Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Opowieść Wigilijna

Posted by Marucha w dniu 2015-12-27 (Niedziela)

Burza śnieżna mgłą gęstą pokryła wieczorne niebo. Porywisty orkan giął wierzchołki świerków do ziemi niemal samej. Masa śnieżna z zawrotną prędkością i ogłuszającym hukiem pędziła wzdłuż matki Ziemi, a wraz ze śniegiem leciały ułomki gałęzi, a nawet konarów odłamanych z co słabszych drzew. W taka pogodę nawet wilki łowów niechają, a zagrzebawszy się watahą całą w głębokiej zaspie, przywierają do siebie, usiłując własnymi ciałami ogrzać się nawzajem. Jakiekolwiek stworzenie zaskoczone nawałnicą, na śmierć zamarzłoby w mgnieniu oka, ale mądra Natura pozwala wszystkiemu, co żyje wyczuć nadchodzącą śnieżycę i ukryć się w czas. Jedynie żubr, król puszczy, zaszywszy się w chaszczach, a osłonięty od wichru gęstwą sosen, stoi majestatycznie żując wygrzebany spod śniegu mech, a biała pokrywa zalegająca długie a grube futro zwierza, dodaje mu ochrony od ziąbu.

Do zmierzchu pozostało jeszcze sporo czasu, ale skutkiem śnieżycy, stało się tak ciemno, jak w nocy. Gdzieś tu biegł wyrąbany w kniei dukt, ale utrudzony podróżny nie był w stanie odnaleźć nawet śladu drogi. Brnąc w śniegu po pas niemal, wiódł za sobą umęczonego konia, tak oślepionego jak i on

W pewnej chwili, łoszak potknął się o korzeń jakiś, czy wykrot ukryty w zaspie i padł na kolano. Poderwał sie wprawdzie zaraz, ale widać było, że z lekka kuleje.

Człowiek zaniepokojony odwrócił sie do towarzysza i ściągnąwszy rękawicę, dotknął nogi jego by sprawdzić, czy nie złamana.

– Dosyć tej wędrówki, druhu – mruknął mu w ucho – Popasać nam trza.

Ba, popasać. Pozostając bez ruchu, można w pół godziny zamienić się w żonę Lota z żydowskiej opowieści. Ale widać było, że wędrowiec nie pierwszy raz w drodze i zna, co czynić. Najsampierw, odnalazł po omacku jakieś miejsce nieco osłonięte od wiatru, parów niewielki, nad którym jak pomost leżały trzy pnie zwalonych sosen. Wprowadziwszy w rozpadlinę konia swego, rozwinął obszerną, grubą derę i miast sam się w nią otulić, przykrył wiernego towarzysza, by ten nie zamarzł. Następnie, odtroczywszy od siodła potężny topór, jął ścinać co grubsze gałęzie, przeplatając je z leżącymi drzewami i przekładając jedliną, a reszty dokonał wicher i śnieg, w kilka minut nabudowując dobre półtorej stopy białego puchu, przez co powstała warstwa taka sama, jak na żubrzym cielsku. Wreszcie człowiek przystąpił do rozniecania ognia, co w tych warunkach graniczyło z niepodobieństwem.

Jednak szczapki z rdzeni rozłupanych gałązek wkrótce zajęły się żółtawym płomieniem i zaraz dość pokaźne ognisko gotowe było przyjąć nawet lekko wilgny opał. Ogrzawszy się trochę, człek wznowił pracę i nagarnął śnieg ku wnijściu do owej prowizorycznej groty, skutkiem czego stanęła ściana sięgająca niemal do samej góry. Teraz ciepło ogniska zatrzymało się wewnątrz budowli i śnieg zaczął się topić od środka, a spływająca woda zamarzała, wzmacniając konstrukcję, w której nagle zrobiło sie przytulnie i w miarę ciepło.

Koń odtajał i nawet zaczął z płóciennej torby podjadać karmę jakąś. Takoż i putnik wyciągnął z juków saganek i zaraz zapachniała smakowicie kisła kapusta z mięsiwem.

– Nie pojmuję – rzekł podróżny ni do siebie, ni do konia – wszak dawno już winniśmy byli być w Wistlicy. Widno zawieja na manowce nas wywiodła. Nado przeczekać i za dnia odnaleźć siedzibę jakąś ludzką, o drogę rozpytać…

Rozciągnąwszy na ziemi skórę futrzastą ze zwierza jakiegoś, bodaj, czy nie z niedźwiedzia, ułożył się wygodnie, opierając głowę na siodle, a okładając posłanie ze wszystkich stron jukami. Wiedział jednak, ze zasnąć mu nie wolno, jako iż nie wiadomo, jak mroźno będzie za czas jakiś. Uwiązał rzemień od kantara do lewej dłoni, by końskie poruszenia spać mu nie dały.

