Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki.

Posted by Marucha w dniu 2016-04-08 (Piątek)

w y g ł o d n i a ł e
łaknące pociechy serce
nadal będzie tylko wystawą
słowa
nie zapewnią mi nieśmiertelności
mówią że mogę w s z y s t k o !
zdobywać szczyty
mierzyć wysoko
dlaczego wciąż podążam za nieznanym
(człowiekiem)
już nawet nie próbuję zrozumieć

Źródło: Atropa Belladonna Von Coup – (impulsywne)

Człowiek ma dość ograniczone możliwości, więc warto zdawać sobie sprawę z tego że choćbyśmy mimo wszystko dali z siebie wszystko, to nie wolno nam (i nie będziemy mieli) wszystkiego… Chodzi tylko o to żeby nam nie było wszystko jedno (zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi za którymi idziemy)… (Odys)

Marian Mazur (1909-1982), najwybitniejszy polski cybernetyk, był jednym z nielicznych naukowców łączących wiedzę wysoce specjalistyczną z ogólną, wzorem człowieka „renesansowego” XX wieku.

„…Naczelny zarzut, jaki należy szkole postawić, to ten, że jest absolutnie wyprana z procesów decyzyjnych. Kształci przedmiot, istotę odbiorczą, półczłowieka, na którego inni będą wpływali, wydawali mu nakazy i zakazy, egzekwowali wiadomości, które ma ze szkoły, a nawet takie, których nie ma znikąd, chwalili za dobre spełnienie obowiązków a ganili za złe. Nie kształci go jako podmiotu, nawet przyszłego, a cóż dopiero teraźniejszego.

Z czasem, już po wyjściu ze szkoły, zacznie powoli rozeznawać siebie również jako podmiot (gdyby to nastąpiło wcześniej, szkoła użyłaby wszelkich możliwych środków, aby mu to wybić z głowy, najłagodniejszym z nich byłoby obniżenie oceny ze sprawowania za „krnąbrność”) mogący krytykować, stawiać żądania, nie zgadzać się, wyrażać niezadowolenie. Wówczas stwierdzi, że nie ma pojęcia, jak to robić, popełni mnóstwo błędów przez nieodróżnianie słuszności od taktyki, ucząc się umiejętności decydowania od zera, zdany wyłącznie na siebie. Pod tym względem uczeń kończący szkołę znajduje się w sytuacji gorszej niż jego rówieśnik sprzed paru tysięcy lat, któremu ojciec dawał łuk i zabierał ze sobą na polowanie.

Okoliczność, że umiejętności decydowania nabywa się samorodnie oraz że rozpoczyna się jej nabywanie tak późno, sprawia, że przewleka się ono przeważnie do starości, a u ogromnej większości ludzi umiejętności decydowania nigdy nie wznosi się poza poziom prymitywny. To stąd właśnie, z doznawania dotkliwych skutków popełniania błędów w decyzjach, nawet u ludzi mających już dorosłe dzieci, wzięło się powiedzenie, że „człowiek uczy się rozumu do samej śmierci”, a nie – jak niektórzy sądzą – z faktu, że wiedza się szybko rozwija, trzeba się więc ciągle dokształcać. I pomyśleć, że nie na jakimś prymitywnym poziomie, lecz jeszcze w najzupełniej zerowym stanie umiejętności decydowania, człowiek podejmuje dwie najdonioślejsze decyzje życia, jakimi jest wybór zawodu i małżeństwo!

BEZDECYZYJNY charakter kształcenia młodzieży nie wynika z „istoty szkoły”, lecz z braku rozeznania celów, dla których wykształcenie ma służyć. Pod tym względem pozostajemy właściwie na poziomie dawnych guwernerów, od których młodzi panicze „pobierali nauki”, tzn. uczyli się sztuki czytania, pisania i rachowania, a ponadto encyklopedycznych elementów historii, geografii, literatury, jakiegoś języka obcego, aby umieć „obracać się w świecie”.

