Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Rocznica śmierci Walerego Sławka

Posted by Marucha w dniu 2016-05-19 (Czwartek)

Trzykrotny premier Polski, marszałek Sejmu, wolnomularz, podpułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego.

Rocznica śmierci ppłk-a Walerego Sławka minęła 3.04. Ze sporym zatem opóźnieniem zamieszczamy ten ciekawy artykuł.
Admin

Jeśli najbliższy współpracownik i przyjaciel Piłsudskiego popełnia samobójstwo warto zastanowić się co go do tego skłoniło. A, że prawda może być bolesna? Co zrobić? Jeśli historia ma uczyć nie można uciekać i od bolesnych tematów.

SAMOBÓJSTWO WALEREGO SŁAWKA. PRÓBA ROZWIĄZANIA ZAGADKI

Pułkownik Walery Sławek popełnił samobójstwo w niedzielę 2.IV.1939 roku.

Dorosłe życie spędził w orbicie Józefa Piłsudskiego. Historycy są zgodni co do tego, że był najbliższym politycznym powiernikiem Marszałka, przez długie lata przebywał zatem w niewątpliwej bliskości centrum władzy Odrodzonej Rzeczpospolitej. Mało tego: według większości znawców epoki to właśnie Sławka przewidywał był Piłsudski na swego następcę.

Dalej: historycy i pamiętnikarze są zgodni – pułkownik Walery Sławek żył polityką i Polską, sprawy osobiste miały dla niego absolutnie drugorzędne znaczenie. Jednak walkę o władzę po śmierci Piłsudskiego Sławek przegrał. Solidarnie wystąpili przeciw niemu Mościcki, Rydz-Śmigły, Beck i Sławoj-Składkowski. To właśnie oni w latach 1935 – 37 stworzyli ośrodek władzy rządzący Polską aż do wrześniowej katastrofy.

Decyzja o samobójstwie musiała zostać podjęta przez Sławka nagle. Jeszcze poprzedniego dnia z całą pewnością planował on wyjazd do Racławic gdzie miał niewielką willę, zawiadomił o tym znajomych, 2-go kwietnia zmienił jednak zamiar.

Sławek zadbał o to, by jego śmierć nie wyglądała na przypadek, ba, nadał jej pewną charakterystyczną oprawę. Sławny pułkownik przebrał się w ubranie wizytowe z przypiętymi wstążkami najwyższych odznaczeń państwowych, spalił listy, papiery i dokumenty, na stoliku ustawił sztych przedstawiający śmierć księcia Józefa Poniatowskiego w Elsterze i rozłożył „Boską Komedię” Dantego.

Ważna jest także godzina tego tragicznego czynu: pułkownik Walery Sławek popełnił samobójstwo o godzinie 8 45 wieczorem – Piłsudski umarł także o 8 45 wieczorem. Narzędziem, którym posłużył się samobójca był stary, używany jeszcze w terrorystycznych akcjach PPS-u browning.

Na kawałku papieru skreślił słowa: „Odbieram sobie życie. Nikogo proszę nie winić”. Data. Podpis. I jeszcze dopisek: „Spaliłem papiery o charakterze prywatnym, a także wręczone mi w zaufaniu. Jeśli nie wszystkie, to proszę pokrzywdzonych o wybaczenie. Bóg Wszystkowiedzący może mi wybaczy moje grzechy, i ten ostatni”.

Wybitny znawca epoki Władysław Pobóg-Malinowski w swej „Najnowszej historii politycznej Polski” bardzo ostrożnie podchodzi do pytania dlaczego sławny pułkownik targnął się na swe życie. Pisze on: „Powodów jego decyzji szukać trzeba w momencie, w którym została powzięta – wiszące już wtedy nad Polską fatalne zagrożenie przesłoniło dlań wszystkie niesnaski wewnętrzne, całą chyba historię poprzednich lat – musiał w cieniu tego zagrożenia stokroć silniej jeszcze odczuwać >>brak Komendanta<<; starał się pewnie w samotnych, tragicznych rozmyślaniach odgadnąć, >>co zrobiłby Komendant w tej sytuacji?<< – jakie dałby rozkazy?… Bardziej niż ktokolwiek inny, musiał Sławek się lękać, że >>Polska bez Komendanta<< nie oprze się straszliwej idącej na nią burzy ; czuć się musiał beznadziejnie, nie chciał być biernym świadkiem tego co idzie…”

Niezrównany gawędziarz Stanisław Mackiewicz (Cat) w swej „Historii Polski od 11 listopada 1918 r. do 05 lipca 1945 r.” jest odważniejszy. Cat pisze: „Przyczyny samobójstwa Sławka są jasne, Piłsudski zlecił mu aby został prezydentem, nie umiał tego wykonać. Naokoło widział czarne chmury zbierające się nad Polską. Czuł się jak wierny pies, który nie potrafił spełnić swego obowiązku.”

