Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Apokaliptyczna gwiazda Piołun – wspomnienia o katastrofie w Czernobylu

Posted by Marucha w dniu 2016-04-28 (Czwartek)

28 kwietnia /poniedziałek/ 1986 r. w Mikołajkach był pięknym słonecznym wiosennym dniem. Byliśmy od tygodnia pod wpływem kontynentalnej masy ciepłego powietrza spływającego do Polski z barycznego wyżu ukraińskiego, był on przyczyną południowo-wschodniego wiatru wiejącego z prędkością 4-6 m/sek.

W Obserwatorium Regionalnym IMGW prowadziłem Pracownię Pomiarów Radioaktywności Atmosfery. Sieć takich pracowni utworzona została w IMGW na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku z myślą o osłonie terytorium Polski, gdy doświadczalne wybuchy jądrowe w wolnej atmosferze wykonywały zarówno mocarstwa wschodu jak i zachodu, oraz szybko rozwijała się energetyka atomowa.

Wyniki pomiarów globalnego opadu radioaktywnego objęte były klauzulą tajności, gdyż na jego wielkość miały wpływ również eksperymenty radzieckie i chińskie. Aparatura pomiarowa rejestrowała efekty tych doświadczeń w postaci opadu radionuklidów na obszar Polski zwykle już po kilkunastu dniach, w zależności od intensywności ogólnej strefowej cyrkulacji atmosferycznej.

W ten pamiętny dla mnie poniedziałek o godz. 8 rano dokonałem rutynowych czynności pomiarowych: wymieniłem nitrocelulozowy dobowy filtr powietrza zbierający pył atmosferyczny w pompie przetaczającej powietrze w ilości ok. 120 m3/dobę, obsłużyłem drugą pompę z filtrem wiskozowym o wydajności ok. 1000 m3/doba, zebrałem opad dobowy z kuwety sedymentacyjnej i inne.

W tym czasie od pół godziny wygrzewała się elektroniczna aparatura z detektorami i sondami do promieniowania beta, zestaw produkcji bydgoskiej firmy Polon. Na początku pomiaru licznik impulsów tła wykazał jego kilkunastokrotny wzrost, co wywołało moje niezadowolenie gdyż przypuszczałem to co zdarzało się nieraz, uszkodzenie sondy scyntylacyjnej lub zasilacza wysokiego napięcia.

Po ustaleniu, że nie ma uszkodzenia aparatury i po włożeniu filtra zdjętego rano mówiąc obrazowo „zaczęły się schody”, licznik impulsów oszalał. W okienku cyfrowego wyświetlacza pojawiła się kaskada zliczeń niemożliwych do uchwycenia okiem. Po wyliczeniu aktywności przekazałem dane do wiodącej pracowni IMGW w Warszawie oraz do Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej /CLOR/.

Depesza moja w początkowej fazie przyjęta z niedowierzaniem i zastrzeżeniami co do sprawności aparatury postawiła służbę ochrony radiologicznej kraju w stan alarmu, w trybie awaryjno-alarmowym wprowadzono pomiary co dwie godziny na wszystkich stacjach. Natężenie promieniowania beta rosło z każdą godziną osiągając w południe kilkaset tysięcy razy wartość większą od normalnej. Poziom promieniowania gamma tzw. mocy dawki na wysokości 1 m nad gruntem wzrósł ponad dziesięciokrotnie.

A w mediach panowała cisza, na wszystkich dostępnych mi zakresach fal. Wyniki pomiarów w Warszawie sugerowały awarię reaktora w Świerku, jednak przypuszczenia okazały się chybione bo poziom promieniowania w Mikołajkach był wielokrotnie większy niż w okolicach reaktora.

Osobiście brałem pod uwagę takie przyczyny jak spłonięcie spadającego satelity z radioizotopami na pokładzie, zgubienie przez samolot bomby atomowej i wreszcie na końcu wybuch nuklearny i awarię reaktora w elektrowni, o możliwości takowej donosiła bowiem literatura fachowa.

