie pesymistyczny sposób: „Któż kiedykolwiek chociażby jeden cały dzień spędził przyjemnie […] by nie zraniło go przy tym spojrzenie, dźwięk albo jakiś cios”? – pyta Innocenty. A zastanawiając się nad losem kobiety-matki, powiada: „Poczyna kobieta w nieczystości i smrodzie, rodzi w smutku i bólu, karmi z udręką i trudem, strzeże z obawą i strachem”.

Pesymizm wielu autorów średniowiecznych w ocenie życia doczesnego, niechęć do ludzkiej miłości i przekonanie o znikomości ciała ludzkiego nie były jednak tak dominujące w mentalności ludzi tej epoki, jak to próbują w nas wmówić różni jej krytycy.

Średniowiecze to czasy skrajności. Żyją wówczas asceci praktykujący tzw. dziką ascezę, biczownicy, pokutnicy, pustelnicy, ale także weseli, aż ponad miarę, goliardzi, trubadurzy sławiący ziemską miłość i rozpowszechniający poezję miłosną. To wtedy – jak przedstawiła to w swoim interesującym artykule H. Sawecka – działają tzw. trybunały miłosne i prowadzone są najróżniejsze gry miłosne. To przecież średniowiecze wytwarza wiele nieśmiertelnych historii miłosnych, z opowieścią o Tristanie i Izoldzie na czele. To wtedy, obok poezji makabrycznej, pojawia się piękna poezja miłosna, jak np. znany i czytany powszechnie przez inteligencję średniowieczną „Romans o róży” Jana z Meun (+ 1280).

Tak więc w epoce tej splata się śmierć z życiem, pesymizm z radością, heroiczne cnoty z nikczemną zbrodnią, szlachetność z podłością, najwyższej klasy osiągnięcia intelektualne z kompletną głupotą, ekstaza duchowa z uwielbieniem fizyczności, przepych z niewyobrażalnym ubóstwem, wysublimowana pobożność ze sprośnymi obyczajami i bluźnierstwem, wstręt do ciała z przekonaniem o jego godności, skoro jest „mikrokosmosem” i skoro zmartwychwstanie, programowe niechlujstwo i brud ascetów z wyjątkowo wielką troską o higienę ciała (większą nieporównanie niż w czasie renesansu), wielka cześć dla duchownych z żywiołową nienawiścią skierowaną przeciw nim.

Święci średniowieczni – jak stwierdza Le Goff w swym dziele „Kultu­ra średniowiecznej Europy” – mają nie tylko siedem darów duszy (przyjaźń, mądrość, zgoda, honor, potęga, bezpieczeństwo i radość), lecz także siedem darów ciała (uroda, zręczność, siła, swoboda, zdrowie, odczuwanie rozkoszy, długowieczność).

Czy owe skrajności są właściwe tylko dla epoki średniowiecza? Należy w to wątpić. Dostrzec je można bardzo łatwo w każdej innej epoce, łącznie z naszą.

Prawdą jest, że w średniowieczu Kościół miał wielki wpływ na społeczne i polityczne życie narodów europejskich. Zadecydowały o tym różne czynniki ideowe, jak np. określona koncepcja zwierzchnictwa władzy duchownej nad świecką, ale także ten prozaiczny fakt, że tylko Kościół był wówczas dobrze zorganizowaną instytucją i jako taki jedynie on mógł stabilizować życie społeczne i mógł pomagać w rządzeniu państwami, dysponując zastępami stosunkowo karnych i najlepiej w tej epoce wykształconych ludzi.

To wszystko sprawiało, że w wielu dziedzinach życia średniowiecznej Europy Kościół był wprost zmuszony do przejmowania tych funkcji, które par excellance są domeną nowożytnego państwa. Zajmował się więc dyplomacją. Organizował szkoły i uniwersytety. Potrafił zachować, rozwinąć i przekazać społeczeństwom europejskim skarby kultury i nauki antycznej. Nauczał ludzi nie tylko wiary i moralności chrześcijańskiej, lecz także różnych rzemiosł, uprawy roli, hodowli bydła, sadownictwa, budowy domów, dróg, mostów, młynów itd., itd. W tych trudnych czasach zajmował miejsce państwa także jako organizator miłosierdzia i opieki zdrowotnej. Miał swoje listy biedaków, którym regularnie udzielał pomocy. Budował i utrzy­mywał szpitale, sierocińce, domy starców i hospicja dla podróżnych. Łagodził jak mógł obyczaje, zakazując pod karą ekskomuniki pojedynków, prowadzenia wojen w pewnych okresach roku kościelnego, napadania przez szlachtę na ludzi niższych stanów z bronią w ręku, tratowania pól chłopskich podczas polowań itp.

Jedynie Kościół wybija się na tle tych wieków jako ostoja, zarówno materialna jak i duchowa ludzkości. To Kościół opiekuje się różnego rodzaju potrzebującymi, wyzwala niewolników, wykupuje jeńców wojennych. Jedynie on przejmuje się biednymi, chorymi, sierotami i starcami. Kościół średniowieczny nawet na moment nie zapomina o tym, że jego królestwo nie jest z tego świata, ale sytuacja zmusza go do tego, żeby zajął się także doczesnością. Pamięta o tym, że Chrystusa należy odnajdywać w głodnych, spragnionych, uwięzionych, potrzebujących wsparcia i pomocy. W wiekach chaosu przejmuje niejako na siebie misję porządkowania i formowania świata.

Będąc jedynym świadomym dziedzicem kultury rzymskiej, z konieczności staje się monopolistą nauki i sztuki. Dzięki Kościołowi przede wszystkim powstają w chrześcijańskiej, średniowiecznej Europie dzieła wielkie, które nie tylko równoważą, lecz znacznie przewyższają cienie średniowiecza, o których mówi się nieustannie od kilku wieków. Powstają wspaniałe dzieła malarstwa, architektury i muzyki. Rozwijają się szkoły i uniwersytety, o których znaczeniu dla kultury europejskiej nie ma przecież sensu mówić, bo byłoby to banalne. Rozpowszechnia się odciążające ludzkie siły wynalazki, takie np: jak młyn wodny, udoskonalony pług, wiatrak, podkowę i chomonto – które rewolucjonizuje transport, bo zwierzę może teraz ciągnąć ciężary piersią, a nie szyją. Upowszechnia się trójpolówkę, zastosowanie młynów wodnych do folusznictwa, urządzeń browarskich, kamieni szlifierskich, młotów do zgniatania kory dębowej. Rozpowszechnia się używanie taczek, kołowrotka i pięciu ogniw kinematycznych, tzn: śruby, koła, zapadki, koła zębatego, bloku oraz korby. Rozwija się produkcję szkła i papieru. Wprowadzenie weksla rewolucjonizuje finanse. Wprowadzenie cyfr wynalezionych przez Hindusów (Aryabhata ur. ok. 476, Brahmagupta + ok. 660, Bhaskara + ok. 1185), a przejętych przez Europę od Arabów (stąd nazwa „cyfry arabskie”), szczególnie zaś zera – rewolucjonizuje matematykę.

Stawiany jest zarzut, że średniowiecze, a ściślej – średniowieczny Kościół niszczył nauki przyrodnicze, że już św. Augustyn mówi o nauce jako próżnej ciekawości odrywającej umysł od prawdziwych jego zadań, które polegają nie na liczeniu gwiazd i szukaniu ukrytych praw natury, lecz na poznaniu i miłości Boga; że to mnisi chrześcijańscy zamordowali znaną filozofkę aleksandryjską Hypatię (+ 415); że to cesarz Justynian, z pobudek chrześcijańskich, zamknął w roku 529 Akademię Platońską w Atenach, po prawie tysiącu lat jej istnienia. Ale nie dodaje się, że nauka, o której w ten sposób mówi św. Augustyn, to astrologia, która w swoich założeniach jest nie do przyjęcia zarówno przez wiarę chrześcijańską, jak i prawdziwą naukę; nie wspomina się tego, co myśliciel ten pisał w swoim bardzo ważnym traktacie „De doctrina Christiana” na temat ogromnej użyteczności nauk świeckich (wiedzy naturalnej, matematyki, muzyki, dialektyki, retoryki i innych), które porównał do bogactw, jakie Żydzi zabrali Egipcjanom, by zrobić z nich lepszy użytek.

Nie mówi się, że Akademia Ateńska, mimo prawdziwej czci Justyniana dla nauki helleńskiej, była w jego czasach na wskroś przesiąknięta magią i okultyzmem, które miały wybitnie destrukcyjny wpływ na rozwój nauki. Zapomina się, że zdarzenie z Hypatią miało mniej więcej tyle wspólnego z jej wiedzą naukową, co wygnanie Einsteina z Niemiec z teorią względności.

Uczeni średniowieczni tymczasem byli nieporównanie wolniejsi niż wielu uczonych współczesnych. Przekraczali granice, kiedy chcieli i bez żadnych paszportów. Wędrowali po całej Europie, aby słuchać wykładów i dyskutować we wspólnym dla całej ówczesnej inteligencji języku. Mimo nieporównanie trudniejszych możliwości komunikowania wymieniali szybko swoje dzieła, naukowe poglądy i idee. Świadczą o tym ich biblioteki, zachowane jeszcze w różnych miastach europejskich.

To przecież średniowieczny papież Innocenty III (+ 1216) na pytanie, czy jakiś wierzący, który na podstawie lepszego rozeznania rzeczy nie chce się zgodzić z rozkazem przełożonego, winien być za to ukara­ny, odpowiedział: „Wszystko, co nie dzieje się z przekonania, jest grzechem; i to, co przeciwko sumieniu się dzieje, zasługuje na piekło. Nie wolno przeciw Bogu słuchać sędziego, lecz raczej trzeba się w takim razie poddać ekskomunice niż ustąpić”. Powyższa wypowiedź jest wyraźnym usankcjonowaniem subiektywnego sumienia, za którego głosem człowiek ma obowiązek iść.

Jeżeli mimo takich deklaracji władzy kościelnej człowiek średniowieczny nie czynił zbyt wielkiego użytku ze swojej wolności, jeżeli przyjmował z góry pewne założenia teologiczne, to nie dlatego, że oddziaływał na niego przymus zewnętrzny, lecz dlatego, że podstawowe prawdy religijne uważał za rzecz tak oczywistą, jak fakt istnienia własnego bądź fakt istnienia otaczającego go świata.

Każda epoka ma swoje światopoglądy i w każdej z nich ludzie uwzględniali, świadomie lub nieświadomie, ideologiczne uwarunkowania swoich czasów. Również współczesny filozof jest dzieckiem swojego wieku, uwzględniającym cały jego ideowy bagaż. Godny uwagi i ubolewania zarazem jest fakt, że to nie tyle w średniowieczu, ile właśnie w późniejszych epokach (poczynając od renesansu) chlubiących się wolnością, prześladowano uczonych za ich poglądy. To przecież w epoce i renesansu spalono na- stosie – jak już o tym była mowa – Serveta i Giordano Bruno, a Galileusza i Campanellę (+ 1639) prześladowano w wieku XVII, szczycącym się słusznie racjonalizmem kartezjańskim, spinozjańskim itp.

Nazwisko Galileusza, wielokrotnie już wspominanego w tym opracowaniu, stało się przy tym swojego rodzaju symbolem „uciśnionej” przez Kościół nauki. Jak stwierdza Walter Brandmuller w swojej książce „Galilei und die Kirche oder Das Recht auf Irrtum”, przez kilka ostatnich wieków rozpowszechnia się ciągle tezę o rzekomym konflikcie, jaki występuje między wolnością badań naukowych, i w ogóle nauką, z jednej strony – a wiarą religijną i Kościołem katolickim z drugiej strony. Przy czym Galileusz Traktowany jest jako personifikacja wolności, postępu i nowoczesności, Kościół natomiast jako personifikacja skostniałego dogmatyzmu, skrępowanego myślenia i obskurantyzmu.

Sprawa Galileusza wróciła niejako na scenę publiczną w ostatnich latach w związku z jego rehabilitacją, dokonaną przez Ojca św. Jana Pawła II 30 października 1992 r. Można stwierdzić z całym przekonaniem, że sprawa Galileusza nigdy nie upoważniała do wygłaszania tezy, którą przytacza W. Brandmuller. Nigdy nie było, i nie ma teraz, sprzeczności między nauką a religią chrześcijańską. Nikomu nie udało się takiej sprzeczności wykazać. Jeśli istniały konflikty między nauką a religią, to zawsze następowały one wskutek tego, że któraś z nich w nieuprawniony sposób wkraczała na obszar drugiej. Biblia jest dla chrześcijan autorytetem jedynie w sprawach wiary religijnej i moralności, nie zaś w sprawach zoologii, matematyki czy medycyny. Jeśli ktoś zwalczał naukowe poglądy Galileusza, odwołując się do wiedzy astronomicznej zawartej w Biblii, to czynił to w sposób nieuprawniony, i dlatego Jan Paweł II, rehabilitował Galileusza. Papież stwierdził, że Galileusz wyprzedził swoją epokę i niejako wyznaczył kierunek rozwoju biblistyki. Sam był człowiekiem głęboko wierzącym, a do Benedetto Castellego napisał znamienne słowa: „Choć Pismo św. nie może się mylić – może się mylić i ta na wiele sposobów ten, kto je interpretuje”.

Nie bądźmy jednak zbyt surowi dla tych, którzy nie mogli zrozumieć Galileusza. Po prostu byli ludźmi swojej epoki. Historyk doskonale to rozumie. Nawiasem mówiąc – ludzie oświeceni z XVII w., jak np. kardynał Bellarinin (+ 1621) i papież Urban VIII (+ 1644), nie mieli żadnych uprzedzeń do teorii kopernikańskiej . Owszem, popierali badania naukowe. Kościół zwracał się z prośbą do Galileusza, by ten trzymał się postawy naukowej i nie przekształcał hipotez naukowych w dogmaty religijne. Tak naprawdę to Kościół w czasach Bellarmina i Galileusza, mając świadomość, że najgorszym zagrożeniem, zarówno dla chrześcijaństwa jak i samego człowieka, jest idealizm, który dla wymyślonych przez siebie fikcji poświęca konkretną ludzką jednostkę, ten Kościół bronił przede wszystkim arystotelizmu jako najbardziej racjonalnego i realistycznego ujęcia rzeczywistości.

Trzeba mocno podkreślić, że rodząca się wiedza galileuszowska nie miała w swoim wyraźnym programie wojny z dogmatami wiary i z doktryną katolicką, lecz cały impet swojej niechęci kierowała na arystotelizm, czerpiąc jej uzasadnienie ze starożytnej mitologii hermetycznej i okultystycznej oraz z magii i alchemii odrodzeniowej. To, że mimo takiej genezy nauka Galileusza przyniosła rozwój dyscyplin matematyczno-przyrodniczych, bierze się z odrzucenia przez niego arystotelesowskiej fizyki jakościowej, która ­ jak była już o tym mowa – stanowiła fałszywy trop w nauce.

Wracając do genezy konfliktu: Galileusz – Kościół, należy stwierdzić, że groźba nieuprawnionego wkraczania religii katolickiej w sferę nauki już od dawna nie istnieje. Dobrze by było, gdyby także poszczególne nauki nie próbowały zastępować religii i wyciągać wniosków, do których nie są uprawnione, zastępować religii przedmiotem, jakim się zajmują, ani też metodami badawczymi, którymi się posługują: Takie metodologiczne błędy popełniane były przez wielu uczonych z całkiem świeżych czasów. Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, jest tak bogata, że dla ogarnięcia jej i zrozumienia nie wystarcza pozytywistyczny model nauki, odpowiadającej na pytanie: „Jak jest?”, lecz konieczny wydaje się być powrót do starych antycznych, naukotwórczych pytań: „Dlaczego?” i „Po co?” Należy chyba zadawać w dzisiejszych badaniach naukowych te właśnie pytania, aby zamiast dobra nie przyniosły one współczesnemu człowie­kowi zagłady.

Nie istnieje światopogląd naukowy sensu stricto. To była jedna z wielu fikcji marksistowskich. Każdy człowiek czerpie odpowiedź na podstawowe, dręczące go egzystencjalne pytania z wielu źródeł, na pewno nie z samej tylko nauki. W bardzo wielu przypadkach ­ także z religii, której dziś potrzebuje tak samo jak w średniowieczu. I nie chodzi tu tylko o ludzi niewykształconych. W jednym z numerów „Spraw Nauki” zamieszczono interesującą anegdotę, której autorem miał być E. von Bruecke. Jego zdaniem „teologia to taka dama, bez której współczesny biolog nie może żyć, ale z którą wstydzi się publicznie pokazać”. W średniowieczu był on roztropniejszy i szczerszy, po prostu się jej nie wstydził.

Wydaje się, że właściwym zakończeniem dla rozważań na temat: jakie naprawdę było średniowiecze? – będą słowa L. Genicota, który rekapituluje ciągnące się od lat polemiki w sposób następujący:

„Okresy historyczne następują jeden po drugim, lecz nie unicestwiają się. Każdy z nich dziedziczy coś po tych, co go poprzedziły, a żaden nie burzy wszystkich osiągnięć poprzedników. Czasy nowożytne zajęły miejsce średniowiecza, lecz nie zepchnęły go w nicość. Między tymi epokami nie było przerwy w łączności. Można raczej mówić o zmianie perspektywy, o odwróceniu skali wartości, same jednak składniki niewiele się zmieniają. Te same są mniej więcej granice polityczne, języki narodowe, te same absolutyzmy władców, tu i ówdzie mniej lub więcej złagodzone – wskutek oporu poddanych. Nie zmienia się gospodarka, handel. Te same rodzaje literackie, ta sama technika malarstwa olejnego, uniwersytety, kierownicza rola papiestwa, pomocnicza zakonów, chrystianizm. Dzieła, sztuka, pojęcia, idee, społeczności – wykute i stworzone w średniowieczu, przetrwały do dziś i nic nie zapowiada ich zmierzchu”.