Po kilku godzinach wicher jakby zelżał nieco. Rzecz jasna, człowiek zawinięty w futra i chroniony jukami, mógłby w szałasie bez kłopotu dotrwać do rana samego, ale koń pewnikiem zasłabłby od zimna lub zachorzał, jeśli nie uświernkąłby zupełnie.

– Pójdź, stary, dalej posuwać się będziem – rzekł przeto do towarzysza i sprawnie objuczywszy go i osiodławszy, ruszył ku północy, odnajdując kierunek po omszałych pniach drzew, które musiał ostukiwać trzonkiem noża ze śniegu i lodu. Mrok już zapadł kilka godzin wcześniej, ale chmury nieco sie przerzedziły, tak, że na tle nieba widać już było ślad przesieki, człek jednak pomny wypadku, szedł pomału, macając stopą grunt, by koń za nim stąpał bezpiecznie.

W pewnej chwili wierzchowiec parsknął radośnie i przyspieszył kroku. Teraz mąż kroczył obok zwierzęcia, na jego wyczucie się zdając. Zaraz droga wyszła na niewielką polanę, na której stało kilka checzy, wyglądających jak niewielkie pagórki wystające spod kopnego śniegu. Całą osadę otaczało plecione z konarów ogrodzenie, wzmacniane solidnymi palami, widno od wygłodniałych zimą wilków, łasych na wieprzka lub barana. A także od złych ludzi.

Wrota zawarte były i wierno założone zaworą, a wołania czy nawet dźwięku rogu przez wiatr słychać by nie było, ale niezawodne psy zaraz dały znać o przybyciu obcego, podniósłszy jazgot nieziemski. Zaraz otwarły się dźwierza i w smudze nikłego światła wyszło dwóch ludzi zbrojnych w oszczepy, bo wszak nie wiadomo, z kim w takiej głuszy i o takiej porze można mieć do czynienia.

– Kto idzie? – rzucił jeden z nich w mrok nocy.

– Wędrowiec – odparł przybyły – prosić mi trza o schronienie i wodę dla konia, a sam mogę się ułożyć gdzie bądź, byle od wiatru.

– Nie ubliżajcie nam. Każdy przejezdny u nas gościem. Wy pewnie obcy. Niemiec?

– Swój. Wiślanin. Z długiej drogi do dom wracam.

– Czemu więc durności bełkoczecie o nocowaniu na dworze, jakbyście obyczaju krajskiego nie znali? Zachodźcie, jeno bystro, bo ciepło z izby ucieka.

Koń znalazł miejsce między domową żywiną, gdzie zaraz ułożył się na podściółce ze świeżej słomy. Ładunki i siodło położono w przedsionku, a przybysza wprowadzono do izby, gdzie żar buchał z rozgrzanego pieca, postrojonego pośrodku chaty z kamieni połączonych gaszonym wapnem.

– Pokój temu domostwu i wam, gospodzinie zacny – rzekł gość. Z drewnianego siedziska podniósł się starszy mąż o jasnobłękitnych oczach i włosach tak białych jak śnieg wszechobecny po drugiej stronie grubych odrzwi.

– Bywajcie, putniku – odparł i dłoń wyciągnął na powitanie – Rozdziejcie się i siadajcie. A skąd to bogi prowadzą i dokąd zmierzacie?

Nie czekając na odpowiedź, skinięciem głowy dał znać niewiastom, by czem prędzej wino grzały i uszykowały strawę jakąś. Wnet kasza jaglana zapyrkała na ogniu, podlana boczkiem ze skwarkami.

– Z daleka jadę. Z niewoli do dom wracam. Znacie, gdzie Judea?

– Wiem. Stamtąd Juszua, ów prorok, co nauczał pustynne ludy, jak żyć mają.

– Nie, panie, on Galilejczyk, z północy krainy, już blisko Libanu. Ale, ale, skąd znacie tamte strony?

Gospodarz bez słowa powstał i dorzucił świeżą skałkę do kominka. Jasnożółte światło rozjaśniło izbę. Gość spojrzał badawczo w twarz chaziaja.

– Eryk… – zdziwił się niezmiernie.

– Ślebomir – stwierdził Eryk z twarzą kamienną, z której słynął – Witaj w domu, druhu.

Dwaj starzy kompani padli sobie w uścisk niedźwiedzi i trzepali się po plecach aż pył leciał z półkożuszków. Zaraz przybiegły białki, a dzieciaki oderwane od igraszek patrzyły z kąta zaciekawione.

– Zaraz. A co ty tu robisz? Czemu nie we Wiślicy? Co to za sioło?

– To ty nie znasz, co Natura prawi? Młodzi rodziny zakładają i stawiaja zagrodę z dala od rodziców, których jak mniemają im już nie potrza. Dopiero gdy dzieciska im przybędą, przybiegają nazad do starych, na kolanach rady i pomocy błagać. Takoż i my wraz z nimi żyjemy by wnuki piastować. Spójrz, jaka gromadka zacna.