Około godziny 13- tej koledzy z CLOR poinformowali mnie, że analiza spektralna próbek powietrza pobranych w Warszawie i w Świerku wskazuje na awarię reaktora atomowego, nadchodziły też wiadomości, że inne nasze stacje pomiarów skażeń informują o wzroście radioaktywności powietrza. Dyżurny synoptyk z Biura Prognoz w Białymstoku opisał mi trajektorię masy powietrza przesuwającego się nad północno-wschodnią Polską wskazując na jej obszar źródłowy nad Ukrainą, gdzie od kilku dni pogodę w tej części Europy kształtował wyż baryczny.

Stało się jasne, że awaria reaktora miał miejsce na Ukrainie. W mediach zaś do godziny 19-tej panowała cisza, bo wiadomość o wycieku w jednej ze szwedzkich elektrowni jądrowych jaką podano w pierwszym programie Polskiego radia niczego nie wyjaśniała, gdyż skażeniu z tamtego kierunku przeczyła sytuacja meteorologiczna. A natężenie promieniowania dalej rosło…!

Analizę składu radioizotopów w opadzie całkowitym podjęła też pracownia Radiochemii Atmosfery założona przed rokiem w związku z budową elektrowni atomowej w Żarnowcu, która włączyła się pomiarów skażeń w trybie awaryjnym. Przesadą było mówienie o całej tablicy Mendelejewa jak to koloryzowali dziennikarze zachodnich mediów, którzy już w następnym dniu penetrowali Mikołajki ze specjalnym uwzględnieniem Obserwatorium IMGW.

W tych pierwszych dniach dominował w składzie radionuklidów jod-131, który w następnych dniach na skutek szybkiego rozpadu /okres połowiczny 8 dni/ ustąpił pierwszeństwa cezowi-137. O katastrofie reaktora w elektrowni atomowej 26 kwietnia w Czarnobylu dowiedzieliśmy się z drugiego dziennika telewizyjnego, mówiono bardzo oględnie o przesuwającej się na dużej wysokości radioaktywnej chmurze, która swoim zasięgiem objęła Polskę północno-wschodnią, żadnych zaleceń dla mieszkańców, ot wiadomość jedna z wielu, wcale nie najważniejsza i nie na pierwszym miejscu.

Tego wieczoru „zagotowało się” w zagranicznych mediach. Głos Ameryki np. podał niesprawdzoną wiadomość o ponad trzech tysiącach ofiar śmiertelnych w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni, oraz o groźbie wybuchu reaktorów w sąsiednich blokach, co wzbudziło wielkie zaniepokojenie społeczeństwa.

Jak się później okazało Amerykanie dowiedzieli się o wybuchu reaktora w Czarnobylu z analizy zdjęć satelitarnych już po kilku godzinach, a prezydent USA przebywający w tym czasie w podróży po Azji południowo-wschodniej wiedział o niej wcześniej niż pierwszy sekretarz KC ZSRR.

Na co więc czekali Amerykanie nie podejmując ostrzeżenia ludności zamieszkałej na możliwej do przewidzenia drodze rozprzestrzeniania się masy skażonego powietrza? Po tygodniu otrzymałem od przyjaciół z Paryża satelitarne zdjęcia płonącego reaktora zamieszczone w „Paris Match”.

Polskie media zaczęły się rozkręcać w środę 30 kwietnia, poznaliśmy „autorytety” przedstawiające jedynie słuszną rację w ocenia zagrożenia radiacyjnego kraju. W tej sytuacji ja i moi współpracownicy ewakuowaliśmy swoje dzieci do rodzin mieszkających w zachodnich województwach Polski, skąd wróciły po kilku dniach gdy masa skażonego powietrza zepchnięta przez front atmosferyczny zawróciła znad Skandynawii na południe Europy i objęła swym zasięgiem całą Polskę.