Ks. Stanisław Wielgus
http://arkapana.republika.pl

Komentarzy 47 to “O micie „ciemnego” średniowiecza i „światłej” nowożytności polemicznie”

  1. Queseek said

    ”…w dyskusjach z osobami uważającymi się za inteligentne i niezależne intelektualnie, a w rzeczy samej będącymi jedynie katarynkami powtarzającymi to, co wyczytali albo usłyszeli w „międzynarodowych” mediach – co zaś się tyczy ich potencjału intelektualnego, to trudno nawet mówić i pół- czy choćby ćwierćinteligentach.
    Może gdzieś tak o inteligentach w jednej szesnastej… Admin”

    Miałem pana za człowieka inteligentnego a pan jest po prostu BIGOTEM BUFONEM!

    Zacznij pan myśleć! Przy takim podejściu do sprawy KK wyglądasz pan na inteligenta w jednej dziewięćdziesiątej szóstej!

    Czy ksiądz może, lub też powinien, być sędzią w swojej sprawie?!

  2. Boryna said

    Ks. prof. Stanisław Wielgus jest chlubą KUL.

  3. Cracovia Pany! said

    Polecam:

    ak Kościół katolicki zbudował zachodnią cywilizację
    Autor: Thomas E. Woods Jr.
    Wydawnictwo: Wydawnictwo AA

  4. Marucha said

    Re 1:

    Czy ksiądz może, lub też powinien, być sędzią w swojej sprawie?!

    Oczywiście nie powinien. Sędzią powinna być jakaś antyklerykalna kurwa wychowana na marksizmie, najlepiej lesbijka. Może być też pedał. Wtedy będzie pełny obiektywizm i naukowość.
    Poza tym – w jakiej „swojej sprawie”? Wykształcony filozof broni EPOKI Średniowiecza. Nie siebie.

    PS. Abp Wielgus jest jednym z całej rzeszy naukowców, wierzących i niewierzących, broniących Średniowiecza przed bełkotem ignorantów.

  5. JKowalski999999 said

    Errata:
    … Nomina odiosa sunt …
    … teoria ius gentium …

  6. JKowalski999999 said

    Ksiądz nie jest tu sędzią we własnej sprawie. Korzysta po prostu z prawa do obrony. Sędzią tu jest Czytelnik.
    Najwyraźniej siła argumentów Księdza jest tak duża, że uprzedzony Czytelnik, chcący zawyrokować raczej zgodnie z góry ustaloną tezą, doznaje niemiłej rozterki.

    Elegancko wyrażone – admin

  7. Widze, ze Ksiedzu nie jest znany ten material: http://www.amazon.com/History-mathematical-statistics-Eclipses-Chronology/dp/2913621074/ref=pd_rhf_eebr_s_cp_2_T90X?ie=UTF8&refRID=0P6AC23VPGD8GZE8R5ZM
    Czy Gajowy jest w stanie sprawic, zeby sie mozna bylo zapoznac z ew. opinia Ksiedza o tym materiale? Jestem zainteresowany z najczystszych pobudek poznawania PRAWDY od osob na najwyzszym poziomie intelektualnym, ktorych Ksiadz bez watpienia reprezentuje.

  8. Prawda i Tylko Prawda said

    Masonry Unmasked

  9. Raps said

    Średniowiecze to był upadek ludzkości.Ciężko sie w nim doszukać jakichś plusów.

    [Upadek ludzkości to jest teraz, kiedy byle dupek może sobie założyć konto na Internecie i pieprzyć, co mu ślina na język przyniesie.
    Admin]

  10. hasimoto said

    Ad.9
    Nie czytałeś albo nie zrozumiałeś tekstu.

  11. Amadeus said

    Raps

    Panu się chyba epoki pomyliły. Jakby pan napisał, że epoka oświecenia to był upadek ludzkość to wtedy byłaby prawda, a tak jest … kupa.

  12. bart_w said

    Raps, zmarnował Pan dwanaście słów z życiowego zapasu mowy. I jeszcze kropkę na dodatek na końcu każdego z tych zdań. Ale prosze sie zastanowić, czy to przypadkiem nie obecne czasy stanowią całkowity upadek ludzkości. Pan na uzasadnienie swojej tezy nie przedłożył żadnych argumentów, a moja ma ich nadmiar, wystarczy sie rozejrzeć dookoła, a nawet tylko otworzyć oczy.

    [Panie Bart, nie musimy szukać każdego kamienia, który jakiś głupiec wrzucił do wody… – admin]

  13. Filo said

    1
    Queseek
    I love it, I love it, I love it!!!
    Nie ma nic piekniejszego na swiecie jak ogladac slepego, ktory nagle…zobaczyl kolory!
    Tyle, ze dalej jest slepy

    Panie Queseek
    Jak jakis cymbal zaczyna zdanie od ‚mialem pana za czlowieka inteligentnego’ – to wiadomo, ze to cymbal , ktory przyznaje sie, ze nie ma rozeznania bo sie pomylil i swoim bledem chce innych obrazic „Myslalem ze pan jest Chopinem a pan grac nie umie” Znaczy sie na muzyce sie kompletnie nie rozumiem..bo mi sie zdawalo, ze pan gra mazurka a przeciez to byl polonez, bo mi tak sasiad podpowiedzial. .

    I tu nie chodzi o gajowego, z ktorym nie zawsze sie zgadzam
    Chodzi o to, ze z ludzmi, ktorych nie szanuje – nie podejmuje zadnych dyskusji!!!
    Bo szanuje siebie. Nie zadaje sie z ludzmi, ktorzy nie sa w stanie ze mna dyskutowac.
    Np. Nigdy nie wleze na site pedalow bo mam nie po drodze i oni stanowia inny swiat.
    Nie bede dyskutowac z pijanym bo to nie honor i co zamierzam osiagnac?

    Zupelnie pana kompromituje zacytowane zdanie: Czy ksiadz powinien byc sedzia w w swojej sprawie”
    Pan jest kulfonem intelektualnym, ktory zaczerpnal to zdanie z ostanich rozpraw o pedofilach i bedzie je pan wsadzal w kazde portki bo to dla pana inteligentnie brzmi.

    Ksiadz jest sluga bozym.
    Jesli nie jest sluga bozym i nie spelnia swoich obowiazkow to naturalnie jest grzesznikiem i podlega jurysdykcji koscielnej. Jest to sprawa wewnetrzna Kosciola.
    Klopot w tym, ze obecnie kazdy inny kosciol ma zapewniona ‚wewnetrzna sprawe kosciola’
    z wyjatkiem KK.
    Sadzac po pana wpisie jest pan OSTATNIA osoba, ktora ma potencjal dyskutowac inteligencje, cwierc- inteligencje czy w ogole jakiekolwiek zagadnienia religii.

    Jest pan nie wygadanycm glupkiem
    Tu chodzi o wiadomosci z historii a nie prywatne opinie marksisty.
    Jest pan zalosny. A o historii Kosciola wie pan tyle co ja o majtkach carycy Katarzyny.

  14. NyndrO said

    Panu Rapsowi chodziło zapewne o to,że w okresie Średniowiecza żydzi tak intensywnie zaczęli znosić jaja w Europie.W tym sensie to był początek upadku ludzkości.

  15. Filo said

    9
    Raps
    Ni czytaty ni pisaty a wsio ponimaty.
    Udowodnil durniu cos napisal.
    Proponuje historie powstania Uniwersytetu Jagiellonskiego i roli miasta Krakowa w Sredniowieczu.
    I mam takie pytanie nie zlosliwe ale osobiste:
    Ile jezykow znal Mieszko II a ile zna Donald Tusk?
    Odpowiedz!
    Potrafisz?

  16. Queseek said

    Bełkot wywalony – admin

  17. sniddy said

    @16: Ależ pan pieprzy. Do czego się tu odnosić merytorycznie? Skoro Pan żegna to ja również. Mam nadzieję, że już tu się Pan nie będzie wynurzał.

  18. JO said

    ad.16. Panu Dziekujemy.

    Odpowiadajac Czytelnikom, to Polska Papiestwu zawdziecza Swietych Narodu Polskiego, Panstwo zwane Najjasniejsza Rzeczpospolita – Dobrem Wspolnym – Katolickim Krolestwm Korony Polskiej i Wielkiego Ksiestwa Litewskiego, zawdziecza Jeden Polski Narod, ktory wciaz Zyje i bedzie zyl wiecznie – Kosciol Walczacy

    i nade wszystko Zbawienie dusz Naszych Przodkow i daj Panie Boze , zbawienie Dusz Nas Samych.

  19. Griszka said

    @16 Queseek
    Ja też czytam Fakty i Mity oraz wynurzenia mordercy Piotrowskiego i jego kumpli z IV Departamentu MSW. A teraz proszę odmeldować się na jakieś forum miłośników Palikota i tam straszyć gojów czarną mafią.

    Ciekawe ile Rzymianie płacą za kolportowanie takich kłamstw, aby zwalić swoje przestępstwa na winowajców zastępczych ? Pytam, bo też chciałbym sobie dorobić na jakąś willę w Izraelu.

  20. Mordka Rosenzweig said

    re 16

    Szanowny pan Queseek,

    Ja pan Mordka bardzo sie zgadza z szanowny pan, tym nie mniej tszeba troche poprawic:

    1. Black Waters jest posiadany pszez Monsanto.

    2. Kim jest Bóg katolików? Jest nim papież!

    Ja pan Mordka sie zgadza pod warunkiem, sze to jest pan Franek. Co prawda nasz wielki papiesz powiedzial, sze kaszdy czlowiek jest bogiem, ale to bylo pszed pan Franek.

    3. Religia katolicka zostala założona w 313 roku, przez cesarza Konstantyna.

    Ja pan Mordka nie wiedzial, sze religie moszna zaloszyc, ale to sie pszyda w dobry interes.

    4. Hesus umarł na krzyżu a po 3 dniach zmartwychwstał (około 2800 lat temu).

    Ja pan Mordka jest pelen podziw dla pan Hesus, ale szanowny pan nie powiedzial skad pan Hesus wiedzial, sze tszeba zmartwychwstac na 3 dzien? Czy pan Hesus Kriszna z Anglia sie zawijal w pomaranczowe pszescieradlo i gral na bebenkach pszed czy po zmartwychwastaniu?

    5. Przed rokiem 313 nikt na całym uwczesnym swiecie nie słyszał o Jezusie i chrześcijanach!

    Tak to prawda, bo pan Mordka tesz sie o tym dowiedzial stosunkowo niedawno.

    6. Watykan i jego współpracownicy, wierzą tylko we WŁADZĘ I MAMONĘ!!!

    Tak jak pan Mordka, bo to jest dobre. Acha, pan Mordka jeszcze wieszy w dobra lichwa.

  21. kuba1902 said

    Reblogged this on Złoty Wiek Gai – Golden Age of Gaia.

  22. Jacek said

    „Olbrzymi autorytet Arystotelesa sprawił, że ludzkość poszła za tym tropem na 1500 lat. Hamowało to bardzo skutecznie późniejszy rozwój nauk przyrodniczych. Poważniejszy przełom nastąpił dopiero w XIV w. Wtedy to zaczęto stopniowo porzucać jakościową fizykę Arystotelesa na korzyść ilościowego, matematycznego traktowania przyrody.”

    Ujecie ilosciowe zasad fizyki stalo sie mozliwe w pierwszym rzedzie zw wzgledu na postep technologiczny w pomiarze czasu. Galileusz korzystal z tych nowych mozliwosci i z metodologii badan naukowych opracowanej ( na podstawach arystotelesowskich) na uniwersytetch wloskich krotko przed jego badaniami dynamicznymi.

    Kto czytal Arystotelesa zdaje sobie sprawe z podstawowego znaczenia jego tekstow dla zapoczatkowania nauk kultywowanych do dzisiaj, nie tylko filozofii czy logilki. Mozna powiedziec, ze kto nie czytal Arystotelesa ten nie ma podstaw do dzialalnosci naukowej. W sredniowieczu logika arystotelesowska zostala rozwinieta do najwyzszego poziomu stanowiacego do dzisiaj wzor praktycznie niedoscigniony. Na tej logice opiera sie do tej pory prawo (lub to co z niego pozostaje) europejskie. To w sredniowieczu filozofia arystotelesowska zostala uzupelniona o zasadnicze rozroznienie miedzy istnieniem a istota rzeczy (sw Tomasz), itd.

    Odklamanie obrazu sredniowiecza, stworzonego przez talmudystow wszelkiej masci w celu zburzenia autorytetu Kosciola Katolickiego, jest zadaniem na pokolenia. Nastepuje jednak proces przeciwny, talmudyczni humbejwini, ktorzy opanowali Watykan po swii, staraja sie za wszelka cene zasypac i zniszczyc depozyt wiedzy o sredniowieczu i funkcjonujacej wiedzy wyniesionej ze sredniowiecza a organicznie rozwijanej przez Kosciol Katolicki. Wdaje sie, ze tekst prof. Wielgusa jest protestem przeciwko temu talmudycznemu atakowi majacemu na celu wymazanie prawdy, nawet jako pojecia znanego z historii, z umyslow ludzkich. Dopiero z tej perspektywy mozna ocenic w pelni niszczycielska dzlalalnosc „papiezy” posoborowych, na czele, na Polakow nieszczescie, z Karolem Wojtyla.

  23. Plausi said

    Zza zaryglowanych drzwi

    „Codzienne doświadczenie dowodzi, że drzwi te są jeszcze mocno zaryglowane. ”

    Musimy za wszelką cenę odryglować te drzwi a właściwie wrota, aby uświadomić sobie naszą tradycję i zasługi.

    „Chrześcijaństwo jest także dziełem Europejczyków, naszych przodków. To obraźliwie zresztą nazywane średniowiecze, jest tego najlepszym dowodem. Ten okres rozkwitu chrześcijańskiej myśli i kultury europejskiej jest właśnie z tego względu tak zohydzany i potępiany, bo jest to okres osłabienia wpływów koczowników z BW. ”

    Musimy sobie uświadomić i wpoić, że wymysły ostatnich wieków: tzw. demokracja, tzw.. socjalizm i komunizm, zabezpieczenie socjalne to tylko chucpiarskie małpowanie tego, co nasze kultura europejska stworzyła w wielkiej epoce nazwanej obraźliwie średniowieczem, gdyż jest umiejscowiona pomiędzy dwoma epokami niewolnictwa: starożytnością i czasami nazywanymi „nowożytne”, zapoczątkowane renesansem odrodzeniem niewolnictwa w formie zależności pańszczyźnianej, strategię antychrysta tego okresu można znaleźć w tzw. listach toledańskich.

    Naturalnie z renesansem odrodziło się zdegenerowane w starożytności pojmowanie roli pieniądza, istotnie sprzeczne z jego rozumieniem przez wielkiego filozofa Arystotelesa. Renesans był po prostu nawrotem do barbarzyńskiego systemu pieniądza starożytności i oznaczał zanik wyrafinowanego systemu brakteatów, które były zaprzeczeniem pieniądza lichwiarskiego. Ta idea pieniądza antylichwiarskiego odżyła dopiero w XX wieku w koncepcji S. Gesella, która została zrealizowana w Wörgl w czasie kryzysu lat trzydziestych z pozytywnym wynikiem.

    Istotą renesansu była też eliminacja osiągnięć kultury duchowej i fiskalnej okresu poprzedniego, będącego okresem wyjątkowego kulturalnego i duchowego rozkwitu Europy, przy czym chrześcijaństwo europejskie było jego nośnikiem. świadomi tego musimy coraz intensywniej zwalczać wielowiekowy zabobon „ciemnego średniowiecza” tych pełnych pychy czasów tzw. nowożytnych.

    Koronnym przykładem w dyskredytacji średniowiecza jest palenie czarownic, prawda historyczna jest jednak taka, że palenie czarownic ma niewiele wspólnego ze średniowieczem, dopiero renesans przyniósł ekscesywne prześladowanie, rzut oka nawet do Wikipedii przynosi wskazówki:
    w polskiej wersji:
    „W Europie najwięcej procesów o czary miało miejsce pomiędzy XV a XVII wiekiem[1]. Ich liczba wzrosła zwłaszcza w okresie reformacji i kontrreformacji, a okres największych prześladowań to lata 1570-1630[2]. ”
    XV wiek zakończył tzw. średniowiecze.
    niemiecka wersja, zajrzyjmy udokumentowane przypadki w

    Bambergu : od roku „1507 die „Constitutio Criminalis Bambergensis“ „, kara śmierci , ok. 900 ofiar

    Eichstätt: w latach „1582 bis 1723 mindestens 241 Mensch „, co najmniej 241 ofiar, zamieszczony wykres dowodzi, że ok. 1625 koncentrują się procesy o czary.

    Westfalia od 1590 do 1728 (Oświecenie), 1100 procese z czego co najmniej 80% egzekucji.

    Turyngia: w latach „1526 und 1731”, ponad 1500 przypadków

    Region Ruhr: jedyny znany przypadek przed renesansem w 1451, ale już w 1513 8 ofiar na stosie, od 1514-1706 dalsze 130 procese,

    Zachowały się na terenie obecnego RFN liczne akty procesów, ok. 80% ofiar stanowiły kobiety. Posłużyliśmy się przykładem niemieckim, gdyż stan archiwów polskich ustępuje im.

    Spojrzenie do zachowanych dokumentów dowodzi, że „prześladowanie czarownic w średniowieczu” jest kolejną chucpą obok tylu innych, które zostały wprowadzone do świadomości ludzkiej do renesansu do dziś.

    Musimy sobie uświadomić, że my nie mamy żadnych podręczników historii, tylko spreparowaną kloakę kłamstw i te kłamstwa są podstawą naszej świadomości społecznej. Ta atrapa nauki historii polskiej, to nagromadzenie śmiecia niewiadomego pochodzenia, to są dopiero czary i czarodziejów tej historii byłoby najlepiej wysłać na stos. To, że mamy tylko taką atrapę, nie nauczyliśmy się nic z przeszłych 250 lat porażek.