Mirkowi nie było jednak dane podziwiać dorobku młodych, albowiem Erykowa żona zawisła na szyi mężowskiego druha, z którym oboje przeżyli szmat czasu i kawał świata przebyli.

– Hatro, a ty wiecznie młoda, Ni sidzinki nie masz w kosach twych dziewiczych, ni marszczynki na licach… Co z Wiłką, niewiastą moją? – oprzytomniawszy zwrócił się do Eryka.

– Lupina opłakała cię już dawno i wdową do ojczyzny swej wracać zamierzała, ale zasłabła od smutku i drogi dalekiej mogłaby nie przeżyć. Zaszyła się samotnie na oparzeliskach w głuszy leśnej i zioła warzy, jako i mać jej czyniła.

– Zawiedziesz mnie do niej zaraz z utra…

– Pojedziem we dwóch, ale do Swerodanowego gródka i sam byś trafił. Bagna zmarzłe, koń dojdzie jak po bitej drodze. Chaj ino ten wicher ustanie. Ale, ale. Dzieciaki, przywitajcie przybysza, dziadka Mirko.

Wraz z drobiazgiem podeszła niewiasta urody nieziemskiej o wielkich, szmaragdowych oczach, w której Mirko od razu rozpoznał małą Ellę, którą wcale nie tak dawno nosił był na rękach.

– Gdzie człowiek twój i kto jest tym szczęśliwcem? – zapytał dziadek Mirko uściskawszy i ją.

– Faryk (Varrick) był z Erminowych Teutonów. Ubili go w zasadzce swoi, za zdradę, jako iż Słowiankę pojął.

– Wszak tyś sama z krwi Germanów.

– Ano, z Germanów, jeno rodzice moi zaparli się rodu gdy burgmajster u Sylingów do grodu ich nie wpuścił. Takoż i ja wasza, a nie od nijakich Niemców.

Posypały się zapytania i odpowiedzi. Po chwili na ławę wjechała micha smakowicie gorącej kaszy ze skwarkami, znać, że domostwo mimo zimowej pory biedy nie zaznało, I wina gorącego stakanek stanął obok, a i drugi dla gospodarza, a niewiasty pokrzepiły się miodowym napojem z wonnymi korzeniami.
Teraz ty opowiadaj, Mirko. Czemuś znikł tak nagle i na tak długo i jakimi drogami ciągali cię bogowie, albo raczej ten twój jedyny a bezimienny Adonaj.

Mirko rozluźnił nieco odzienie i odpasał krótki, rzymski gladius, który zaraz porwało jakieś pacholę i jęło oglądać z zaciekawieniem.

– Ano, jakem na wymianę jechał do Hermundurów i po konie do remskich naszych przyjaciół, opadła nas mnoga horda Arminiusowych dzikusów z dzidami, by z towaru obłupić. Kto nie ubieżał, w pęta się dostał. Jam się nie wyswobodził, jako iż mnie pobitemu sił i uma nie chwatało. Takoż w niewolę przedali mnie do judzkich, a ci z kolei dalej barbarusom na galery. Przez dwa miesiące mozolniem piłował łańcuch kamykiem, wreszcie cała osada korabia powstała i wyrzuciła za burtę dowódcę i załogę na pokarm dla ryb wielkich, zębatych a żarłocznych, które Grecy zwą karcharias. Pomny dziejów naszego Larsa, zamierzałem przejąć barkę i żeglować do Krainy, ale niezgrabna łajba nie nadawała się na pirackie zajęcie, którego wówczas uniknąć byłoby niesposób. Przeto udając żyda, sprzedałem krypę jakiemuś armatorowi w Messali i rozdzieliwszy pieniądze między sobą, towarzysze niedoli rozproszyli się po świecie. Mnie los rzucił, gdzieżby indziej, jak nie do Tyru. Hej, mały, zostaw ten miecz, bo krzywdę sobie zrobisz. Jak ci na imię?

– Wołają mnie Niemój, ale za rok będę nazywać się Nebojsa. Znam już jak mieczem robić, nie bójcie się, dziadku Mirko!

– Dobrze więc, ale uważaj, byś orężem tym szkody matce w chacie nie uczynił. Tak więc w Tyrze chciałem zaokrętować się na jakiś statek do Ostii, albo lepiej do któregoś z portów na północy Hadriatyku, ale srebrników w sakiewce nie starczyło, by przewóz opłacić. A lądem samopas iść nie chciałem z obawy przed Chazarami. Nie było kogo o pomoc prosić. Gdyby choć żył poczciwy Naom w Cezarei. Nająłem się więc do roboty u handlarza wielbłądami. Jako koniarz nie kocham tych bydląt, choć naturę mają nie całkiem podłą. Ale szkaradne są, ryczą i plują, a gdy idą to się kiwają jak kaczki, stawiając nogi nie na przemian, jak każda boża istota, ale po dwie z tej samej strony. Cóż, handlarz cenił mnie wielce, albowiem pojmuję wszystkie niemal języki, jakie są w użyciu na lewantyjskim wybrzeżu. Toteż po kilku miesiącach dorobiłem się własnego wielbłąda, którego natychmiast wymieniłem na konia, nubijskiego mieszańca. I uskładawszy kilka augustowych aureusów, podziękowałem za pracę i ruszyłem do Nazaretu, pragnąc złożyć wizytę owej zacnej Miriam, matce Juszuy Mesjasza. Jednak sędziwy Knossos, powiedział mi, iż powinienem Jej szukać w Efezie. W drodze na północ okazało się jednak, że z Sidonu do Stolicy wypływa statek ze szkłem, a jeden ze sterników zachorzał. Sprzedawszy konia, nająłem się więc do załogi i tak znalazłem się w Italii.