Kierownik Obserwatorium już w pierwszym dniu powiadomił szkoły i zakłady pracy o zaistniałej sytuacji, ale ludzie nie byli jeszcze uczuleni na tego typu niebezpieczeństwo, zaś odpowiednie władze zareagowały natychmiast zarzucając mu sianie paniki i zabraniając udzielania jakichkolwiek informacji o skażeniu.

Ponieważ skażenie radiacyjne wykryto w Mikołajkach, zaczęto je obiegowo nazywać drugą Hiroszimą, przyczynili się do tego dziennikarze zachodnich agencji, którzy zorganizowali najazd na Obserwatorium. W swoich mediach zamieszczali wyssane z palca apokaliptyczne opisy sytuacji w Mikołajkach. Dotarły do mnie artykuły np. z prasy włoskiej gdzie dokumentowano brednie o wyludnieniu miasta, przedstawiając zdjęcia pustych ulic wykonane o świcie.

Zamieszczono też zdjęcia lądujących helikopterów w pobliżu ogródka meteorologicznego ewakuujących ponoć aresztowanych pracowników. Rzeczywiście co drugi dzień przylatywała helikopterem ekipa pracowników CLOR wykonująca loty wzdłuż wschodniej granicy i pobierająca do badań radiologicznych próbki różnych komponentów środowiska i odbierająca z naszej pracowni filtry pomiarowe.

Na dziennikarzy zagranicznych władze zareagowały ustawieniem w bramie wjazdowej na teren obserwatorium milicyjnego radiowozu z patrolem. Przy tej okazji poznałem „opiekuna” naszego z Komendy Powiatowej MO w Giżycku, skądinąd bardzo sympatycznego oficera, który odwiedzał nas wiele razy i również z dezaprobatą oceniał organizowanie dla młodzieży majówek na „świeżym powietrzu” i udziału w pochodach pierwszomajowych.

Podobno wreszcie schrony przeciwatomowe w Warszawie zostały wykorzystane i trudnym zadaniem stało się przekonanie wysokich rangą ich „pensjonariuszy” do obowiązkowego udziału w pochodzie pierwszomajowym.

Zdarzały się też i inne zabawne momenty w tych dniach strachu, zagrożenia zdrowia i niepewności co do czasu trwania skażeń. Jedna z dziennikarek Newsweeka, którą później widywałem w TV na konferencjach osławionego rzecznika rządu była bardzo zmartwiona tym, że została wysłana do Mikołajek i że z powodu napromieniowania nie będzie mogła zajść w ciążę.

Strapioną jasnowłosą starałem się pocieszyć zapewniając ją, że „ je suis toujours pour votre service mademoiselle”. Polskich dziennikarzy nie spotkałem w tych gorących dniach w Mikołajkach, pojawili się dopiero w Obserwatorium z okazji trzeciej rocznicy i zaczęli „nadrabiać zaległości”.

W środę 30 kwietnia na terenie całej Polski rozpoczęto podawanie dzieciom, młodzieży i dorosłym stabilnego jodu w płynie Lugola w celu blokady gruczołu tarczycy przed akumulacją radiojodu. Zrobiono to perfekcyjnie, szybko i sprawnie podając go w ilości około dwanaście milionów dawek. To wielki plus dla ludzi, którzy przekonali rząd do tej decyzji, bo wciąż wisiała groźba wtórnych wybuchów z reaktora i sąsiednich bloków, brak też było pełnej informacji ze strony radzieckiej.

Podczas podobnej, aczkolwiek o wiele mniejszej awarii w elektrowni jądrowej w Wielkiej Brytanii w latach sześćdziesiątych, jod stabilny podano mieszkańcom skażonego terenu dopiero w dwa tygodnie po wycieku z reaktora po wyprodukowaniu preparatu w formie tabletek w zakładach farmaceutycznych. Była to przysłowiowa musztarda po obiedzie, gdyż jak już wspomniałem czas połowicznego rozpadu jodu-131 wynosi 8 dni.