    Potrzebujemy więc bardzo pilnie nie polskiego podręcznika historii, jeszcze żyje wielu świadków naszej niedawnej przeszłości, korzystajmy z okazji i piszmy ten podręcznik. Pyskówki w różnych forach, nawet ekscytujących, nie mają tej wagi, co podręcznik historii.

  24. Ad. 9

    „Średniowiecze to był upadek ludzkości.”

    – Ludzkość być może miała się nieteges. Ale goje mieli się nieźle.

  25. Boydar said

    @ (24)

    🙂 🙂 🙂

  26. TomUSAA+ said

    Re: 3
    Mam, świetna książka!

  27. Griszka said

    Queseek: Przed rokiem 313 nikt na całym uwczesnym swiecie nie słyszał o Jezusie i chrześcijanach!
    ___________________________________________________________________________________
    Oprócz najważniejszych starożytnych historyków rzymskich i żydowskich rzeczywiście nikt nie słyszał o Jezusie.

  28. marta15 said

    ad 3 mam tez ksiazke tez ,ale pozostaje pytanie.
    Czemu tak latwo i praktycznie bez walki, ta tzw Zachodnia cywilizacja oddala to wspaniale dziedzictwo ,wypracowane przez wieki cale, w rece pogan, judeo-masonow , ateistow i satanistow?
    Mozna w skrocie odpowiedzic. BRAK WIARY. Nie ma prawdziwej wiary ,sa za to cale rzesze, cale LEGIONY katulickich lemingow , ktorzy dali sie totalne udoopic i wmowic obie, ze bycie katolikiem to znaczy: „mam nie osadzac i pokornie godzic sie na kazde skoorwysynstwo”.
    temu tez ta cala Zachodnia Cywilizacja sie pruje od podstaw jak stare , sprane gacie ,ktorych juz nic nie jest w stanie uratowac.
    Wojna juz jest przegrana, pozostaja nam tylko indywidualne bitwy do wygrania.
    Bo kazdy z nas musi taka bitwe stoczyc i to czy sie podda czy nie jest , jest poniekad w jego rekach.

  29. marta15 said

    a tu bardzo ciekway , krotki film o histori Helloweenu, oklutystycznego/satanistycznego swieta promowanego przez msm i innych durniow, a tych nigdy nie braknie zgodnie z zasada ” miliony much nie moze sie mylic, jedzmy shit.
    http://www.fronda.pl/a/obchodzisz-swieto-potepionych-czy-zbawionych-zobacz-film,43444.html

  30. Mordka Rosenzweig said

    re 24, 25

    Ja pan Mordka sie pszylacza, acz niechetnie, do pan Boydar.

  31. Romank said

    Sredniowiecze…. dokladnie kiedy upadala Arkona… konczono budowe katedry w Avignon…
    Budowno ja szybko..i przy uzyciu dosc prostych narzedzi i urzadzen…I ta budowla stoi do dzis..powinniscie ja zobaczyc..wy wszyscy ,ktorzy twierdzicie ze sredniowiecze to upadek:-))))

    https://search.yahoo.com/search?p=Cathedre+in+Avignon&ei=UTF-8&fr=moz35

    KTory z medrcow tu krytykujacych podejmie sie zbudowania czegos takiego dzis…majac do dyspozycji caly sprzet i dostepna wiedze…
    CI ktorzy budowali ta katedre oprocz zdolnosci manualnych i artystycznych musieli posiasc sztuke czytania, uzywaniac miar, wag i pionow…liczyc i obliczac..doskonale znac tw, swieta geometrie wraz ze zlotym podzialem….Wytrzymalosc i zdolnosc obliczen strukturalnych. Precyzja , proporcje i wiek budowli daja najlepsze swiadectwo jej budowniczym ..ludziom sredniowiecza..w jego najciemniejszym momencie:-)) Po piramidach..i budowlach megalitycznych te wlasnei katedry sa jedynymi dzialami czlowieka jakie trwajka dajac swadectwo o poziomie ich budowniczych:-)) czyz nie taka jest logika????
    Czy dziwi kogokolwiek dlaczego Masoneria speculatywna zaczela sie skupiac i skupila sie wokol tych ludzi????operatywnych Wolnych Mularzy??? LIkwidujac ich…:-))) przejmujac i rozpraszajac,,konczac ich dziela…..
    Kiedys …juz dzis sw pamieci prof Andrzej Pino dziekan wydzialu Architektury Uniwersytetu Arlington powiedzial mi, ze byl konsultantem przy konserwacji paru katedr sredniowiecznych…i doszedl do wniosku..ze wiedza majstrow owczesnych przewyzszala kilkakrotnie dzisiejszych absolwentow najlepszych wydzialow architektury. Stad tlumy na jego wykladach z architektury klasycznej…
    Zachowane szkice plany i oblczenia..przyprawiaja o zawrot glowy..wspolczesnych…
    To pogardzane sredniowiecze to nadludzki wysilek ludzkiego intelektu- jaki przlamal zapasc spowodowana samozaglada Antyku… renesans byl Ukoronowaniem Sredniowiecza wielka Gala..przerwana tzw Oswieceniem..ktore de facto bylo zwyczajnym” Zaciemnieniem..”czyli Sciema,…

  32. MatkaPolka said

    Właśnie wchodzi na ekrany film –The Principle

    GALILEUSZ MYLIŁ SIĘ – KOŚCIÓŁ MÓWIŁ PRAWDĘ – ZIEMIA JEST CENTRUM WSZECHŚWIATA

    Starożytny świat widział Ziemię, jako centrum stworzenia; Chrześcijaństwo zdecydowanie zgodził. Dla średniowiecznych (ludzi), Ziemia musiała być centrum wszechświata, ponieważ było to miejsce gdzie Począł się a Jezusa Chrystusa, Syn Bożego dla odkupienia utraconych potomków Adama

    Opowieść o tym, jak to widzenie rzeczywistości został całkowicie wywrócony jest jednym z najbardziej fascynujących w całej historii, i to jest historia naszego filmu.

    Widzisz, coś niezwykłego dzieje się….

    Najnowsze badania naukowe i kompleksowe naszego wszechświata donoszą niewytłumaczalne przyporządkowania o wiele większych struktur z rzekomo znikomej Ziemi.

    Proste pytanie „Jakie to jest nasze miejsce w kosmosie” już przewrócił średniowieczne chrześcijaństwo, i zastąpił Oświeceniem; nastepnie Oświecenie zastąpione z Relatywizmem, a teraz ponownie powrócił do konfrontując nasze najbardziej podstawowye pewniki.

    Niektóre idee są tak potężne, że palił heretyków, przewracały cywilizacje i odwrócił nasz pogląd na rzeczywistość do góry nogami.

    “The Principle”. Jest własnie taka idea

    Galileo się mylił – ZIEMIA JEST CENTRUM ŚWIATA
    http://galileowaswrong.com/the-principle-opens-in-chicagoland-this-month

    „The Principle” Documentary Trailer

  33. Marucha said

    Re 32:
    Już pisałem o tym wiele razy: to, co dokonał Kopernik, to zmiana początku układu współrzędnych używanych do obliczeń astronomicznych. Żadne tam „odkrycie”!

    Można bowiem dowolny punkt Wszechświata uznać za „środek”, „centrum”, czyli tam właśnie ustawić początek układu współrzędnych i dostosować do niego formuły matematyczne.

    Układ geocentryczny nie jest ani gorszy, ani bardziej „zacofany” od heliocentrycznego. Po prostu w układzie heliocentrycznym pewne rachunki się upraszczają. A inne nie. Np. do opisu ruchu sztucznych satelitów wciąż używany jest układ geocentryczny.

    A tak naprawdę to centrum Wszechświata może leżeć w każdym jego punkcie.

    Oczywiście to co piszę powyżej, dla wchodzących tu sporadycznie debilów jest totalnie niezrozumiałe. Borykając się z językiem polskim, z jego ortografią, składnią i interpunkcją oraz nie mając zielonego pojęcia bodaj o szkolnej fizyce, wciskają się tu ze swym bełkotem. Ale to na pewno wina Kościoła, że ich inteligencja waha się tak gdzieś między imbecylem a debilem.

  34. MatkaPolka said

    BÓG JEST TWÓRCĄ WSZECHŚWIATA A NIE KTO INNY.ZIEMIA JEST W CENTRUM ŚWIATA

  35. MatkaPolka said

    Dr Robert Sungenis – Geocentrism Geocentric Cosmology

    Geocentrism – The Coming Scientific Revolution – 2 – Delano

  36. MatkaPolka said

    WŚCIEKŁY ATAK MEDIÓW NA TEN INTELEKTUALNY PRZEWRÓT

    A CONCISE OVERVIEW OF THE MEDIA HOAX AGAINST THE PRINCIPLE DOCUMENTARY

    KSIĄŻKI

    Galileo Was Wrong: The Church Was Right

    http://galileowaswrong.blogspot.com/p/books.html

    is one of the most unique and penetrating books you will ever read. Now complete in Volumes I, II, and III, authors Robert Sungenis and Robert Bennett take you on a tour of science and history the likes of which you would have never believed possible unless it were told to you in detailed and graphic form. Has modern science led us down the primrose path and convinced us of something that they cannot prove and that is in actuality false? Were the Fathers, the Medievals, our popes and cardinals of the 17th century correct in believing that the Earth, based on a face value reading of Scripture, was standing still in the center of the universe?

    jest jednym z najbardziej unikalnych i przenikających książek będzie kiedykolwiek czytałem. Zakończona w tomach I, II, i III, autorzy Robert Sungenis i Robert Bennett zabrać cię na wycieczkę nauki i historii, jakiego byś nigdy nie wierzyli, to możliwe, chyba że powiedziano wam w szczegółowej i graficznej formie. Ma współczesna nauka doprowadziły nas w dół Wiesiołek ścieżkę i przekonała nas o czymś, że nie można udowodnić i to jest w rzeczywistości fałszywe? Byli Ojcowie, że średniowieczni, papieże i kardynałowie nasi z 17 wieku rację wierząc, że ziemia, na podstawie odczytu wartości nominalnej Pisma, stał nadal w centrum wszechświata?

    Przyjdź z otwartym umysłem i pozwoli ci dwaj autorzy pokazali fakty i liczby, które zostały ukryte przed opinią publiczną przez bardzo długi czas. Jest to strona, która wertującemu kartki książek znajdziesz trudno odłożyć, kiedy się przygważdżające przez materiał zdumiewającą autorzy zebrali dla Ciebie. Przygotuj się jednak.

    Twój świat będzie kołysał, dosłownie iw przenośni. Nie tylko będzie można zobaczyć z tomów I i II, jak współczesna nauka dla nas w udokumentowany sposób śmiały, że Ziemia jest nieruchoma w przestrzeni i zajmuje centrum wszechświata (jeszcze zrobić równie niezwykłą pracę w zachowaniu tych ważnych faktów z naszej system edukacji),

    można teraz zobaczyć w tomie III, jak głęboko papieże 17 wieku były zaangażowane w potępiając heliocentryzm, prowadząc proces krok po kroku i wreszcie castigating go jako „formalnie heretyckie”. Możesz również zobaczyć, jak wylewny jest dane w Piśmie, że uczy geocentryczny wszechświat w najbardziej szczegółowej egzegezy Pisma Świętego nigdy nie prezentowane publicznie na ten temat.

    Wreszcie, Tom II oferuje szczegółowy i wyczerpujący dokumentacji konsensusu Ojców Kościoła i średniowiecznych teologów na geocentrism. Obejmuje również wszystkie oświadczenia i nauk współczesnych papieży i soborów, jak Grzegorza XVI, Benedykta XIV, Piusa VII, Leona XIII, Benedykta XV, Sobór Trydencki, Watykański I, II Soboru Watykańskiego oraz specjalnej sekcji na Jana Pawła II w jego ponownego rozpatrzenia sprawy Galileo.

    To są fakty i analizy, które każdy katolik powinien skorzystać. Najważniejsze otrzymasz z tej zdumiewającej pracy jest bardzo bliski związek z Bogiem. Na raz można zobaczyć, że Bóg, Jego Kościoła i Pisma Świętego

  37. Filo said

    W Sredniowieczu powstalo 2400 miast w samej Europie, i pierwsze uniwersytety. Nauka byla bezplatna. Wszystkie dzieci mialy dostep do nauki. W kazdej wiejskiej parafii byla szkola parafialna dla dzieci wiejskich. Wszystkie szkoly i uniwersytety byly bezplatne. Nawet biedne dzieci mogly robic ( i robily) kariery.
    Na uniwersytetach wykladano nauki przyrodnicze na rowni z naukami humanistycznymi.
    Katedry w Kolonii nie tylko nie moglibysmy dzis wybudowac ale sa duze klopoty z konserwacja.
    Jesli ktos sobie wyobraza, ze mozna zbudowac Katedre w Kolonii, w ogole koscioly gotyckie, zamki- fortece, okrety i cale miasta BEZ znajomosci, architektury, inzynierii, matematyki, fizyki czy astronomii – to chyba taki ktos szkoly podstawowej nie ukonczyl.
    Kwitly handel i rzemioslo.
    Sredniowiecze, to najbardziej dynamiczny rozwoj w dziejach ludzkosci. I ten rozwoj byl powszechny: kwitlo mieszczanstwo, a rozwoj gospodarki rolnej tworzyl warstwe bogatego chlopstwa.
    System feudalny przez marksistow jest w ogole (celowo) nie doceniany.
    Ja rozumiem, ze Karol Marks namieszal ludziom w glowach. Sredniowiecze ma nam sie kojarzyc z diablami na koncu szpilki, stosami z czarownicami i fanatyzmem religijnym.
    A przeciez jest tyle dostepnych materialow!

    Szkalowanie Sredniowiecza jest szkalowaniem kultury chrzescijanskiej i nieprawdopodobnego dorobku kulturowego calej epoki..
    Osmieszanie i szczekanie na Sredniowiecze jest bardzo potezna forma walki z Kosciolem Katolickim; mamy przyklady na kazdym kroku: zakaz uczenia laciny, podrabianie Biblii, powstawanie dobrze platnych sekt niby-katolickich (neokatechumeni), infiltracja Watykanu, obwinianie Kosciola o pedofilie (tak jakby to Kosciol i religia katolicka popierala pedofilie) i ZMUSZANIE Kosciola katolickiego do roznych glupawych reform.
    Zadna inna religia nie jest pod taka presja jak KK.
    Nikt by nawet nie probowal sugerowac krawatow i jarmulek mnichom buddyjskim. Dalaj Lama lata bez majtek po swiecie owiniety w przescieradlo i to co gada to nie jest religijne ale swiat uwaza go za Lame (kaplana) i bardzo szanuje. Pewnie Watykam sie nim interesuje.

    A papiezowi zdarli z glowy tiare.

    Biblia na zydowskim celowniku:

    http://wolna-polska.pl/wiadomosci/zydowskim-celowniku-chrzescijanska-biblia-2014-10

  38. Plausi said

    Wyniszczenie intelektualne

    @Marucha,33

    „dla wchodzących tu sporadycznie debilów jest totalnie niezrozumiałe ”

    Musimy się gajowemu kategorycznie sprzeciwić, bowiem nie chodzi o „debilów”, jak on określa, ale o całą generację, jeśli nie wiele generacji, które w konsekwencji intensywnego działania okupantów zostały pozbawione fundamentu myślowego. Wychodzimy z założenia, że gajowy tak jak i my należy do generacji z większym doświadczeniem życiowym, tzn. współodpowiedzialnej za ten stan umysłowy młodszych pokoleń. Uderzmy się w piersi, pozwoliliśmy na to, że tak wiele osobników młodszej generacji zostało wykorzenione z kretesem i skażone trucizną okupantów (demokracji, genderyzmu, kapitalizmu, intenacjonalności, homoseksualizmu i.t.d. ) i to za naszym pozwoleniem czy bezradnością, ale skutek jest ten sam. Pytanie: uczyniliśmy dosyć, aby temu zapobiec ? Jeśli pycha nam pozwoli, to znajdziemy też poprawną odpowiedź.

    Przy okazji korygujemy zdanie:
    „Potrzebujemy więc bardzo pilnie polskiego podręcznika historii, jeszcze żyje wielu świadków naszej niedawnej przeszłości, korzystajmy z okazji i piszmy ten podręcznik. Pyskówki w różnych forach, nawet ekscytujących, nie mają tej wagi, co odtruty podręcznik historii. ” Taki podręcznik powinniśmy już dawno opracować i to nie oglądając się na zawodowych historyków czy po prostu urzędowych parobków „nauki” historii. Sfałszowany opis przeszłości naszego społeczeństwa jest bowiem wbijany do młodych bezbronnych mózgów przez szkolnictwo okupantów a także meida, młodych umysłów, niezdolnych często do refleksji.

    Reakcja na tę propozycję dowodzi, że nadal nam „zwisa” czy i w jaki sposób młodsze generacje będą demoralizowane przez grupy tzw. „elit” w Polsce i tylko patrzeć, jak któraś z tych generacji postanowi przyjąć na siebie całą odpowiedzialność za tzw. holokaust i wypłaci bandzie zbrodniarzy, faktycznie odpowiedzialnych za tę zbrodnie, i wykreśli z naszej historii daleko większy holokaust na ludności polskiej w tym na Wołyniu i innych regionach kraju.

    Za stan młodszych pokoleń ponosimy my, pokolenia tzw. „S”, nie możemy w tym kontekście wypowiedzieć słowa „solidarność”. Do dziś wielu zdezorientowanych „S-manów bałamuci młodzież opowieściami, jak to oni dzielnie walczyli o demokrację i to razem z wywiadem krajów zachodnich . Jak mogą w tych absurdalnych warunkach następne generacje dojść do jakiego przyzwoitego systemu wartości ?