– Dziadku Mirko, co to znaczy Mesjasz?

– Mesjasz to wysłannik od Najwyższego, który prawi ludziom, co mają żyć godnie.

– To sam Bóg trudzić się musi, by to im rzec? Nas tego rodziciele nasi uczą.

– Tam lud prosty jak słomy wiecheć. Słucha we wszystkim starszyzny, kapłanów, uczonych. A ci władzą dusz się upajają, miast wieść naród ku zacności. Przeto wypaczyli swą wiarę podszewką na wierzch i uczynili dobrem to, co wygodne dla nich samych. Jak to Żydzi.

– Widzieliście Mesjasza, dziadku?

– Takem Go widział jak ciebie widzę. I raz daże rozmawiał ze mną. A może i dwa razy.

– Opowiedzcie, proszę.

– Miałem wszak opowiadać swoje własne dzieje. Ale zaspokoję ciekawość twoją i rzeknę, com sam widział. Niech jeno gardło i trzewia zwilżę odrobiną tego wybornego miodu, który dziad wasz Eryk sycił dwadzieścia lat wstecz…

Dawno, dawno temu, w Jerozolimie pacholęciem służyłem na dworze króla Heroda zwanego Wielkim. Byłem tam chłopcem do wszystkiego, takim trochę popychadłem. Ponieważ udawałem niemowę i przydurka, uznano, że mogę trzymać wachlarz z piór strusich nad głową synalka królewskiego, którego zresztą potem ojciec sam uśmiercić kazał. Do królewicza przychodzili nauczyciele najprzerozmaitsi, by nauki mu dawać, a ja, jako obcy mową i obyczajem, miałem nie pojmować, o czym mówią. Nie wiedzieli, żem się już nauczył miejscowego języka, a z czasem i hebrajskiego osłuchał.

Był na dworze siłacz jeden, a mój druh najlepszy i jedyny, którego nazywali z rzymska Urso. To wasz pradziad przybrany, Miszka, który dziś zasiada na stolcu Wrót Sławii, wespół z bratem swym Wojsławem. Eleuthera, nadworna worożycha Heroda, zażyczyła sobie, by nas obydwóch przydzielono jej w służbę. Dobrze nam tam było, albowiem rozumieli my się po krajsku.

– Powiadacie, dziadku, że ta Eleu… ta worożycha to była babcia Dosia?

– Zgadłeś, spryciarzu. Pewnego razu do Jerozolimy przybył przedziwny orszak. Trzech niezwykle mądrych i słynnych uczonych w asyście straszliwej sotni zbrojnej stanęło u wrót stolicy, a straż tak się przeraziła, że zawarła miejskie bramy i pochowała się w zakamarkach murów. Ale wędrowcy nie przybyli, aby podbijać Izrael, jeno by zasięgnąć języka o miejscu narodzenia Dziecka, które wedle starożytnych objawień i Pism miało zostać wielkim prorokiem.

Jeden z nich zwał się Melchior i zajmował się patrzeniem w gwiazdy, a także wróżbiarstwem. Jednak czarów zaprzestał, gdy dowiedział się z ksiąg, iż ten proceder Najwyższemu się nie podoba…

– Jak to Najwyższemu? To znaczy Swantewitowi?

– O tym później porozmawiamy. Teraz będziemy Go zwać żydowskim przydomkiem Adonai. I nie przerywaj, jak stary gada… no nie, żartuję, pytaj, ino nie za często, abym mógł jeszcze tego wieczoru dokończyć swą opowieść.

Żebyś ty widział, jak ten Melchior na koniu jeździł. Jakie wyczyniał cuda w siodle. A i konie go kochały i łaziły za nim krok w krok. Drugi, najstarszy mędrzec to Kasper. Ten zajmował się naukami ziemskimi, choć i ciała niebieskie obce mu nie były. I był z nimi czarnolicy Baltazar z indyjskiej krainy Pięciorzecza, zarządzanej wówczas przez scytową dynastię Saaków. Ten to był doskonały we wszystkim, a to w wojaczce, w handlu, podróży, żegludze, a sotnia jego posiadała oręż, o jakim nawet wam się nie śniło. Mądrością Baltazara była nauka o liczbach i wartościach, a także strategia zawarta w grze zwanej Czatrangiem, a po naszemu szachami.