Różnica polega jedynie na tym, że obecnie zakres wiedzy encyklopedycznej jest znacznie szerszy, co nie przeszkadza, że maturzysta, jeżeli idzie na studia wyższe – co, jest w znacznym stopniu kontynuacją szkoły średniej – także umie tylko „obracać się w świecie”, co znaczy może pracować w biurze, gdzie będzie wpisywał, przepisywał i wypisywał to, co mu tam, odpowiednio do rodzaju biura, każą.

Jak natomiast być powinno, widoczne jest w nauczaniu na rozmaitych kursach, organizowanych w celach wyraźnie określonych. Na przykład na kursie samochodowym chodzi o wykształcenie kierowców. W tym też celu, oprócz dostarczania kursantowi informacji o budowie samochodu, znakach drogowych i przepisach ruchu, kształci się go w podejmowaniu decyzji w sytuacjach od najprostszych, jak uruchomienie i zatrzymanie silnika w samochodzie stojącym, aż do najtrudniejszych, w normalnym ruchu miejskim. Kursant stopniowo przemienia się w kierowcę i staje się nim jeszcze przed końcem kursu. W ostatnich jazdach ćwiczebnych obecność instruktora jest tylko formalnością.

Tu nie chodzi tylko o to, że nowo wykształcony kierowca umie jeździć, tzn. wie kiedy co nacisnąć lub obrócić. Potrafi także decydować, to jest pokonywać wahania i rozstrzygać wątpliwości, jakie przeżywa się w konkretnych sytuacjach ruchu drogowego, kiedy obawia się podjąć błędną decyzję nie dlatego, że zdradziłby się tym wobec instruktora niedostatkiem informacji o kierowaniu samochodem, lecz dlatego, że naraziłby siebie i innych na niebezpieczeństwo. Jest to przejęcie się decydowaniem, bo sytuacje są rzeczywiste i nie nadają się do żartów.

Podobnie na kursie pływackim kursant staje się pływakiem i jeszcze w czasie trwania kursu bywa w sytuacjach grożących mu rzeczywistym niebezpieczeństwem, z którego prawdopodobnie instruktor by go wybawił, ale jak wiadomo diabeł nie śpi.

Kim zaś staje się uczeń kończący szkołę? Powinien stać się dorosłym (nawet świadectwo, jakie otrzyma, nazywa się świadectwem dojrzałości), to znaczy jeszcze w ostatnim roku szkolnym powinien umieć postępować jak dorosły.

Przed laty zdarzyło mi się usłyszeć, jak stary wieśniak powiedział o jakimś wymądrzającym się studencie: „Co on tam, głupi, wie, jak na siebie nie zarabia, a żony i dzieci nie ma”. W tych słowach był głęboki sens. Praca, utrzymanie rodziny to rzeczywistość, bez zetknięcia się z nią nie wie się, co to znaczy decydować, jest się „głupim”.

[Ciekawe byłoby sprawdzenie, jaki procent tzw. „polityków”, nie tylko w Polsce, nigdy nie pracowało w żadnym zawodzie… – admin]

I rzeczywiście, w szkole uczniowie do końca pozostają „głupi”. Ideałem wychowawczym nauczycieli jest przekształcenie zwykłego ucznia w ucznia wzorowego. W ucznia, a nie w dorosłego. Nauczyciele czują się zwierzchnikami uczniów, i takimi chcą pozostać do końca, tj. do chwili, gdy ich przekażą następnym zwierzchnikom. Jest to masowe produkowanie ludzi nieodpowiedzialnych.

W szkole, owszem mówi się wiele o poczuciu odpowiedzialności, ale chodzi o odpowiedzialność wykonawców, a nie decydentów.

Tak zwane samorządy w szkole to nie żadne samorządy, lecz ich parodia. Nic dziwnego, że później podobnie działają samorządy dorosłych. Nauczyciel-wychowawca wyznacza, który uczeń ma być w danym roku przewodniczącym, który sekretarzem itd. i całe to grono traktuje jako pomocników w rozmaitych akcjach szkolnych, utrzymywaniu porządku, zbieraniu składek itp.