    Jest niesłuszne i błędem obarczać za stan młodszych generacji je same. Ci, którzy zawiedli i ponoszą głównie odpowiedzialność, jesteśmy my. Dlatego uparcie postulujemy, aby te generacje złożyły deklaracje, że wynosząc do władzy obecne bandy ten POPiS demokracji i demoralizacji , któremu wtórują SLD PSL SP …. i naturalnie grupa rozrywkowa Palikotków, w gruncie pospolite grupy przestępcze , popełniły śmiertelny błąd, aby następnym uświadomić, że dalsze kroczenie tą drogą jest zgubne. Tylko dzięki naszej nieudolności mogła powstać taka grupa Palikota, ten przedmiot zachwytu akurat takich „młodych wykształconych z wielkich miast”, ale reszta tego POPiSu SLD PSL SP … nie różni się od Palikotków, choć wydaje się być inna, wydaje się tylko dlatego, że nie pojęto dotychczas, że to jest inkarnacje tego samego trującego bytu..

    Wnosząc propozycję spisania historii Polaków mieliśmy nadzieję, że zatroskani rodacy zadeklarują się wziąć udział w takim pilnie koniecznym przedsięwzięciu, ale zamiast tego nadal prowadzone są ekscytujące potyczki słowne .

    W ten sposób nasi okupanci, którzy dysponują daleko większymi środkami, w końcu naszymi pieniądzmi, mogą nadal opowiadać naszym dzieciom swe pierdołki historyczne. A je obalić będzie niełatwo. Weźmy choćby tzw. renesans. Można sobie żyły wypruwać i tłumaczyć, że renesans, jak sama nazwa wskazuje był zaprzeczeniem poprzedniego okresu rozkwitu kultury europejskiej i odrodzeniem dawnego systemu niewolniczego a co gorsza pieniądza lichwiarskiego, pomimo tego czytamy i stale będziemy tego doświadczać: „renesans byl Ukoronowaniem Sredniowiecza wielka Gala”, dodajmy, że korona była cierniowa. Jak sama nazwa wskazuje, odrodzenie było po prostu powtórką, naśladownictwem żeby nie rzec małpowaniem. Z punktu widzenia społecznego a także kulturowego był renesans okresem upadku, znakomitą i żywą ilustracją jest cytowana już przez nas katedra w Kolonii. Z początkiem renesansu (1530) nie było to miasto w stanie kontynuować budowy tej katedry z rozlicznych względów, dopiero 300 lat później

    Nie jest to żadna krytyka autora wypowiedzi o „renesansie”, który najwyraźniej pojął znaczenie epoki na przełomie tysiącleci, nam dzieje się nie inaczej, że ulegamy presji wpojonej nam wiary w panującą wykładnię historii, spod której się wyzwolić wymaga nie lada siłaczki, wykładnię historii ugruntowaną przez wieki. Posługiwanie się narzuconym przez okupanta słownictwem i semantyką niebywale utrudnia próby wyzwolenia się spod propagandy historycznej okupanta. Prawdziwie słusznym jest

    „Panujący pogląd jest poglądem panujących”

    a my musimy rebeliować przeciwko temu panującemu poglądowi.

    Szukamy wyjścia z obecnego upadku kulturalnego i cywilizacyjnego, swoistego zbydlęcenia ?

    „Powróćmy do średniowiecza „

    ale w tym celu musimy oczyścić historię z nagromadzonego gnoju i śmiecia.

    Dziś jesteśmy bowiem „100 lat później „

    Czytelniku, jeżeli jesteś na tyle dufny, aby sądzić, że bez zaznajomienia się z zawartością linków zrozumiałeś intencje autorów, to obawiamy się, ty się mylisz straszliwie. Język HTML oferuje linki, aby ułatwić dostęp do wyjaśnień, używamy celowo tej techniki.

    @Filo, 37:
    Obawiamy się, że dni domeny wolna-polska.pl są policzone, jest zarejestrowana do 2017, znajduje się w Quebecu w Kanadzie, ale jest wystawiona na sprzedaż, bez zawartości tekstowej.

  39. Marucha said

    Re 38:
    Panie Plausi, wiedzę można przekazać. Inteligencji nie. Tak samo nie nauczy Pan elementarnej kultury kogoś, dla kogo właśnie chamstwo i prostactwo jest wartością samą w sobie.
    Nie wchodzę w przyczyny tragicznego stanu rzeczy, bo są dość dobrze znane. Stwierdzam fakt.

  40. Romank said

    Kosciol Edukowal….edukowal Klasycznie….wyrywajac edukacje z rak Kosciola instytucje swieckie i panstwa..zamienily Edukacje w Indoktrynizacje!!!!
    Oto cala roznica!

  41. panMarek said

    Mądrego to i przyjemnie posłuchać (poczytać). Wielkie dzięki ks. Stanisławie.

  42. MatkaPolka said

    No to porównajmy krytyków Inkwizycji i ich zbrodnie z sama Inkwizycją
    Porównajmy zbrodnie w katowniach GESTAPO, i żydowskiego NKWD , zbrodnie UPA, zamarzanie głodem milionów w obozach przymusowej pracy,” eksperymenty medyczne” masowe ludobójstwo – światłych i oświeconych – „starszych i mądrzejszych” – strasznych i chytrzejszych

    OBRONA INKWIZYCJI

    Adam Gwiazda

    Powiedzieć, że Inkwizycja jest najbardziej znienawidzoną instytucją Kościoła katolickiego, to powiedzieć banał. Wie to każdy, a szczególnie postępowy światek lewicowych intelektualistów, którzy twierdzą jak jeden mąż (niezależnie od przynależności partyjnej), że był to czarny okres w dziejach Kościoła. Można się tylko domyślać, jakie są tego powody. Być może pragną oni by teraz rozpoczął się okres czerwony, a może chcą tym figowym listkiem przykryć własny wstyd z powodu ideologicznego pokrewieństwa z prawdziwymi zbrodniarzami: Stalinem, Hitlerem czy Pol Potem. W tym celu wprzódy chytrze biorą się do negowania podziału na lewicę i prawicę zastępując go zupełnie fałszywym schematem demokracja – totalitaryzm. Fałszywym, bo przeciwieństwem demokracji jest autorytaryzm, a totalitaryzmu – wolność. Jednak uświadamiając sobie, że w worku z „totalitaryzmami” znalazłby się i tak jedynie lewicowe systemy, najpierw usiłują robić prawicowca z Hitlera, a kiedy to się nie udaje, zawsze mogą się odwołać do Inkwizycji i zakrzyknąć: „Patrzcie, nie tylko my!”.

    Cały ten hałas rozpoczął się w epoce Reformacji, a szczególnie głośny stał się za sprawą filozofów czasu „oświecenia”. Ciekawe, że wyjątkowo namiętnie krytykowali Inkwizycję encyklopedyści, czyli ci, którzy przygotowali Rewolucję Francuską a w konsekwencji represje, terror i wojnę domową w Wandei z setkami tysięcy ofiar. Według zdania pewnego włoskiego profesora „jednego dnia Rewolucji Francuskiej popłynęło więcej krwi niż w całym średniowieczu”.

    W istocie nie o ofiary tu chodzi, ale o wojnę idei, o atak na cywilizację chrześcijańską, której inkwizycja była jedną z najlepszych obrończyń. Lewica jak zwykle posługuje się swoją najlepszą bronią – propagandą, kłamstwem, kalumniami, przeinaczaniem. Dotychczas była to broń skuteczna, szczęśliwie tylko na krótki dystans. Wiele udało się już odkłamać, a prawda o jezuitach, krzyżowcach, templariuszach, albigensach etc. Zatacza coraz szersze kręgi.

    Warto przyjrzeć się wreszcie „czarnej legendzie” Inkwizycji i zobaczyć co naprawdę kryje się pod warstwą błota, którym hojnie ciska lewica.

    Najsamprzód należy zauważyć, że Inkwizycja jest instytucją jak najbardziej naturalną. Co więcej, jest niezbędna w każdej społeczności, która pragnie zachowania własnego istnienia. Każde społeczeństwo nadzoruje i kontroluje tych, którzy pragną wywrócić do góry nogami jego porządek. I to nie jedynie tych , którzy negują jego podstawy w całości, ale choćby tylko po części, tych, którzy są nieposłuszni jednemu nawet prawu. Nikogo to raczej nie dziwi. Odwrotnie, byłoby dziwne, gdyby tak się nie działo – społeczność nie mogłaby wówczas istnieć i szybko zostałaby zniszczona przez wrogów ładu.

    Inkwizycja w takim znaczeniu występuje pod wieloma różnymi nazwami.
    Wielkim Inkwizytorem w rodzinie jest ojciec, który czuwa nad żoną, dziećmi, służbą, wszystkimi domownikami. Upewnia się, czy wszystko jest w porządku, czy obowiązki zostały wykonane; a w razie potrzeby karze winnych.
    Starożytny Rzym znał prawo ius necis, które pozwalało ojcu ukarać nieposłusznego syna śmiercią. Prawo mojżeszowe nakazywało rodzicom niepoprawnego syna zgłoszenie tego sędziom, którzy mogli skazać go na ukamienowanie. Jednym słowem – inkwizycja domowa pozostawiała winnego wymiarowi publicznemu.

    Inkwizycja występuje w każdym systemie rządów i w każdym państwie, niezależnie od ustroju: w monarchii czy republice, w demokracji czy autokracji. Wielkim Inkwizytorem rzymskim był cenzor.

    We współczesnych państwach funkcję tą pełnił minister wraz ze swoimi żandarmami i policjantami. Zabójców, czyli tych, którzy naruszają prawo do życia oraz złodziei, czyli tych, którzy naruszają prawo własności, zamyka się do więzienia i nie ma w tym nic dziwnego. Jest to samoobrona społeczeństwa. Według Fryderyka Bastiata prawo jest zorganizowaną sprawiedliwością, tzn. jednostki przekazują część swoich uprawnień państwu w celu obrony ich praw, jak to widzieliśmy wyżej. Znakomicie opisuje to zjawisko prof. Koneczny, który widzi w tym jeden z wyróżników cywilizacji łacińskiej. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się sprzeciwiał „prześladowaniu” przestępców lub upominał się o tolerancję dla ich odmiennych poglądów na sprawy społeczne. Trzeba po prostu bronić się przed nieprzyjaciółmi ładu, którzy chcą wywrócić do góry nogami panujący porządek rzeczy. Teologia moralna zna pojęcie „wroga publicznego”, który wyłączony jest spod nakazu przykazania miłości bliźniego. A przecież prawo pozytywne to w końcu tylko zbiór przepisów ustalonych przez legistraturę, a jednak przestrzega się go tak rygorystycznie. O ileż ważniejsze jest nadrzędne prawo Boże, czy też prawo naturalne, jak kto woli.

    Wreszcie sam Bóg zarządzając światem też posiada swoją inkwizycję. Składa się ona z rozesłanych wszędzie niewidzialnych agentów, którzy czuwają nad światem i ze wszystkiego zdają Mu sprawę. Stąd właśnie biorą się niespodziewane nawrócenia i nieoczekiwane poprawy wielkich grzeszników. Jeżeli zaś ktoś nie uzna za stosowne podporządkować się wyrokom niebieskim i nie poprawi się, czeka go sąd i wieczny wyrok, od którego nie ma już odwołania. Nie łudźmy się – Bóg jest nieskończenie miłosierny dla niewinnych dusz, ale wobec zbrodni Jego gniew jest nieunikniony. Sam też wykonuje wyroki. Wystarczy popatrzeć na ukaranych za niewierność Żydów, lub schizmatyków z Bizancjum i Bliskiego Wschodu, którzy wpadli w mahometańskie ręce. Oto Boża sprawiedliwość.

    Średniowieczna Europa dobrze to wszystko rozumiała i dlatego podjęła pewne środki w celu zapobieżenia podobnemu nieszczęściu. W tamtym czasie realizowane były w praktyce ideały państwa chrześcijańskiego. Istotą tej Republica Christiana był Kościół katolicki – ludy, imperia, królestwa, republiki były żywymi członkami tego Kościoła, a prawem najwyższym była religia katolicka i to właśnie prawo stało na czele wszystkich innych. Kto nie był katolikiem, nie był obywatelem. Jest więc jasne i oczywiste, że wszystkie te organizmy w naturalny sposób czuwały nad zachowaniem wiary katolickiej i czyniły to wszystkimi przynależnymi im z natury środkami. Była to obrona nie tyle oficjalnej ideologii, co depozytu jedynej prawdziwej religii będącej fundamentem cywilizacji, której upadek groził powrotem do czasów barbarzyństwa. Trzeba pamiętać, że w tamtej epoce tzn. w XI i XII wieku, świat chrześcijański znajdował się w obliczu niebezpieczeństwa z dwu stron. Z zewnątrz zagrażała mu inwazja mahometańska, której okrucieństwo jest powszechnie znane. Aby uniknąć losu Północnej Afryki, która w czasach przedarabskich stanowiła żywą i kwitnącą oazę kultury chrześcijańskiej porównywalnej z Europą Zachodnią czasów św. Tomasza z Akwinu, a która została zmiażdżona przez walec islamskiej barbarii, Europa podjęła wielkie dzieło obrony tj. krucjaty i Rekonkwistę.

    Natomiast nie mniejszą, a kto wie może nawet większą groźbą, była wewnętrzna konspiracja, która potem przerodziła się w otwartą kontestację cywilizacji chrześcijańskiej i jej wartości. Mam na myśli sekty gnostycko – maniheiskie, z których najbardziej znana i najbardziej agresywna była sekta albigensów zwanych też katarami. Nie miejsce tu na dokładne streszczanie ich doktryny, wystarczy tylko wiedzieć, że była to typowa dualistyczna herezja manihejska wywodząca się wprost od Maniego, tak doktrynalnie, jak i historycznie (poprzez bułgarskich bogomiłów).

    Atakowali oni nie tylko Kościół i wiarę katolicką, ale także porządek społeczny i państwowy. Negując m.in. sakrament małżeństwa, nad które wynosili konkubinat, podkopywali same fundamenty średniowiecznego społeczeństwa. Do połowy XII wieku Kościół nie zdawał sobie raczej sprawy z rosnącego zagrożenia i choć denuncjowano błędy doktrynalne (np. na synodzie w Reims w 1147 roku), nie przedsięwzięto żadnej akcji skierowanej bezpośrednio przeciw katarom. Wysyłano tylko misjonarzy, jak np. św. Bernarda czy św. Dominika, którzy głosili nauki ludowi i urządzali dyskusje z heretyckimi teologami i „biskupami”. Tymczasem albigensi rośli w siłę – w szczytowym momencie było ich na południu Francji więcej niż katolików – i na „soborze” w Saint-Felix de Caraman w 1167 roku nadali temu nowemu Kościołowi ramy organizacyjne. Była to jawna próba zbudowania całkiem nowej cywilizacji, zasadniczo odmiennej od chrześcijańskiej i skrajnie wobec niej wrogiej. Szczególnie zagrożonym terenem była południowa Francja, obszar Langwedocji i Prowansji, gdzie znajdowało się Albi – główna twierdza heretyków, oraz Tuluza – siedziba książąt o prokatarskich sympatiach i zarazem polityczna stolica rebelii. Na stronę herezji przechodziły liczne osobistości, nawet biskupi i książęta, co stwarzało niebezpieczeństwo dla ładu państwowego.

    W celu obrony przed tym wewnętrznym zagrożeniem, w 1177 roku na soborze w Weronie, papież Lucjusz III dał początki Inkwizycji. Był to jeden z pierwszych, choć nie najważniejszy akt; o wiele bardziej znany ze swojej walki z katarami jest Innocenty III, który najpierw wysłał do nich św. Dominika, a potem, już w okresie otwartej konfrontacji, rozpoczął krucjatę. Prowadzona przez Szymona de Monfort trwała od 1209 do 1244 roku i w rezultacie zakończyła się sukcesem. Właściwie to Innocenty III powołał inkwizycję do życia na Soborze Laterańskim IV w 1215 roku, a Grzegorz IX powierzył ją dominikanom w 1233, ale nie zmienia to faktu, że pierwsze i podstawowe zasady działania mieszczą się w tej konstytucji. Oto jej fragment:

    „W celu zniesienia różnych herezji, które w naszych czasach zaczęły mnożyć się w wielu miejscach, winna obudzić się gorliwość ludzi Kościoła (…). Oto dlaczego, w obecności naszego drogiego syna, cesarza Fryderyka, w łączności z naszymi braćmi kardynałami, patriarchami, arcybiskupami i biskupami, a także licznymi książętami zgromadzonymi z różnych części świata, mocą autorytetu apostolskiego potępiamy ta konstytucją wszystkich heretyków jakiekolwiek imię by nosili, szczególnie katarów i patarenów, tych, którzy fałszywie nazywają się pokornymi (humiliaci -A.G) lub ubogimi z Lyonu; józefinów i arnoldystów.”

