Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Kraje zacofane nie rozwiną się nigdy, jeżeli maksymalnie otworzą swoje gospodarki

Posted by Marucha w dniu 2015-03-17 (Wtorek)

Gdyby Korea Płd. przyjęła bezkrytycznie popularną na Zachodzie opowieść o tym, że droga do rozwoju ekonomicznego wiedzie przez maksymalne otwarcie swojej gospodarki, to tkwili byśmy do dziś na peryferiach światowej gospodarki – mówi w wywiadzie koreański ekonomista Ha-Joon Chang.

Czy ekonomia naprawdę jest taka prosta?

Oczywiście. 95 proc. ekonomii można zrozumieć przy użyciu odrobiny zdrowego rozsądku. A bez tych niezrozumiałych 5 proc. można sobie spokojnie poradzić.
Choć jeśli zejść naprawdę głęboko, to sprawa zaczyna się robić mocno skomplikowana, nierzadko skrajnie techniczna albo totalnie ezoteryczna. Ale bądźmy szczerzy: ilu fizyków tak naprawdę rozumie teorię względności Einsteina? A ilu tylko wie o jej istnieniu? Ale czy jeśli ktoś nie jest Einsteinem, to czy nie można powiedzieć, że jest fizykiem? Nie sądzę.

To czemu ekonomia uchodzi za trudną?

Bo ekonomiści wymyślili, że ten hermetyczny żargon i wciskana wszędzie – często na siłę – matematyka im się bardziej opłacają. To z resztą nie jest przypadłość wyłącznie ekonomistów. Każdy zawód bazujący na pewnej technicznej kompetencji radzi sobie w ten sposób. Dzięki tej hermetyczności piloci, hydraulicy czy lekarze sprawniej się z sobą komunikują. Nie bez znaczenia jest również to, że jeśli profesja uchodzi za skomplikowaną, to świadczący ją profesjonaliści mogą łatwiej usprawiedliwiać wysokie ceny swoich usług. Akurat w przypadku ekonomii – najlepiej opłacanej nauki społecznej – widać to bardzo dobrze.

Nie przesadza pan?

Ja przesadzam? Guru amerykańskiej ekonomii akademickiej Gregory Mankiw z Uniwersytetu Harvarda (prof. Mankiw jest autorem najważniejszego podręcznika ekonomii, z którego uczą się amerykańscy studenci – red.) powiedział kiedyś mniej więcej tak: „Ekonomiści lubią udawać naukowców. Wiem, bo sam to robię. Kiedy wchodzę na zajęcia ze studentami pierwszego roku, zaczynam od bardzo formalnego wykładu przedstawiającego ekonomię jako dziedzinę, w której wszystko można zmierzyć i w miarę precyzyjnie przewidzieć. Dlaczego to robię? A co? Mam mówić młodym, pełnym dobrych chęci ludziom, że zapisali się na jakieś chybotliwe akademickie rozważania, które nie zakończą się zdobyciem żadnej twardej wiedzy? Już wkrótce sami się o tym przekonają”.

Ekonomista chyba jednak zna się na gospodarce lepiej niż zwykły śmiertelnik.

I właśnie takie myślenie daje ekonomistom niesamowitą przewagę. Już na wstępie dostają do ręki możliwość wypowiadania się z lepszej, bo eksperckiej perspektywy. Z jakiegoś dziwnego powodu ludzie w tej akurat dziedzinie wyjątkowo łatwo akceptują tytularne autorytety.

Proszę zwrócić uwagę, że większość zwykłych ludzi nie ma większego problemu z wypowiadaniem się na takie tematy, jak: wojna w Afganistanie, energia atomowa, zmiana klimatu, małżeństwa gejowskie albo aborcja. I robimy to, nawet jeśli nie jesteśmy wojskowymi i nie mamy doktoratów z fizyki jądrowej, biologii albo etyki. Bo wydaje nam się – i całkiem słusznie – że to są sprawy o dużym znaczeniu dla społeczeństwa. Jest więc nawet wskazane, by świadomi i aktywni obywatele się w te spory mieszali. W końcu tak funkcjonuje demokracja.

A poza tym inteligentny człowiek potrafi zajmować stanowisko nie tylko w kwestiach, w których siedzi po uszy. Po to jest w końcu człowiekiem inteligentnym i potrafi wnioskować na podstawie dostępnej wiedzy, umie tę wiedzę poszerzać i oceniać wiarygodność argumentów.

A ze sporami ekonomicznymi tak nie jest?

Gdy rozmowa wchodzi na tematy ekonomiczne i wyjdzie na jaw, że w gronie dyskutujących jest ekonomista, wszyscy kładą uszy po sobie. A często ludzie w ogóle nie chcą się wypowiadać na tematy ekonomiczne. „To jakieś trudne, techniczne wyliczenia” – myślą i oddają ekonomię ekonomistom.

Wygląda na to, że tak to działa na wielu różnych poziomach. Wie pan, ilu polskich ministrów finansów po 1989 r. to byli ekonomiści?

Ilu?

Wszyscy. Cała siedemnastka. To coś jakby niepisana reguła polskiej polityki. Która nie ma precedensu w żadnej innej dziedzinie życia politycznego. Bo przecież ministrem zdrowia nie zostaje automatycznie lekarz, a na stanowisku szefa resortu sprawiedliwości nie musi zawsze pojawić się prawnik. Niekiedy – jak choćby w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej – wprowadzona zostaje zasada cywilnej kontroli nad resortem.

I tak to właśnie działa. Gdy dochodzi do tematu ekonomicznego, to skądinąd odpowiedzialni i inteligentni ludzie zaczynają się zachowywać jak dzieci. Bo przecież przekonanie, że ekonomista będzie najlepszym politykiem gospodarczym, jest oparte wyłącznie na wierze. Na to nie ma żadnych dowodów. A jeśli już mielibyśmy się tu doszukiwać jakiejś zależności, to będzie ona raczej odwrotna, niżbyśmy się spodziewali.

To intuicja czy ma pan jakieś dowody?

Porównajmy z sobą dwa regiony świata: Azję Wschodnią i Amerykę Łacińską. Oba mniej więcej w tym samym czasie podjęły próbę dogonienia rozwiniętego gospodarczo świata.

W Ameryce Łacińskiej na czele tych przemian stanęła kasta zawodowych ekonomistów. Nierzadko wykształconych na najlepszych amerykańskich uniwersytetach: od Harvardu po Chicago.

W Azji było inaczej. W Japonii w resortach gospodarczych dominowali prawnicy. A na Tajwanie i w Chinach inżynierowie. Podobnie w mojej rodzinnej Korei. Oh Won-chul, w latach 70. główny strateg przestawienia gospodarki z eksportera niskoprzetworzonych towarów na lidera elektroniki i przemysłu ciężkiego, był… właśnie inżynierem.

A teraz porównajmy dorobek gospodarczy Ameryki Łacińskiej z Azją Wschodnią w okresie powojennym. Korea Południowa, Japonia, Tajwan, a potem Chiny rozwijały się wtedy w zawrotnym tempie, faktycznie dołączając do grona najbogatszych państw świata. A Ameryka Łacińska stała w zasadzie w miejscu, okresy koniunktury przeplatając regularnie powracającymi kryzysami.

Inny przykład to Portugalia. Niedawno czytałem, że prawie 90 proc. tamtejszych ministrów finansów od czasów II wojny światowej miało tytuł doktorski z ekonomii. Mimo tego faktu Portugalia uchodzi dziś za jedną z najgorzej zarządzanych gospodarek Europy Zachodniej.

Może to przypadek.

Jasne, że tu nie musi być bezpośredniego wynikania. Ale to chyba dosyć powodów, by przestać wierzyć w bajeczkę, że dobra polityka gospodarcza wymaga zaangażowania dobrych ekonomistów. Na tym polu w stu procentach zgadzam się z królową Elżbietą II, która w listopadzie 2008 r. odwiedziła London School of Economics. Najpierw grzecznie wysłuchała wystąpienia o przyczynach wybuchu kryzysu finansowego, który właśnie ogarniał świat. A zaraz potem dobrodusznie, ale celnie zapytała: „No dobrze, ale jak to możliwe, że nikt z państwa tego nie przewidział?”.

Zawsze jest pan taki ostry wobec własnej profesji?

Tu nie chodzi o jakąś szczególną złośliwość wobec swojego plemienia. Raczej o uświadomienie sobie, że oddawanie tak kluczowej dziedziny życia jak gospodarka garstce technokratów nie jest dobrym pomysłem. I to z dwóch powodów. Po pierwsze to jest zaprzeczenie demokracji. Bo przecież nie po to mamy legalnie wybranych przedstawicieli, żeby zaraz potem mówić im: „O nie, bratku! Ty nosa w gospodarkę wkładać nie będziesz! W innych dziedzinach proszę bardzo, ale od gospodarki wara! Tu trzeba się znać”.