A przecież, choćby w tym minimalnym zakresie, należałoby uwalniać uczniów od natarczywej obecności nauczyciela, stawiać ich wobec konieczności podjęcia decyzji, dać im odczuć smak bezradności, gdy nie wiadomo co postanowić, a zarazem świadomość, że to, co się postanowi nie wymaga niczyjego potwierdzenia i będzie musiało być jakoś zrealizowane. Gdy w razie błędnej decyzji zamierzona akcja się nie uda albo uda się niezupełnie, jej przebieg powinien być przedyskutowany (tym razem, w obecności nauczyciela jako doradcy), a błędy decyzji wykryte.

Uczniowie powinni się przy tym nauczyć przewodniczenia zebraniom, protokołowania, referowania, dyskutowania, stawiania wniosków oraz rozróżniania ich rodzajów (ileż to osób dorosłych nie wie, jaka jest różnica np. między wnioskiem formalnym a wnioskiem nagłym i jaka jest procedura ich uchwalania).

To jednak nie wszystko. Problematyka decydowania powinna być w szkole szeroko traktowana; podstawy teorii decyzji, ze szczególnym uwzględnieniem optymalizacji zasady projektowania w związku z fizyką i realizacja prostych projektów, zasady organizacji pracy zespołowej i rodzaje podejmowanych w związku z tym decyzji, dyskutowanie kapitalnych problemów decyzyjnych, znanych z historii powszechnej, rozwiązywanie ćwiczebnych problemów decyzyjnych o nie znanej z góry liczbie możliwych decyzji.

Przede wszystkim jednak należałoby położyć nacisk na podejmowanie przez uczniów decyzji w sytuacjach rzeczywistych, z rzeczywistymi ich skutkami. Najbardziej nadają się do tego sytuacje, w których uczniowie muszą decydować o swoim życiu, o przyszłości.

Czas skończyć ze szkołą pojmowaną jak rura: gdy uczniowie wejdą do niej jednym końcem, będą w niej przepychani, aż wyjdą drugim. Tak, przepychani, co ma ten skutek, że uczniom wszystkich czasów – bo system ten pokutuje od dawna – wydaje się, iż robią łaskę, że chodzą do szkoły, i wobec tego za największe szczęście uważają sytuację gdy nie zostało nic zadane albo jest wolna lekcja, bo nauczyciel zachorował, a jeżeli zaczną się zaniedbywać, jest to zmartwienie dla rodziców, z którymi wychowawca porozmawia na wywiadówce.

W szkole średniej atmosfera taka powinna zostać zlikwidowana przez zdjęcie z uczniów nacisku nauczycieli – kto chce, niech się uczy, kto nie chce, niech się nie uczy – tak jak jest w szkołach wyższych. Nie należy się obawiać, że nastolatki to głuptasy i przestaną w ogóle chodzić do szkoły. Nie przejmują się szkołą, bo wiedzą, że robi to za nich ktoś inny – nauczyciele, rodzice. Przejmują się jednak sobą, tyle że w niewłaściwy sposób.

Zmiana jest potrzebna, żeby kształcenie się było przedmiotem decyzji ucznia, a nie nakazu, któremu trzeba się poddać, bo dorośli są silniejsi.

Oczywiście, nie w tym rzecz, żeby uczeń „podjął decyzję” zapisania się do szkoły i przyjścia na egzamin wstępny, lecz w tym, żeby musiał w szkole decydować o sobie. Na przykład, obecnie nauczanie odbywa się w sposób uśredniony, program musi być przerobiony ze wszystkimi uczniami, wszyscy muszą opanować w dostatecznym stopniu wszystkie przedmioty. W rezultacie uczeń niewiele zajmuje się przedmiotami, do których jest bardzo uzdolniony, a najwięcej wysiłku wkłada w przedmioty sprawiające mu trudności, tym większego, że przedmiotów tych nie lubi. Musi tak postępować, bo grozi mu nieotrzymanie promocji, jeżeli ich nie opanuje. Czy to jest racjonalne ?