W Polsce płyn Lugola na poczekaniu przygotowywały apteki, ambulatoria, szpitale i inne placówki służby zdrowia, dlatego przebiegło to tak sprawnie. Do 7 maja natężenie promieniowania systematycznie zmniejszało się, po czym znów gwałtownie wzrosło w wyniku wtórnego wybuchu, co spowodowało nasze zaniepokojenie. Po trzech dniach znów zaczęło zmniejszać się, tak że po dwóch miesiącach pod koniec czerwca przerwano pomiary w trybie awaryjnym.

Z okazji kolejnych rocznic katastrofy reaktora w Czarnobylu zaczęły pojawiać się w mediach informacje i analizy działań ówczesnych komunistycznych władz i ogólnie mówiąc służby radiologicznej.

Nie obyło się też i bez krytyki mojej pracowni i mnie osobiście. Z okazji piątej rocznicy G.W. pisała o polskim techniku z Mikołajek, który zbagatelizował automatyczny alarm aparatury kontrolno-pomiarowej już 27 kwietnia w niedzielę wieczorem, przypisano mi czynności i sytuację, jakie w rzeczywistości nie miały miejsca. Na moje odwołanie nie było reakcji ze strony autora „Polskiej wojny z Czarnobylem”.

Podobne bzdury zamieszczono w filmie o Czarnobylu zrealizowanym i opublikowanym przed kilku laty przez TVP, mimo konsultacji ze mną. A jak w rzeczywistości było, czy o napływie skażonego powietrza nad Polskę można było dowiedzieć się kilka czy kilkanaście godzin wcześniej niż w poniedziałek rano? Tak, gdyby działał rejestrator mocy dawki od promieniowania gamma. Był on tak zaprogramowany, że po przekroczeniu natężenia promieniowania gamma ponad określony próg, włączał się automatycznie alarm-sygnał dźwiękowy, w zasięgu słyszalności którego znajdował się przez całą dobę dyżurny obserwator stacji meteorologicznej.

Rejestrator mocy dawki był urządzeniem nowej generacji, zbudowanym na układach scalonych, który wymagał stałego zasilania prądem z sieci. W tamtym okresie aparaturze tej nie dorównywała niezawodnością krajowa sieć energetyczna – prawie codzienne, nagłe , niezapowiedziane zaniki prądu były przyczyną częstych awarii tego typu urządzeń.

Aby choć w połowie przedłużyć ich ciągłe funkcjonowanie w sieci pomiarowej zastosowano zmienny tryb pracy tych rejestratorów na poszczególnych stacjach pomiarów skażeń. Przyjęto, że na stacjach o parzystym numerze rejestratory będą pracować w miesiącach parzystych, a na pozostałych w nieparzystych.

W Mikołajkach rejestrator mocy dawki pracował w lutym i uległ awarii. Serwis Polonu z Gdańska, który konserwował i naprawiał aparaturę odmówił przyjazdu w trybie awaryjnym ponieważ nie otrzymał talonów paliwowych na pierwszy kwartał nowego roku [sic! – admin]. Kto dzisiaj jeszcze pamięta tę absurdalną sytuację?

Zawiozłem więc pociągiem do serwisu Polonu uszkodzony moduł z nadzieją, że wymienią mi na sprawny. Niestety nie mieli gotowego w zapasie, miałem oczekiwać przyjazdu serwisu w pierwszej kolejności jak tylko otrzymają paliwo. Niestety oczekiwanie przeciągnęło się do wybuchu w Czarnobylu, nie było więc możliwości wcześniejszego o kilka godzin wykrycia wzrostu radioaktywności.