A drugi powód?

Drugi powód to ekonomiczny imperializm. Ekonomistom nie wystarcza to, że żaden laik nie śmie zapuszczać się na ich poletko. Oni sami bardzo chętnie mieszają się do innych dziedzin. Już w 1932 r. angielski ekonomista Lionel Robbins stworzył z pozoru niewinną definicję ekonomii. Czytamy w niej, że „ekonomia to nauka o ludzkim zachowaniu jako o stosunku między danymi celami i ograniczonymi środkami o alternatywnych zastosowaniach”.

Brzmi niewinnie.

Tylko z pozoru. De facto oznacza to, że ekonomia to badanie racjonalnych ludzkich zachowań. A jeśli tak, to niby dlaczego nie przyłożyć jej do wszystkich innych dziedzin życia. I to się właśnie dzieje! Gary Becker…

Zmarły w tym roku amerykański noblista i filar szkoły chicagowskiej.

Tenże Becker zasłynął używaniem ekonomii wszędzie: do analizowania relacji w małżeństwie, przestępczości czy polityki narkotykowej. W wersji pop to samo robią takie książki jak „Freakonomia” (wydania polskie 2008 i 2011 – red.), gdzie ekonomista Steven Levitt i dziennikarz Stephen Dubner piszą o ekonomicznych prawidłach stojących za zachowaniem japońskich zawodników sumo czy członków Ku-Klux-Klanu. I robią to rzecz jasna fantastycznie. Ale w ten sposób tworzy się wrażenie, że ekonomia jest wszędzie. I że wszędzie można – a nawet należy – zastosować żelazne reguły podaży i popytu. Tymczasem każdy z nas wie, że to bzdura. Choć większość ludzi gasi ten sprzeciw już w zarodku. Bo przecież skoro tak mówią ekonomiści, to coś musi być na rzeczy.

Cały czas mówimy o ekonomistach jako o jednym plemieniu. A przecież to profesja wewnętrznie podzielona jak żadna inna.

O, tak! Dzieje się tak dlatego, że ekonomia nie jest nauką ścisłą, która może się oprzeć na wiedzy pewnej. Dlatego pozostają interpretacje. A ponieważ interpretacje mogą być skraje różne, więc rodzą się gorące spory. Nieraz idzie naprawdę na noże.

Jak normalny człowiek ma się w tym chaosie połapać?

Wystarczy, że będzie świadom istnienia dziewięciu podstawowych szkół ekonomicznych.

Aż dziewięciu?! To nie jest tak, że wszystko sprowadza się do sporu wolnorynkowców z etatystami?

Gdyby to było takie proste, nie musiałbym pisać książki „Ekonomia. Instrukcja obsługi”! Moim zdaniem najważniejszych szkół jest dziewięć. I każda z nich ma trochę racji, a jednocześnie każda się trochę myli. Jak to w życiu.

Od czego zaczniemy?

Zacznijmy od szkoły klasycznej. To tradycja myślenia wywodząca się od Szkota Adama Smitha i kontynuowana w XIX w. przez Anglika Davida Ricardo czy Francuza Jeana Baptiste’a Saya. To oni wymyślili „niewidzialną rękę rynku” i byli zdecydowanymi zwolennikami wolnego handlu. W jednym zdaniu ich przesłanie można podsumować tak: wolne rynki są dobre, bo konkurencja dyscyplinuje wszystkich uczestników gry. Dlatego niech nikt tego mechanizmu nie rusza, bo go popsuje.

To myślenie dość popularne w polskiej publicystyce ekonomicznej.

Ono ma jednak parę słabych punktów. Klasycy generalnie nie potrafią radzić sobie z kryzysami i z problemami społecznymi, takimi jak bezrobocie. Każą się tym zjawiskom bezczynnie przyglądać, jakby to był jakiś dopust boży. Bo my, śmiertelnicy, zaradzić im i tak nie możemy.

Pesymiści.

I trochę niedzisiejsi. Poza tym myśl klasyczna – stworzona w czasach rewolucji przemysłowej – ma już jednak swoje lata. Dlatego gdzieś po drodze wykiełkowała z niej tradycja neoklasyczna. Jej najważniejszy przedstawiciel to zmarły w 1924 r. Alfred Marshall, guru angielskiej, a co za tym idzie – światowej ekonomii pierwszej ćwiartki XX w.

Co mówią neoklasycy?

Oni uważają, że jednostka wie, co robi. I dlatego nie należy uszczęśliwiać jej na siłę. Duch neoklasyczny jest w ekonomii obecny do dziś. To od nich pochodzi na przykład kluczowe w ekonomii pojęcie użyteczności. Czyli subiektywnego zadowolenia homo oeconomicus z rzeczy, które mu się przytrafiają. Według neoklasyków człowiek to jest taka racjonalna maszyna, która cały czas goni za tym, by tej użyteczności mieć jak najwięcej. A gospodarka to suma takich właśnie maszynek.

I to jest – jak rozumiem – jednocześnie słaby punkt podejścia neoklasyków do ekonomii.

Tak. Bo wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Czy widzimy tam takie racjonalne maszynki goniące za maksymalizacją swojego egoistycznego interesu?

Czasem tak, a czasem nie.

No właśnie. Czy bankowcy pompujący bańkę na rynku nieruchomości przed rokiem 2008 działali racjonalnie, czy głupio? Czy gospodarka dobrze na tym wyszła? Kilka takich pytań i całe neoklasyczne rozumowanie zaczyna się chwiać. Do tego dochodzi jeszcze zarzut natury klasowej. To znaczy, że neoklasycy są obrońcami status quo. Jesteś bogaty? Widocznie zasłużyłeś! Jesteś biedny? Pewnie byłeś głupi i leniwy! To dlatego neoklasyków więcej na wyższych partiach drabiny społecznej. A im niżej, tym jest ich mniej.

I tak dochodzimy do kolejnej szkoły ekonomicznej, czyli marksizmu.

Jej przedstawiać aż tak bardzo nie trzeba. Sedno marksizmu tkwi w przesłaniu: kapitalizm to znakomite narzędzie rozwoju ekonomicznego. Ale upadnie. Bo jest oparty na wyzysku. I ci wyzyskiwani w końcu upomną się o swoje interesy.

No i upomnieli się!

I tak, i nie. Bo historia pokazała, że Marks miał i ma nadal wiele racji w punktowaniu słabości kapitalizmu. Ale w jednym go nie docenił. Nie przewidział, że będzie on w stanie tak się przepoczwarzać, by uniknąć wielkiej rewolucji komunistycznej na szeroką skalę.

Dzięki czwartej szkole, czyli keynesizmowi.

Dlatego trudno powiedzieć, czy keynesizm jest lewicowy, czy raczej konserwatywny. Bo z jednej strony forsuje on konieczność stworzenia takich mechanizmów, które przesuną środki od bogatych w kierunku biednych. Głównie w formie rządowej interwencji w gospodarkę. Jednak z drugiej strony keynesiści stawiają na redystrybucję nie dlatego, by raz na zawsze zniwelować podziały społeczne. O, nie! Oni nie są marksistami. Chcą tylko, żeby biedniejsi mieli środki, które pozwolą im na kupowanie produktów tworzonych przez kapitalistów. Żeby te pieniądze mogły do nich wrócić. Keynesizm jest więc szkołą pokojowego zmniejszania nabrzmiałych problemów społecznych. Ale nie rości sobie ambicji do ich rozwiązania raz na zawsze.

A słabe strony Keynesa?

Skupienie się na krótkim okresie. Keynes jest autorem słynnej frazy, że „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”. I to była wielka siła jego szkoły, bo ona nie pozwalała chować głowy w piasek, gdy gospodarką wstrząsała recesja. Ale to miało też swoje negatywne strony. Bo stosowany zbyt długo keynesizm rodzi skostnienie. Jest raczej słaby w radzeniu sobie z długofalowymi problemami: skutkami postępu technologicznego albo wypaczania się instytucji.

Jak Keynes, to i jego główny rywal – Friedrich von Hayek. Czyli szkoła austriacka. O co im – jednym zdaniem – chodziło?

Austriacy mówią: nie ma takiej instytucji, która byłaby w stanie przetworzyć wszystkie informacje od nabywców i sprzedawców. Dlatego najlepiej zostawić wszystko rynkowi. Szkoła austriacka była dzieckiem swoich czasów. Miała być odtrutką na próby zaprowadzenia centralnego planowania. Jej popularność w USA – począwszy od lat 70. – wiązała się również z ponownym zaostrzeniem zimnej wojny. Bo każdy pocisk, który można było odpalić w znienawidzony Związek Radziecki, był dobry.

Wyczuwam ironię.