    Następnie konstytucja mówi o potępieniu ich za uzurpowanie sobie prawa do publicznego nauczania tego, co dotyczy wiary i sakramentów. W dalszym rzędzie potępia ogólnie wszystkich tych, którzy zostali określeni jako heretycy przez lokalnych biskupów lub inne władze kościelne oraz tych, którzy udzielają schronienia „doskonałym”, bo tak nazywała się elita albigensów. A dlatego, że zwykła dyscyplina kościelna jest często lekceważona, ustanawia się specjalne przepisy, czyli pierwowzór inkwizycji właśnie. Następnie konstytucja opisuje kary, jakie mają być stosowane wobec heretyków i podejrzanych o herezję, przy czym najsurowsze z nich zarezerwowane zostały dla kleru, a świeccy mieli być karani jedynie w wypadku ponownego oskarżenia i udowodnienia winy. W dalszej kolejności wyznacza się biskupom lokalnym obowiązek corocznej wizytacji diecezji, podczas której mają brać udział w sądzeniu podejrzanych, a książętom i możnym poleca się współdziałać z Kościołem w celu zwalczania herezji. Kary przewidziane dla tych, którzy bądź to uznani zostaną za stronników sekciarzy, bądź odmówią poddania się sądowi, to ekskomunika, utrata funkcji kościelnych i beneficjów w wypadku kleru, infamia w wypadku świeckich i po zbawienie przywilejów handlowych w wypadku miast. Jak widać, konstytucja określa różne stopnie winy, od podejrzanego po powtórnie skazanego, i adekwatnie do tego stosuje kary duchowe, a dopiero gdy one nie skutkują, Kościół pozostawia winnych ramieniu świeckiemu, które wymierza kary doczesne mając świadomość, że duża część zatwardziałych przeciwników ładu jest niewrażliwa na te pierwsze.

    Wszystko to nie jest niczym innym, jak tylko pełnieniem przez Kościół swojej normalnej misji, której istotą jest troska o zbawienie dusz i strzeżenie depositum fidei. Pasterz Bożej owczarni ma zadanie strzec jej nie tylko przed atakiem wilków, ale także przed niebezpieczeństwami wewnętrznymi, jak epidemie i zarazy. W tym celu musi od czasu do czasu przeprowadzać badanie (łac. inquisitio) w celu wykrycia i zapobieżenia śmiertelnej chorobie duszy, która niejednokrotnie bywa o wiele groźniejsza od choroby ciała. Tak jak papież jest głową całego Kościoła, tak biskup jest Wielkim Inkwizytorem w swojej diecezji; wskazuje na to zresztą samo znaczenie tego słowa: czuwający, nadzorca. To też nakazywał św. Paweł pisząc do swojego ucznia, Tymoteusza, który był biskupem Efezu, a mianowicie: strzec depozytu wiary, głosić prawdę i przeciwstawiać się fałszywej nauce, czyli gnozie (Tm 6,20-21). Dopiero kiedy biskupi wydają się niezbyt rzetelnie zajmować się swoimi obowiązkami albo, wręcz sprzeniewierzają się swojej misji, jak to miało miejsce w Langwedocji w czasie albigensów, na scenę wkracza Inkwizycja przez duże I.

    Tak jak doktryna, tak i obraz praktyki inkwizycyjnej jest również mocno zafałszowany. Według lewicowej propagandy inkwizytorzy byli żądnymi krwi potworami, proces miał tylko jeden cel – uznanie podejrzanego winnym, a kończył się w jeden możliwy sposób – spaleniem na stosie. Oba te stereotypy są wierutną bzdurą: pięciu sędziów świętego Officium ze św. Dominikiem i św. Piusem V na czele, zostało kanonizowanych, z czego dwóch – św. Piotr z Werony i św. Piotr Arbues – to męczennicy zabici przez heretyków właśnie z powodu pełnienia tej funkcji. Oto jaki obraz „idealnego inkwizytora” kreśli w swoim słynnym podręczniku Bernard Gui, który w oczach lewicy wyrósł na symbol Czarnej Legendy i stał się przykładem domniemanego okrucieństwa (ostatnio na przykład w książce „Imię róży” Hubert Eco):

    „Powinien być żarliwy i pilny w swojej gorliwości na rzecz prawdy religijnej, zbawienia dusz i tępienia herezji. Pośród trudności i przeciwieństw powinien zachować spokój, nigdy nie dać ponieść się złości ani oburzeniu. Powinien być nieustraszony, stawiać czoła groźnym sytuacjom aż do śmierci, ale nie ustępując przed niebezpieczeństwem nie powinien go prowokować poprzez nieroztropną śmiałość. Powinien pozostać nieczuły na prośby i względy tych, którzy próbują go zdobyć, tym niemniej nie powinien zatwardzać swojego serca i odmawiać zmniejszenia albo złagodzenia kary zależnie od towarzyszących okoliczności. W przypadkach wątpliwych powinien być ostrożny, nie dawać łatwo wiary temu, co wydaje się prawdopodobne, a co często bywa nieprawdziwe; ponieważ to, co wydaje się być nieprawdopodobne, na końcu często okazuje się być prawdą. Powinien wysłuchiwać, dyskutować i badać, aby dojść cierpliwie do światła prawdy. Niech umiłowanie prawdy, które zawsze powinno być obecne w sercu sędziego, jaśnieje w jego spojrzeniu, aby wyroki nie mogły nigdy sprawiać wrażenia podyktowanych przez pożądanie lub okrucieństwo.”

    Również sam przebieg procesu wyglądał nieco inaczej niż chciałaby mafia lewicowych historyków, od Duby’ego do Geremka. Po pierwsze sędziowie zawsze podawali do wiadomości oskarżonego stawiane mu zarzuty, dowody i świadectwa, jakie złożono przeciw niemu, a nawet nazwiska świadków, co nie zawsze było regułą w sądach świeckich albo w przypadku protestanckich procesów czarownic. W tym ostatnim wypadku istniał co prawda krótkotrwały wyjątek dla Kastylii i Aragonii, ale trzeba przyznać, że to jedynie z powodu wyjątkowo wielkiej liczby heretyków w tych krajach, którzy łatwo mogli zastraszyć świadków, skoro nawet dopuszczali się zabójstw sędziów. Oskarżony musiał być poddany przesłuchaniu, a prawo zobowiązywało inkwizytorów i lokalnych biskupów do asystowania przy nim, aby sama swoja obecnością wywierali łagodzący wpływ na rygory procesu. Do tego należy dodać, że trybunał nie mógł stawiać tego samego pytania więcej niż raz podczas jednego procesu, co było regułą w sądach świeckich. W ogóle były one o wiele surowsze niż sądy kościelne i Inkwizycja oznaczała raczej postęp prawny w odniesieniu do „prywatnego” ustawodawstwa antyheretyckiego niektórych książąt. Tym, który wprowadził karę śmierci za herezję był cesarz Fryderyk II w 1224 roku.

    Warto przyjrzeć się też, jak kształtowały się wyroki, które zapadały w tych procesach. Z góry trzeba powiedzieć, że trybunał nigdy nie wydawał wyroku śmierci. Wydawany przezeń wyrok nie był niczym więcej jak tylko opinią kolegium sędziowskiego, które stwierdzało, czy oskarżony jest apostatą, heretykiem, czy ewentualnie powtórnym heretykiem. Wydanie takiego orzeczenia kończyło działalność trybunału, dalej jego kompetencje nie sięgały. Sprawą innych sądów, czysto świeckich, było zastosowanie przepisów prawa cywilnego, jak to i dziś czynią sędziowie po wysłuchaniu opinii ekspertów i sędziów przysięgłych. Inkwizytorzy nie wydawali więc bezpośrednio wyroków śmierci i nie byli odpowiedzialni za ostateczny kształt sentencji. Ale nawet i w takim wypadku ostatnie słowo należało do króla, który zachowywał przywilej prawa łaski.

    Słynne auto-da-fe w rzeczywistości także wyglądało inaczej niż w lewicowych podręcznikach historii. Nie polegało ono na paleniu na stosie, ale było swego rodzaju obrzędem pokutnym, który ogłaszał po części uniewinnienie osoby fałszywie oskarżonej, a po części pojednanie się z Kościołem nawróconych penitentów. Było wiele takich auto-da-fe, w czasie których płonęła tylko świeczka w ręku ex-heretyka, znak wiary na nowo oświecającej jego serce. Lhorente, w celu udowodnienia wielkiej gorliwości Inkwizycji, podaje przykład wielkiego auto-da-fe 12 lutego 1486 roku w Toledo.
    Na liczbę 750 podsądnych ani jeden nie został skazany na śmierć!
    Podobnie w czasie następnych procesów 2 kwietnia (950 osób), 1 maja (750) i 10 grudnia (950) nikt nie został ukarany śmiercią. W tym okresie wydano wyroki ogółem na 27 osób. Do tego warto wiedzieć, że akurat Inkwizycja w Hiszpanii, jako instytucja królewska, zajmowała się także sądzeniem przestępców kryminalnych jak koniokradzi, złodzieje kościołów, świeccy uzurpujący sobie funkcje kościelne, sodomici, spowiednicy uwodzący penitentów, bluźniercy, rewolucjoniści, których także duża liczba mogła się znajdować pośród tych dwudziestu siedmiu.

    Wspomniany już Bernard Gui, prawdziwy czarny charakter opracowań historii średniowiecza, był inkwizytorem w Tuluzie między 1307 a 1323 rokiem. Uważany jest powszechnie za krwawego oprawcę i takim go ukazuje film i powieść „Imię Róży”. Tymczasem tylko jeden prowadzony przez niego proces na sto kończył się wyrokiem śmierci. Nie jest to imponująca liczba. Podobne proporcje zachowywała „krwawa” inkwizycja hiszpańska w ciągu 160 lat (od 1540 do 1700) osądziła 49 tysięcy spraw zachowując podobną proporcję wyroków śmierci – 490 w ciągu 160 lat!

    Na końcu spojrzeć należy na ogólny bilans Inkwizycji, najlepiej widać jej efekty na przykładzie Hiszpanii. Wtedy, kiedy ona istniała, kraj ten był prawdziwą potęgą rywalizującą z całą Europą w żegludze i podbojach. Nad jej posiadłościami nigdy nie zachodziło słońce, a król Hiszpanii był władcą połowy świata.
    A kiedy Inkwizycja została zniesiona ? Hiszpania straciła Amerykę i do tego rozpoczęły się kłopoty na własnym terytorium. Można podać także kontrprzykłady. Czymże był okres triumfów Hiszpanii dla Anglii, Francji i Niemiec ? Wiekami wojen religijnych, które pogrążyły Europę w chaosie: rozpętana przez Lutra wojna trzydziestoletnia i wojny chłopskie, wojny domowe i rewolucje, noc św. Bartłomieja, zabójstwo Marii Stuart, Henryka III, Henryka IV, Karola I, księcia Orańskiego, Ludwika XVI, Marii Antoniny i innych. Kraje te nie posiadały w tym okresie Inkwizycji.

    A Polska, kraj tolerancyjny, państwo bez stosów ? Zniknęła z mapy …

    Znakomitą pointą może być opinia autora niezbyt przychylnego Kościołowi, protestanta, Jakuba Balmesa: „Jest prawdą, że Papieże nie głosili, tak jak protestanci powszechnej tolerancji, ale to fakty pokazują różnicę między Papieżami a protestantami. Papieże, uzbrojeni w trybunał nietolerancji, nie przelali jednej kropli krwi; protestanci i filozofowie rozlali jej strumienie. Jakie to ma znaczenie dla ofiary, że jej kat głosi tolerancję ? To tylko dodawanie do męczarni gorzkiego sarkazmu. Powściągliwość Rzymu w używaniu Inkwizycji jest najlepszą apologią katolicyzmu wobec tych , którzy nazywają go barbarzyńskim i krwawym.”

    Adam Gwiazda

  43. MatkaPolka said

    INKWIZYCJA

    Nie czuję się bynajmniej dumny z instytucji Inkwizycji, uznałem jednak iż nikomu nie powinno się przypisywać gorszych rzeczy niż działy się naprawdę. Jestem przekonany, że wielu z Was będzie zdumionych przeczytawszy dane, jakie dla Was wyszperałem.

    Spis treści
    Wstęp
    Motywy działania Inkwizycji
    Więzienia Inkwizycji
    Co Inkwizycja wniosła do życia społecznego ?
    Różne zarzuty
    Kary
    Tortury
    Walka z zabobonem
    Palenie czarownic
    Zakres zainteresowań inkwizycji
    Zakończenie
    Bibliografia i przypisy

    Wstęp

    Papież Jan Paweł II w liście apostolskim Tertio millennio adveniente napisał: „bolesnym zjawiskiem, nad którym synowie Kościoła muszą się pochylić z sercem pełnym skruchy, jest przyzwolenie okazywane zwłaszcza w niektórych stuleciach na stosowanie w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą”. Autor niniejszego opracowania z szacunkiem wsłuchuje się w słowa papieża i w pełni podziela jego opinię w tej smutnej sprawie. Dlatego nie jest moją intencją przekonanie kogokolwiek, iż powinniśmy być z omówionej tu karty historii zadowoleni – uważam jednak, iż nie należy nikomu przypisywać większych win, niż ma je w rzeczywistości. Szczególnie odrażającym zaś jest to, jeśli oskarżyciele przypisują oskarżanemu swoje własne winy (patrz rozdział Palenie czarownic).

    W niniejszym tekście zajmuję się przede wszystkim obarczoną najczarniejszą legendą inkwizycją hiszpańską, choć gdzie niegdzie wspominam też inkwizycję papieską.

    Zdaje sobie sprawę, iż wiele z przytoczonych tu danych wyda się czytelnikowi – przyzwyczajonemu do „czarnej legendy” – niewiarygodnymi. Zapewniam jednak, iż pisząc niniejszy tekst oparłem się na obiektywnych opracowaniach (patrz bibliografia). Nie ukrywam też, iż sam ze zdumieniem poznawałem fakty, które tu opisuję. Moje zdumienie było na tyle duże że uznałem iż warto przedstawić wyniki poszukiwań szerszemu gronu czytelników.

    Motywy działania Inkwizycji

    Charakterystyczną cechą Inkwizycji, wyróżniającą ją spośród ówczesnych trybunałów jest położenie nacisku nie tyle na ukaranie oskarżonego, co na zbawienie jego duszy. Możemy dziś oczywiście się nie zgodzić na ówczesne rozumienie tych spraw, jednak niewątpliwie taki był właśnie tok myślenia inkwizytorów.

    W drugiej połowie XVI wieku dokładano wszelkich starań, by nawrócić grzeszników. Nie licząc się z kosztami sprowadzano wybitnych teologów, zaopatrywano więźniów w odpowiednie lektury. Często wstrzymywano wykonanie wyroków, gdy pojawiała się szansa na nawrócenie heretyka. Angażowano w to nawet lokalną społeczność – przykładem może być Sewilla z roku 1720, gdzie w nawracanie pewnego skazanego zaangażowała się miejscowa inteligencja a za powodzenie tych starań modlono się we wszystkich kościołach przez trzy dni i trzy noce.

    Sposób widzenia zadań Inkwizycji świetnie oddaje fragment relacji inkwizytora z pewnej egzekucji z 24 sierpnia 1719 roku (przytaczam za [1]) :

    (Przywiązany do pala skazaniec) „…rzekł spokojnie ‚Chciałbym nawrócić się na wiarę Jezusa Chrystusa’ – słowa, jakich dotąd od niego nie słyszano. Ucieszyło to w najwyższym stopniu wszystkich duchownych, którzy poczęli ściskać go z czułością i nieskończenie dziękować Bogu za to, że uchylił im wrota prowadzące do jego zbawienia… Obecny przy tym wyznaniu zakonnik wyświecony w regule Seraficznego Ojca, zapytał go:’W jakiej wierze umierasz ?’ Ten, obróciwszy ku niemu oczy, odparł:’Powiedziałem już, ojcze, że umieram w wierze Jezusa Chrystusa’, czym wywołał wielką radość i ukontentowanie wszystkich obecnych. Zakonnik powstał z klęczek i wyściskał rzeczonego oskarżonego, co z najwyższą satysfakcją uczynili również wszyscy pozostali, składając dzięki Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Wówczas oskarżony spostrzegł kata, który wystawił właśnie głowę zza pala, i zapytał go: ‚Dlaczego nazywałeś mnie przedtem psem ?’ Kat odpowiedział: ‚Ponieważ odrzucałeś wiarę w Jezusa Chrystusa; skoro ją jednak przyjmujesz, wszyscy jesteśmy braćmi, więc jeśli Cię obraziłem, na kolanach błagam Cię o wybaczenie.’ Ów udzielił mu przebaczenia z radosną twarzą i obaj uściskali się…

    Bojąc się, by nie zmarnowała się owa dusza, która dała tyle dowodów swego nawrócenia, niepostrzeżenie przesunąłem się na tył pala, gdzie czekał oprawca i wydałem mu rozkaz, aby czym prędzej nałożył obręcz i zacisnął ją bez zwłoki, co też uczynił z niemałą zręcznością.

    Po stwierdzeniu zgonu polecono oprawcy, aby z czterech stron paleniska podłożył ogień pod zgromadzone na nim węgle i drewno. Zrobił to natychmiast; zaczęło się palić i coraz wyższe płomienie ogarnęły podium ze wszystkich stron trawiąc deski i ubranie.

    Oczywiście, trudno nam dziś zrozumieć ówczesne podejście do nawracania grzeszników. Aby zrozumieć motywy działania spróbujmy wczuć się w sposób rozumowania, jaki doprowadził do powstania Inkwizycji. Najwyższym dobrem człowieka – wyższym niż życie doczesne – jest zbawienie i życie wieczne. Człowiek szerzący herezję stwarza zagrożenie utraty przez innych życia wiecznego – a więc robi im większą krzywdę niż gdyby próbował ich zamordować. W tej sytuacji herezja jest przestępstwem gorszym niż zabójstwo – i powinna być surowiej od niego ukarana. Wszak morderca może zabrać człowiekowi tylko kilkanaście (góra kilkadziesiąt) lat życia, zaś heretyk może spowodować utratę zbawienia wiecznego !

    Sprawa szła zresztą nie tylko o cudze dusze, ale i o zbawienie oskarżonego. Stąd pośpiech inkwizytora widoczny w wyżej przytoczonej relacji – skazańca chciano stracić czym prędzej, aby przypadkiem w ostatniej chwili nie rozmyślił się zaprzepaszczając owoce swojego nawrócenia !

    Dziś trudno nam się zgodzić z takim sposobem nawracania, ze sztucznym ograniczeniem wolności osobistej w sferze religii – wówczas jednak sposób ten jak najbardziej mieścił się w schemacie myślenia współczesnych.