Miał takoż z Abisynii dojechać czwarty scholar, wielki medyk imieniem Ardaban, ale los zarządził inaczej.

Otóż gdy Herod usłyszał o narodzeniu proroka, którego nazywano królem izraelskiego ludu, przejął się wielce, a jak wiadomo, tak był zazdrosny o władzę, że kazał zabić swoich własnych synów, z racji czego Rzymianie powiadali, że nawet świniom lepiej się żyje w Herodowym królestwie, niż jego własnym dzieciom. Zaplanował zatem zbrodnię dzieciobójstwa w mieście zwanym Domem Chleba, gdzie ów prorok się narodził, a także w okolicach. Najsampierw rozkazał przeprowadzić tę akcję najemnym Sarmatom, wskutek czego ci nazajutrz ubieżali ze służby, zrabowawszy niemałe bogactwa, drogocenne konie najlepsze arabskiej rasy i wziąwszy ze sobą więcej jak trzydzieści najpiękniejszych królewskich nałożnic.

Ale nie uprzedzajmy faktów. Worożycha Dosia w jakiś niepojęty sposób przejrzała zamiary satrapy i zaraz również i my ze skromnym dobytkiem w kilka koni wszyscy troje znaleźliśmy się w drodze, zmierzając na wschód bezdrożami, by przed rzezią ostrzec mieszkańców Beth Lechem, bo tak po hebrajsku brzmi nazwa owego Domu Chleba.

– Czemu bezdrożami?

– Pomyśl, mały. Oczywiście, aby pogoń zmylić. Dotarłszy na miejsce, zaszyliśmy sie obozem w kępie, a raczej zagajniku wysokich a gęstych cierni, całkiem nawet niedaleko od domku, w którym mieszkał zacny Jusuf stolarz z Miriam oraz małym Juszuą, tym przyszłym królem izraelskiego ludu.

Zaraz pierwszego dnia wyniuchał nas ten Baltazar, nie znam, jak on to uczynił, ale wierno po dymie z ogniska albo zapachu bigosu, a z pewnościa z pomocą tego potężnego psiska od greckich pastuchów, z którymi sie był skumał. Przedarł sie przez gęstwę koluchów i zaskoczył Miszke od tyłu, a ten na oślep miotnął franczeską, niemal na pół rozłupując pień młodego oliwkowego drzewka. Ledwo co go nie zabił.

– Czym to on, powiadacie, miotnął?

– Franczeską. To taka poręczna siekierka do rzucania, od której to nazwy cały naród Franków wziął nazwanie swoje. Mam taką w jukach, to ci jutro pokażę. Takoż Dosia mu prawi coby poczciwi uczeni nie wracali do domu przez Jerozolimę, choć obiecali Herodowi sprawę zdać z misji swojej, jeno jak najprędzej jechać na wschód przez rzymski trakt z Tyru do Damaszku. Poniewaz Dosia za młodu była piękna jak anioł…

– Babcia Dosia wciąż jest piękna!

– Nigdym w to nie wątpił. Otóż, aby zyskać na rzetelności, Baltazar rzekł swoim że go anioł ostrzegł. Zresztą, ponoć potem anioł prawdziwy im sie wszystkim ukazał i to wcale nie we śnie, tylko na jawie, miał bowiem ze sobą trąbę jakąś, anielski atrybut i potwierdził Dosine słowa.

Przybyli mędrcy obdarowali Jusufową rodzinę podarunkami wartości wielkiej, z czego najbardziej chyba przydało im sie Baltazarowe złoto, bo i ich anieli ostrzegli, ubieżać nakazując, a pieniądz w drodze nader przydatny. Nie żeby Jusuf był biedakiem, wszak fach w rękach miał doskonały, ale trudno cały warsztat ze soba wozić.

Szkoda było i Rodzinie i mędrcom przerywać tak miłą wizytę. Kasper z Melchiorem prowadzili uczone dysputy z Jusufem, który wszak mądrości wraz z rzemiosłem nabył w rabinackiej szkole, podczas gdy Baltazar całe dnie spędzał z Dzieckiem, które usiłował uczyć strzelania z łuku, podbierania jaj pawiom i innych krotochwilnych zajęć, nie bacząc, że Juszua ledwo co dopiero zaczyna chodzić. Takoż najczęściej Mały siedział mu na kolanach i słuchając jego zawodzących wschodnich pieśni, śmiał się i ciągnął go za brodę. Sam widziałem, podglądnąwszy spod kolczastych krzaków.