Szkoła austriacka jest tyleż spójna, ile oderwana od rzeczywistości. Hayek był bowiem radykałem. W swoim sztandarowym dziele „Droga do niewolnictwa” pisał wręcz, że każda interwencja rządu w gospodarkę wprowadza kraj na równię pochyłą wiodącą wprost do socjalizmu. Podkreślam słowo „każda”. Rzecz w tym, że nie ma świecie kraju, w którym rząd zupełnie wycofał się z gospodarki. I nigdy nie będzie. Bo to by był jakiś horror.

Szkoły, o których do tej pory mówiliśmy, są dość znane. Te mniej oczywiste zostawił pan na koniec.

Moim zdaniem najważniejszą spośród niedocenianych szkół ekonomicznych jest ekonomia rozwoju. Pokazuje ona świat z nieco innej perspektywy niż te poprzednie. To jest optyka krajów biednych i słabo rozwiniętych. Takich jak pańska ojczyzna Polska i moja – Korea.

Korea trochę jednak bogatsza.

Ale nie zmienia to faktu, że gdyby Korea przyjęła bezkrytycznie popularną na Zachodzie opowieść o tym, że droga do rozwoju ekonomicznego wiedzie przez maksymalne otwarcie swojej gospodarki, to tkwili byśmy do dziś na peryferiach światowej gospodarki. I to jest właśnie główne przesłanie ekonomii rozwoju. Dowodzi, że kraje zacofane nie rozwiną się nigdy, jeżeli zdadzą się tylko na rynek. Bo ten zawsze premiuje silniejszych. Wbrew pozorom tego typu myślenie nie zrodziło się w Korei, Japonii ani w Chinach.

Tylko gdzie?

W średniowiecznej Anglii. W renesansowych Włoszech. A potem w USA po zwycięskiej wojnie o niepodległość.

To Ameryka nie była od początku swego istnienia wolnorynkowym rajem?

To jeden z największych mitów historii gospodarczej. Amerykanie stali się promotorami wolnego handlu, gdy już poczuli, że mogą sobie na to pozwolić. Ale wcześniej należeli do największych zwolenników ekonomicznego protekcjonizmu. Takie podejście wymyślił sekretarz skarbu Alexander Hamilton.

Ten z banknotu dziesięciodolarowego.

Ten sam. On jest autorem koncepcji „raczkujących gałęzi przemysłu”, które państwo musi chronić z pomocą wszystkich dostępnych środków: barier celnych, a – jeśli zajdzie taka potrzeba – nawet metodami wojskowymi. A dopiero gdy przemysł się rozwinie, może się boksować na bardziej otwartych rynkach. Mówiąc krótko, Hamilton był ojcem tej samej koncepcji, z którą 200 lat później walczyły ulokowane w Waszyngtonie instytucje finansowe: MFW i Bank Światowy.

Dużo tego wszystkiego się robi. Jakie szkoły nam jeszcze zostały?

Ważna jest też szkoła schumpeterowska. Jej guru Joseph Schumpeter też był Austriakiem. Ale z Hayekiem łączyło go niewiele. Schumpeter był trochę jak Marks. Bo też przewidywał, że kapitalizm wpadnie w kłopoty. Choć nie z powodu rosnących różnic społecznych. Zdaniem Schumpetera firmy będą rosły i rosły, aż w końcu staną się niewydolnymi biurokratycznymi potworami. Niezdolnymi do wygenerowania jakichkolwiek innowacji.

Miał wiele racji.

Ale nie sprawdziła się jego główna przepowiednia – kapitalizm nie upadł. Bo kapitalizm i na tym polu okazał się sprytniejszy. Wytworzył mechanizmy samonaprawy. Na przykład na polu innowacji wielkie koncerny zaczęły współpracować z rządem. I to w ten sposób powstaje dziś większość przełomowych odkryć, które ciągną gospodarkę do przodu. Wystarczy wspomnieć internet.

Czy to już wszyscy?

Skąd. Możemy jeszcze wspomnieć o szkole instytucjonalnej i szkole ekonomii behawioralnej. Obie są wynikiem niezgody na ograniczanie ekonomii tylko do spojrzenia szkoły klasycznej i szkoły neoklasycznej. Czyli sprowadzania ludzi do tych racjonalnych i egoistycznych maszynek, które gonią jedynie za maksymalizacją użyteczności.

Co mówią instytucjonaliści?

Że każdy z nas jest produktem społeczeństwa, z którego wyrósł. Nawet wtedy, gdy może zmieniać panujące w nim zasady.

A jaśniej?

Weźmy pod rozwagę taką zagadkę: dlaczego w gospodarce rynkowej w ogóle istnieją firmy, nierzadko organizujące więcej niż jeden etap produkcji jakiegoś towaru? Przecież teoretycznie na każdym z nich powinien zarabiać osobny homo oeconomicus.

To się nie opłaca.

No właśnie. Instytucjonaliści spopularyzowali termin kosztu transakcyjnego. W każdym społeczeństwie takie koszty kształtują się inaczej. I dlatego homo oeconomicus w Brazylii zachowuje się inaczej niż jego odpowiednik w Wielkiej Brytanii.

A ostatnia szkoła twierdzi, że homo oeconomicus… nie istnieje. I nigdy go nie było.

To behawioryści. Oni z kolei poddali w wątpliwość inne założenie szkoły klasycznej, czyli racjonalność pojedynczego uczestnika ekonomicznej gry. Bo niby na jakiej zasadzie ekonomiści mówią, że ludzie zareagują w ten albo inny sposób na jakiś ekonomiczny impuls? Czy nie przeceniają ich zdolności do analizy sytuacji? Czy nie zapominają o pułapkach myślowych, w które każdy z nas wpada?

Mamy zatem dziewięć szkół…

A teraz pora uświadomić sobie, że w praktyce nigdy nie mamy do czynienia z tylko jedną z nich. Zawsze to będzie koktajl złożony z różnych szkół i tradycji.

To dobrze?

Bardzo dobrze. Dlatego na podręcznikach ekonomii powinno się zawsze znajdować ostrzeżenie: „Wypicie tylko jednego składnika surowo wzbronione. Może prowadzić do arogancji, a nawet martwicy intelektualnej”.

To już nawet nie pytam, do której szkoły pan siebie zalicza.

I słusznie.

Ha-Joon Chang – koreański ekonomista pracujący na Uniwersytecie Cambridge. Autor kilku głośnych książek, w tym „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie” (wydanie polskie 2013 r.). W 2014 r. ukazała się jego najnowsza książka „Economics: The Users Guide” (Ekonomia. Instrukcja obsługi).

http://forsal.pl

A mit, że Stany Zjednoczone wzbogaciły się dzięki wolnemu rynkowi, jest nieśmiertelny…
Admin

Komentarzy 28 to “Kraje zacofane nie rozwiną się nigdy, jeżeli maksymalnie otworzą swoje gospodarki”

  1. Głosiliśmy, że CUDY GOSPODARCZE BYŁY TYLKO TAM, GDZIE RZĄDZILI PATRIOCI – czego Antytezą są Balcerowicz i Tusk, a dla spermy jerozolimskiej nacjonalistą jest każdy patriota. Balcerowicz został oskarżony Sądownie o sprzeniewierzenie 54 bilionów zł (nie mld), które to Oskarżenie zawiesił Pełniący Obowiązki Prezydenta III RP Komorowski, więc ciekawe o ile zostanie oskarżony Tusk poza Złodziejskim i KORUPCYJNYM Zadłużeniem?
    Ja posługiwałem się formuła prestiżowego francuskiego publicysty ekonomicznego: RZĄD MAZOWIECKIEGO-BALCEROWICZA ZACHOWUJE SIĘ TAK, JAKBY CHCIAŁ POLSKĘ SPRZEDAĆ, JAK NAJSZYBCIEJ, DRAPIEŻNEMU KAPITAŁOWI MIĘDZYNARODOWEMU A JA TAKIEJ POTRZEBY NIE WIDZĘ. – CO JEDNAK BĘDZIE, JEŚLI DRAPIEŻNY KAPITAŁ MIĘDZYNARODOWY POTRAKTUJE POLSKĘ JAKO ŁUP? GDZIE WY PANOWIE IDZIECIE – MOŻE DO KALKUTY? Doktor Siut mówił mi zaś, że jego przyjaciel – wiceminister w Bonn – mówił mu: CO WY W TEJ WARSZAWIE ROBICIE? PRZYJMUJECIE Z HONORAMI TYCH OBWIESI, KTÓRYCH MY SIĘ TU W BONN BOIMY. TOŻ TO POWINIEN WISIEĆ JEDEN Z DRUGIM…
    Generał de Gaulle Wsadził Gomułce Depeszę Emską a Niemcy wygrali III wojnę światową przez wsadzenie mi do DUPY Satelitarnej Detekcji Złota. Tusk wygrał zaś z mym Aerobusem przez sprzedanie ŚWIDNIKA mafii sycylijskie

  2. biscoter said

    Nieco przykrótki opis tych szkół ekonomicznych, rozumiem że taka była formuła wywiadu, aby czytelnik zainteresował się zakupem książki autora.