Czy społeczeństwo potrzebuje ludzi znających wszystko pobieżnie, czy też ludzi o różnych talentach dobrze rozwiniętych ? Odpowiedź nie nasuwa chyba wątpliwości. Nie można jednak indywidualizować uczniów decyzją nauczyciela. Tylko sam uczeń może powiedzieć, czego chce, co sprawia mu satysfakcję i przyjemność, a co go nudzi, to zaś oznacza oddanie decyzji w jego ręce, ucznia. Wtedy będzie się uczył z własnej inicjatywy, ze skutecznością przekraczającą wyobrażenia nauczycieli dzisiejszego typu.

Że to nie przesada, można się przekonać obserwując uczniów-hobbystów, znane są przypadki chłopców interesujących się elektroniką, którzy wiedzą niewiele ustępowali inżynierom tej specjalności, a z całą pewnością przewyższali ich liczbą samodzielnie skonstruowanych generatorów i znajomością czasopism fachowych, sprowadzanych nieraz z zagranicy w drodze wymiany, a następnie wertowanych ze słownikiem w ręku, aby żadnego słowa ze zdobytego skarbu nie uronić.

Tym ogromnym potencjałem intelektualnym nauczyciele zupełnie nie interesują się, czemu zresztą trudno się dziwić. Nie tego oczekuje od nich ministerstwo, a poza tym, szczerze mówiąc, nie mogliby być partnerami w dyskusji z takimi uczniami, gdyż niewiele by z niej zrozumieli, nawet jeżeli są nauczycielami fizyki.

Na ewentualny argument, że pewni uczniowie zrobiliby ze swobody decyzji zły użytek, porzucając szkołę przez lekkomyślność, czego dopiero po niewczasie zaczęliby żałować, odpowiem, że istotnie mogłoby się to zdarzać, ale miejsc w szkole średniej mamy mniej niż zgłaszających się. Czy nie słuszniej byłoby więc udostępnić je przede wszystkim tym, którzy będą chcieli się uczyć z własnego impulsu, bez popychania? Jeżeli zdolny a tylko jeszcze lekkomyślny uczeń wypadnie z normalnego nurtu szkolnego, to jeszcze nie tragedia – będzie mógł skorzystać z nauczania zaocznego lub wieczorowego. Prawda, będzie to od niego wymagało zwiększonego trudu i wyrzeczeń, ale taka jest cena, tutaj stosunkowo niska, błędnych decyzji. Mogę tylko powtórzyć, że umiejętności decydowania nabywa się w sytuacjach rzeczywistych.

Inny zarzut pod adresem szkoły to fakt, że nawet w zakresie procesów informacyjnych działalność jej jest wadliwa. Zajmuje się wyłącznie wpajaniem wiadomości, a nie uczy wyrabiania poglądów. Co więcej, żeby chociaż te wiadomości były właściwie dobrane, ale i to nie. Podaje się wiadomości które można znaleźć w atlasach, encyklopediach, tablicach itp., a nie podaje się metod ich zdobywania.„

Marian Mazur
Źródło: Polski Informator Narodowy: A co o szkolnictwie pisał Marian Mazur?

*                     *                      *

Jako uzupełnienie wykład: PSC 14. Stereotypy a pojęcia i ich rola w procesach sterowania – Józef Kossecki

Krótki komentarz (delikatnie polemiczny) do materiału filmowego…

Pojęcia i idee mają swój sens a przede wszystkim konsekwencje (nie tylko rozumowe). Jeżeli zaczniemy udawać że nic nie znaczą, albo że znaczą coś innego (jak to co znaczą w rzeczywistości) tylko dlatego że ktoś ich używa w wypaczonym sensie, to się za Chiny ludowe jako ludzie nie dogadamy.

Odmawianie sensu/znaczenia jakimkolwiek pojęciom (i wykluczanie ich z tego powodu z powszechnego obiegu), tylko dlatego że ludzie je źle rozumieją to strzał w stopę. Istotą problemu jest to że ludzie nie wiedzą co się kryje za niektórymi ideami i pojęciami. Używają słów wbrew ich pierwotnym znaczeniom i to właśnie trzeba naprawić, a nie mówić ludziom że np. kapitalizm i socjalizm to jedno i to samo. Różnią się tak jak prawo i lewo, jak biel i czerń.

