Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Bezpartyjna o Ben Buja Nago Bramaputra
    Maverick o Czy następny będzie Władimir…
    Kwal o Wolne tematy (65 – …
    Bogdan Goczyński o Maseczkowy szwindel
    Marucha o Wolne tematy (65 – …
    Staszek z Przyborowa o Duchowa przestrzeń Polski?
    Lily. o Wolne tematy (65 – …
    Roman o Wolne tematy (65 – …
    Roman o Wolne tematy (65 – …
    PJO o Twórca „Patrioty” nie żyj…
    revers o Wolne tematy (65 – …
    Niedźwiedź o Wolne tematy (65 – …
    revers o Czy następny będzie Władimir…
    Kwatermistrz o Wolne tematy (65 – …
    NICK o Wolne tematy (65 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 525 obserwujących.

Lider krymskich Tatarów dopuszcza możliwość zbrojnego ataku na Krym

Posted by Marucha w dniu 2016-04-27 (Środa)

Przywódca Medżlisu Tatarów krymskich Refat Czubarow we wtorek, 26 kwietnia, poinformował widzów ukraińskiego Kanału Piątego, że Ukraina nie powinna wykluczać możliwości zbrojnego ataku na Półwysep Krymski.

„Czynnik wojskowy nie może być tak po prostu odrzucony. Powinniśmy odrobić naszą część pracy domowej – wzmocnić armię. Powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na flotę” – powiedział Czubarow.

Według Tatara Kijów powinien prowadzić aktywną współpracę na polu militarnym z Bułgarią, Gruzją, Rumunią i Turcją, ponieważ te kraje odczuwają podobne do Ukrainy zagrożenie płynące ze strony Rosji.

Czubarow stwierdził także, że w niektórych krokach społeczności międzynarodowej widzi próbę „oszukania samych siebie”. Słowa te tyczą się wsparcia dla narodu ukraińskiego, w tym przypadku okazywanego poprzez sankcje nałożone na Federację Rosyjską.

Czubarow zapowiedział, że w najbliższym czasie wybiera się do Niemiec gdzie odbędzie szereg spotkań z prominentnymi urzędnikami. „Pokażę im nie słowami, ale faktami, że ich oczekiwania dotyczące tego, że Rosja będzie wypełniać warunki porozumień z Mińska to iluzja” – dodał.

W kwietniu prokuratura Krymu zdecydowała o zawieszeniu działalności tatarskiego Medżlisu. Stowarzyszenie było organem samorządu Tatarów krymskich. Organizacja została oskarżona o działalność ekstremistyczną. O zdarzeniu informowaliśmy wcześniej w tej wiadomości (http://pikio.pl/krym-prokuratura-zdelegalizowala-tatarski-medzlis/).

http://pikio.pl

Chyba staruszek załapał tę samą bakterię, co von Macierevitz. Plus skleroza…
Admin

Komentarzy 13 do “Lider krymskich Tatarów dopuszcza możliwość zbrojnego ataku na Krym”

  1. rebeliant80 said

    Na Tatara najlepszy dobrze zaostrzony pal

  2. lopek said

    Widocznie potrzebuje finansowego wsparcia od Patroszenki i wie z której strony na konia wsiąść.

  3. revers said

    jak to sie mowiło po staropolsku? gonili tatarzyna, a złapali turczyna – o swoja dole ma od Erdogana i Faszington DC.

    Na Krymie ma stacjonowac ok. 40 dodatkowych pułków i 3 brygady roznych sapecjaności.

    Tatarzyn może z Ukrami co najwyzej pomachac kindzałem.

  4. Kazik said

    Niech się wybierze na Krym do Bachczysaraju i to zaproponuje Tatarom .