    To co tam zawarto jest jednak prawdziwe. I w sumie to dla mnie nic nowego. Można mi wierzyć albo nie, ale o tym uczy się w Polsce na studiach, przynajmniej na tej uczelni ekonomicznej, do której uczęszczałem. Co z tego, skoro łebki które tam siedzą w większości nie mają na gospodarkę żadnych własnych zapatrywań lub bardzo mgliste, a ci którzy mają to w większości liberałowie i libertarianie.

    Lansowanym, że tak powiem, systemem ekonomicznym jest społeczna gospodarka rynkowa. Może nawet nie lansowanym tylko opisywanym jako współcześnie dominujący, co wyzwala odruch stadny, że trzeba to popierać. Na jedno wychodzi. I nie że nie ma definicji tego systemu, że nie wiadomo co to jest i to musi być jakaś dziwna chimera.
    Społeczna gospodarka rynkowa to nic innego tylko sięgnięcie po osiągnięcia Keynesa. Opiera się na dwóch filarach:

    I Generalnie przyjmuje za prawdziwe założenia gospodarki wolnorynkowej, a więc także wspominane przez autora tezy o dążeniu do jak największej użyteczności, regulowaniu rynku przez popyt i podaż itp.

    II Widzi wady kapitalizmu polegające na nadmiernej różnicy w dochodach (żaden wykładowca nie pokusił się nigdy odpowiedzieć konkretnie na moje pytanie co to oznacza nadmierna i kiedy nadmierna nie jest, ale można samemu pewne odpowiedzi wymyślić) i postuluje interwencję państwową w gospodarkę właśnie po to, aby wykorzystać redystrybucję. Mydli się w tym miejscu ludziom oczy elementami marksistowskimi, że podatek ma redystrybucyjną rolę i prawdziwie przyczynia się do zniwelowania różnic między najbogatszymi a najuboższymi. Ale w gruncie rzeczy chodzi właśnie o to, żeby ludzie mieli za co kupować.

    Taki system wymaga od państwa utworzenia najróżniejszych instytucji i wdrożenia rozwiązań socjalnych, dzięki którym zdecydowana większość obywateli jakoś tam wiąże koniec z końcem i może żyć choćby od pierwszego do pierwszego. Ale nie pozwoli dogonić najbogatszych, bo przyjmuje za dogmat wolny rynek i wymienione przez autora związane z tym konsekwencje oraz inne, które każdy może zaobserwować na polskim podwórku chociażby.

    Przytoczony przykład USA pokazuje, że tylko mądre zarządzanie gospodarką przez państwo może pozwolić na rozwój państwa. I nie należy się tutaj odwoływać do jakichkolwiek dogmatów, tylko wykorzystywać dostępne instrumenty, narzędzia.

    Podobnie jak w każdej innej dziedzinie nauki. Mechanik nie używa zawsze tego samego klucza, kucharz tych samych metod przy przygotowaniu różnych dań, a matematyk nie upiera się, że dzielenie można zapisać tylko w formie ułamka oraz że tak jest najlepiej zrobić.

    W ekonomii tych instrumentów mamy multum. Od rozwiązań wolnorynkowych, poprzez pośredni wpływ państwa na rynek w postaci podatków aż po bezpośredni interwencjonizm w postaci regulacji i zaporowych opłat. Nie ma co się szczypać i w to wszystko wdrażać emocje, tylko na zimno należy kalkulować co nam się na tę chwilę najbardziej opłaca.
    Moim zdaniem nie można przyjmować założeń wolnego rynku jako aksjomatów z uwagi na ich niepewność. Tylko czasami zdają egzamin.

    Aby dojść do tego momentu na studiach, to trzeba już zajrzeć do kilku książek. Bo przykłady na wadliwość wolnego rynku naprawdę można znaleźć, niektórzy autorzy podręczników akademickich z ochotą je załączają, szczególnie jeśli sami je wykryli. Mogą wtedy poszczycić się odkrywczością.

    Jak więc w praktyce osiągnąć rozwój gospodarki w swoim państwie?

    Po prostu trzeba sobie postawić cel. Dajmy na to, że chcemy, aby w Polsce produkowano polskie samochody. Teraz musimy zdefiniować co trzeba zrobić, aby ten cel osiągnąć i jakie stoją przed nami przeszkody. Musimy tak dobrać specyfikacje tego produktu, aby przypadł on do gustu ludziom. W przypadku samochodu może to być niskie spalanie, tanie części zamienne, wygoda itp. Następnie dobieramy środki rozwiązujące wszystkie stojące na tej drodze przeszkody biorąc pod uwagę uwarunkowania polityczne (na przykład ratyfikowane przez nas umowy międzynarodowe w sprawach gospodarki). I wdrażamy te środki, bacznie obserwując, jakie przynoszą skutki. Trzeba być gotowym na niespodzianki i ewentualne korekty w planie.

    To nie jest wcale takie proste jak by się wydawało, ale od tego są te wszystkie konkursy, ci spece i konsultanci oraz naukowcy. Aby wymyślić właściwe rozwiązania. Tak właśnie na przestrzeni wieków zachowywały się suwerenne państwa, których rządom leżało na sercu rozwijanie gospodarki swojego państwa.

  3. wanderer said

    Najwazniesjszy jest zdrowy rozsadek. Dar od Pana Boga. To dzieki niemu radzimy sobie indywidualnie, lepiej niz niejeden „ekonomista”, nawet przy bardzo ograniczonym budzecie. Mechanizmy ekonomii sa bardzo proste, prawie wszystko mozna odniesc do przykladow z zycia i podstawowych praw fizyki. To une chca przekonac ludzi o skomplikowaniu tej dziedziny zeby sie za bardzo nie zaglebiac w temat i nie widziec ich przekretow i kreowania z niczego. To jest cala prawda.

  4. EKO-LAS said

    Już tutaj, kilka lat temu w dyskusji o pieniądzu jako takim, odniosłem się do relacji jego znaczenia w odniesieniu do energii, rozpatrywanej w ujęciu fizyki.

    Otóż, jeżeli na wyprodukowanie jakiegokolwiek towaru, czy wykonanie usługi konieczne jest „spożytkowanie” wyliczalnej ilości energii, to wynagrodzenie otrzymane w pieniądzu powinno umożliwić nabycie innego towaru lub usługi, dla których zbywca „zużył” co najmniej porównywalną ilość energii.

    Obecnie zaś rolą drapieżnych ekonomistów, jest dbanie o to, aby przy tej całej wymianie energii prowadzonej pomiędzy podmiotami, uzyskać jak największą jej nadwyżkę w bilansie. Do tego celu wykorzystuje się tworzone marketingowo trendy i tak zwane gry kapitałowe na osłabianie walut.

    Jeżeli celem działań będzie tylko i wyłącznie gromadzenie pieniądza, bez przeprowadzonej ENERGETYCZNEJ analizy opłacalności jego uzyskania, to każde biznesowe działanie może skończyć się katastrofą.

    Jeżeli jakikolwiek kraj nie jest zainteresowany utrzymywaniem dodatniego „bilansu energetycznego” w wymianie międzynarodowej, to niechybnie skończy tak jak Polska.

    Skuteczna i prosta ekonomia to taka, która wskazuje najprostsze rozwiązania dzięki którym zyskujemy a nie tracimy zasobu ENERGII, bo każda jednostka energii na całym świecie ma taki sam potencjał. Różnica jest tylko w tym, że są zakątki świata gdzie zasobów tej energii jest więcej, a są również i takie gdzie jest ich mniej.

  5. jazmig said

    Niewidzialna ręka rynku działa, jeżeli rynek jest wolny. Kryzysy kończą się tym szybciej, im mniej rządy ingerują w rynek, a tam, gdzie rządy nie ingerują, nie ma kryzysów.

    Korea bez ingerencji rządy wyszłaby ze swojego zacofania o wiele szybciej, niż wyszła. Zamknięcie rynku zlikwidowało konkurencję, co utrudniało rozwój wszystkich dziedzin życia, w tym techniki. Dowodem na to jest PRL i ogólnie obóz komunistyczny, gdzie kraje należące do tego obozu były zacofane technicznie o 20-50 lat wobec krajów zachodnich, gdzie istniała konkurencja.