Biograf pułkownika Jerzy Marek Nowakowski w książce p.t. „Walery Sławek. Zarys biografii politycznej” nie do końca podziela opinię Cata. Czytamy: „Przyczyny samobójstwa jednego z czołowych polityków międzywojennego dwudziestolecia do dziś pozostały nie wyjaśnione. Jeśli można pozwolić sobie na snucie dowolnych hipotez, to wydaje się, że na decyzję Sławka złożyło się wiele nakładających się na siebie w stosunkowo krótkim czasie czynników. Załamanie psychiczne wywołane śmiercią Piłsudskiego i spotęgowane przez odsunięcie od władzy chyba nigdy do końca nie ustąpiło. Pogłębiły je szykany ze strony dawnych przyjaciół politycznych, poczucie nie wypełnienia testamentu politycznego Marszałka. Istotne było też odczuwanie współodpowiedzialności za słabość Polski na arenie międzynarodowej i istniejący w kraju układ polityczny”.

Nieco śmieszący manierą „ostatniego piłsudczyka”, ale dobry historyk, Leszek Moczulski widzi sprawę całkiem inaczej. W wielkim, rocznicowym artykule zamieszczonym w (tfu!) Gazecie Wyborczej pisze: „W tej śmierci nie ma żadnej […] tajemnicy. Po 20 latach niepodległości Polska znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Sławek znał skalę zagrożenia. Uważał, słusznie przecież, że jego osoba stanowi jedno z głównych źródeł podziału sanacji po śmierci Marszałka. Gdyby teraz podjął czynną działalność i zaczął skupiać zwolenników, nawet pod jedynym hasłem przywrócenia jedności – realnie zwiększyłby podziały. Gdyby nie uczynił nic (czy wolno jednak być biernym, gdy Polska najbardziej potrzebuje?), pozostałaby szczerba przeszkadzająca tej jedności. […] Tajemnica tej śmierci polega jedynie na tym, że nie była samobójstwem. Tylko ofiarą z życia, czymś naturalnym dla żołnierza”.

Niestety Moczulski pomija milczeniem trzecie rozwiązanie – sławny pułkownik mógł bardziej lub mniej manifestacyjnie poprzeć rządzącą ekipę. Moczulski nie wyjaśnia, dlaczego gotowy do ofiary z życia Sławek po prostu nie podporządkował się rządzącym „sanatorom”, ba, wolał śmierć!

Także Mackiewicz nie wyjaśnia cóż takiego Sławek zrobiłby w obliczu „czarnych chmur zbierających się nad Polską”, gdyby zgodnie z wolą Piłsudskiego był prezydentem Rzeczpospolitej. I dlaczego niewykonanie tego polecenia „Komendanta” skłoniło niedoszłego prezydenta do samobójstwa.

Nie inaczej i u Pobóg-Malinowskiego. W jego książce czytelnik także nie znajdzie odpowiedzi na pytanie: cóż takiego zrobiłby „Komendant”, by oprzeć się „straszliwej idącej na Polskę burzy”, a czego zrobić Sławek nie mógł nie mając najmniejszego wpływu na władzę, bycie zaś „biernym świadkiem tego co idzie” było dlań gorsze niż śmierć.

Jeśli nie chcemy ostatecznie zgodzić się z Nowakowskim i przyznać, że „przyczyny samobójstwa jednego z czołowych polityków międzywojennego dwudziestolecia do dziś pozostały nie wyjaśnione” należałoby spróbować odpowiedzieć na powyższe pytania. A przy okazji dobrze byłoby także odpowiedzieć na pytanie, które brzmi: „Jeśli prawdą jest, że pułkownik Walery Sławek żył tylko >>polityką i Polską<< to cóż takiego wydarzyło się w polityce polskiej bezpośrednio przed jego samobójstwem?”