Możemy więc albo zacząć wreszcie używać tych słów zgodnie z ich znaczeniem, albo próbować ludzi oduczyć ich używania. Trzeciej drogi nie widzę. Stereotyp to mylne/negatywne postrzeganie/rozumienie rzeczywistości spowodowane przez negatywną sugestię/intencję nadawania słowom i pojęciom innych znaczeń niż mają w rzeczywistości. Słowa same z siebie nie są ani złe ani dobre (chyba że są to wulgaryzmy i wyzwiska).

Niektóre pojęcia (jak wyżej wspomniane) są mało „diagnostyczne” bo został zatracony ich pierwotny sens. Mało kto dziś wie co tak naprawdę oznacza socjalizm a co kapitalizm, oraz kiedy mamy z nimi do czynienia. Więc albo przywrócimy to znaczenie do obiegu, odkłamując semantykę (będziemy tłumaczyć ludziom co się kryje za tymi pojęciami), albo wyrugujmy z obiegu te słowa i zastąpmy innymi. Tylko jak je wyrugować skoro używają tych pojęć/słów miliardy ludzi na całym świecie? Ustawą? Zamykaniem do więzienia za używanie? Spalić wszystkie książki, skasować z internet, wyprać wszystkim mózgi?:) Uważam że to jest niemożliwe.

Każda jedna idea/pojęcie które kiedykolwiek zostało wpuszczone w obieg (zwłaszcza o takim polu rażenia powszechnego użycia, jak system polityczny, prawny, czy ekonomiczny) jest nie do usunięcia ze świadomości wszystkich ludzi. Jedyne co pozostało to odkłamywanie tych terminów, by ludzie zaczęli ich używać zgodnie z prawdziwym znaczeniem. Pozostaje powrót do PRAWDY.

Nie widzę sensu w tworzeniu kolejnych „najprawdziwszych” pojęć, zwłaszcza jeżeli będą one używane wyłącznie przez jakiś promil fascynatów i to między sobą, bo nikt inny ich nie zrozumie. Ale życzę powodzenia w ich wdrażaniu wszak to wolny kraj. Dla mnie jest to jednak strata czasu i energii. Inflacja słów których nikt (poza wąskim gronem) nie będzie rozumiał, a przecież tu chodzi o otworzenie oczu masom (przynajmniej dopóki mamy demokrację:) ).

Jeśli chodzi o emocje to nowe słowa też ludzi z emocjonowania się na zadane słowo/ideę nie wyleczą. Trzeba wytworzyć w człowieku potrzebę autodyscypliny, a to można moim zdaniem uzyskać wytwarzając silniejsze pragnienie, tj. chęć poszukiwania prawdy i umiłowania prawdy. Wtedy emocje zostaną poskromione a przynajmniej zepchnięte na dalszy plan żeby nie psuły wymiany poglądów. Tu czasem wystarczy że jedna ze stron utrzyma emocje na wodzy a może się to udzielić drugiej stronie. Uważam też że najbardziej rozemocjonowanym i wulgarnym dyskutantom nie należy dawać „satysfakcji” (w slangu młodzieżowym to się tłumaczy jako „nie karmienie trolli”). Takim ludziom należy się ostracyzm jako kara dyscyplinująca, inaczej nigdy się nie nauczą kontrolować w dyskusji własnych emocji.

Wykład Pana Koseckiego jak zwykle ciekawy i godny namysłu co do niektórych pojęć/słów/definicji, które rzeczywiście należałoby dookreślić żeby ich definicja była dla wszystkich jasna… (Odys)

https://odyssynlaertesa.wordpress.com

Komentarzy 18 to “Czego (nie)uczy „tradycyjna” szkoła czyli… nie wszystko musisz wiedzieć. Definicje, pojęcia, słowa i stereotypy według cybernetyki.”

  1. Maćko said

    Niektóre szkoly dla dzieci prawdziwych elit ( oczywiscie zamoznych ) maja system nauczania oparty nie na przedmiotach ale na pojeciach.
    Na przyklad temat „woda” bedzie nauczany systemowo, od wody w kosmosie az do wody w komórce poprzez wszystkie jej aspekty posrednie z poezja wlacznie.
    Systemami zajmuje sie wlasnie cybernetyka.