    Brednie i syf umysłowy – admin

  6. Re: Artykul.
    Poznac Ekonomie, to poznanie co z czego wynika…
    (bez zadnych „posrednikow”)…
    =========================
    jasiek z toronto

    http://polskawalczaca.com

  7. Jacek said

    To,ze „wolny rynek” jest chimera to wiadomo od samego poczatku „wolnego rynku”. Wolny ale dla kogo i po co? Tak samo zreszta jest z pytaniem o to jaki jest stan gospodarki, zalezy dla kogo. „Wolny rynek” to jest haslo zwolnienia sily (dzisiaj finansowej wspartej policyjna, jak wyraznie pokazuje przypadek „przodujacej gospodarki zachdniej” czyli „gospodarki” usraela) od wszelkich ograniczen spolecznych, tzn moralnych ( za „sw.” reagana bylo to haslo „greed is good”). „Wolny rynek” prowadzi wiec nieuchronnie do monpolizacji (oligarchizacji) wladzy finasowej ( w koncu w skali globalnej) i o to chodzi. Ktos musi jednak reszte trzymac za morde i stad wynika w „ramach wolnego rynku” koniecznosc ciaglego zwiekszania inwigilacji i zakazow „myslowych” i ekonomicznych, a najlepiej chemicznej lub biologicznej ( genetycznej) lobotomii pospolstwa. Wlasnie jestesmy na tym etapie „urynkowiania” w „panstwach zaawansowanej demokracji zachodniej”, do ktorych III RP „dolczyla” po „wejsciu” do jewropy, prowadzona zreszta przez „najwiekszego z rodu slowian”.

    Wbrew temu co mozna przeczytac powyzej pod #2 podstawowa rola panstwa nie jest sterowanie np. produkcja samochodow, ale podporzadkowanie gospodarki wymogom moralnym czyli Prawa Naturalnego. Inaczej „panstwo” jest jedynie oraganizacja policyjna wobec wlasnych obywateli (realizuje wiec „marksistowska”, czytaj talmudyczna, „definicje” panstwa ” panstwo jest aparatem ucisku”, ktora zreszta przenosi sie na wszystkie aspekty zycia i np dla tzw feministek gumka od majtek jest aparatem ucisku- oczywiste – prawda? wiec nalezy sie jej pozbyc, z czego „wynika” ze nalezy paradowac z gola d.pa). Takie „panstwo” zobowiazane jest rowniez do dostarczania sil policyjnych na zapotrzebowanie globalne (latwo zauwazyc,ze te role spelniaja wlasnie „panstwa zaawansowanych demokracji zachodnich”). To nie tylko III RP jest panstwem wirtualnym, wszystkie inne „panstwa zaawansowanych demokracji zachodnich” sa nimi rowniez, a sprawiaja wrazenie panstw realnych w tym w zakresie w jakim sa uzywane do projekcji sily oligarchii swiatowej. Proces wirtualizacji panstw europejskich zaczal sie od rozpowszechnienia kacerstwa w Europie, ktorego zadaniem bylo wlasnie wyzwolenie formujacej sie swiatowej oligarchii finansowej (=talmudycznej) od ograniczen Prawa Naturalnego.

    Panstwa, ktore chca sie wylamac z tej globalnej ukladanki, takie jak Serbia, Irak, Libia, Syria, Iran, czy Rosja musza byc zwirtualizowane w taki czy inny sposob. A wtedy przyjdzie kolej na Chiny i Indie.

    Jezeli ktos chce przyczynic sie do zatrzymania tego procesu talmudyzacji swiata, ktorego wynikiem bedzie ( i juz w duzym stopniu zaczyna byc) wirtualne czlowieczenstwo goji, czyli realne zarzadzanie nimi jako materialem biologicznym ( warto zwrocic uwage na zmiane terminow odnosnie roli panstwa w globalnym -jidisz: panstwo ma prowadzic „governance”- zarzadzanie a nie „governing” -rzadzenie, podobnie zmieniono personnel department – dzial sosbowy na department of human resources – dzial zasobow ludzkich) musi pracowac nad odbudowa Panstwa jako organizacji narodowej (narod jest tworem naturalnym) realizujacej dzialanie Prawa Naturalnego w zyciu narodu. Rola Panstwa w gospodarce moze byc poprawnie rozumiana dopiero w tej perspektywie. Gospodarowanie jest dzialaniem doraznym i praktycznym, nie w celu osiagniecia zysku- ( „zysk” jest jedynie regulatorem-wskaznikiem i to mocno problematycznym w skomplikowanej gospodarce gdzie trudno jest okreslic realne koszty, stad nagminne obecnie przenoszenie kosztow realnych na tych ktorzy nie moga sie przed tym oboronic ) ale w celu zapewnienia dobr koniecznych do zycia i funkcjonowania narodu – zgodnie z Prawem Naturalnym. W tym zakresie i w tym celu Panstwo jest ostatecznym arbitrem i sila majaca uzasadniony wplyw na dzialalnosc gospodarcza na jego terenie. Taka rola Panstwa jest podstawowym warunkiem suwerennego bytowania narodu a wiec i jego wolnosci, a z nia wolnosci poszczegolnych obywateli panstwa.

    W obecnych warunkach podstawowym zadaniem rzeczywistego Rzadu Polskiego jest uwlaszczenie Polakow w ich wlasnym kraju i na ich wlasnej ziemi, Dopiero w oparciu o takie uwlaszczenie moga Polacy, a z nimi Polska, uzyskac rzeczywista wolnosc gospodarcza ( czyli posiadania, produkowania, obrotu itd.). Inaczej moga byc „uwolnieni’ jedynie do roli wolnych najmitow, ktora to ‚role” maja juz zapewniona na zmywakach i qrwieniu sie w bardzej „zaawansowanych krajach demokracji zachodniej”. Takie wlasnie „uwolnienie” wydaje sie kryc za „programem” p. Wilka (niestety wyglada mi on na rodzaj mutacji miedzy Krzaklewskim a Kwasniewskim, chcialbym sie mylic, nie mowiac o jego wykszlalceniu na „grantach”- warto pamietac, ze dobre magisterium w jednym przedmiocie zajmuje ok 6 lat zycia) wspartym idiotycznym odwolywaniem sie do „wolnosci” Rzeczpospolitej Obojga Narodow. Jak sie ta „wolnosc” skonczyla dobrze wiadomo.

  8. Macko said

    Dobry artykul. Od lat przekonuje o tym samym dookola siebie – ekonomia jest nauka prosta, tak w skali rodziny jak w skali kraju. Jak powyzej koledzy pisali, zdrowy rozsadek i elementarne liczenie wystarcza.
    Komplikowanie sluzy tylko do utrzymania poddanych w przeswiadczeniu, ze namaszczeni wiedza lepiej i ze musimy im zaufac bo bedzie katastrofa ( np. ze gospodarka sie przegrzeje ! – za to tylko kretynskie okreslenie bym wyslal Balcerowicza do kamieniolomów). Prawda jest, ze pod plaszczykiem „ratowania” ekonomii ubija sie konkretne interesy konkretnych firm.
    Oczywiscie bredzenie i „wolnym rynku” jest propaganda, bo jesli prawa, dekrety czy regulacje sa pisane pod dyktando Korporatokracji, to zadengo wolnego rynku nigdzie nie ma. O kazdej dzialalnosci ekonomiczneh decyduja urzedasy stosujeace sie do regul napisanych przez zainteresowanych w monopolu.
    pozdr

  9. AlexSailor said

    Ad. 5 @Jazmig

    Proszę Pana.
    Polska startowała w 1918r. jako jeden z mocniej zniszczonych krajów przejściem frontów I Wojny Światowej.
    Ogromnym wysiłkiem w ogóle jakoś połączono trzy zabory, a po drodze była jeszcze wojna z bolszewikami w 1920r., wojna celna z Niemcami, kryzys światowy, tak, że w1939r. Polska była zapóźniona w rozwoju względem Niemiec, Francji, czy nawet Czech.
    Ale to dopiero początek.
    Przez Polskę przeszły dwa razy fronty II WŚ, było Powstanie, zniknęło 10 na 36 milionów ludności, połowa kraju została na wschodzie, przepędzono miliony ludzi na ziemie Zachodnie niszcząc dorobek pokoleń.
    Wybito elity, w tym gospodarcze i techniczne.
    Później, do 1956r. tliła się wojna domowa, wymordowane znów zostały elity, wielu ludzi nie wróciło z zachodu, wielu uciekło.
    Kraj był potwornie zniszczony.

    Z takiego pułapu startowaliśmy.
    Zaś opóźnienie, czy zacofanie wobec tych 12-15 państw na świecie, które zaczynały z zupełnie innego poziomu nie było jakieś tragiczne.
    Jeszcze 10 lat bez strajków, dywersji i zdrady, a Polska nie tylko dogoniłaby ale i przegoniła Zachód, tak jak to zrobiły Chiny czy Korea.

    I proszę sobie uświadomić, że w 1981r. Polska była opóźniona i zacofana jedynie wobec 12-15 najsilniejszych i najbardziej rozwiniętych państw świata.
    A gdzie jesteśmy teraz????

  10. Polon said

    Tak, pieprzą, że paliwo stanioło o 50% (około 70 $ za baryłkę),a na stacji benzynowej może o 20% to teraz gdy jest średnio po 4,60. A, kurwa przed kryzysem była baryłka po 150$ za baryłkę, a na stacji po około 3,80. Po co mi ta ekonomia, co to za nauka, która robi w balona najbiedniejszego?