Odpowiedź na ostatnie pytanie jest prosta: aktem o ogromnej doniosłości politycznej, który niejako „dział” się w momencie śmierci Sławka była podróż polskiego ministra spraw zagranicznych do Anglii w celu oficjalnego przyjęcia brytyjskich gwarancji politycznych dla Rzeczpospolitej. Przyjęcie tychże gwarancji przez przedstawiciela rządu polskiego w sposób jednoznaczny i manifestacyjny sytuowało Rzeczpospolitą w obozie antyniemieckim, co aż do owej podróży ministra Becka na wyspę wcale nie było jasne.

Bowiem wbrew przekonaniu przytłaczającej większości polskiego społeczeństwa o niejako permanentnie złych stosunkach II Rzeczpospolitej i III Rzeszy, na przełomie lat 38/39 ubiegłego wieku Polska postrzegana była w Europie jako sojusznik Niemiec.

Powszechne w Polsce, nawet wśród rodaków bardzo dobrze znających historię jest wypieranie tego doświadczenia ze świadomości. O ile bowiem paktowanie ze Stalinem przyjmowane jest jako coś oczywistego, o tyle układanie się z Hitlerem po dziś dzień uznawane jest za wstydliwe mimo, że do końca lat 30-tych zbrodnie komunistów były wprost nieporównywalnie większe od przestępstw socjalistów narodowych.

Wracając do faktów: jesienią roku 1938-ego zajmując Zaolzie Rzeczpospolita wraz z III Rzeszą wzięła udział w rozbiorze Czechosłowacji, wcześniej zaś rząd Polski znakomicie przyczynił się do osłabienia pozycji Czechosłowacji wobec nacisków Niemiec przez odmowę nawet przedyskutowania możliwości tranzytu posiłków Sowieckich dla naszego południowego sąsiada. Na czynione w tej sprawie naciski Sowieckie nasz rząd odpowiedział koncentracją wojsk i manewrami na Wołyniu.

Działania polskie można oczywiście tłumaczyć rewanżem za konsekwentnie antypolskie nastawienie władz Czechosłowacji w latach 1918 – 1938. Antypolskie działania Pragi nie były wszakże tej rangi, by usprawiedliwić wzięcie udziału w rozbiorze sąsiedniego państwa.

Opinia publiczna Europy widziała tę sprawę następująco: Polska nie zgodziła się na przepuszczenie do Czechosłowacji kontyngentu Sowieckich wojsk (ani nawet na przelot Sowieckich samolotów!) przez co Francja musiała wycofać się ze swych zobowiązań sojuszniczych, co w konsekwencji doprowadziło do konferencji w Monachium i wydania Rzeszy czeskich Sudetów.

Oczywiście, że sąd powyższy jest uproszczeniem wielce dla Polski krzywdzącym, bo Francja pod żadnym względem nie była gotowa do podjęcia walki, nie mniej jednak był to wówczas sąd w Europie (choć na pewno nie w Polsce) powszechny.

By właściwie ocenić reakcję Rzeszy na zachowanie się naszego rządu w dobie tzw. „kryzysu sudeckiego” należy bezwzględnie pamiętać, że w latach 1918 – 1938 istniała pełna zgodność całej niemieckiej opinii publicznej i wszystkich partii politycznych co do tego, że włączenie w granice odbudowanej Polski Górnego Śląska, Wielkopolski i Pomorza było niesprawiedliwością i gwałtem. W tej sprawie jednym głosem mówili niemieccy komuniści, socjaldemokraci, socjaliści, partie centrum i monarchiści.

Niestety pogląd ten dzieliła z Niemcami także znaczna część opinii publicznej i polityków Zachodu oraz cała przywódcza elita Związku Sowieckiego. Praktycznie przez całe tzw. dwudziestolecie nad polityką polską wisiał „miecz Damoklesa” w postaci niemieckich roszczeń do tych prowincji.

Stanowisko Niemiec diametralnie zmieniło się późną jesienią roku 1938. Oto 24 października 1938 roku w Berchtesgaden minister Ribbentrop podczas spotkania z polskim ambasadorem Lipskim stwierdził, iż Rzesza jest gotowa zrezygnować ze swych żądań rewindykacyjnych! Owa rezygnacja była częścią pakietu spraw, załatwienie których zdaniem Berlina, pozwoliłoby na trwałe unormowanie stosunków polsko-niemieckich.