  5. Stanisław said

    Apokaliptyczna gwiazda Piołun
    28 kwietnia /poniedziałek/ 1986 r. w Mikołajkach był pięknym słonecznym wiosennym dniem. Byliśmy od tygodnia pod wpływem kontynentalnej masy ciepłego powietrza spływającego do Polski z barycznego wyżu ukraińskiego, był on przyczyną południowo-wschodniego wiatru wiejącego z prędkością 4-6 m/sek. W Obserwatorium Regionalnym IMGW prowadziłem Pracownię Pomiarów Radioaktywności Atmosfery. Sieć takich pracowni utworzona została w IMGW na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku z myślą o osłonie terytorium Polski, gdy doświadczalne wybuchy jądrowe w wolnej atmosferze wykonywały zarówno mocarstwa wschodu jak i zachodu, oraz szybko rozwijała się energetyka atomowa. Wyniki pomiarów globalnego opadu radioaktywnego objęte były klauzulą tajności , gdyż na jego wielkość miały wpływ również eksperymenty radzieckie i chińskie. Aparatura pomiarowa rejestrowała efekty tych doświadczeń w postaci opadu radionuklidów na obszar Polski zwykle już po kilkunastu dniach, w zależności od intensywności ogólnej strefowej cyrkulacji atmosferycznej.
    W ten pamiętny dla mnie poniedziałek o godz. 8 rano dokonałem rutynowych czynności pomiarowych: wymieniłem nitrocelulozowy dobowy filtr powietrza zbierający pył atmosferyczny w pompie przetaczającej powietrze w ilości ok. 120 m3/dobę, obsłużyłem drugą pompę z filtrem wiskozowym o wydajności ok. 1000 m3/doba, zebrałem opad dobowy z kuwety sedymentacyjnej i inne. W tym czasie od pół godziny wygrzewała się elektroniczna aparatura z detektorami i sondami do promieniowania beta, zestaw produkcji bydgoskiej firmy Polon. Na początku pomiaru licznik impulsów tła wykazał jego kilkunastokrotny wzrost, co wywołało moje niezadowolenie gdyż przypuszczałem to co zdarzało się nieraz, uszkodzenie sondy scyntylacyjnej lub zasilacza wysokiego napięcia. Po ustaleniu, że nie ma uszkodzenia aparatury i po włożeniu filtra zdjętego rano mówiąc obrazowo „ zaczęły się schody”, licznik impulsów oszalał. W okienku cyfrowego wyświetlacza pojawiła się kaskada zliczeń niemożliwych do uchwycenia okiem. Po wyliczeniu aktywności przekazałem dane do wiodącej pracowni IMGW w Warszawie oraz do Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej /CLOR/. Depesza moja w początkowej fazie przyjęta z niedowierzaniem i zastrzeżeniami co do sprawności aparatury postawiła służbę ochrony radiologicznej kraju w stan alarmu, w trybie awaryjno-alarmowym wprowadzono pomiary co dwie godziny na wszystkich stacjach. Natężenie promieniowania beta rosło z każdą godziną osiągając w południe kilkaset tysięcy razy wartość większą od normalnej. Poziom promieniowania gamma tzw. mocy dawki na wysokości 1 m nad gruntem wzrósł ponad dziesięciokrotnie. A w mediach panowała cisza, na wszystkich dostępnych mi zakresach fal. Wyniki pomiarów w Warszawie sugerowały awarię reaktora w Świerku, jednak przypuszczenia okazały się chybione bo poziom promieniowania w Mikołajkach był wielokrotnie większy niż w okolicach reaktora. Osobiście brałem pod uwagę takie przyczyny jak spłonięcie spadającego satelity z radioizotopami na pokładzie, zgubienie przez samolot bomby atomowej i wreszcie na końcu wybuch nuklearny i awarię reaktora w elektrowni, o możliwości takowej donosiła bowiem literatura fachowa. Około godziny 13- tej koledzy z CLOR poinformowali mnie, że analiza spektralna próbek powietrza pobranych w Warszawie i w Świerku wskazuje na awarię reaktora atomowego, nadchodziły też wiadomości, że inne nasze stacje pomiarów skażeń informują o wzroście radioaktywności powietrza. Dyżurny synoptyk z Biura Prognoz w Białymstoku opisał mi trajektorię masy powietrza przesuwającego się nad północno-wschodnią Polską wskazując na jej obszar źródłowy nad Ukrainą, gdzie od kilku dni pogodę w tej części Europy kształtował wyż baryczny. Stało się jasne, że