  11. SWO said

    Oczami Japończyka:

    „Czy warto w Polsce budować drugą Koreę Południową?

    Obawiam się, że Polsce bliżej jest do Korei Południowej niż ktokolwiek by na pierwszy rzut oka przypuszczał. Tylko czy na pewno wszyscy mają świadomość jak wygląda rzeczywistość gospodarcza w tym kraju?

    10 czołowych firm koreańskich m. in. Samsung, LG, Hundai i POSCO (metalurgia), tworzy około 77% całkowitego produktu krajowego brutto w Korei Południowej. Przedsiębiorstwa te funkcjonujące na rynku oligopolistycznym, mają wielki wpływ na rząd. Oczywiste jest więc, że ten wpływ wykorzystują dla własnej korzyści. Intensywnie lobbują na rzecz korzystnych im zmian ustawodawczych. Niestety, generowane dzięki temu prawu, zyski dystrybuowane są do wąskiej grupy członków zarządu oraz do zagranicznych akcjonariuszy. Co gorsza, zwykli Koreańczycy będący pracownikami tych firm, w każdej chwili mogą stracić pracę, w imię optymalizacji kosztów, bo oligopole zdołały wywalczyć sobie prawo do „płynności zatrudnienia”. W rezultacie wzrasta liczba pracowników tymczasowych. Maleją zarobki, gdyż w warunkach bezrobocia firmy mogą sobie pozwolić na zmniejszanie płac. A kiedy nadchodzi zastój w sprzedaży, to firmy z łatwością pozbywają się ludzi zatrudnionych na umowach tymczasowych. Tak się żyje w Korei Południowej, tak się żyje w Realnym Globalizmie! Takie same problemy są w Polsce… Prawdą jest, że aby doprowadzić kraj do takiego stanu potrzeba ścisłej współpracy z trzech stron: akcjonariuszy (globalni inwestorzy), zarządu firmy oraz polityków.

    Tylko jedna firma – Samsung generuje 23% PKB Korei Południowej. Wobec tego nic dziwnego, że gdy tylko rząd próbuje wprowadzić zasady lub przepisy prawa niekorzystne z punktu widzenia wyłącznie tej firmy, to Samsung ma mocne argumenty, aby rząd „przekonać” do zmiany decyzji. Wystarczy, że zaszantażuje groźbą przeniesienia fabryk za granicę… Wobec tego, komu przede wszystkim służy polityka rządu Korei Południowej? To nie jest polityka obliczona na korzyść dla społeczeństwa, to polityka służąca zyskowi firmy, a wreszcie działająca na korzyść globalnego kapitału. Tym kończy się dopuszczenie do kolonizacji własnego kraju przez globalny kapitał.

    Ale w Korei Południowej globalny kapitał to nie tylko przedsiębiorstwa produkcyjne. 7 największych banków Korei opiera się na kapitale zagranicznym. Zatem to globalny kapitał kontroluje przemysł, politykę i finanse w tym kraju. Korea Południowa podpisała umowę FTA (Umowa o Wolnym Handlu) ze Stanami Zjednoczonymi. Umowa ta wymusza eliminację wszelkich taryfowych i pozataryfowych barier handlowych. W efekcie tej umowy Korea Południowa bez żadnych przeszkód jest już wykorzystywana przez globalny kapitał. Podobna umowa funkcjonuje w obrębie państw Unii Europejskiej… Kraje południa Europy zostały już wydrenowane, pora na Polskę?

    Chcę zaznaczyć, że w kontekście Korei określenie „globalny kapitał” nie oznacza tylko Stanów Zjednoczonych. Oznacza kapitał wielonarodowy zarządzany głównie przez amerykańskie instytucje. Więc nie służy on ani narodowi amerykańskiemu, ani narodowi koreańskiemu, ani żadnemu innemu… Wszystko jest dla dobra „akcjonariuszy”.

    Tak wygląda rzeczywistość gospodarcza Korei Południowej. Dlatego ani firmy japońskie, ani polskie nie powinny naśladować „koreańskiego modelu gospodarczego”. Bo takie globalne firmy jak np. Samsung działają dla dobra i zysku akcjonariuszy, a nie zwracają uwagi na gospodarkę narodową. Dla nich zysk jednostek jest ważniejszy od dobra społeczeństwa. Gdyby firmy takie jak Sony, Panasonic i Sharp stały się takie jak LG i Samsung, to biedny byłby mój naród! Nie byłby to korzystne dla Japończyków, bo przestałaby wtedy istnieć gospodarka narodowa (Oikos Nomos).

    Niestety główne media w Japonii jednym głosem, bezmyślnie krytykują japońskie firmy i ich opory przed globalizacją. I w ten sposób zmanipulowały świadomością większości Japończyków. Przyczyn trudności finansowych przedsiębiorstw upatrują w działaniach Banku Japonii i rządu japońskiego, które ich zdaniem nie podjęły żadnych kroków przeciwko deflacji oraz aprecjacji jena. Neoliberałowie w Japonii próbują promować globalizację, udając że nie widzą na przykładzie Korei Południowej, czym to się kończy.

    Chociaż Samsung i LG są firmami koreańskimi, to niestety nie wzbogacają one Koreańczyków. Wręcz przeciwnie, społeczeństwo koreańskie jest coraz bardziej biedne. A firmy te rozwijają się globalnie kosztem zwykłych ludzi. Nie rozumiem tylko jednego: dlaczego media z jakiegoś powodu nie podają tego faktu.

    W Polsce podobnie, w popularnych mediach zwykle słyszę głosy popierające idee globalizmu. Polska będąc członkiem Unii Europejskiej jest zmuszona do pewnych działań na rzecz globalizacji. A odnosząc się do przykładu Korei Południowej, mam nadzieję, że globalizacja w Polsce nie pójdzie w złym kierunku. Nie powinniśmy zapominać, że ekonomia u swych źródeł oznacza gospodarkę narodową „Oikos Nomos”.

    Wierzę, że osoby propagujące gospodarkę globalną robią to w dobrej wierze. Dlatego głośno apeluję, aby nie ograniczały swych rozważań do teorii. Warto zobaczyć na przykładzie Korei Południowej do czego prowadzi Realny Globalizm. Nie chcę tego stanu dla Japonii. Myślę, że nie jest to dobre również dla Polski.

    Chcę podkreślić: Politycy przestańcie budować druga Japonię, Irlandię czy Koreę. Zacznijcie wreszcie budować Polskę! I to nie druga, trzecią czy czwartą. Polska jest tylko jedna.

  12. biscoter said

    @7 Jacek

    Pan się pomylił w ocenie mojego postu. Ja nie pisałem o tym, co jest najważniejszą rolą państwa tylko o tym, co może ono robić w sferze gospodarki aby osiągnąć cele korzystne dla ogółu społeczeństwa. Taka przynajmniej była moja intencja.

  13. Macko said

    SWO – w kopiowaniu Korei Pld chodziloby tylko o ten okres, w którym rzad pomógl w finansowaniu lokalnego przemyslu, gwarantowal korzystne kredyty i chronil przed zagraniczna zaborczoscia i konkurencja. Jak przemysl okrzepl, to pojawily sie sepy z Wall Street/The City na szarpanie zywej ekonomii kraju i lupienie wypracowanego przez Koreanczyków bogactwa. Pozdr

  14. rafal z said

    Całe pokolenia żyją poniekąd w sztucznym/wykreowanym systemie. Dla kogoś kto widział tylko taką gospodarkę trudno sobie w ogóle wyobrazić że system ekonomiczny może być całkowicie inaczej zaprojektowany i co więcej może być zdecydowanie korzystniejszy niż to co mamy obecnie.

  15. Marek said

    Weźmy, dla przykładu takiego głąba ekonomicznego, jak buchotz aron, czy jak mu tam.
    W zidiociałym świecie elit polskojęzycznych, autorytet wielki, a tymczasem to zwyczajny bolszewik po jakimś instytucie podstawowych problemów marksizmu leninizmu, przepoczwarzony w bolszewika liberastę.
    Ta kopalnia wiedzy ostatnio ogłosiła, że afera w Skokach, to największa afera gospodarcza 3RP. haha
    Afera raptem na 100 milionów z hakiem. Przecież to jest dureń do kwadratu, kłamca, oszust i totalne zero ekonomiczne, o etycznym nie wspomnę.
    Każda gospodyni domowa bije tego osła ekonomicznego.
    Nikt normalny nie biega po providentach po pieniądze, a ten śmieć wraz podobnymi mu, zadłużył polskie gospodarstwo u najgorszych lichwiarzy świata, przy których provident, to mafia osiedlowa.