Ribbentrop w „spokojnej, zgoła nie ultymatywnej formie” zaproponował, by rząd Rzeczpospolitej zezwolił na włączenie Gdańska w granice Rzeszy i przeprowadzenie przez polskie Pomorze eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej łączącej Prusy Wschodnie z Pomorzem niemieckim. Na zasadzie pełnej wzajemności Rzeczpospolita miałaby uzyskać prawo do posiadania równie eksterytorialnej linii kolejowej i autostrady wiodącej przez terytorium Niemiec do wolnego od niemieckiego nadzoru, podlegającego jedynie polskim władzom, basenu portowego w Gdańsku.

Rzesza miała uznać granice Rzeczpospolitej, czyli oficjalnie zrezygnować z roszczeń do Śląska, Wielkopolski i Pomorza. Pakt o nieagresji miał zostać przedłużony do 25-ciu lat. Ponadto Ribbentrop proponował Polsce przystąpienie do paktu antykominternowskiego oraz zawarcie klauzuli konsultatywnej, czyli wspólne uzgadnianie przez obydwa rządy pociągnięć politycznych przed ich dokonaniem.

Propozycje Ribbentropa z 24 października 1938 zwykło się nazywać „ultimatum”. Z wyjątkiem wąskiego grona specjalistów wiedza na temat tego „ultimatum” sprowadza się do przekonania, że „Hitler chciał nam zabrać Gdańsk i >korytarz<”.

Problem był jednak daleko bardziej skomplikowany. Propozycje niemieckie odnośnie wzajemnego udostępnienia sobie pasa terytorium były dziwaczną (nie analizujemy tu na ile szczerą) próbą rozwiązania nierozwiązywalnej sprzeczności jednoczesnego zachowania nieskrępowanego dostępu Polski do Bałtyku a Rzeszy do Prus Wschodnich.

Należy jednak pamiętać, że daleko bardziej dziwaczny był status Wolnego Miasta Gdańska – miasta-państwa, językowo i kulturowo niewątpliwie niemieckiego, ciążącego ku Rzeszy lecz usytuowanego w polskim obszarze celnym zaś zarządzanego przez Wysokiego Komisarza Ligi Narodów. Dodatkowo należy pamiętać, że polskie sentymenty co do Gdańska, bazujące na historycznych wspomnieniach o roli tego miasta w Rzeczpospolitej przed rozbiorami, były w jawnej sprzeczności z dążeniami samych Gdańszczan, którzy chcieli być obywatelami Rzeszy.

Jeśli odmitologizować Gdańsk i „korytarz” a jednocześnie pamiętać o propozycjach Ribbentropa tyczących paktu antykominternowskiego, klauzuli konsultatywnej i przedłużenia paktu o nieagresji to propozycję z 24 października 1938 musimy zinterpretować jako próbę Rzeszy uczynienia z Polski swego sojusznika na wschodzie. Za taką a nie inną interpretacją tego wydarzenia przemawia następstwo faktów: Warszawa w „sprawie sudeckiej” zachowała się jak sojusznik Berlina osłaniając Niemcy od wschodu po czym prawie natychmiast Rzesza zadeklarowała chęć rezygnacji z tradycyjnych roszczeń terytorialnych wobec Polski.

Październikowe propozycje z Berchtesgaden mógł Beck odrzucić albo przyjąć. Zastosował on jednak inne rozwiązanie: po prostu je ukrył. O propozycjach niemieckich poinformowane zostały wyłącznie osoby z najwyższego piłsudczykowskiego kręgu władzy. W stosunku do opinii publicznej aż do marca 1939 zastosowana została pełna tajemnica.

Przychylni Beckowi historycy wyjaśniają ową tajemniczość ministra zawiłością prowadzonej przez niego dyplomatycznej gry. Równie zasadne może być jednak twierdzenie, że Beckowi w tym czasie zwyczajnie zabrakło koncepcji prowadzenia polityki polskiej. Oto sam w dobie Monachium walnie przyczynił się do wzmocnienia pozycji Niemiec, po czym te wzmocnione Niemcy wysunęły propozycje, przyjęcie których… No właśnie! Jakie zagrożenia dla Polski stworzyłoby przyjęcie „pakietu z Berchtesgaden”?