awaria reaktora miał miejsce na Ukrainie. W mediach zaś do godziny 19-tej panowała cisza, bo wiadomość o wycieku w jednej ze szwedzkich elektrowni jądrowych jaką podano w pierwszym programie Polskiego radia niczego nie wyjaśniała, gdyż skażeniu z tamtego kierunku przeczyła sytuacja meteorologiczna. A natężenie promieniowania dalej rosło…! Analizę składu radioizotopów w opadzie całkowitym podjęła też pracownia Radiochemii Atmosfery założona przed rokiem w związku z budową elektrowni atomowej w Żarnowcu, która włączyła się pomiarów skażeń w trybie awaryjnym. Przesadą było mówienie o całej tablicy Mendelejewa jak to koloryzowali dziennikarze zachodnich mediów, którzy już w następnym dniu penetrowali Mikołajki ze specjalnym uwzględnieniem Obserwatorium IMGW. W tych pierwszych dniach dominował w składzie radionuklidów jod-131, który w następnych dniach na skutek szybkiego rozpadu / okres połowiczny 8 dni/ ustąpił pierwszeństwa cezowi-137. O katastrofie reaktora w elektrowni atomowej 26 kwietnia w Czarnobylu dowiedzieliśmy się z drugiego dziennika telewizyjnego, mówiono bardzo oględnie o przesuwającej się na dużej wysokości radioaktywnej chmurze, która swoim zasięgiem objęła Polskę północno-wschodnią, żadnych zaleceń dla mieszkańców, ot wiadomość jedna z wielu, wcale nie najważniejsza i nie na pierwszym miejscu.
    Tego wieczoru „zagotowało się” w zagranicznych mediach. Głos Ameryki np. podał niesprawdzoną wiadomość o ponad trzech tysiącach ofiar śmiertelnych w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni, oraz o groźbie wybuchu reaktorów w sąsiednich blokach, co wzbudziło wielkie zaniepokojenie społeczeństwa. Jak się później okazało Amerykanie dowiedzieli się o wybuchu reaktora w Czarnobylu z analizy zdjęć satelitarnych już po kilku godzinach, a prezydent USA przebywający w tym czasie w podróży po Azji południowo-wschodniej wiedział o niej wcześniej niż pierwszy sekretarz KC ZSRR. Na co więc czekali Amerykanie nie podejmując ostrzeżenia ludności zamieszkałej na możliwej do przewidzenia drodze rozprzestrzeniania się masy skażonego powietrza? Po tygodniu otrzymałem od przyjaciół z Paryża satelitarne zdjęcia płonącego reaktora zamieszczone w „Paris Match”. Polskie media zaczęły się rozkręcać w środę 30 kwietnia, poznaliśmy „autorytety” przedstawiające jedynie słuszną rację w ocenia zagrożenia radiacyjnego kraju. W tej sytuacji ja i moi współpracownicy ewakuowaliśmy swoje dzieci do rodzin mieszkających w zachodnich województwach Polski, skąd wróciły po kilku dniach gdy masa skażonego powietrza zepchnięta przez front atmosferyczny zawróciła znad Skandynawii na południe Europy i objęła swym zasięgiem całą Polskę.
    Kierownik Obserwatorium już w pierwszym dniu powiadomił szkoły i zakłady pracy o zaistniałej sytuacji, ale ludzie nie byli jeszcze uczuleni na tego typu niebezpieczeństwo, zaś odpowiednie władze zareagowały natychmiast zarzucając mu sianie paniki i zabraniając udzielania jakichkolwiek informacji o skażeniu. Ponieważ skażenie radiacyjne wykryto w Mikołajkach, zaczęto je obiegowo nazywać drugą Hiroszimą, przyczynili się do tego dziennikarze zachodnich agencji, którzy zorganizowali najazd na Obserwatorium. W swoich mediach zamieszczali wyssane z palca apokaliptyczne opisy sytuacji w Mikołajkach. Dotarły do mnie artykuły np. z prasy włoskiej gdzie dokumentowano brednie o wyludnieniu miasta, przedstawiając zdjęcia pustych ulic wykonane o świcie. Zamieszczono też zdjęcia lądujących helikopterów w pobliżu ogródka meteorologicznego ewakuujących ponoć aresztowanych pracowników. Rzeczywiście co drugi dzień przylatywała helikopterem ekipa pracowników CLOR wykonująca loty wzdłuż wschodniej granicy i pobierająca do badań radiologicznych próbki różnych komponentów środowiska i odbierająca z naszej pracowni filtry pomiarowe. Na dziennikarzy zagranicznych władze zareagowały