  2. „…Pozostaje powrót do PRAWDY…”
    Nic dodać nic ująć – dokładnie o tym jest moja jeszcze niedokończona książka, P Jak Niebo.

  3. Wimar said

    Tu nie ma przypadków. Kto trzyma ster władzy w szkołach ten w przyszłości kieruje( czyt. manipuluje) społeczeństwem.To języczek u wagi planów i działań masonerii -patrz: „Stała instrukcja Alta Vendita”. Pseudoreformy w szkolnictwie rozpoczęły się z chwila kasaty Zakonu Jezuitów i jego szkol, co dziwnym trafem zbiegło się u nas z wizytą pana Du Ponta i powstaniem Komisji Edukacji Narodowej w 1773r.Obecne reformy w szkolnictwie (oświacie) polegają na tym czy będzie realizowana strategia Wielkiego Wschodu, B’nai Brit czy Kopernika. Z rządem cieni nie da się wygrać.Plusem doby internetu jest to ,że można się dokształcać na „gajówkach” 🙂

  4. JW said

    Profesor naturalnie ma rację opisując szkołę w ten sposób. Jej zadaniem jest właśnie zabicie kreatywności i ciekawości świata oraz stworzenie potulnego bydlęcia, uległego wobec władzy – czy to przełożonych, czy też państwa. I system polityczny nie ma tu nic do rzeczy, bo tak samo wygląda(ło) to za obecnej i poprzedniej komuny, jak i w krajach pseudokapitalistycznych. Rozwiązaniem jest kształcenie domowego swoich dzieci (homeschooling) oraz stałe dokształcanie siebie samego, tyle że trzeba mieć samozaparcie i zrezygnować choćby z codziennego tępego gapienia się w ekran, na co niewielu stać.

  5. Maćko said

    Docent Kossecki o naszych zadaniach: https://youtu.be/5ZBs1o57YoE?t=50m36s

  6. Maćko said

    I troche dalej:

  7. RomanK said

    Czy społeczeństwo potrzebuje ludzi znających wszystko pobieżnie, czy też ludzi o różnych talentach dobrze rozwiniętych ?
    Pytal naiwnie sw p, prof Mazur:-)))))))))

    Sadzac po wolnych wyborach spolecznosci polskiej- wlasnie najbardziej Polacy ufaja…expertom pobieznosci i blichtru do tego o umyslowosci dwunastolatkow z lekkim syndromem Dawnsa:-)))))) Ktorzy maja bardzo powazne problemy z zawiazaneim butow…czy posmarowniu maslem kromki chleba:-)())))))

  8. RomanK said

    Zdolnosci decyzyjne rzadow okreslamy procentem dojrzalosci decyzyjnej…
    WYznacznikiem procentowym jest stosunek liczby starych kawalerow i starych panien, rozwodnikow i bezdzietnych do liczby zatrudnionych na pozycjach rzadowych…

  9. Boydar said

    Społeczeństwo, moim zdaniem, potrzebuje wszystkich; i tych ogólnych i tych szczegółowych. Znajdzie się miejsce dla starej panny i jeszcze starszego kawalera. Tak się zdarza w życiu, nic w tym nienormalnego nie ma. Pani sprzedająca w księgarni, albo nawet w bibliotece, powinna właśnie mieć szeroką wiedzę ogólną. Co nie znaczy, że nie może wyśmienicie znać się np. na kocinkach.

    Ja to bym skoncentrował się raczej na zupełnie odwrotnej kwestii; kogo społeczeństwo NIE POTRZEBUJE. I druga sprawa, czy za pieniądze z naszych podatków godzi się zatrudniać cwaniaczków, którzy nie tylko niczego szczególnego nie umieją, ale tak naprawdę za wyjątkiem cyckania innych niczego umieć nie chcą.

  10. czosnkowy niedźwiedź said

    Społeczeństwo potrzebuje takich co wiedza cos o wszystkim i wszystko o czymś.