W poniedziałek przed południem zainstalowano rejestrator mocy dawki przechowywany w magazynie rezerwy wojskowej na czas wojny, ogląd sytuacji radiacyjnej był w miarę pełny. W magazynie rezerwy wojskowej były też maski p.gazowe bardzo przydatne w takiej sytuacji, ale było ich kilka, czułem też barierę psychiczną przed założeniem maski, wiedziałem, że nie wystarczy dla wszystkich, zresztą należało się spodziewać z tego powodu niesnasek i paniki wśród pozostałych pracowników.

Później po kilku dniach przekonałem się, że maska p.gazowa spełniłaby rolę ochronną przed wchłanianiem radioaktywnego jodu, zwłaszcza podczas pracy nocą w pawilonie pomiarowym przy wymianie filtrów w powietrzu o dużej wilgotności. Przez kilka tygodni bowiem odczuwałem silne pieczenie gardła i przełyku z powodu wchłaniania jodu i innych radionuklidów.

Dzisiaj po trzydziestu latach tarczyca moja jest cała w guzach, czy to spuścizna po Czarnobylu?

Chciałbym tu wspomnieć też o innych jeszcze pamiątkach z tamtego czasu przechowywanych w Pracowni Pomiarów Radioaktywności Atmosfery w Mikołajkach. Wśród nich wyróżnia się dziennik pomiarowy z cogodzinnymi wpisami wyników. Oprócz tego, że jest to pierwszy i zasadniczy dokument, to mówiąc obrazowo ten dziennik „świeci”. Wystarczy umieścić go w komorze pomiarowej wielokanałowego analizatora spektrometrycznego, by na ekranie monitora pojawił się pik cezu-137. Tak to dłonie obserwatorów podczas zapisywania wyników pomiarów wtarły w papier radioaktywny izotop.

Jest jeszcze 1 litr miodu z maja 1986 roku pobrany z jednej z pasiek w Mikołajkach. O dziwo miód ten po trzydziestu latach nie stracił aromatu, nie scukrzył się, przybrał natomiast barwę prawie brunatną i także „świeci” w nim cez-137 ponad normę – aby nadawał się do spożycia należy poczekać jeszcze 90 lat.

Oczywiście podczas pomiarów i obserwacji w tym gorącym okresie nie byłem sam, miło wspominam Koleżanki obserwatorki i Kolegę, którzy włączyli się do tych prac nie bez powodu zwanej i będącą służbą meteorologiczną.

Zarówno społeczeństwo Polski jak i reszty świata po katastrofie reaktora w Czarnobylu dokształciło się ekologicznie i reaguje spontanicznie kolejkami w aptekach na doniesienia mediów o zdarzeniach radiologicznych w regionie, pracownia przeżywa wówczas telefoniczne oblężenie i zainteresowanie. I jak mówi poeta „świat rzeczy stanął na zrębie”, właściwie to żyjemy na krawędzi wulkanu zawierającego dziesiątki tysięcy reaktorów i głowic atomowych, prośmy Boga aby już nigdy nie powtórzył się dotyk apokaliptycznej gwiazdy „Piołun”, po ukraińsku zwany Czarnobylem.

mgr Stanisław Leszczyński
emeryt. prac. IMGW
w Mikołajkach

Panu Leszczyńskiemu bardzo dziękujemy za wspomnienia – reportaż z pierwszej ręki, rzucający przy okazji nieco światła na rzetelność wolnych mediów zachodnich. Są to  fragmenty z jego artykułu zamieszczonego w Gazecie Obserwatora nr 3 z 2006 roku.
Admin

Komentarzy 19 to “Apokaliptyczna gwiazda Piołun – wspomnienia o katastrofie w Czernobylu”

  1. AlexSailor said

    @Admin
    Bardzo dobry materiał.
    Co prawda najważniejsze jest „między wierszami” i nie o to Panu Leszczyńskiemu chodziło, niemniej wiele cennych informacji.