ustawieniem w bramie wjazdowej na teren obserwatorium milicyjnego radiowozu z patrolem. Przy tej okazji poznałem „opiekuna” naszego z Komendy Powiatowej MO w Giżycku, skądinąd bardzo sympatycznego oficera, który odwiedzał nas wiele razy i również z dezaprobatą oceniał organizowanie dla młodzieży majówek na „świeżym powietrzu” i udziału w pochodach pierwszomajowych. Podobno wreszcie schrony przeciwatomowe w Warszawie zostały wykorzystane i trudnym zadaniem stało się przekonanie wysokich rangą ich „pensjonariuszy” do obowiązkowego udziału w pochodzie pierwszomajowym.
    Zdarzały się też i inne zabawne momenty w tych dniach strachu, zagrożenia zdrowia i niepewności co do czasu trwania skażeń. Jedna z dziennikarek Newsweeka, którą później widywałem w TV na konferencjach osławionego rzecznika rządu była bardzo zmartwiona tym, że została wysłana do Mikołajek i że z powodu napromieniowania nie będzie mogła zajść w ciążę. Strapioną jasnowłosą starałem się pocieszyć zapewniając ją, że „ je suis toujours pour votre service mademoiselle”. Polskich dziennikarzy nie spotkałem w tych gorących dniach w Mikołajkach, pojawili się dopiero w Obserwatorium z okazji trzeciej rocznicy i zaczęli „nadrabiać zaległości”.
    W środę 30 kwietnia na terenie całej Polski rozpoczęto podawanie dzieciom, młodzieży i dorosłym stabilnego jodu w płynie Lugola w celu blokady gruczołu tarczycy przed akumulacją radiojodu. Zrobiono to perfekcyjnie, szybko i sprawnie podając go w ilości około dwanaście milionów dawek. To wielki plus dla ludzi, którzy przekonali rząd do tej decyzji, bo wciąż wisiała groźba wtórnych wybuchów z reaktora i sąsiednich bloków, brak też było pełnej informacji ze strony radzieckiej. Podczas podobnej, aczkolwiek o wiele mniejszej awarii w elektrowni jądrowej w Wielkiej Brytanii w latach sześćdziesiątych , jod stabilny podano mieszkańcom skażonego terenu dopiero w dwa tygodnie po wycieku z reaktora po wyprodukowaniu preparatu w formie tabletek w zakładach farmaceutycznych. Była to przysłowiowa musztarda po obiedzie, gdyż jak już wspomniałem czas połowicznego rozpadu jodu-131 wynosi 8 dni. W Polsce płyn Lugola na poczekaniu przygotowywały apteki, ambulatoria, szpitale i inne placówki służby zdrowia, dlatego przebiegło to tak sprawnie. Do 7 maja natężenie promieniowania systematycznie zmniejszało się, poczym znów gwałtownie wzrosło w wyniku wtórnego wybuchu , to spowodowało nasze zaniepokojenie. Po trzech dniach znów zaczęło zmniejszać się, tak że po dwóch miesiącach pod koniec czerwca przerwano pomiary w trybie awaryjnym.
    Z okazji kolejnych rocznic katastrofy reaktora w Czarnobylu zaczęły pojawiać się w mediach informacje i analizy działań ówczesnych komunistycznych władz i ogólnie mówiąc służby radiologicznej. Nie obyło się też i bez krytyki mojej pracowni i mnie osobiście. Z okazji piątej rocznicy G.W. pisała polskim techniku z Mikołajek, który zbagatelizował automatyczny alarm aparatury kontrolno-pomiarowej już 27 kwietnia w niedzielę wieczorem, przypisano mi czynności i sytuację, jakie w rzeczywistości nie miały miejsca. Na moje odwołanie nie było reakcji ze strony autora „Polskiej wojny z Czarnobylem”. Podobne bzdury zamieszczono w filmie o Czarnobylu zrealizowanym i opublikowanym przed kilku laty przez TVP, mimo konsultacji ze mną. A jak w rzeczywistości było , czy o napływie skażonego powietrza nad Polskę można było dowiedzieć się kilka czy kilkanaście godzin wcześniej niż w poniedziałek rano? Tak, gdyby działał rejestrator mocy dawki od promieniowania gamma. Był on tak zaprogramowany, że po przekroczeniu natężenia promieniowania gamma ponad określony próg, włączał się automatycznie alarm-sygnał dźwiękowy, w zasięgu słyszalności którego znajdował się przez całą dobę dyżurny obserwator stacji meteorologicznej. Rejestrator mocy dawki był urządzeniem nowej generacji, zbudowanym