Na pewno Polsce nie groziłby rychły atak niemiecki. W bliskiej przyszłości nie groziłyby także żądania wydania Rzeszy jakiś polskich prowincji. Nie mniej jednak „projekt globalnego rozwiązania przedstawiony przez Ribbentropa 24 października 1938 r., oznaczał zaprzężenie Polski do rydwanu niemieckiej polityki. Nie sprowadzało to jeszcze Polski do rangi niemieckiego wasala czy satelity, lecz stanowić musiało wejście na równię pochyłą, która ku temu prowadziła”. Na końcu tej „równi pochyłej” (zwrot zapożyczony od L. Moczulskiego) czekał Polskę los państwa o statusie bliskim Księstwa Warszawskiego.

Polska spełniając dla Rzeszy funkcję, którą tu w skrócie nazwaliśmy „Księstwem Warszawskim” tzn. osłaniając Europę Środkową od wschodu gotowałaby sobie nieznany los w przypadku zwycięstwa Niemiec na zachodzie. Wszak wtedy Warszawa byłaby zdana wyłącznie na łaskę zwycięzców.

Jednak odrzucenie „pakietu z Berchtesgaden” musiało, patrząc oczami dyplomatów niemieckich, jednoznacznie definiować Rzeczpospolitą jako nieprzejednanego antagonistę Rzeszy a zatem potencjalnego sojusznika każdego jej wroga. Konsekwencje polityczne takiej kwalifikacji Polska musiałaby udźwignąć samotnie – w Europie nie było wówczas antyniemieckiego obozu – mocarstwa zachodnie potulnie akceptowały agresywną politykę uprawianą przez Hitlera.

Wstępny wybór Becka, zatwierdzony przez Mościckiego, Rydza i Sławoja na naradzie 8 stycznia 1939 roku, był na „nie” – piłsudczycy gotowi byli odrzucić propozycje niemieckie. Jednak to stanowisko także pozostało głęboko utajnione. Mimo licznych spotkań z niemieckimi dygnitarzami w tym z Hitlerem, Ribbentropem i Himmlerem Beck aż do 26 marca nie „odkrył kart”. Rozmowy prowadzone były tak jakby wybór jednej z możliwych opcji nie został jeszcze przez Warszawę dokonany.

Tymczasem napięcie w Europie dalej rosło. Na styczniowych uroczystościach z okazji 6-tej rocznicy przejęcia władzy przez narodowych socjalistów Hitler, ku zdumieniu obserwatorów, powstrzymał się od rzucania inwektyw na komunizm i Związek Sowiecki. Stalin czekał z odpowiedzią miesiąc i 10 dni, by przemawiając 10 marca 1939 roku z trybuny XVII Zjazdu Partii, wywołać nie mniejsze zdumienie oświadczając, że Związek Sowiecki może współpracować ze wszystkimi państwami bez względu na różnice ideologiczne i, że do wojny za państwa zachodnie wciągnąć się nie da.

To Hitlerowi wystarczyło: w ciągu kilku dni wojska niemieckie zajęły resztę Czech a Słowacja uzyskała niepodległość – formalnie, bo jej podległość (także militarna) Berlinowi była oczywista. Rzesza zajęła ponadto Kłajpedę a Rumunii narzuciła traktat handlowy czyniący z Bukaresztu po prostu gospodarczego wasala Niemiec. Anglia i Francja – gwarantki „ładu monachijskiego” zostały po raz kolejny upokorzone. Liga Narodów skompromitowana bezradnością w dobie układu monachijskiego, teraz praktycznie przestała się liczyć.

Polska została osaczona także z południowej flanki. Od wieków, od bitwy pod Kannami, ideałem każdej atakującej armii było wyjście ze skrzydeł na tyły przeciwnika. 15 marca 1939 roku wojska Rzeszy znalazły się bez walki w takiej komfortowej sytuacji wobec wojsk Rzeczpospolitej. Ponadto po zawładnięciu przez Berlin Czechami i Słowacją polski Śląsk stał się bezbronny w przypadku ataku Niemiec. W takiej sytuacji nasz transport, przemysł i energetyka mogłyby funkcjonować jedynie do wyczerpania zapasów węgla. Tych zresztą po prostu nie było. By przeciwstawić się „efektowi Kann” polska armia musiałaby być liczniejsza i lepiej wyposażona od armii przeciwnika. Ponadto dowództwo niemieckie musiałoby składać się z dyletantów.