I ów Baltazar opowiedział nam historię narodzenia Proroka. Otóż, najpierw Jusuf z brzemienną Miriam, pozostawiwszy pracownię pod nadzorem zarządcy Knossosa, podróżowali z Nazaretu do Domu Chleba, a w drodze Złe ich nie chciało opuścić. Na samym początku zaatakował ich wąż złośliwy, co dziwne, jako że węże o tej porze jeszcze śpią, a i tak same ze siebie nie atakują człowieka. Potem osioł okulał. Wreszcie, już u celu, zerwała się taka nawałnica, jakiej najstarsi nie pamiętali, a nikt z miejscowych nie chciał im gospody udzielić, krom tego poczciwego handlarza trzodą, u którego schronili sie w szopie na narzędzia. Gdy już Juszua na świat przyszedł, wokół zdarzyło sie wiele cudów. Ludzie wzrok odzyskiwali, chromi zaczynali chodzić, parszywym lico się wygładzało, a jeden owczarz, pogardzany niemowa i przygłup Tetliteas zaczął nagle płynnie deklamowac całe wersety Owidiusza. W dodatku o pół mili nad szopą zatrzymało się jakieś przedziwne ciało niebieskie, z którego snop błękitnej poświaty oświetlał ziemię.

I znów wąż sie pojawił, zabity zaraz toporkiem przez jednego z co przytomniejszych juhasów. I potem jeszcze przypełzła jakaś gadzina, ale tej sama Miriam piętą łeb zdruzgotała. (Och, jakie szczęście, że ten mały Nebojsa nie zapytał, kto to jest ten Owidiusz – pomyślał z ulgą Mirko)

– Dziadku Mirko, a kto to jest ten Owidiusz? – rzecz jasna zapytało rezolutne dziecko. Mirko jeno westchnął ciężko.

– Dużo by gadać. Ale będziemy wszak sąsiadami, to ci zdążę jeszcze opowiedzieć wszystko, czegom doświadczył. Rozmawiałem potem z Mesjaszem dwukrotnie, a to trzydzieści z górą lat później, gdy powstał z gr…….. – tu Mirko ugryzł sie w język, nie chcąc prowokować niepowstrzymanej lawiny dalszych pytań.

– I tak jednej nocy wszyscy rozjechaliśmy sie w trzy różne świata strony. Jusuf z Rodziną udał sie na południe, przez przesmyk lnianej krainy Pelusium w głąb Egiptu, gdzie ponoć znalazł schronienie u pustynnych Beduinów, uczeni wraz z sotnią rzymskim traktem na północ, a my znów bezdrożami do Libanu.

– I co było dalej, dziadku Mirko?

– O, to juz zupełnie inna historia, a przeczytać o niej będzie można w takiej niewielkiej książeczce „Słowianka”, którą jakiś narwaniec być może napisze za lat tysiąc dziewięćset i sześćdziesiąt…

I niech Wam się wszystkim wiedzie, moi drodzy. To są moje dla Was świąteczne życzenia.

Bardzo
https://kulinarnefantazje.wordpress.com

Komentarzy 31 to “Opowieść Wigilijna”

  1. NyndrO said

    Bardzo ładne!

  2. NICK said

    HA!
    Czytajcie!
    Pana Bardzo! Panie Ozdrab, pozdrawiam.
    „Opowieść Wigilijna”. Tak. Warte jest rozpowszechniania, upubliczniania.
    Pan się nie martw, Panie Bardzo. To idzie. W pokolenia. Amen.

  3. Miet said

    Bardzo dziękuję – Panie Bardzo.

  4. Grace said

    Piekne i na czasie, az sie lza w oku kreci….

  5. NyndrO said

    JKM umiscil u siebie tekst Pana Roberta Grunholtza.Moze Tu bywac…

  6. NyndrO said

    Przepraszam.Pomylilem miejsce.

  7. RomanK said

    Ech..Panie Pawle…. miody sycic…i dzieciskom rozum rozpalac…..
    Delicje,….

  8. piwowar said

    Chyba wnukom.

    Ozdrab powiedział mi przez sen, iz czuje sie nezwykle zaszczyconym, jednocześnie zażenowanym, faktem, iz jego wypociny (tak dosłownie powiedział: wypociny), znalazły się na głównej stronie u Gajowego. Prosił, żeby podziękować Gospodarzowi oraz wszystkim za dobre słowo i ponowić życzenia, dodawszy kaluzulę: ” …i oby te święta nie były ostatnimi”. Potem wypił halbę piwa, jak to prostak, beknął (myślał, że nikt nie słyszy), odwrócił się i znów się zahibernował.

    A może mi się tylko wydawało, że beknął i krzywdzę człowieka pomówieniem…

    Jego Szanowna w Starym Kraju, to on sobie może spać. A chałupa sama się sprząta.

  9. piwowar said

    Co do sycenia tego miodu.

    Jeszcze czas inwestować w miód. Wciąż niedrogi w hurcie. Za pięć lat pszczoła będzie pod ochroną gatunkową, a miód pozostanie tylko w bajkach i legendach ludowych. Miód jest jedynym żywnościowym produktem, który sie nie psuje, a nawet sam jest konserwantem.

    Miód pitny dwójniak i półtorak wykazuje trwałość praktycznie nieograniczoną, a nawet im starszy, tym lepszy. Do dłuższego dojrzewania musi być jednak sycony. Warto sporządzić beczułke miodu dla prawnuków (powlec woskiem od zewnątrz albo stearyną).