    Innym motywem, który trudno pominąć ze względu na to iż został pozytywnie zweryfikowany przez historię (chodzi o mniejszą liczbę ofiar prześladowań wszystkich rodzajów więźniów w krajach, w których istniała inkwizycja w stosunku do innych krajów1 – zwłaszcza protestanckich) było zapewnienie bezpieczeństwa osobom niewinnym. Miało to znaczenie szczególnie w Hiszpanii, gdzie tuż przed wprowadzeniem inkwizycji nastąpiła seria pogromów Żydów, w których zginęło więcej osób, niż przez późniejsze 400 lat działania Officium. Nic dziwnego iż królowie Ferdynand i Izabela, sami będący krewnymi ochrzczonych Żydów, postanowili jakoś zaradzić sytuacji i zwrócili się do papieża o ustanowienie inkwizycji.

    No i wreszcie, nie ostatnim motywem była chęć zachowania ładu społecznego, który opierał się na wspólnej wierze. Był to motyw tak silny, że gdy przystąpiono do likwidacji inkwizycji, wśród ludności zaistniały rozruchy w jej obronie. Hiszpanie widzieli w Officium strażnika i gwaranta pewnego spokoju społecznego – zresztą, biorąc pod uwagę wydarzenia w innych państwach, nie bezpodstawnie. Jeśli zachodził fakt jakiejkolwiek opozycji to dotyczył on raczej wypaczeń, niż idei istnienia inkwizycji jako takiej.

    Więzienia Inkwizycji

    Ileż to słyszeliśmy opowiadań o straszliwych więzieniach Inkwizycji ! Wierni postulatowi sprawdzania dostępnych źródeł historycznych, porównajmy obraz z nich się wyłaniający z owymi opowiadaniami.

    Inkwizycja miała dwa rodzaje więzień :

    • „tajne więzienie” (odpowiednik dzisiejszego aresztu śledczego)
    • „więzienie karne” (carcel de penitencia) gdzie osoby skazane odsiadywały karę „wiecznego więzienia” (proszę aby nikogo nie myliła ta nazwa – „wieczne więzienie” rzadko bywało dożywociem, wyrok mógł opiewać na wiele lat, ale mogły to być też np. 3 miesiące. Po prostu nazwą tą opatrywano każdy orzeczony wyrok więzienia. W XV i XVI wieku „wiecznym więzieniem” nazywano także obowiązek przebywania w domu krewnych lub nawet zakaz opuszczania miasta)

    Pewnym paradoksem jest, iż więzienia „karne” były zwykle lżejsze niż areszt śledczy. Niektóre z nich były rzeczywiście ciemne i mokre (wymienia się Sewillę, Kordobę i Saragossę), większość jednak była znacznie lżejsza niż „standardowe” więzienia królewskie[1]. Zdarzało się często, iż więźniowie pospolici – osadzeni w więzieniach publicznych – samooskarżali się przed Inkwizycją wyłącznie po to, by przeniesiono ich do owych „lochów Inkwizycji”!

    Nic w tym zresztą dziwnego, skoro – w odróżnieniu od więzień królewskich – w „lochach” Inkwizycji z reguły karmiono regularnie i to wcale nie najgorzej (chleb, mięso, wino). Więźniowie posiadający własne środki mogli sobie ponadto sprowadzać posiłki z miasta ( w tym także owoce i słodycze). Choć brzmi to dla nas – wychowanych na „czarnej legendzie” Inkwizycji – niewiarygodnie, jednym z obowiązków służby więziennej było czuwanie, aby aresztanci nie przejedli w ten sposób całego swojego majątku (nie w ich interesie zresztą – musieli mieć z czego płacić grzywny !). Ubodzy aresztanci dostawali „z urzędu” kapcie, koszule i kalesony, zaś ludzie należący do inteligencji zwykle mogli przechowywać w celi książki oraz przybory do pisania. Wszystkim więźniom zapewniano opiekę lekarską.

    Mężczyźni osadzani byli z reguły w celach pojedynczych, zaś kobiety – w zbiorowych, co miało w założeniu chronić je przed nadużyciami ze strony służby więziennej.

    Oczywiście wszystko to nie oznacza, iż nie zdarzały się nieprawidłowości – wiemy że w 1560 roku w Sewilli bunt więźniów został brutalnie stłumiony, na Wyspach Kanaryjskich w 1792 nakarmiono więźniów soloną rybą bez podania wody, zaś w 1544 roku w Barcelonie ujawniono przypadki „dorabiania” przez obsługę więzienia na obcinaniu racji aresztantów. Jednak sam fakt, iż znamy te przypadki świadczy, iż to nie one stanowiły normę.

    Od XVII wieku często więzienie polegało na obowiązku noszenia specjalnego stroju i powrotu na noc do celi. Dochodziło tu zresztą do zabawnych paradoksów : więzień przebywający w dzień w mieście, a na noc wracający do celi nie musiał – w związku ze statusem osadzonego – płacić podatków. Powodowało to sytuację, iż przedsiębiorcy „osadzeni” mogli oferować towary taniej niż „wolna” konkurencja i nierzadko dorabiali się majątków (kara „wiecznego więzienia” trwała zazwyczaj nie dłużej niż 3 lata, zaś wyrok „więzienia wiecznego i nieodwołalnego” opiewał zwykle na mniej niż 8 lat). Ułatwienia te nie były jednak możliwe w początkach istnienia inkwizycji.

    Co Inkwizycja wniosła do życia społecznego ?

    Założę się, że na tak sformułowany podtytuł większość czytelników odruchowo się żachnie – a jednak Inkwizycji właśnie zawdzięczamy szereg instytucji, którymi chlubi się nowożytny system prawny. Pierwszą z tych zdobyczy jest instytucja obrońcy. Z cała pewnością nie był to obrońca w dzisiejszym znaczeniu tego słowa (niektórym posada ta myliła się zapewne z funkcją prokuratorską), jednak fakt pozostaje faktem – to właśnie Officium zawdzięczamy tę – fundamentalną dla nowoczesnego wymiaru sprawiedliwości – instytucję prawną.

    Inną innowacją, może nie tyle wprowadzoną co wskrzeszoną przez Inkwizycję była wieloinstancyjność. Od wyroku trybunału oskarżony mógł się odwoływać, jednak początkowo nie wszystkim więźniom na to zezwalano. Praktyka blokowania części odwołań zanikła z chwilą, kiedy Suprema (naczelny organ inkwizycji w Hiszpanii) wprowadziła obowiązek przekazywania wyroków do siebie dla zatwierdzenia. Zmieniała ona często wyroki nawet bez składania odwołania i to przeważnie na korzyść oskarżonych.

    Warto także powiedzieć, iż o ile koncepcje doktrynalne Lutra nie spotkały się w Hiszpanii ze zbyt gorącym przyjęciem, o tyle postulaty moralne zrealizowano na długo przed wystąpieniem doktora Marcina w Wittenberdze. Prymas Hiszpanii (a od 1507 Generalny Inkwizytor Kastylii) kardynał Cisneros przeprowadził bardzo skrupulatną lustrację usuwając ze stanowisk w Kościele i inkwizycji ludzi niegodnych, a także dbał o poziom wykształcenia duchowieństwa ( w 1508 założył w tym celu uniwersytet). Wydał także walkę handlowi odpustami (co było osią późniejszego wystąpienia Lutra). Praktyka ta nie była zresztą nigdy przez Kościół Powszechny dopuszczona, jednak dość często zdarzały się w jej dziedzinie nadużycia.

    Jeszcze dłuższą pod względem „zdobyczy” kartę ma Inkwizycja Papieska. Mocą ustanowienia papieża Grzegorza IX podsądny nie tylko mógł, ale wręcz musiał mieć obrońcę, i to z kwalifikacjami zawodowego prawnika, zeznania wydobyte na torturach nie mogły być materiałem dowodowym, a oskarżony i jego obrońca mogli się zapoznać z wszystkimi dowodami winy i nazwiskami świadków (rzecz nowa w ówczesnym wymiarze sprawiedliwości i całkowicie różna nawet od praktyki obowiązującej w inkwizycji hiszpańskiej).
    Bardzo surowe kary – do śmieci włącznie – groziły za rzucanie fałszywych oskarżeń (ten punkt staje się oczywisty jeśli pamiętać, iż Rzym powołał inkwizycję papieską przede wszystkim po to, by zapobiec skazywaniu niewygodnych ludzi pod pozorem herezji czy czarów (co było to powszechną praktyką wśród średniowiecznych feudałów). Inkwizycja znała także instytucję ławników – choć pełnili oni raczej rolę konsultacyjną dla zawodowego sędziego. Wprowadzono też – rewolucyjną na owe czasy – zasadę, iż nie wolno karać ludzi niepoczytalnych. Nie była to czysta teoria – przewód sądowy rozpoczynał się od obdukcji lekarskiej.

    Inna innowacją, jaką wprowadziła inkwizycja papieska było wcześniejsze zwolnienie za dobre sprawowanie.

    Różne zarzuty

    Wśród zarzutów stawianych postępowaniu inkwizycyjnemu wymienia się zarzut utajniania nazwisk świadków oskarżenia. Ma to rzekomo świadczyć o braku praworządności.

    Tymczasem powód tej praktyki był całkowicie odmienny:

    W przepisach dotyczących prowadzenia śledztwa wielką szansą dla badanego była możliwość zdyskredytowania świadków oskarżenia przez zarzucenie im przez podsądnego nieobiektywności. Odbywało się to w ten sposób, iż oskarżony mógł podać trybunałowi listę swych „śmiertelnych wrogów” i tym samych zneutralizować ich zeznania (zwracam uwagę iż jest to znacznie więcej, niż może zrobić dla swej obrony podejrzany we współczesnym procesie karnym !). Aby jednak zapobiec oszustwom w tym względzie (np. żeby oskarżony nie neutralizował wszystkich niewygodnych świadków „jak leci”) lista zeznających była przed postawionym w stan oskarżenia utajniona. Ten – oczywisty przy tak skonstruowanym mechanizmie eliminowania zeznań osób niechętnych podsądnemu – krok jest dziś przytaczany przez przeciwników Inkwizycji jako argument mający wykazać jej brak praworządności.

    Jak silnym narzędziem była w rękach oskarżonego owa lista „śmiertelnych wrogów” świadczy przypadek Gaspara Torralby z Vayona. Został on aresztowany w 1531 roku pod zarzutem luteranizmu. Torralby był przysłowiową „zakałą” miasteczka, nic dziwnego więc iż do świadczenia przeciw niemu zgłosiło się aż 35 sąsiadów. Podsądny nie znał składu ławki świadków oskarżenia, jednak niewiele myśląc przystąpił do sporządzania listy „śmiertelnych wrogów”. Umieścił na niej po prostu wszystkich, którzy mu tylko przyszli na myśl (152 osoby, w tym własną żonę i córkę). Okazało się, iż na liście tej znajdują się również wszyscy świadkowie, a więc proces musiano umorzyć.

    Inną częścią „czarnej legendy” jest rzekome skazywanie na śmierć ludzi szalonych. Oczywiście, podobnie jak inne ówczesne sądy Inkwizycja zapewne skazała pewną liczbę osób które dziś wylądowałyby raczej na oddziale zamkniętym jakiegoś szpitala psychiatrycznego – winić za to należy jednak raczej stan wiedzy medycznej. Dokumenty wskazują jednakże, że niemal zawsze gdy ówczesna, prymitywna medycyna rozpoznawała szaleństwo oskarżonego, sprawa była umarzana.

    Kary

    Wbrew rozpowszechnionej opinii, stos nie był najczęściej orzekaną karą. ściśle biorąc, Inkwizycja nie mogła nikogo na stos skazać – nie miała takich uprawnień. Po stwierdzeniu ciężkiego przypadku herezji, Officium przekazywało oskarżonego organom państwa z prośbą o okazanie miłosierdzia i nie przelewanie krwi. Ten zwyczaj „prośby o łaskę” – przejęty od Inkwizycji papieskiej – był jednak tylko formą, gdyż władze państwowe nigdy nie uwzględniły takiej prośby.

    Ustalenie dokładnej liczby osób spalonych na stosie jest dość trudne. Prawdopodobnie najwięcej osób zginęło w ciągu pierwszego półwiecza działalności tej instytucji (być może było to nawet kilka tysięcy osób). W latach późniejszych ( 1560-1700) skazani na śmierć stanowili co najwyżej 1%, zaś później nawet ułamek procenta. W pięćdziesięcioleciu 1759-1808 spalono w Hiszpanii czterech heretyków. Ustalenie dokładnej liczby jest trudne także z tego powodu, iż większość egzekucji nie była wykonywana na skazanych, lecz in effigie, tj. palono w zastępstwie kukły mające wyobrażać skazanego. Ocenia się, iż liczba egzekucji in effigie przekraczała wielokrotnie liczbę rzeczywistych wykonań wyroku (tzw. in persona).

    W wieku XVIII niechęć do wydawania wyroków śmierci w Inkwizycji tak wzrosła, tak że szukano pretekstu do uniewinnienia podsądnego. Niemal zabawny jest tu przypadek księdza Miguela Solano, heretyka i głosiciela herezji. Został on skazany na „przekazanie ramieniu świeckiemu” przez trybunał w Saragossie. Władza naczelna Inkwizycji, Suprema, nakazała odroczenie egzekucji i podjęcie prób nawrócenia. Gdy to nie przyniosło efektu, trybunał uznał go ponownie winnym. Tym razem Suprema wstrzymała wykonanie wyroku pod pozorem badań lekarskich – niestety, ksiądz Miguel okazał się być całkowicie zdrowym. Usiłując jakoś temu zaradzić, zarządzono szeroko zakrojony wywiad środowiskowy – gdy okazało się iż oskarżony chorował niegdyś na jakąś niegroźną chorobę, czym prędzej uznano iż jest on niespełna rozumu i sprawę umorzono.

    Oczywiście przedstawiłem tu szczególny wypadek – w początkach działania Inkwizycji scenariusz taki byłby mało prawdopodobny.

    Arsenał orzekanych kar był dość szeroki. Ich dolegliwość zależała od rodzaju przestępstwa, statusu społecznego i finansowego oskarżonego oraz stopnia okazanej skruchy. Bardzo popularne były kary finansowe (grzywny lub przepadek mienia), nakładano też często pokuty duchowe. Pokutą mogło być słuchanie Mszy świętej, odmawianie różańca czy Psalmów. (Podobnie było w Inkwizycji Rzymskiej – np. Galileusz został skazany na odmawianie raz w tygodniu, przez trzy lata siedmiu psalmów. Ponieważ był człowiekiem wierzącym, po zakończeniu tej kary , kontynuował odmawianie tych psalmów aż do końca życia). Stosowano też wymóg podzielenia się majątkiem z ubogimi, poszczenia w wyznaczone dni itp. Niekiedy stosowano kary „indywidualne” – np. zakaz wykonywania zawodu akuszerki (Walencja 1607) czy zakaz gry w karty i kości (Toledo 1685, sprawa bluźniercy Lucasa Moralesa).

    Kary pieniężne lub przepadek mienia egzekwował poborca konfiskat. Po opłaceniu kosztów działania trybunału, pieniądze trafiały do kasy państwa.

    Do standardowego arsenału kar należała też banicja (dla obywateli Hiszpańskich) lub nakaz opuszczenia kraju (dla obcokrajowców). Stosowano też przeciwieństwo – nakaz pozostawania w określonej miejscowości. Jak widać, poza pokutami „duchowymi” stosowane kary nie odbiegały zbytnio od tych wymierzanych przez ówczesne sądy świeckie. Przykładem może być kara chłosty, wymierzana publicznie. Władze Inkwizycji jednak nie zezwalały na agresywne zachowanie publiczności, o czym świadczyć może edykt Supremy z 1680 roku, piętnujący wypadki obrzucania skazańców kamieniami przez asystujący przy karze tłum.

    Pewnym specyficznym rodzajem kary był obowiązek sambenito, tj. noszenia specjalnego stroju. Dla ludzi z wysoką pozycją społeczną sporą dolegliwością były też inhabitacje, to jest zakazy pełnienia ważnych funkcji społecznych przez dzieci skazanego. Prowadziło to niekiedy do paradoksów : w 1590 roku w Los Santos Cristobal Rodriquez (syn człowieka skazanego na inhabitację) zachował funkcję szefa straży oświadczając publicznie iż jest… bękartem. Oświadczenie to – w innych okolicznościach uważane w XVI wieku za wstydliwe – pozwoliło mu obejść wyrok trybunału.

    Najcięższe kary to oczywiście galery i stos. Na pomysł tej pierwszej kary wpadł król Ferdynand na początku XVI wieku – zapewniając sobie tym samym „kadry” dla marynarki wojennej. Współpraca jednak nie układała się najlepiej, gdyż flota hiszpańska niechętnie zwalniała więźniów, którym kara się już zakończyła. Zmuszało to Inkwizycję do wielokrotnych monitów w tej sprawie. Na galery nie skazywano kobiet, które w zamian były kierowane do bezpłatnej pracy w szpitalach lub przytułkach dla sierot.

    Tortury

    Tortury są najbardziej chyba integralną częścią czarnego obrazu Inkwizycji. Jak było naprawdę ?

    Do drugiej połowy XVIII wieku (kiedy to wiele krajów zrezygnowało z ich stosowania pod wpływem argumentacji takich myślicieli jak Monteskiusz czy Sonnenfels) tortury były normalnym sposobem prowadzenia przesłuchań i wyjaśniania wątpliwości przez europejskie sądy. Panowało w Europie tzw. prawo magdeburskie, gdzie głównym dowodem było przyznanie się oskarżonego do winy, a głównym środkiem skłonienia go do tego – tortury. (Aby pokazać tło epoki warto dodać, iż jest to czas kiedy każdy sąd miejski złożony z mieszczan i kata miał prawo do wymierzenia 21 rodzajów śmierci „kwalifikowanej” – tzn. połączonej z torturami – za kradzież, cudzołóstwo i tym podobne przestępstwa). Stosowanie tortur wynikało z zaliczenia herezji do zwykłych , ściganych przez państwo przestępstw, choć hiszpańska Inkwizycja wyróżniała się tu raczej pozytywnie wśród innych trybunałów – tortury były łagodniejsze i rzadziej stosowane, a przede wszystkim ich używanie było ujęte w ramy ścisłych przepisów.