  16. Jacek said

    Ad Biscoter #12

    „Pan się pomylił w ocenie mojego postu. Ja nie pisałem o tym, co jest najważniejszą rolą państwa tylko o tym, co może ono robić w sferze gospodarki aby osiągnąć cele korzystne dla ogółu społeczeństwa. Taka przynajmniej była moja intencja.”

    No wiec ja zwrocilem uwage na zasadnicza role panstwa W GOSPODARCE, wynikajaca z samej istoty panstwa:

    „Wbrew temu co mozna przeczytac powyzej pod #2 podstawowa rola panstwa nie jest sterowanie np. produkcja samochodow, ale podporzadkowanie gospodarki wymogom moralnym czyli Prawa Naturalnego. Inaczej „panstwo” jest jedynie oraganizacja policyjna wobec wlasnych obywateli..”

    Oczywiscie nie pojmuje panskiego przykladu aktywnosci panstwa w dziedzinie gospodarki jednostkowo; dlatego napisalem „np. produkcja samochodow”.

    Przyklad jaki Pan podal stawia panstwo w roli super koncernu, to nie jest wlasciwa rola aparatu panstwowego. Dzialalnosc gospodarcza, aby byla ona rzeczywiscie gospodarcza, musza prowadzic jednostki ponoszace jednostkowa odpowiedzialnosc gospodarcza. Opisana przez Pana dzialalnosc panstwa byla prowadzona np. przez PZPR w PRL i prowadzila do okresowych zapasci gospodarczych a w koncu do calkowitego zalamania sie systemu (nakazowego), jak zreszta i w Rosji.

    W tzw krajach „zaawansowanej demokracji zachodniej” gospodarka jest sterowana przez tzw polityke finansowa (stopy procentowe) w spsob taktyczny (w skali rocznej) i w sposob strategiczny (bezterminowe zalozenie stopy inflacji na poziomie np 2% i emisja pieniadza przez bank prywatny). Jak wykazuje praktyka ( a i mozna wydedukowac) taka „dzialanosc gospodarcza” panstwa powoduje drenaz finansowy indywidualnych podmiotow gospodarczych poprzez panstwo na rzecz bankow ( o to chodzi). A panstwo wystepuje w roli generalnego pracodawcy (bezposrednio lub poprzez przedsiebiorstwa).

    W rzeczywistosci obowiazkiem panstwa jest zapewnienie zrownowazonej i nieobciazoenj dlugiem podazy pieniadza oraz zgodnie z interesem panstwa jako calosci i biorac pod uwage wymogi Prawa Naturalnego stosowanie podatkow i taryf celnych. Wyjatkiem sa strategicznie wazne elementy naturalnego bogactwa ( w tym ziemia) i infrastruktury – kominkacyjnej, energetycznej, i przemyslowej, zwlaszcza ze wzgledow obronnosci, ktore powinny byc traktowane jak kiedys byly traktowane dobra koronne (krolewskie), tzn zarzadzane bezposrednio przez panstwo lub dzierzawione. Strategicznym celem panstwa jest umozliwienie kazdej rodzinie osiagniecia stanu posiadania wspierajacgo godne zycie oraz zapwnienie bezpieczenstwa tego zycia i wlasnosci.

  17. @5
    Pan chyba żartuje. Nie ma państwa, które nie ingerowałoby w jakikolwiek sposób w rynek, co nawet przypomniano w tym wywiadzie. Jeśli komuś się podoba samowola i anarchia to powinien wracać do buszu.
    Jest to niekatolickie podejście do spraw ekonomii.

  18. Listwa said

    Trzeba pamiętać że ekonomia to tylko jedna z płaszczyzn, jest tez np. zarządzanie i nie tylko. Ekonomia jako nauka to próba opisania i zrozumienia zachodzących procesów w gospodarce, też na styku procesów społecznych. Artykuł tego dotyka, ale ekonomia to też wartościowanie w połączeniu z określeniem opłacalności. Co sięga aż do złożonej i bardzo potrzebnej filozofii biznesu. Trzeba pamietać że ekonomia jest uczona na dwa fronty, dla gawiedzi i wtajemniczonych.

    Czy pytanie zawarte w tym artykule jest wazne?

    „Czy bankowcy pompujący bańkę na rynku nieruchomości przed rokiem 2008 działali racjonalnie, czy głupio?”

    Nie jest prawdą, ze aby odpowiedzieć wystarczy zdrowy rozsądek, łatwo powiedzieć że wszystko było głupie. A to nic nie da. Bo ważne są przyczyny i powody błędów i co najważniejsze jak sie uchronic i jak rozpoznać zagrożenie w pore i na czas.
    Gdy ktoś tego nie rozumie to mamy bolesne błędy i kryzysy, ktoś moze uciec w lekceważnie spraw , nie ucieknie od ich skutków.

    Tylko małe przedsięwzięcia o małym budzęcie mozna oprzeć o tzw. zdrowy rozsądek, powyżej pewnego pułapu takie podejście nie wystarcza i nie obejmuje problemów i nad nimi nie panuje. .

  19. Listwa said

    @ 5 jazmig

    Są pewne mechanizmy samoregulacyjne , ale one działają tylko gdy poszczególne elementy gospodarki i zależności wzajemnych są w równowadze, którą trudno utrzymać.
    Bajka o wolnym rynku i jego rękach była lansowana jako odpowiedź na brak polityki gospodarczej , aby można było prywatyzacje robić. Jak widać są tacy co do dziś błądzą, nie łączą tego ze sprzedaza majątku narodowego za 1 zł , bo tyle coś warte ile ktoś da. Te hasło też wywodzi się z bajki o wolnym rynku

  20. pokojnaziemi said

    “Special Relationship” On Ice | Left Hook by Dean Henderson

    …Long ago America was conceived as the “New World” component of a New World Order planned by the Rothschilds and their City of London Khazar/Babylonian/Freemason progeny.

    America was to be the lynchpin in the creation of a system where the ruling European fondi could now hide behind a façade of democracy, while maintaining and consolidating control over all the planet’s resources and people.

    The revolution of 1776 made us free from the British parliament, but not from the Crown, which stills controlled our financial apparatus through the Bank of the United States (BUS) – precursor to the Federal Reserve. Rothschild agent Alexander Hamilton pushed the BUS through over the objections of Thomas Jefferson and many other founding fathers.

    In the beginning the Levant and East India Companies treated America much like the British Empire treated the rest of the world, bringing in African slaves to more easily pilfer her resources. All of this was managed by largely British Southern plantation owners who were both Freemasons and Ku Klux Klan. Their spiritual guru was 33rd Degree Freemason and Klan founder Albert Pike.

    Angered by the populist Presidency of Abraham Lincoln, the Rothschilds backed the secessionists and tried to seize the southern resource base for the Crown. America remained intact thanks to Russian Czar Nicholas, who send a navy flotilla to the US Atlantic coast as a message to the Brits.

    In the early 20th Century the Rothschilds launched the Roundtable as a global plan for hegemony. Its ugly stepchild was the London-based Royal Institute for International Affairs, which immediately spawned sister organizations in numerous countries. Its US branch is known as the Council on Foreign Relations.

    Roundtable oligarchs were dispatched around the world in an attempt to monopolize resources. Cecil Rhodes set up shop in South Africa. Paul Warburg went to Eastern Europe. The Kuhn Loebs funded the Rockefellers in their US takeover. Plans were made to control the Middle East oil patch through the creation of both Saudi Arabia and Israel as British puppets. Behind it all were the Rothschilds.

    The Babylonian banksters next dragged America into two world wars under false pretexts, all the while profiting from the arms, oil, drugs and rebuilding contracts that war entails. It was after the second war that the oligarchs engineered the Bretton Woods deal which created the World Bank and its IMF enforcer. Bretton Woods would be the vehicle through which the new US/UK “special relationship” could be covertly realized.

    The British Empire never died. It simply became known as the Commonwealth, all the while hiding behind its new Hessianized mercenary force known as the United States of America. To accomplish their goal of creating Anglophiles in the New World, London’s Tavistock Institute set about making Americans love the British. Thus the steady increase in British accents crowding TV news and “programming” in this country.

    In Iraq, the US sacrificed blood and treasure so that BP and Royal Dutch/Shell could be awarded the first oil contracts. In Afghanistan, more US lives were wasted and more debt accumulated so the poppy trade could be revived and the Rothschilds’ HSBC bank could ring up record profits laundering the heroin proceeds.

    Both of these wars occurred because President George W/ Bush – blood cousin of the Windsor family – lied and covered up 911, while his brother Marvin was running Securacom – a Crown Corporation subsidiary which held the security contract on the World Trade Center when it was attacked. It was Securacom who would have allowed the “elevator maintenance” people into the buildings in the weeks before 911 where they set the charges which eventually brought those buildings down.

    We are entering a time of exposure. Pay attention and you will find out who is behind all this. America’s new round of Benedict Arnolds exposed themselves as the City of London/Israeli tools that they are via their recent letter to Iran in violation of the Logan Act.