na układach scalonych, który wymagał stałego zasilania prądem z sieci. W tamtym okresie aparaturze tej nie dorównywała niezawodnością krajowa sieć energetyczna – prawie codzienne, nagłe , niezapowiedziane zaniki prądu były przyczyną częstych awarii tego typu urządzeń. Aby choć w połowie przedłużyć ich ciągłe funkcjonowanie w sieci pomiarowej zastosowano zmienny tryb pracy tych rejestratorów na poszczególnych stacjach pomiarów skażeń. Przyjęto, że na stacjach o parzystym numerze rejestratory będą pracować w miesiącach parzystych, a na pozostałych w nieparzystych. W Mikołajkach rejestrator mocy dawki pracował w lutym i uległ awarii. Serwis Polonu z Gdańska , który konserwował i naprawiał aparaturę odmówił przyjazdu w trybie awaryjnym ponieważ nie otrzymał talonów paliwowych na pierwszy kwartał nowego roku. Kto dzisiaj jeszcze pamięta tę absurdalną sytuację? Zawiozłem więc pociągiem do serwisu Polonu uszkodzony moduł z nadzieją, że wymienią mi na sprawny. Niestety nie mieli gotowego w zapasie, miałem oczekiwać przyjazdu serwisu w pierwszej kolejności jak tylko otrzymają paliwo. Niestety oczekiwanie przeciągnęło się do wybuchu w Czarnobylu, nie było więc możliwości wcześniejszego o kilka godzin wykrycia wzrostu radioaktywności. W poniedziałek przed południem zainstalowano rejestrator mocy dawki przechowywany w magazynie rezerwy wojskowej na czas wojny, ogląd sytuacji radiacyjnej był w miarę pełny. W magazynie rezerwy wojskowej były też maski p.gazowe bardzo przydatne w takiej sytuacji, ale było ich kilka , czułem też barierę psychiczną przed założeniem maski, wiedziałem, że nie wystarczy dla wszystkich , zresztą należało się spodziewać z tego powodu niesnasek i paniki wśród pozostałych pracowników. Później po kilku dniach przekonałem się, że maska p.gazowa spełniłaby rolę ochronną przed wchłanianiem radioaktywnego jodu, zwłaszcza podczas pracy nocą w pawilonie pomiarowym przy wymianie filtrów w powietrzu o dużej wilgotności. Przez kilka tygodni bowiem odczuwałem silne pieczenie gardła i przełyku z powodu wchłaniania jodu i innych radionuklidów. Dzisiaj po trzydziestu latach tarczyca moja jest cała w guzach, czy to spuścizna po Czarnobylu? Chciałbym tu wspomnieć też o innych jeszcze pamiątkach z tamtego czasu przechowywanych w Pracowni Pomiarów Radioaktywności Atmosfery w Mikołajkach. Wśród nich wyróżnia się dziennik pomiarowy z cogodzinnymi wpisami wyników. Oprócz tego, że jest to pierwszy i zasadniczy dokument, to mówiąc obrazowo ten dziennik „świeci”. Wystarczy umieścić go w komorze pomiarowej wielokanałowego analizatora spektrometrycznego, by na ekranie monitora pojawił się pik cezu-137. Tak to dłonie obserwatorów podczas zapisywania wyników pomiarów wtarły w papier radioaktywny izotop. Jest jeszcze 1 litr miodu z maja 1986 roku pobrany z jednej z pasiek w Mikołajkach. O dziwo miód ten po trzydziestu latach nie stracił aromatu, nie scukrzył się, przybrał natomiast barwę prawie brunatną i także „świeci” w nim cez-137 ponad normę – aby nadawał się do spożycia należy poczekać jeszcze 90 lat. Oczywiście podczas pomiarów i obserwacji w tym gorącym okresie nie byłem sam, miło wspominam Koleżanki obserwatorki i Kolegę, którzy włączyli się do tych prac nie bez powodu zwanej i będącą służbą meteorologiczną.
    Zarówno społeczeństwo Polski jak i reszty świata po katastrofie reaktora w Czarnobylu dokształciło się ekologicznie i reaguje spontanicznie kolejkami w aptekach na doniesienia mediów o zdarzeniach radiologicznych w regionie, pracownia przeżywa wówczas telefoniczne oblężenie i zainteresowanie. I jak mówi poeta „świat rzeczy stanął na zrębie”, właściwie to żyjemy na krawędzi wulkanu zawierającego dziesiątki tysięcy reaktorów i głowic atomowych, prośmy Boga aby już nigdy nie powtórzył się dotyk apokaliptycznej gwiazdy „Piołun”, po ukraińsku zwany Czarnobylem.