    Do stosowania tortur w przewodzie sądowym zniechęcały procedury samej Inkwizycji – bowiem jeśli więzień „pokonał” tortury – sprawa była umarzana (co prawda w pewnym okresie zdarzało się, iż osobnik ten lądował w ramach pokuty na pewien czas nawet na galerach). Nie była to możliwość czysto teoretyczna – stosunkowo wielu więźniów w ten sposób uzyskiwało wolność. źródła podają przykładowo, iż na auto (ogłoszeniu wyroku) w 1594 roku w Walencji umorzono z powodu „pokonania tortur” 53 z ogólnej liczby 96 spraw.

    Być może ten przepis Officjum sprawił, iż jak pokazują badania archiwalne tortury były stosowane w ok. 10% śledztw.
    Innym czynnikiem był wymóg oględzin lekarskich przed przystąpieniem do tortur. W przypadku złego stanu zdrowia lekarz po prostu zabraniał ich stosowania. Musiało się to zdarzać dość często, gdyż zachowała się datowana na 1622 rok, nagana związana ze zbyt częstym korzystaniem z tego paragrafu.

    Lekarz zresztą musiał być obecny także przy samych torturach, aby tortury nie spowodowały trwałego kalectwa czy śmierci oskarżonego. W razie potrzeby przerywał ich stosowanie.

    Wiadomo ponadto, iż tortur nie stosowano w przypadku lżejszych zarzutów, gdy zachodziła obawa iż mogłyby w praktyce być dolegliwsze od orzeczonej kary.

    Wbrew rozpowszechnionym opiniom Inkwizycja hiszpańska nie stosowała ani przypalania żelazem, ani w ogóle szerokiego wachlarza tortur. Dopuszczalne były w zasadzie trzy metody :

    • garrucha (podnoszenie przy pomocy liny przywiązanej do związanych na plecach rąk
    • toca (kneblowanie w położeniu „do góry nogami” i podduszaniu strumieniem wody – przepisy dopuszczały maksymalnie 15 litrów)
    • potro (mocne krępowanie ramion sznurem i zaciskaniu go w ten sposób, aby wrzynał się w ręce)

    Oczywiście należy zakładać, że zdarzały się w tej sprawie nadużycia – świadczą o tym reprymendy naczelnej rady Inkwizycji (tzw. Supremy) z lat 1484, 1488, 1500, 1561, 1575, 1627, 1630 i 1667. Jednak nadużycia te nie były tolerowane, a znane z literatury opisy (czytaliście Studnie i wahadło E.A.Poe ?) należy włożyć między bajki.

    Pewną ciekawostką jest, iż inkwizytorzy – zgodnie z Kodeksem Kanonicznym – nie mieli prawa obecności podczas tortur.

    W zasadzie przepisy nie pozwalały na kilkukrotne stosowanie tortur (dopuszczona była jedna sesja trwająca pół godziny). Niestety ten przepis bywał obchodzony (przez interpretację następnej sesji jako kontynuacji poprzedniej), jednak rzadko przekraczano liczbę trzech sesji. I tu inkwizycja wyróżniała się pozytywnie na tle innych sądów, w których w Europie przyjęta była zasada 5 paleń (sesji tortur) – po szóstej sąd rezygnował z oskarżenia ( stąd polskie powiedzenie „pal go sześć” oznaczające rezygnację).

    Zeznania wydobyte na torturach traciły swą ważność, jeśli podsądny nie potwierdził ich w ciągu 24 godzin na sali sądowej. Przeczy to powszechnie przyjętej opinii, iż tortury miały na celu wymuszenie zeznań obciążających – stanowiły one raczej coś w rodzaju ordallii czy znanych z wcześniejszych procesów karnych pojedynków sądowych, przy czym zdaje się iż nie miano złudzeń, iż ucierpią także niewinni. Francisco Peni (teoretyk Inkwizycji) tak oświadczał torturowanym : „Nie przyznawaj się do tego, czego nie zrobiłeś i pamiętaj, że jeśli zniesiesz z pokorą niesprawiedliwość i męczarnie, dostąpisz chwały męczeńskiej”. Nie da się ukryć, że takie podejście powodowało niejednokrotnie zarówno skazywanie niewinnych, jak i uwalnianie winnych.

  44. MatkaPolka said

    ***** cd.. cz 2
    Walka z zabobonem

    W wiekach średnich pobożność ludowa pełna była różnego rodzaju „nawiedzonych”, przy czym niektórzy z nich posuwali się do dość zaskakujących twierdzeń, np. negowali potrzebę pracy, rodziny, niektórzy nawet uważali że wiara upoważnia człowieka do rozpusty (dokładniej – uważali iż człowiek „czysty” może uprawiać rozpustę nie grzesząc – słynny casus ks.Medrano z Toledo). Były także „beatas” („świętoszki”) które np. twierdziły iż są żoną Jezusa, propagowały wizje i przepowiednie, sprzedawały amulety etc.

    Inkwizycja ścigała te wypaczenia, postępując jednak stosunkowo łagodnie. Wynikało to z przekonania, iż „oświeceni” są w istocie ludźmi dobrej woli, wprowadzonymi w błąd przez siły szatańskie.

    Całkiem inaczej podchodzono do „fałszywych mistyków” (oszustów religijnych). Tych ścigano surowo, choć rzadko bywali skazywani na karę śmierci – głównym celem było zdemaskowanie ich szarlatanerii. Trzeba powiedzieć, że o ile większość działań Inkwizycji – wbrew dzisiejszym opiniom – cieszyła się poparciem ludności, o tyle walka z szarlatanerią wywoływała wiele niesnasek. Officium nie ugięło się jednak przed humorami ludu i w wiekach XVI-XVIII przeprowadziło wiele procesów o „fałszywą mistykę”, niejednokrotnie występując odważnie przeciwko możnym tego świata.

    Zepsucie to nie ominęło także niektórych domów zakonnych – przykładem był proces kwietystów z Corella. Oskarżonymi byli przełożeni dwu klasztorów – męskiego i żeńskiego. On – Juan de la Vega – uważał się za najwiekszego współczesnego mistyka hiszpańskiego, ona zaś – Agueda de Luna – słynęła z „cudów” i „wizji”. śledztwo wykryło, iż mieli oni pięcioro dzieci, które dusili zamiast po urodzeniu. „Matka” Agueda zmarła w więzieniu, zapadły także wyroki dożywocia oraz nakazano zwrot i zniszczenie wszystkich „dewocjonaliów” wyprodukowanych przez straszliwą parę.

    Ta troska o moralność ludzi Kościoła miewała także niestety złe skutki; znany mistyk, św.Ignacy Loyola, autor używanych i cenionych do dziś „ćwiczeń duchowych” (tzw.rekolekcje ignacjańskie) został oskarżony o iluminizm i przesiedział 7 tygodni w więzieniu oraz nakazano mu wstrzymać się z działalnością publiczną na 3 lata.

    Palenie czarownic

    Cóż bardziej się kojarzy w powszechnej świadomości z Inkwizycją jak nie procesy o czary i palenie na stosie czarownic ? Prześledźmy zatem fakty, gdyż na przykładzie procesów o czary najlepiej chyba widać funkcjonowanie propagandy tworzącej „czarna legendę” inkwizycji. Ale zacznijmy od początku…

    We wczesnym średniowieczu praktyki magiczne były bardzo rozpowszechnione. Zjawisko to było trudne do powstrzymania – nie zaradziła im ani bulla papieża Jana XXII z 1326 roku (Super illius specula) ani nawet rozporządzenia królewskie (w Kastylii w roku 1414 państwo wydało przepis skazujący na śmierć magów, wróżbitów i astrologów – niemal zupełnie bezskutecznie).

    Na początku władze Inkwizycji nie były pewne, czy sprawy takie w ogóle podlegają ich kompetencji – badano ich związek z wiarą. Zajmowano się raczej tymi spośród nich, które miały bezpośredni związek z kultem szatańskim lub w których – w trakcie obrzędów „magicznych” – profanowano hostię, wodę święconą, oleje chrzcielne, krucyfiks itp.

    Tak więc, aż do roku 1576 istniała pewna dualność – magią zajmowała się zarówno inkwizycja, jak i sądy królewskie i biskupie. Co więcej, sądy inkwizycji były dużo mniej surowe od państwowych (zwykle było to publiczne odrzeczenie, chłosta lub grzywna – w ciężkich przypadkach banicja lub więzienie).

    Po roku 1576 Officium, wychodząc z założenia, iż wiara w astrologię kłóci się z wiarą w wolną wolę człowieka ( na takim stanowisku zresztą stoi Kościół do dziś) wprowadziła książki astrologiczne na indeks (uważano jednak, by nie zabronić używania książek mówiących o zastosowaniu nauki o gwiazdach w rolnictwie, medycynie czy nawigacji). Usiłowano również nakłonić uniwersytet w Salamance do likwidacji wykładów astrologicznych. Zabiegi te zbiegły się w czasie z bullą papieża Sykstusa V Coeli et Terrae, potępiającą oprócz astrologii także wróżbiarstwo i inne praktyki magiczne (zresztą czarostwo potępiali też papieże Innocenty VIII, Aleksander VI, Leon X, Hadrian VI i Klemens VII).

    Wyroki wówczas nie były wysokie – jedynie duchowni mogli się spodziewać dodatkowo utraty święceń.

    W 1486 roku wychodzi książka Młot na czarownice (autorami byli niemieccy inkwizytorzy Sprenger i Kramer) w którym opisano „praktyki” czarownic. Trudno powiedzieć na ile oddawała ona rzeczywistość ówczesnego satanizmu (opisy są raczej wątpliwej wiarygodności), niemniej stała się ona na długie lata szeroko rozpowszechnioną lekturą, mimo potępienia książki przez papieża Aleksandra VI. Ten sam papież zresztą osobiście uchylał wyroki procesów o czary, a gdy w roku 1492 król Hiszpanii Juan wydał edykt wypędzający Żydów (jeśli się nie nawrócą w ciągu czterech miesięcy), papież udzielił im schronienia. (Podobnie gdy Manuel (król portugalski) chciał w pięć lat później skłonić Żydów siłą do chrztu, Aleksander VI wsparł protest miejscowego biskupa i wymógł dla Żydów edykt tolerancyjny.)

    Aleksander VI nie był zresztą wyjątkiem – już wcześniej papieże Innocenty III, Honoriusz III, Grzegorz IX, Celestyn IV, Innocenty IV, Aleksander IV, Urban IV, Klemens IV uchylali wyroki skazujące na śmierć (niestety królowie z reguły nie respektowali takiego uchylenia. W 1252 roku papież Innocenty IV wydał nawet bullę (ad exstirpanda) nakazującą łagodne traktowanie uwięzionych. Powtórzył też w niej zakaz stosowania tortur wobec przesłuchiwanych.

    Nadejście Reformacji jeszcze zaogniło sytuację. Zarówno Marcin Luter, jak i Kalwin czy Bullinger ostro występowali przeciw czarownicom. O ile jednak w krajach, gdzie istniała inkwizycja, poddana szczegółowym przepisom co do sposobu prowadzenia śledztwa i wydawania wyroków proces – nazwijmy to umownie „polowania na czarownice” był ograniczony ścisłymi normami prawnymi i weryfikowany przez władze zwierzchnie, o tyle w innych krajach procesy o czary pozostawiono lokalnym trybunałom. Warto dodać w tym miejscu, że każdy feudał miał pewną władzę sądowniczą na podległych mu terenach – tak więc niedobrze było być majętnym lub nie lubianym przez wojewodę sąsiadem. Pod pozorem oskarżenia o czary załatwiano prywatne porachunki. Skutkiem takiego układu czynników było, iż – według dzisiejszych szacunków – ponad 90% czarownic spalono w krajach protestanckich !

    W samych tylko Niemczech stracono ok. 100 000 (sto tysięcy) czarownic, podczas gdy całkowita liczba osób skazanych na śmierć przez Inkwizycję Hiszpańską przez cały okres jej trwania wynosi najwyżej 25 000 osób 2 (niektórzy historycy podają nawet liczbę… 1 tysiąca). W ogólnym szaleństwie spalono w całej Europie za czary ok. pół miliona osób3.

    W Hiszpanii (podobnie zresztą jak w całej Europie) czarostwo ścigały przede wszystkim władze świeckie ( a także – w mniejszym stopniu – sądy biskupie), zaś największą aktywność przejawiali sędziowie prowincjonalni. Podczas gdy w całej Europie trwał szał palenia czarownic, Generalny Inkwizytor zwołał do Granady w 1526 roku sesję teologiczną która miała rozstrzygnąć realność istnienia czarownic, sabatów itp. Chociaż sesja potwierdziła istnienie czarostwa, jednak ujawniła się na niej frakcja (której przewodził przyszły Generalny Inkwizytor Fernando de Valdes), która poddawała w wątpliwość istnienie czarownic. Fakt ten wpłynął niewątpliwie na to iż od tej pory władze inkwizycji wielokrotnie zalecały ostrożność i powściągliwość w sprawach o czary.

    Co więcej, stwierdzono iż najskuteczniejszą metodą walki z czarostwem jest intensyfikacja misji ewangelizacyjnej na terenach zagrożonych tymi praktykami, powszechne oświecenie religijne oraz fundowanie obiektów sakralnych w miejscach rzekomych sabatów. Grupa Valdesa wysunęła nawet postulat wypłacania z funduszy inkwizycji zapomogi najbiedniejszym, aby nie szukali pomocy w praktykach magicznych.

    Bardzo znanym wydarzeniem w Hiszpanii była sprawa czarownic z Navarry – w sprawie tej, prawdopodobnie opartej na podnieconych nastrojach zapadło kilkadziesiąt wyroków śmierci i pojawiło się sporo fantastycznych opisów. Działo się to w roku 1527.

    Sytuacja ta omal nie powtórzyła się – także w Navarze – w roku 1538. Teraz jednak władze inkwizycji, nie chcąc dopuścić ponownie do wymknięcia się sytuacji spod kontroli wysłały na miejsce specjalnego wizytatora mającego przekonywać miejscową ludność o wątpliwej wartości książek w rodzaju Młota na czarownice. Równocześnie zaostrzono kontrolę lokalnych trybunałów (np. z tego powodu zdymisjonowano w 1550 inkwizytora Sarmiento w Barcelonie).

    Jak widać, mimo szaleństwa w całej Europie, władze inkwizycji nie uległy manii polowań na czarownice. W 1530 roku rozesłano okólnik zalecający ostrożność, zaś wkrótce potem Suprema nakazała przesyłanie do siebie wszystkich wyroków do zatwierdzenia – i z reguły je łagodziła. Ograniczono także dowolność postępowania, żądano dowodów iż taka czy inna szkoda nie mogła powstać z przyczyn naturalnych, lecz jest efektem działania magicznego. Wszystko to prowadziło do niechęci ze strony sędziów świeckich, którzy orzekali w sprawach o czary znacznie wyższe wyroki i czynili to dużo łatwiej. Niechęć ta była tym większa, że inkwizycja zabroniła przekazywania swoich aresztantów sądom świeckim i biskupim, gdyż równało się to częstokroć w praktyce wyrokowi śmierci.

    Znany jest też wypadek, w którym w jednym z trybunałów przyjęto wykładnię, iż samo zgłoszenie oskarżenia o czary mogło być zinterpretowane jako… herezja. Ten prosty manewr powstrzymał nawałę donosów i ostudził ogólną histerię ludności.

    Do dziś nie do końca wyjaśnione są powody tak wielkiej powściągliwości inkwizycji w sprawie czarów. Na pewno jakąś rolę odegrała tu – dość sceptyczna – postawa Inkwizytorów Generalnych (którzy byli z reguły ludźmi wykształconymi), niechęć do represjonowania tzw. starych chrześcijan oraz to, że inkwizycja posiadała zarówno kadry naukowe zdolne do chłodnej refleksji nad sprawą, jak i aparat umożliwiający powstrzymanie samowoli swoich trybunałów. Nadto podsądni w sprawach o czary wywodzili się z dołów hiszpańskiego społeczeństwa – co czyniło ich w oczach trybunału raczej ofiarami, niż wspólnikami diabła.

    Momentem zwrotnym okazała się – paradoksalnie – najbardziej tragiczna karta. W górskim regionie Zugarramurdi w Baskoni, pod wpływem łowów na czarownice uprawianych w pobliskiej Francji wybuchła psychoza strachu. Dokonywano krwawych samosądów, tak że wiele osób zgłaszało się z denuncjacją lub autodenuncjacją do władz świeckich, kościelnych i inkwizycji. Ta ostatnia postanowiła wysłać z misją wizytatora, Juana Valle de Alvarado. Ów w trakcie kilkumiesięcznej wędrówki zebrał oskarżenia przeciw 280 osobom, z czego aresztowano 40 osób (11 z nich otrzymało wyroki śmierci – z tego faktycznie spalono 6 osób).