    Freshman Senator Tom Cotton (R-AR) can hardly spell, so the letter was most likely written by PNAC Chairman Bill Kristol and his new front – the Emergency Committee for Israel. All who signed are Republicans. All claim to be “populists”.

    There are people in the Obama Administration who know these things. At first they were crowded out by the same neo-con advisors who surrounded Bush. But Obama’s recent snubbing of Netanyahu, his persistence in talking peace with Iran and the recent frostiness of US/UK relations; all point towards the coming of a second American Revolution.

    This time we have to take it all the way.

  21. vortex said

    Nie można zrozumieć 95% ekonomii tylko za pomocą zdrowego rozsądku (czyli jak rozumie bez postudiowania przez kilka lat na serio ekonomii, a dla wielu to i kilkadziesiąt lat będzie za mało), tutaj autor popłynął. 20% to bym się zgodził, takie różne proste schematy, dalej to jednak już są schody, gąszcz problemów, sprzeczności i niejasności ( o czym zresztą autor sam później pisze). Większość zawodowych ekonomistów nawet nie dochodzi do tego etapu i żyją błogo przekonani że rozumieją.
    Kwestia porównania Ameryki Południowej i Azji Wschodniej wynika chyba z niewiedzy autora co do pewnych faktów. Azjaci okazali się prawdopodobnie lat temu kilkadziesiąt bardziej odporni na pewne sztuczki Anglosasów (on nie musi znać tych faktów, nie było go na świecie). Anglosasi chętnie propagują „ludom dzikim” skrajnie liberalne wzorce ekonomii, gdy sami ich nie stosują, taki mały cwany myk. Bo czymże była sławna Kompania Wschodnio Indyjska? Była i państwowa i prywatna zarazem. Anglosasi tego nie rozdzielają, wszyscy jesteśmy częścią brytyjskiego taranu ekonomicznego, nie ma znaczenia że biznes formalnie robimy prywatnie ( w USA jest to samo, splatanie się służb, państwa i wielkich korporacji). Słuchałem niedawno wykład jakiegoś rosyjskiego ekonomisty, powiedział że wszyscy w zarządach brytyjskich wielkich korporacji są funkcjonariuszami ich służb (pewnie emerytowanymi, ale ze służb się nigdy nie wychodzi).
    Tak kiedyś życiorys któregoś z tych „geniuszy” ze Szkoły Austriackiej czytałem. Wyjechał do USA, pocmokali nad geniuszem i … wykopali go do Ameryki Południowej (przecież doskonale wiedzą że to są bzdury dla „ludów dzikich”. Bardzo podobna, skrajnie liberalna (wroga wszelkim wpływom państwa na gospodarkę) szkoła tych Chicago Boys, cmokają nad nią od dawna, ale nie słyszałem żeby opracowała plany uzdrowienia gospodarki dla amerykańskiego rządu. Od zawsze wysyłają ich do „dzikich ludów” z Ameryki Południowej, z efektem dobrze znanym.
    Natomiast Japonia, Korea czy Chiny, te ich sukcesy to efekt splecenia w jedno państwa i prywatnego biznesu (jest do opisane, tylko trzeba dużo pogrzebać, bo się tego nie nagłaśnia). To nieraz zgrzytało, bo taka jest natura rzeczy, muszą być tarcia i sprzeczności, ale jakoś potrafili się dogadywać.
    A teraz coś o „sukcesie” Chicago Boys w Chile po puczu Pinocheta, zwą to uparcie cudem, gdy była tylko wielka katastrofa. Tutaj tekst z wikipedii, niby był cud, mnóstwo pustosłowia. Ale wystarczy powiększyć i popatrzyć na ten wykres z prawej strony, była zapaść koszmarna (ciekawe ile wtedy nabiła Korea? Podwoiła, potroiła PKB?).

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Chilijski_cud

    Podobnie bałwochwalczy i jeszcze bardziej oszukańczy tekst był niedawno na Neon24. Ja tylko poprosiłem o konkrety (zamiast pustosłowia), ile wzrósł PKB Chile w wyniku tych reform? W końcu sam poszukałem – w ciągu 10 lat PKB na mieszkańca Chile wzrósł (uwaga, uwaga, sukces) aż o 10 $, czyli 1 $ na rok. A że inne kraje Ameryki Południowej popłynęły jeszcze bardziej? Toż oni wtedy te recepty Chicago Boys stosowali powszechnie.
    A teraz dobre pytanie. Jak wyjaśnić taki fenomen? W Polsce tylko wokół jednej szkoły w ekonomii, Szkoły Austriackiej (całkowicie niszowej w krajach poważnych i skrajnie głupiej) – funkcjonuje cały koncern wydawniczo propagandowy? Bo funkcjonuje, z czego mało kto zdaje sobie sprawę (Korwin to tylko czubek góry lodowej). Jak to jest że pozostałych 8 szkół ma pecha i się nie dorobiło takiego wsparcia? Tak naprawdę pozostałe szkoły medialnie nie istnieją. No i pytanie – kto jest .płatnikiem tego cyrku?

  22. vortex said

    A o tym że USA przez dziesiątki lat (na etapie doganiania) stosowały politykę wysokich ceł, państwowego wspierania własnego biznesu i protekcjonizmu – dowiedziałem się dopiero z książki Galbraitha „Ekonomia w perspektywie”. On zresztą w tej książce więcej takich ciekawostek podaje. A spróbujcie się gdzieś powołać na Johna Kennetha Galbraitha. Zaraz was jakiś dyżurny upomni, że Galbraith to jest zakamuflowany komuch. Cóż z tego że to żaden tam komuch. Was upomną i podkreślą, że oni sobie tego nie życzą. Cenzura chyba lepsza jak za komuny. Jak gość ośmiela się pisać prawdę, to go wrzucamy do wora, a wór do jeziora. Proste.

  23. RomanK said

    CHinczyk…i nie lze:-)))

  24. RomanK said

    http://journal-neo.org/2015/03/09/russia-s-remarkable-renaissance-2/

  25. Listwa said

    @ 21 vortex

    ten koreańczyk nie odróżnia polityki i strategii politycznych od ekonomii, jemu wydaje się że wszystko jest ekonomia, a ekonomia to opis i zrozumienie, zarządzanie to dzialania i reakcje. Sytuacja ameryki pd i dalekiego wschodu to różna ekonomia , polityka i zarządzanie.

  26. Macko said

    Panie Romanie, oby sie Rosjanom udalo! Akurat wpadl mi w pejs-zbuk ten link: http://yournewswire.com/putin-to-nationalise-rothschild-central-bank/

    Putin is to nationalise the Rothschild controlled Central Bank of Russia in an effort to stabilise the declining Ruble.
    – See more at: http://yournewswire.com/putin-to-nationalise-rothschild-central-bank/#sthash.QIFiH9HJ.dpuf

    Co do Chinczyków, to tylko ci z Madzurii sa klamliwi! HAHAHAHA! Tak mi opowiadal lokalny dostawca kaczki po kantonsku.
    pozdr

  27. Macko said

    25. Listwa – Wszystko jest oparte na ekonomii, rozumianej jako wartosciowanie. Tak bardzo sie nie myli. Np. Wasc podjal ekonomiczna decyzje oplacalnosci zrobienia powyzszego wpisu. Nieprawdaz? Praxeologia opiera sie na ekonomii.
    AmPld jest w domenie wplywów Korporacji energii i zywnosci z USrAela – wiec jest sterowana, jak sie da, aby zyski Korporatokracji byly maksymalne. Krnabrni sa mordowani ( Torijos, Arbenz, rózni kandydaci w Brazyli czy Argentynie, Biskupi w czesci centralnej ) albo zastraszani albo kupowani. Prezydenci Chile dostaja stanowiska w ONU a ministrowie w IMF itd… a potem wracaja i dalej pomagaja blokujac rozwój energii ekologicznej, lub bawelny w Brazylii lub przemyslu w Boliwii ( bo kto by zbieral liscie koka gdyby mial inna prace?)

    22. Vortex – dokladnie. O Chomskim pisza ze trockista, a facet publikuje, ze SSmani pracowali dla Mossadu w Am. Centralnej np. podal, ze Klaus Barbie byl przedstwaicielem przymyslu zbrojeniowego Israhela na AmPld.

    21. Vortex – mozna zrozumiec normalna ekonomie normalnym zdrowym rozsadnkiem. Natomaist nie mozna zrozumiec machlojek i oszustw banksterskich na gieldach… Wielcy ekonomisci utrzymuja, ze jesli w ekonomii cos sie robi skomplikowano to jest to oszustwo. Podobnie w prawie.

    tyla nara
    pozdrawiam
    Macko

  28. Reblogged this on czasnazmiany.

Sorry, the comment form is closed at this time.