    Po pierwsze naiwne zdziwienie, że amerykanie wiedząc o zdarzeniu po kilku godzinach nie puścili pary z gęby, czym zmniejszyliby radykalnie napromieniowanie ludzi, przynajmniej w Polsce.
    No widać celem była nie ochrona ludzi wrogiego bloku, a wręcz przeciwnie.

    A jak już się mleko rozlało, to agresywna i kłamliwa propaganda.
    3000 ofiar śmiertelnych, to jest przesadzone 100 X, napędzanie histerii, itp.
    Oczywiście cios w polski eksport na pierwszym miejscu, bo kto kupi spożywkę z kraju, gdzie są wyludnione z powodu radioaktywności miasta, to jest puste ulice (o piątej rano).
    I nie tylko spożywkę, także drewno i produkty, a nawet samochody.

    Kolejna rzecz, to sprawność, z jaką działały służby PRL, dobre przygotowanie, no i niestety nieodpowiedzialność polityków.
    Choć na tle ZSRR wypadli wręcz idealnie.
    Podobnie jak i państw zachodnich.

  2. Stanisław said

    Sz. Panie
    czy nie należałoby podać pod tekstem, że wspomnienie to zawiera fragmenty z mego artykułu zamieszczonego w Gazecie Obserwatora nr 3 z 2006 roku? Nie znam się na tych sprawach , taka myśl mi się nasunęła.
    Z szacunkiem

    Ok, zaraz to wpiszę.
    Admin

  3. Dziad Wernyhora said

    Trzeba przyznać, że PRL było państwem zorganizowanym – monitoring, reakcja, podjęcie wlaściwych kroków w skali całego kraju.
    Najsłabsze ogniwo to oczywiście polityk-decydent.

  4. Krzysztof M said

    Ad. 3

    Organizacja była polska – władze były obce.

  5. Panie Stanisławie, czy jest Pan w stanie przypomnieć sobie, jakiego rzędu wielkości mogło być wtedy natężenie promieniowania?

  6. JO said

    Pamietam wyklad Biofizyka…, ktory pieknie wyjasnial, ze nie bylo zadnego zagroznia…

  7. Stanisław said

    Ad. 5
    Maksymalna moc dawki 111-115 mikrorentgenów/godz
    Maksymalne beta wynosiło 860 Bq/m3 / na metr sześcienny/ powietrza

  8. Teraz już nie stosuje się Rentgenów. Ale łatwo znalazłem przelicznik. 110 mikrorentgenów/h odpowiada 0.95 mikrosiverta/h, powiedzmy 1 mikrosivert/h. Przy założeniu że to największe promieniowanie utrzymywałoby się cały czas (w praktyce raczej mało możliwe), dostalibyśmy 1 milisivert po 1000 godzinach (40 dobach). To jest roczna dawka graniczna (dopuszczalna) dla osób z ogólnej populacji. Ale to jest też rzędu tego co dostajemy naturalnie. Wedle obowiązujących norm jod podaje się osobom z populacji dopiero wtedy, gdy istnieje zagrożenie otrzymania 100 razy większej dawki (tj. 100 milisivertów w ciągu roku).

    Tak więc moc promieniowania nie była do zlekceważenia, ale bardzo mocno przesadzono z reakcją. Istotnego zagrożenia nie było. Ja to uważam za błąd władz i objaw paniki. Gdyby wyjaśniono lepiej społeczeństwu, o co chodzi, byłoby spokojniej.

  9. NICK said

    W lubelskim znacząco wzrosła zachorowalność, np. na choroby tarczycy. W tym złośliwe. W pierwszych dwóch latach było to ok. 30%. Potem szybko spadała.

  10. abcdeghi12345678@gmail.com said

    ZAMIESZCZONA UPRZEDNIO MAPA ROZKŁADU PROMIENIOWANIA- https://www.youtube.com/watch?v=_USpAPkAd5A

  11. NICK said

    No właśnie. Znaczenie ma także powtarzalność dawek promieniowania, ich periodyczność i, wiele innych… .