    Wydarzenia te nie uśmierzyły psychozy w regionie – przeciwnie, samosądy przybrały na sile. W tej sytuacji Suprema zdecydowała się posłać innego wizytatora – został nim członek trybunału inkwizycyjnego Alonso de Salazar y Frias. On także podjął, trwającą 8 miesięcy, wędrówkę po górskim regionie Zugarramurdi. W wyniku auto- i denuncjacji zebrał oskarżenia przeciw ponad 6000 osób. Alonso jednak był prawnikiem i to krytycznym – nie aresztował nikogo, lecz poddał analizie zgromadzony materiał dowodowy. Wykonał także wizje lokalne na miejscu rzekomych sabatów, wykonał próby działania „maści czarownic” (jak łatwo się domyślić, okazało się iż nie potrafi ona ani umożliwić lewitacji, ani nie jest szkodliwa dla zwierząt), dokonał konfrontacji zeznań a nawet zlecił badania lekarskie kobiet, które twierdziły że współżyły z szatanem (niektóre z nich okazały się być dziewicami).

    W tej sytuacji napisał raport dla Supremy, w którym zawarł m.in. następujące słowa :

    ‚[…] Rozważywszy to wszystko z należytą chrześcijańską wnikliwością, nie znalazłem najmniejszych podstaw, by sądzić, że choćby w jednym przypadku doszło do prawdziwych czarów.
    […] Na podstawie mojego doświadczenia wnioskuję o wadze milczenia i powściągliwości, jako że nie było czarownic ani zauroczonych, dopóki nie zaczęto mówić i pisać na ich temat.[…]’

    31 sierpnia 1614 roku Suprema przyznała, iż wyroki w sprawie regionu Zugarramurdi były błędem i formalnie rehabilitowała skazanych, co wiązało się z cofnięciem konfiskat itp. kar dodatkowych. Aby aresztować jakąkolwiek osobę z oskarżenia o czary, potrzebne było od tej chwili przedstawienie niezbitych dowodów, zgoda wszystkich członków trybunału oraz uzyskanie zezwolenia Supremy. Umorzono wszystkie trwające jeszcze procesy o czary, zaś lokalne trybunały otrzymały specjalne kwestionariusze pytań, które miały sformalizować przesłuchania w sprawach o czarostwo. Jeśli ktoś sam zgłaszał się do trybunału należało zadać pytanie czy owa niewierność zdarza się tylko nocą, czy też w dzień – po usłyszeniu odpowiedzi „nocą” kwalifikowano zeznania jako relację ze snu i nie brano ich pod uwagę. Zakazano publikowania sensacyjnych szczegółów i odebrano możliwość orzekania w sprawach o czary sądom świeckim. Wezwano do nasilenia ewangelizacji na terenach objętych psychozą strachu przed czarownicami.

    Mimo że przez wiele jeszcze lat w Europie płonęły stosy, po przełomowym roku 1614 inkwizycja hiszpańska nie skazała na śmierć ani jednej osoby w sprawie o czary – wszystkie procesy kończyły się uniewinnieniem lub czysto symbolicznymi karami. Stanowi to jaskrawy kontrast z krajami protestanckimi – nic zresztą dziwnego jeśli pamięta się jak wielkim zapałem, wręcz obsesją chwytania czarownic pałał zarówno Marcin Luter, jak i Kalwin (w 1545 roku Kalwin spalił za czary – wg własnego widzimisię, bez żadnego sądu – 31 osób w Genewie).

    Choć trudno w to uwierzyć człowiekowi wychowanemu na propagandzie mówiącej jak to inkwizycja hiszpańska polowała na czarownice, fakty świadczą iż właśnie zachowanie świętego Officium w tej sprawie stanowi najjaśniejszy punkt na mapie średniowiecznej Europy.

    Zakres zainteresowań Inkwizycji

    Jako się rzekło, magią i czarownicami zajmowała się inkwizycja raczej niechętnie. Jakie były w takim razie jej główne dziedziny zainteresowań ? Można właściwie je podzielić na cztery rodzaje :

    • judaizujący chrześcijanie
    • moryskowie (mahometanizujący chrześcijanie)
    • heretycy
    • przestępcy przeciw moralności (sodomici, bluźniercy, bigamiści etc.)

    Wbrew obiegowym opiniom, Inkwizycja nie posiadała uprawnień do poddawania śledztwu osób nie będących katolikami (wyjątkiem było czynne znieważenie katolicyzmu lub kapłanów, niemniej procesy takie były rzadkością). Tak więc na przykład deportacje Żydów z Hiszpanii nie miały nic wspólnego z Inkwizycją – były posunięciem królewskim.

    Zasady zachowania zakresu działania bardzo pilnie przestrzegano – w [1] przytoczony jest casus, kiedy to w 1623 roku w Valladolid pewna skazana kobieta prowadzona na miejsce egzekucji poczęła krzyczeć, jakoby nigdy nie została ochrzczona. Reakcją było natychmiastowe wstrzymanie egzekucji i śledztwo, czy tak jest w istocie.
    Podobnie przepisy nie zezwalały na poddawanie śledztwu dzieci – z przykrością trzeba jednak powiedzieć, iż zakaz ten bywał obchodzony.

    Być może najbardziej znaną i komentowaną sprawą jest okres zwalczania herezji Katarów (albigensów), których przedstawia się dziś często jako niewinnych i łagodnych dziwaków. Prawda jednak była inna – Katarzy uważali świat materialny ( w tym ciało człowieka) za dzieło szatana a seks – za zbrodnię. Obrzęd „Oczyszczenia” polegał na zamurowaniu wskazanej osoby celem wyniszczenia jej ciała przez śmierć głodową. Bezpośrednim powodem niechęci chrześcijan do Katarów były morderstwa ( i to na dużą skalę) jakich dopuszczali się oni na katolikach ( szczególnie na duchownych). Nie zamierzam tu twierdzić, iż lekarstwo (wyprawa krzyżowa przeciw albigensom) było mniej krwawe niż choroba – jednak stanowczo należy przeciwstawić się legendzie o „łagodnych Katarach”.

    W procesach przeciw albigensom uczestniczyła jedna z postaci „czarnej legendy inkwizycji”, inkwizytor Tuluzy Bernard Gui. Propaganda antykatolicka ( a także współcześni literaci – patrz Imię Róży Umberto Eco) przypisują mu niezwykłą krwiożerczość i „palenie wszystkich jak leci”. Dokumenty mówią jednak, iż wydawał on mniej więcej 1 orzeczenie „przekazania ramieniu świeckiemu” (czyli praktycznie kary śmierci) na 100 procesów.

    W swym podręczniku pisał iż inkwizytor powinien: „zawsze zachować spokój, nie dać się ponieść złości ani oburzeniu… powinien nie zatwardzać swego serca i nie odmawiać zmniejszenia albo złagodzenia kary zależnie od towarzyszących okoliczności… W przypadkach wątpliwych powinien być ostrożny, powinien wysłuchiwać, dyskutować i badać, aby dojść cierpliwie do światła prawdy”[2].

    Podobna historia jest z Torquemadą – najbardziej „czarna” wersja mówi o 2% wyroków śmierci. I on zostawił zapiski, w których napominał aby „sędziowie nie ulegali gniewowi ani łatwym uproszczeniom, aby pamiętali o miłosierdziu i o tym, że ich celem jest zwalczanie grzechu, nie grzeszników.”[2] Takie słowa mniej dziwią, jeśli się wie iż ów człowiek, stanowiący ulubiony cel ataków swój majątek (już za życia, nie dopiero testamencie) przeznaczał dla biednych ( w tym dla rodzin osób skazanych przez inkwizycję).

    Chciałbym być dobrze zrozumiany, dlatego też powtórzę zastrzeżenie z początku tego tekstu – bynajmniej nie zachwyca mnie że 1 czy 2% oskarżonych zostało straconych. Niemniej obraz ten tak jaskrawo różni się od przedstawianego w literaturze popularnej i rozpowszechnionego w świadomości milionów ludzi, iż trudno nie podziwiać sprawności propagandy antykatolickiej, która go ukształtowała. Dla przykładu : Robert Steel w poważnym dziele Social England pisze „W Anglii liczba powieszonych za herezję przewyższa trzydzieści do czterdziestu razy analogiczne dane dla działalności Inkwizycji Hiszpańskiej”. A jednak inkwizycja jest na ustach i w świadomości wszystkich, zaś o rzezi katolików wstydliwie zapomniano.

    Podobnie sprawa ma się z tzw. rewolucją francuską. W ciągu zaledwie dwu lat (1792-1794) zabito 36000 ludzi, w tym 12 000 bez sądu. O XX-wiecznych ( liczonych dziesiątkami milionów) ofiarach komunizmu nawet szkoda wspominać. Zresztą – jeśli mówimy o Hiszpanii – to komuniści zdołali tam w ciągu czterech lat (1936-1939) rzekomo oświeconego wieku XX zamordować 60 000 ludzi których jedyną wina było pochodzenie, śluby zakonne, posiadanie majątku lub zbyt wysokie wykształcenie. Jak widać, tworzone często porównania inkwizycji do stalinizmu czy hitleryzmu (socjalizmu internacjonalistycznego lub nacjonalistycznego) są głęboko nieuzasadnione i dla Officium krzywdzące.

    Oczywiście to wszystko nie stanowi jakiegoś usprawiedliwienia inkwizycji – cieszyłbym się jednak, gdyby w oskarżeniach zachowano odpowiednie proporcje, i by Ci których „współwyznawcy” (zarówno wiary jak i niewiary) mają znacznie więcej ofiar na sumieniu nie ujawniali tak dobrego samopoczucia oskarżając Kościół Katolicki.
    Prześladowania zarówno „mahometanizujących” jak i „judaizujących” chrześcijan (nigdy – przynajmniej ze strony inkwizycji – ortodoksyjnych Żydów) są najprzykrzejszą sprawą dla katolika przy omawianiu inkwizycji hiszpańskiej. I nie jest żadnym pocieszeniem, iż reszta Europy nie była w tej dziedzinie lepsza ani że przywódca Reformacji, Marcin Luter, nienawidził Żydów, planował ich wyniszczenie lub wypędzenie z Europy oraz że wzywał do pogromów. Owszem, powinno to nieco stonować zapędy krytyczne naszych Braci Odłączonych, niemniej stanowi niewątpliwie powód do smutku i przeprosin ze strony katolików.

    „Judaizujący” byli prześladowani szczególnie w pierwszych latach istnienia Officium, kiedy to nie ujęto jeszcze śledztwa w twarde ramy przepisów, a poszczególne trybunały lokalne miały dużą samodzielność. Co gorsze, byli oni niejako wzięci ” w dwa ognie” – z jednej strony stała inkwizycja, z drugiej zaś ortodoksyjni Żydzi, którzy nie cierpieli „przechrztów”. Do końca XV wieku w ściganiu „judaizujących” z inkwizycją aktywnie współpracowali więc lokalni rabini.

    Pod koniec XV wieku papież Sykstus IV próbował ograniczyć samowolę hiszpańskiej inkwizycji wydając w 1482 specjalną bullę. Zarzucał w niej inkwizytorom kierowanie się żądzą zysku i wystawianie dusz podsądnych na niebezpieczeństwo, przypominał o obowiązku zaznajamiania oskarżonych z zarzutami, brania pod uwagę okoliczności łagodzących oraz umożliwienia apelacji do Rzymu. Nakazywał także przestrzeganie prawa oskarżonego do posiadania adwokata. Szczególnie ważne było to, iż papież udzielił jednocześnie generalnej amnestii.
    Wielu historyków jest zgodnych, że gdyby papież nie ugiął się przed żądaniami królów hiszpańskich i nie odwołał tej bulli, byłby to koniec hiszpańskiej inkwizycji. Niestety, papiestwo nie wykazało należytego hartu ducha i od tej chwili Rzym praktycznie stracił wpływ na inkwizycję. Doszło nawet do tego, iż papieskie zarządzenia zmierzające do poprawy losu oskarżonych nie mogły być w Hiszpanii rozpowszechniane – król wsparł wręcz ten zakaz karą śmierci.

    W późniejszych wiekach nacisk przesunął się z represji na próby nawrócenia, choć przyznać trzeba że jeszcze kilkukrotnie aktywność Officium w tej dziedzinie rozpalała się na nowo.

    Przestępcy przeciw moralności (bluźnierstwa, bigamia, nieortodoksyjność, magia, sodomia) stanowią przedmiot większości spraw począwszy od XVI wieku, przy czym inkwizycja jest zwykle łagodniejsza w tych sprawach niż równoległe sądy świeckie. Być może przyczyna leżała w tym, iż Officium była przeznaczona nie tyle do sądzenia grzeszników, co do zapobieżenia odstępstwom od wiary. Tak więc np. prędzej interesowano się kimś kto głosił iż współżycie przed ślubem nie jest grzechem niż kimś kto taką rozpustę praktykował.

    W sposób ścisły, inkwizycja była urzędem o charakterze eksperckim której jedyne prawdziwe zadanie polegało na orzekaniu o zgodności lub sprzeczności różnych poglądów, prądów i czynów z regułami wiary. W tym sensie inkwizycja istnieje do dziś pod nazwą Kongregacja ds. Doktryny Wiary.

    Zakończenie

    Jak podkreślałem na wstępie, nie jestem zwolennikiem udawania, że inkwizycja w ogóle, a inkwizycja hiszpańska szczególnie stanowi jakiś specjalny powód do chwały. Nawet jeśli przychylić się do zdania tych historyków którzy twierdzą – przez porównanie z innymi krajami – iż per saldo bilans jest dodatni (uratowano wiele istnień ludzkich), inkwizycja zawsze pozostanie nieuprawnioną próbą narzucenia wiary siłą. Nawet jeśli taka była wówczas powszechna praktyka (vide postępowanie mahometan i protestanckich reformatorów), ludzie Kościoła powinni zapewne zachować biblijny postulat bycia „nie z tego świata”. Dlatego słusznym jest, abyśmy zachowali pokorę wobec tych wydarzeń, zwłaszcza ze indywidualna ludzka tragedia nie poddaje się statystykom.

    Przy tych wszystkich założeniach jednak ważnym jest, aby nasza skrucha nie opierała się na sfabrykowanej „czarnej legendzie”, lecz na faktach. Skrucha bowiem i przeprosiny mają sens, jeśli opierają się na znajomości i dezaprobacie wobec zaistniałych wydarzeń – inaczej stanowią obrazę dla ofiar i są jakąś żałosną próbą postawienia się w „wysokim zamku”.

    Nie na darmo papież Jan Paweł II mówił w 1998 roku do uczestników konferencji naukowej n/t inkwizycji, mających przygotować naukową podstawę do przeprosin milenijnych:

    „Magisterium Kościoła nie może przecież podjąć decyzji o dokonaniu aktu natury etycznej, jakim jest prośba o przebaczenie, zanim nie zasięgnie dokładnych informacji o sytuacji panującej w tamtym okresie. Nie może też opierać się na wyobrażeniach o przeszłości, jakimi posługuje się opinia publiczna, często bowiem są one nadmiernie obciążone emocjami i namiętnościami, które utrudniają spokojną i obiektywną diagnozę. Gdyby Magisterium nie wzięło tego pod uwagę, sprzeniewierzyłoby się podstawowemu nakazowi szacunku dla prawdy. Oto dlaczego pierwszym krokiem jest konsultacja z historykami, którzy nie mają formułować ocen natury etycznej, to bowiem wykraczałoby poza zakres ich kompetencji, ale dopomóc w możliwie jak najdokładniejszym odtworzeniu wydarzeń, obyczajów i mentalności tamtego okresu w świetle historycznego kontekstu epoki.”

    Taki właśnie cel przyświecał mi podczas pisania tego tekstu.

    Marek Piotrowski

    Autor zapewnia, iż dołożył wszelkich starań by przedstawione tu treści były zgodne z ustaleniami nauk historycznych. Jeśli dostrzeżesz, szanowny Czytelniku w przedstawionych tu danych jakieś merytoryczne błedy, będę wdzięczny jeśli pomożesz mi wskazując je wraz z odpowiednimi źródłami.
    ________________________________________
    Bibliografia :
    [1] Leszek Biały ‚Dzieje Inkwizycji Hiszpańskiej’ – Książka i Wiedza 1989
    [2] R.A.Ziemkiewicz Stosy kłamstw o Inkwizycji Gazeta Polska 26.09 1996
    [3] Aleksander Mień – Dlaczego spalono Giordano Bruno ?
    [4] Wywiad z prof. Adriano Prosperi dla tygodnika Tascana Oggi
    [5] J. Le Goff, ‚Kultura średniowiecznej Europy’, Warszawa 1970
    [6] Vittorio Messori, ‚Czarne Karty Kościoła’.
    [7] Praca zb. ‚Sto punktów zapalnych w historii Kościoła’ PAX
    [8] J. Huizinga, ‚Jesień średniowiecza’, Warszawa 1974
    ________________________________________
    Przypisyy
    1 Pewnym – chwalebnym – wyjątkiem jest tu Polska
    2 Skąd się zatem wzięły set-tysięczne liczby przytaczane w niektórych publikacjach ? Niektórzy przypuszczają, iż – prócz propagandy – przyczyniło się do tego utożsamienie liczby uczestników auto da fe (obrzędu uroczystego wyznania wiary nawróconych, podczas którego to zapalano… świece) ze stosem. Dane historyczne jednak jednoznacznie zweryfikowały takie utożsamienie jako błędne.
    3 Według innych danych, przytaczanych przez Briana B. Levacka, w wieku XVI w całej Europie spalono za czary około 300 tysięcy osób, głównie kobiet. Dwie trzecie z nich zginęło w protestanckich Niemczech, a około 70 tysięcy w oderwanej od Kościoła Anglii.

  45. MatkaPolka said

    INKWIZYCJA – dlugi wpis – zmoderowalo się

  46. przemądrzałe bydlę said

    @44
    „[3] Aleksander Mień – Dlaczego spalono Giordano Bruno ?”

    Nie spalono (a przynajmniej nie ma na to żadnych dowodów).
    https://marucha.wordpress.com/2010/08/25/fakty-i-mity-odnosnie-do-giordano-bruno/

  47. […]  2014-11-01 (sobota) at 20:18:20 […]

Sorry, the comment form is closed at this time.