    Domowe piwo, dla porównania, dobre jest jeszcze po roku do dwóch lat, zależnie od mocy. Wina za to różnie (niekoniecznie im starsze tym lepsze – zależy od rocznika zbioru wonogron).

  10. Marucha said

    Re 8:
    Przeciwnie.
    To dla mnie było zaszczytem i przywilejem umieścić tu piękne opowiadanie p. Bardzo.

  11. piwowar said

    Panie Gajowy, w sekrecie Panu powiem, ze Bardzo chciał wysłać Panu dwie swoje już wydane książeczki, ale adresu nie był pewien i nie wiedział, jak taktownie i bezpiecznie zapytać.

  12. Dictum said

    Piękne, BARDZO piękne. A jak po mistrzowsku powplatane rozmaite symbole i znaczenia!
    Ale najbardziej poruszył mnie fragment „…wyniuchał nas ten Baltazar, nie znam, jak on to uczynił, ale wierno po dymie z ogniska albo zapachu bigosu…”

  13. RomanK said

    Namiary panie Pawle ..namiary,linki- gdzie mozna kupic te delicje…
    Wlasnie ostatni coraz wiecej ludzi pyta co dawac dzieciom do czytania….
    To niesamowicie dobry znak…polecam poezje pani Lusi Ogonskiej..i panskie Historyje Mozliwe…jako ten zakwas…bez ktorego nie bedzie zadnego chleba….krom cienkiego podplomyka….

  14. RomanK said

    Wie pan..dzis kiedy podejmujac konwersacje musi sie zadac kilkanascie pytan ,zeby wyciagnac z rozmowcy mlodego i wykszalconego,,o co mu chodzi:-)))))wazny jest przyklad jezyka…
    Tego soczystego polskiego narzecza Mowy Slowianskiej, ktora mozna wyrazic ..wszystko co pomysli glowa….Jego …..uzywa pan w sposob wzorcowy. Pan maluje slowem…zaledwie kilku mialo takie mozliwosci- bo to dar przyrodzony -, Turgieniew..Kraszewski…Tolstoj, Sienkiewicz….Prus….i dlugo nic….moze Roman Turek..ale to samorodny talent samouk….
    Dlatego tak to jest wazne….i jesli samo sie nei rozsieje….nikt tego nie da polskim dzieciskom….Im na nich nie zalezy..wcale…zeby czytaly i poslugiwaly sie swoja Mowa….

  15. Miet said

    Co prawda to już – Swięta, Święta i … po Świętach, ale nie potrafię sobie odmówić przekazu kolędy, do której link otrzymałem parę dni temu od mojej przyjaciółki Ani ze szkolnej – licealnej ławy.

    Wklejam tutaj cały eMail, który mi przysłała:
    ========

    Jeżeli znajdziecie chwilkę czasu, proszę otwórzcie ten link, to piękna kolęda napisana i wykonana przez młodą dziewczynę w naszej parafi. Rodzina Wolańskich to nasi przyjaciele z zespołu. Monisia to córka Dorotki i Piotra, która śpiewała też w naszym zespole, teraz jest w klasztorze w Walendowie, wybrała życie zakonne. Wspieramy ją wszyscy modlitwą.
    Mietku , proszę o kilka słów, czy udało się odsłuchać i czy się podobało.
    Jeszcze raz ściskamy imieninowo i noworocznie.
    Ania
    =============

  16. RomanK said

    God! Reinkarnacja German??????????? Co za glos!!!!!

  17. piwowar said

    Kupić można w księgarni Bolesława Prusa na Krakowskim w Warszawie oraz wysyłkowo u pani Ilustratorki.

    Albo u autora: bart_wagner@02.pl

  18. Boydar said

    Nie, Panie Bardzo, nie kupuję tego. Dla mnie trzeba szczelniej zapakować towar. Nie może walić siarą już w sklepie.

  19. piwowar said

    Ksiądz Kowalski tak samo z początku powiadal (element parafizyczny). Nie zakumał czynnika czasu.

  20. Boydar said

    Ksiądz Kowalski nie jest moim znajomym, trudno mi się odnieść do trafności jego osądów. Natomiast (18) podtrzymuję i proszę o nie prowokowanie mnie do recenzji. Przekaz, jaki jest, każdy widzi. Może nie każdy.

  21. Marucha said

    Re 18:
    Ja chyba nie widzę ani nie czuję (siary). Chętnie się dowiem więcej,

  22. Boydar said

    – skąd zaprezentowany pogląd, że św. Józef pobierał nauki w szkole rabinackiej,

    Bo chyba innych nie było?
    Admin

  23. NICK said

    Spoko. Lubelaku. Jak rady nie damy? To … . Weg. A wtedy? To Polonusy, najukochańsze, nieprawdaż? Będą ‚dyskutować’. Z Gospodarzem. A o czym? O Polsce?