    mgr Stanisław Leszczyński
    emeryt. prac. IMGW
    w Mikołajkach

  6. witek said

    oszszsz… kurde!
    Co na tę okoliczność wypisze Pierwsza Dama Solidarności Walczącej, miłośniczka tatarów krymskich?

    http://sdp.pl/profil/jadwiga-chmielowska

  7. Zerohero said

    @6, Witek

    Przejrzałem nagłówki i zauważyłem, że „pierwszą damę” boli brak koncesjonowania zawodu dziennikarza:

    „Pełniących funkcję dziennikarza” jest coraz więcej pożytecznych idiotów. Dziennikarzem może się też jak widać, nazwać każdy….

    i tak sobie myślę, że lepiej być idiotą pożytecznym niż niepożyteczną, a nawet szkodliwą idiotką.

  8. revers said

    http://sdp.pl/felietony/12678,swiatowy-kongres-tatarow-krymskich-w-wilnie,1460530799

    Na Litwie … , tam gdzie akurat nie rozwijaja sie polskie stowarzzyszenia i szkoły, a Polaków uważa sie za V Kolumne Rosji.

  9. Jasiek said

    Kiedyś Tatarzy byli dumnym ludem, teraz to tylko podnóżki i worki na spermę dla jankeskich generałów i żydowskich psychopatów. Nawet nie warto uczyć o nich dzieci w szkołach. Mogą sobie oni co najwyżej pomerdać przy kozich zadach, bo nowoczesna rosyjska armia szybko przerobi ich na nawóz pod ziemniaki.

  10. Jasiek said

    Ad. 8. Litwini to naziści, taki niemiecki nowotwór za żydowskie pieniądze, który ulokował się pomiędzy Słowianami , gdzie popiarduje i robi dużo smrodu. Jak coś się rozkręci, to pierwsi pójdą pod ogień. I dobrze. Nikt za nimi nie będzie płakał.

  11. Boydar said

    Tatar Tatarowi nierówny, jak i Polak Polakowi.

  12. Watazka said

    Ten Refat Abdurakkmanovich jest z Uzbekistanu, urodzil sie w Samarkandzie w Rosji sie wyksztalcil jako historyk i mieszkal potem w Rydze gdzie pracowal i probowla kariery politycznej w Radzie miejskiej.
    Ale jak powstalo panstwo ukrainskie to go calkiem przypadkowo zakaperowali do Kijowa i zostal tatarskim liderem a do tego czlonkiem Wierhownej Rady zbirow.
    W sam akurat sie nadaje do wspolpracy z USA.

  13. Halszka said

    @ 6,7
    Niestety, ten zarząd SDP (i chyba ta autorka) ma kłopoty nawet z gramatyką w prostych zdaniach polskich, czego dowodem jest jego strona internetowa:

    „Stanowisko Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie rzekomej wizycie polskich dziennikarzy na Krymie”

    Litość bierze…

Sorry, the comment form is closed at this time.