  11. Wosiu II said

    Szkoła Polska nie uczy… uczniów podstaw ekonomii, pomio że jako jedyna w Europie… wykłada przedsiębiorczosć.

  12. Pull up said

    @ 1, 6. Maćko said…Polska Szkoła Cybrnetyki..

    Panie Maćku. Był taki okres w propagowaniu trudnych teorii naukowych przez noblistów szerokiemu nieprofesjonalnemu czytelnikowi, kiedy starano się przekaz wiedzy dostosować do zasobu słów i pojęć ucznia szkoły średniej (anglosaskiej). Pan i uczniowie doc. J. Koseckiego są w stanie opracować takie wykłady cybernetyki, aby samo już pojęcie „cybernetyka” nie odstraszało czytelników. Spróbujcie, prosimy!

  13. Boydar said

    Panie Wosiu Secondary, znów jedyne co mi pozostaje to obrócić kota ogonem. Uczeń z braku wiedzy się nie zesra, gwarantuje Panu. Jak mu zbraknie to sobie poszuka, jak nie teraz to później; jeśli nie zdąży to najwyżej „głupi” umrze. Problem jest inny; „polska” szkoła obecnie uczy, głownie oszukiwać, kręcić i kombinować. Logiczne myślenie (SC ?) jest standardowo tępione, promowane i nagradzanie jest myślenie CHYTRE. Pojętni uczniowie tego nurtu radzą sobie jako absolwenci wręcz doskonale. Zaznaczam, że w życiu, bo ‚potem’ to nie śmiem przypuszczać. Tylko ani Polska ani Naród ani ludzkość, nie mają z tej „nauki” nie tylko pożytku, ale wręcz toną w bagnie efektów tej ekwilibrystyki. Nie wiem, jak jest w innych krajach, ale akurat inne gów.no mnie obchodzą. Bagsik czy Gąsiorowski byli bardzo przedsiębiorczy, być może ukończyli właśnie taką „szkołę”. Oczywiście mieli też chłopcy talent, wrodzony, zapewne po matce.

  14. Maćko said

    12 Pull Up – witam.
    Tez sie nad problemem zastanawialem i uwazam, ze Nauka o Sterowaniu brzmi duzo diagnostyczniej i przystepniej. Luminarze tej dziedziny w wielu miejscach podkreslali, ze cybernetyka jest najlepszym mozliwym teminem, ale geniusze bywa ze nie gotuja jajek na miekko, wiec nie zdaja sobie sprawy z trudnosci, z jakimi my, normalni ludzie, jestesmy konfrontowani.

    Chodzi równiez o zwiezlosc nazwy – mamy Fizyka, Matematyka, Cybernetyka, Logika… nazwa Nauka o Sterowaniu niejako wypada z sieci pojeciowej Nauk.
    Moze dobry efekt by dalo podwójne nazywanie? Przez dluzszyc czas pisac: Nauka o Sterowaniu ( cybernetyka ) zajmuje sie sposobami wpywania na wszystkie mozliwe systemy aby osiagnac zamierzone cele…

    Docent Kossecki i profesor Mazur byc moze tez wyobrazali sobie, ze elita paru set osób bedzie mogla sterowac Polska dla dobra jej mieszkanców-Polaków. Ja sie raczej zgadzam z malzonka docenta, która wprowadzila pojecie „homeostazy rozproszonej” tj. sterowania oddolnego opartego na duzej ilosci osób przekonanych o slusznosci danej sprawy. Cos podobnego sugeruje Rafal Brzeski w wykladach o wywiadzie obywatelskim czy o oporze sieciowym.

    Jako przyklad podam posuniety az do granicy, stanu krancowego, bojkot.
    Bojkotujac np. GWno, moge byc sam, mozemy byc w dwóch, moga byc wszyscy bywalcy Gajówki a moga byc, krancowo, wszyscy Polacy. Póki jest nas malo efekt jest nieduzy, ale jesli wyobrazimy sobie efekt krajowego bojkotu, to juz robi sie razniej na sercu. NIKT nie czyta GWna!
    Upada bastion ciemiezenia i oglupiania „tubylców”.
    Taka akcja nie tylko by dala efekt oddurniania spoleczenistwa ale tez by dala poczucie sily, zadowolenie z sukcesu oraz najwazniejsze : ochote na kolejny sukces! Wiemy, ze zwyciestwo dodaje sil, ze rosnie apetyt na nastepne.