Marcowe bezkrwawe podboje niemieckie stworzyły w Europie nową jakość: dyplomaci brytyjscy zdali sobie sprawę z faktu, iż Rzesza jest o krok od zapanowania nad tak potężnym potencjałem ekonomicznym, surowcowym i demograficznym, że mocarstwa zachodnie będą musiały przegrać wyścig zbrojeń. Tym samym zachodnie demokracje utraciły możliwość dalszych ustępstw. Londyn zatem natychmiast poczynił kroki, by dla swego obozu pozyskać Polskę. Dyplomaci angielscy wykazali daleko idącą elastyczność i aby zyskać przychylność Becka godzili się praktycznie z wszystkimi jego sugestiami. Polski minister uznał, że w tej sytuacji może pozwolić sobie na odrzucenie niemieckich propozycji i 26 marca 1939 roku propozycje te odrzucił.

Rząd brytyjski gotów był do poczynienia nawet swego rodzaju dyplomatycznych demonstracji byleby tylko związać politycznie Polskę z Wielką Brytanią i Francją. Taką demonstracją była deklaracja Chamberlaina złożona 31 marca w Izbie Gmin, w której premier brytyjskiego rządu oświadczył „(…) że w wypadku każdego działania wyraźnie zagrażającego niepodległości Polski i któremu to działaniu rząd polski uzna za konieczne stawić opór własnymi siłami zbrojnymi, rząd Jego Królewskiej Mości uzna się zobowiązanym udzielić Polsce pomocy wszystkimi środkami jakimi rozporządza”. Dalej Chamberlain dodał, że mówi także w imieniu Francji.

Deklaracja brytyjska z 31 marca musiała być dla Becka wysoce satysfakcjonująca skoro prawie natychmiast pośpieszył do Londynu, by zawarte w niej obietnice przetworzyć na umowę międzypaństwową. Do momentu przyjęcia przez polski rząd deklaracji brytyjskiej odrzucenie przez Warszawę niemieckich propozycji z Berchtesgaden mogło jeszcze być traktowane jako element dyplomatycznej licytacji w celu uzyskania od Rzeszy dodatkowych korzyści np. w postaci dostaw sprzętu wojskowego czy wyposażenia fabryk (Włochy niejednokrotnie tak właśnie czyniły). Przyjęcie przez Becka deklaracji z 31 marca sytuowało Polskę jednoznacznie w obozie antyniemieckim ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Wizyta polskiego ministra nad Tamizą miała zacząć się 3 kwietnia 1939 roku. Beck był właśnie w drodze pociągiem do Anglii gdy 2 kwietnia pułkownik Sławek odebrał sobie życie.

Najszersze kręgi społeczeństwa polskiego były głęboko zindoktrynowane przez propagandę piłsudczykowską. Ludzie wierzyli w niezwyciężoność polskiego wojska, w niską jakość niemieckiego sprzętu (że przywołam tu wiarę w używanie przez Niemców czołgów z tektury). Przeświadczenie o potędze armii francuskiej i angielskiej było powszechne. Co więcej, analiza szeregu dokumentów i pamiętników pozwala stwierdzić, że w legendę o niezwyciężoności armii polskiej uwierzyła także rządząca Polską elita piłsudczyków.

Co w ówczesnej sytuacji powinien był zrobić polski polityk, w którego ocenie Armia Polska była daleko słabsza od Wehrmachtu a kształt granicy polsko – niemieckiej dodatkowo sprzyjał silniejszemu? I jeśli w dodatku polityk ten był przekonany o niewykonalności zobowiązań sojuszniczych Anglii i Francji ponieważ Wielka Brytania miała wówczas jedynie zaczątek armii lądowej, zaś francuska doktryna wojenna była na wskroś obronna, zatem armie polowe Francji były zwyczajnie niezdolne do natychmiastowego rajdu na tereny Rzeszy.