    Czy ktokolwiek z polonusów dał Panu receptę? Na tu i teraz?
    I, czy wiedzą co znaczy tu i teraz?

  24. Boydar said

    Ja mam Panie NICK’u tą unikalną wadę osobowości, że WSZYSTKIE moje marzenia się niestety spełniają. Taki Pan Maćko zrekontrowałby niezwłocznie, że mylę przyczynę ze skutkiem – że ja nie mam marzeń tylko wdrażam realne realia (coś jak oczywista oczywistość). ale jak zwykle by się pomylił, jest dokładnie odwrotnie i to jednakowoż są marzenia. Kiedy pierwszy raz otworzyłem Gajówkę (za sprawą Dakowskiego, przyznaję, taka sama trasa na Damaszek jak każda inna), pomyślałem sobie – „o k…a ! To jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe !”. Potem myślałem różnie, i poprzecznie, i podłużnie, i skosem. I pomyślałem też, że zawsze lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. I wymarzyłem sobie, że od Gajówki musi się zacząć Nowa Polska. No i sam Pan NICK widzi, rodzi się. A ja wiem jak to jest, kiedy się rodzi, bo sam parę razy byłem ojcem; nic miłego, no, może po wszystkim. Tak więc o żadnym „weg” mowy być nie może, nie ma takiej opcji. Zbyt wiele ziarnosłów padło w glebę i zaczęło kiełkować. Wyrośnie ani chybi, tak jak zawsze wskutek tych moich „marzeń”.

    Ale, ale, pominąłem respons Pana Gajowego (22). Może mieć Pan rację Drogi Gospodarzu; pamiętam jak dziś studenckie imprezy na Wydziale Ciesiołki Ręcznej Wyższej Rabinackiej Szkoły Inżynierów i Techników Budowy Jesziw i Synagog w Jerozolimie. Jedźmy dalej.

    – skąd przypuszczenie, że w „owych” czasach istnieli jacykolwiek „Germanie”, równie starożytni podobno, jak przodkowie Jaceniuka, Arszenika i Porosiuka ?,
    – dlaczego Sarmatom przypisano sprawstwo kierownicze kradzieży mienia gospodarzy ?,


  25. NICK said

    Spełniają. Się. Lubelaku. Po Prostu – panujemy nad nimi. Marzeniami. Proste. A Pan Maćko? Ilość i jakość… .
    P.S.Jak żeś zapodał P. Maćku. Olej mnie Pan. Milczeniem. Stać Pana? Na zawsze?

  26. Piwowar said

    Szkołą rabinacka: Tak powiadały Żywoty Świętych, nie pamiętam roku wydania, okres międzywojenny. Jeśli to wazne, moge sprawdzić. Nie pisze, że stolarki sie nauczył, ale wiadomo, że szkoły rabinackie uczyły równiez zawodu (sw. Paweł z Tarsu był jakoby fachowcem w szyciu namiotów). Przyjmujemy ze Józef był stolarzem.

    Sarmaci że kradli? Na ich miejscu w takiej sytuacji sam bym ukradł. Tak, kradli i zabijali swoich wrogów i to był w ogóle dość ludek zadziorny, a w bitwie bezwzględny. Co wcale nie przekresla ich dorobku w dziwedzinie kultury materialnej.

    Germanami (między innymi) w ogóle nazywano Słowian. Ale w dnia 11 września (nomen omen) 9 roku AD, Arminius uznał że stworzył odrębny naród Germanów, choć jeszcze nie było mowy o herrenfolkach. A Opowiastka dotyczy roku około 50-go AD.

    A w ogóle o czym w ogóle mowa. Nie piszemy książek o znaczeniu naukowym, tylko Opowieści Wigilijne, przeplatane szczegółami z różnych źrodel, właśnie po to, aby wyobrazić sobie życie w tamtych czasach i zainteresować odbiorcę ową epoką, która jak na razie znamy głównie z fantastycznych legend i apokryfów.

    Ksiądz Kowalski to ksiądz bardzo popularny w okolicach Warszawy z różnych względów.

    Tak mi powiedział Bart jak sie obudził na chwilę.

  27. Boydar said

    Raczej niech śpi dalej, jak śpi to nie kręci. Nie kupuję, nie muszę, jeszcze mam wybór.

  28. piwowar said

    Nikt nie zmusza do kupowania, do czytania, i jak na razie to jeszcze do niczego i na tym polega piękno rzeczywistości na dzień dzisiejszy. Jak długo jeszcze?
    Może sie obudzi na wiosnę. A może później. A może się wcale nie obudzi.

  29. Boydar said

    Gdyby się jednak obudził to Mu Pan przekaż … albo nie, starych drzew się przecież nie przesadza.

  30. piwowar said

    Wycina się.

  31. Boydar said

    No cóż, nie jestem winny tej wycinki. To Wasza rzecz.

Sorry, the comment form is closed at this time.