    Dlatego wróg tak walczy z Nauka o Sterowaniu, z Socjocybernetyka. Wróg Ludzkosci walczy z kazdym przejawem nauczania systemowego i ukazywania sposobów, jakimi sie manipuluje Ludzi sla zysku nielicznych psychopatów. Dlatego wyjatkowo szkodliwi sa osobnicy krytykujacy bezmyslnie Nauke o Sterowaniu lub krytykujacy ja rozmyslnie, aby utrzymac Naród w ignorancji.

    Prawdziwi liderzy zawsze krytykuja uczac. Na przykladzie krytykowanej drogi ukazuja wlasciwa, wedlug nich, pozwalajac w ten sposób innym ocenic i poznac cos nowego.
    Uklony

  15. czosnkowy niedzwiedz said

    Boydarze, chlopcy zaiste mają talent. W roku 1991 miałem okazję uczestniczyc w zebraniu biznesowym firmy handlującej tekstyliami. Wtedy każdy otwierał własny biznes na łóżku polowym w bramie a wielu wyrastało do statusu szacownej firmy. Na to zebranie biznesmeny przyszli w dresach i białych skarpetkach, ale kazdy z nich mial telefon komórkowy z antena na trzy metry. O, przepraszam, jeden starszy przyszedł w garniturze i pod krawatem. I jeden mówi do drugiego mnie wiecej tak: Wiesz, ten Adam z Poznania to dopiero zrobił biznes. Wziął kredyt na trzydzieści dużych baniek (duża bańka to był wtedy ekwiwalent 14 tys dolarów), a potem zrobił sobie żółty kwit i poszedł sie leczyć. I z podziwem: Ten to ma łeb, co nie?

    Tego nie ucza w żadnej szkole.

    Czemuś biedny? Bos głupi. Prosze o definicje głupoty.

  16. głos said

    Prosze o definicje głupoty.

    nie chce byc zlosliwym przy niedzieli.

  17. Maćko said

    Czego nie uczy tyradycyjna…:
    ZP Grunwald (1980-89) – ważne dziedzictwo polskiego ruchu socjal-narodowego.

    W swoim czasie byli jedynym stowarzyszeniem, które trafnie zdiagnozowało zorganizowanie grupy KOR-owskiej, jako próbę powrotu do władzy członków, oraz następców żydowskiego lobby z lat 1944-56. Członkowie „Grunwaldu” jako pierwsi alarmowali, że syjonistyczna pseudo-opozycja nie działa w interesie narodu polskiego, lecz „walczy” jedynie z potężnym dorobkiem materialnym lat PRL-u. Dorobek ten zostanie potem – dokładnie tak jak przewidywano – oddany pod wyprzedaż na rzecz międzynarodowego kapitału /wg. planu syjonisty Sorosa/. Dlatego Zjednoczenie Patriotyczne od 30 lat poddawane jest wściekłym i zakłamanym atakom propagandowym. I nie chodzi tutaj tylko o koncesjonowaną lewicę i prawicę III RP, której liderzy są kukłami szkolonymi w USA przez Departament Stanu. Najgorsze, że kontakt z dziedzictwem grupy tracą polscy, młodzi narodowcy, którzy często powtarzają propagandowe kłamstwa syjonistów z „Wyborczej” i historyków „dyżurnych” post-KOR-owskiej prawicy, o „koncesjonowanej opozycji”.
    https://socjalnacjonalista.wordpress.com/2015/10/16/zp-grunwald-1980-89-wazne-dziedzictwo-polskiego-ruchu-socjal-narodowego/

  18. Wosiu II said

    Nie sposób polemizować z panem Boydarze. Krótko na temat i treściwie pan… wykłada. Dla mnie bomba.

Sorry, the comment form is closed at this time.