  12. i wiele innych…

    30% wzrostu zachorować na tarczycę mogło być spowodowane psychozą w populacji. Ale też i wśród lekarzy. Mnie żona aptekarka wyjaśniała, że zaburzenia hormonalne są najtrudniejsze do wykrycia i do leczenia. Znam dobrze przypadek kobiety która dostała diagnozę choroby tarczycy. W życiu to zignorowała, praktycznie. I nic.

    Ze studiowania opisów awarii związanych ze skażeniem nie sposób wysnuć wniosku, że przeciętny lekarz pojęcia nie ma o chorobie popromiennej. Na początku lat 90-tych zdarzyło się skażenie w Brazylii, za przyczyną izotopów medycznych. Technicy-inżynierowie, bardzo skażeni zgłosili się szybko do lekarza. Lekarz powinien był. Ale nie zrozumiał, mimo, że powiedzieli, że byli naświetleni. Zmarli potem. Zmarło coś około 20-30 osób. To nie był wypadek związany z elektrownią atomową,

  13. dr TS said

    Dla Wszystkich na wczoraj i na jutro. Warto dla swojej wiadomości i bezpieczeństwa, poświęcić w życiu te 50 minut. I dla potomnych też.

    .https://www.youtube.com/watch?v=6xn-6fupVmI

    Może się przydać do przetrwania…

  14. Boydar said

    Ja zupełnie nie rozumiem dlaczego Panowie Fachowcy podnoszą kwestie banalne a pomijają istotne. Te pomiary etc. były takie jak były i jak piszecie. A kto robił pomiary pod rynną, w piaskownicy, na trawniku ?

    Wszystko byłoby dobrze gdyby ktoś powiedział wtedy głośno – sąsiedzi mają problem, zdarza się, nie wychodzimy bez potrzeby na dwór a dzieci to już absolutnie. Podał widełki czasowe i chwatit. A tu gówno było. Bali się pierdnąć bez rozkazu. Prawdę mówiąc to najbardziej ucierpiały zwierzęta; one były najbliżej ziemi. Nowotwory psów i kotów do tej pory zbierają żniwo.

  15. Janek said

    W okolicznych lasach, w poblizu Czernobyla, natura powoli liże rany. Jedno co jest uderzające to stosy igliwia i liści, które nie gniją. Wynika z tego, że świat mikroorganizów ucierpiał najbardziej.

  16. NICK said

    Panie Zbigniewie. Pana żona miała rację. To jest trudne.
    Ale. Najkrócej. Tarczyca jest jednym z najlepiej poznanych gruczołów hormonalnych. Badań tarczycy mamy wiele. Tak wiele, że o błędy trudno.
    Homeostaza jest uzależniona od fizjologii CAŁEGO organizmu. Wiadomo.
    Psychozę zatem, wśród lekarzy, pomijam (najgorsze co mogłoby się zdarzyć – psychoza). Ale? Cóż… . Nie wykluczam.
    Moje (9)? Jest faktem.

    Tak nawiasem. Sam jestem tzw. obarczonym. Prawdopodobnie genetycznie. Kilkoma schorzeniami. Także tarczycy. Olewam badania. ALE. Wiem co i dlaczego to robię.

  17. Krzysztof M said

    Medycyna zachodnia coś tam wie o poszczególnych częściach człowieka. Ale o całym człowieku nie wie praktycznie nic…

  18. Boydar said

    Jest Pan Krzysztof pewien ? Ja jestem tylko skromnym technikiem, ale mam swiadomość, ile trzeba wiedzieć żeby coś dokumentnie spier dolić bez pozostawiania śladów.

  19. Krzysztof M said

    Ad. 18

    I ja jestem technikiem. Swoje widziałem. Spartolenie czegoś, a naprawienie czegoś, to dwie zupełnie różne dziedziny. Jest jeszcze profilaktyka… Trzy różne kompetencje.

Sorry, the comment form is closed at this time.