Odwołanie się do opinii publicznej nie wchodziło w grę ze względu na działalność cenzury. Za przykład może posłużyć choćby utrącenie aktywności Władysława Studnickiego. Człowiek ten o olbrzymich zasługach dla niepodległości Polski mimo, że zepchnięty przez piłsudczyków na margines życia politycznego usiłował działać piórem i przy pomocy kontaktów osobistych w kręgach polityków. Między innymi napisał do Becka list, w którym wyłożył absurdalność jego polityki, napisał też (i na własny koszt wydał) książkę pt. „W obliczu nadchodzącej drugiej wojny światowej” wieszczącą klęskę Rzeczpospolitej. List pozostał bez odpowiedzi a książkę, już wydrukowaną, zarekwirowała cenzura. Po Studnickim zostały jednak liczne pisane świadectwa jego niezgody na ówczesną polską politykę.

Nie jest możliwe aby do pułkownika Sławka nie docierały wieści o dramatycznych zabiegach Studnickiego. Ten ostatni był na to zbyt aktywny a środowisko, w którym obydwaj się obracali zbyt małe. Stanowisko Studnickiego było proste: Polska powinna konsekwentnie kontynuować politykę z roku 1938 i w żadnym wypadku nie wiązać się dodatkowymi sojuszami skierowanymi przeciwko Rzeszy (sojusz z Francją był faktem, który nie przeszkadzał dyplomatom Hitlera i ten problem nie był poruszany przez Niemców w Berchtesgaden i później).

Według Studnickiego „zbrojnie neutralna” Polska u wschodnich granic Rzeszy byłaby, z oczywistych względów, dla Niemiec cenna – nie mieliby zatem interesu jej niszczyć, przynajmniej na razie. Polska wstępując manifestacyjnie do sojuszu państw zachodnich musi stać się pierwszą ofiarą Rzeszy, bo w sytuacji walki z wieloma wrogami zawsze najpierw usiłuje się wyeliminować najsłabszego. Tyle Studnicki.

O pułkowniku Walerym Sławku wiemy, że tuż przed wyjazdem Becka do Anglii odwiedził ministra. Starzeński – sekretarz Becka wspomina, że mieli zagrać w brydża. Nie doszło jednak do gry. Politycy zamknęli się w pokoju i długo o czymś dyskutowali. Gdy Beck w pociągu do Londynu dostał wiadomość o śmierci Sławka był nią wstrząśnięty.

Jeśli odrzucić absurdalne założenie, że sławny pułkownik popełnił samobójstwo na znak poparcia dla polityki Becka pozostaje wyjaśnienie, że Sławek swą śmiercią zaprotestował przeciw wizycie polskiego ministra w Londynie. Godzina śmierci miała przypomnieć o Piłsudskim i jego wskazaniach, obraz o tym, że w pewnych okolicznościach nawet byt typu Księstwa Warszawskiego jest wart wielkiej ceny, książka Dantego zaś, zaczynająca się częścią „Piekło” była przepowiednią co do dalszych losów Polski.

Innymi słowy jest wielce prawdopodobne, że Sławek ze swej śmierci uczynił list adresowany do Becka. List protestacyjny napisany dosłownie własną krwią. Przy obecnym stanie wiedzy jedynie powyższe wytłumaczenie wyjaśnia datę i godzinę czynu oraz rolę rekwizytów, którymi otoczył się sławny pułkownik idąc na spotkanie ze śmiercią.

Dla historyków liczą się przede wszystkim dokumenty, listy, notatki. Sławek nie zostawił zapiski „Zabijam się w proteście przeciw decyzji Becka”. A jeśli zostawił została ona zniszczona. Nie mniej jednak i tak wszystko świadczy, że najbliższy współpracownik Piłsudskiego, współpracownik a nie tylko wykonawca poleceń, dramatycznie nie zgadzał się z polityką ówczesnej elity władzy.

Tekst niniejszy został napisany przed wielu laty i, doprawdy, chciałbym mieć tyle tysięcy, ile redakcji odmówiło jego publikacji. Dopiero książka Piotra Zychowicza pt. Pakt Ribbentrop – Beck „odczarowała” temat ewentualnego aliansu Polski i Niemiec w roku 1939. Ta obszerna, licząca 362 strony, książka nie odpowiada jednak na zasadnicze pytanie: dlaczego Beck dał się nabrać Anglikom na prostą w sumie sztuczkę z gwarancjami?

A odpowiedź może być bardzo bolesna dla większości interesujących się historią Polaków: piłsudczykowskie elity rządzące Polską po 1926 r. były na bardzo niskim poziomie zarówno intelektualnym jak i moralnym. Minister spraw zagranicznych nie znający elementarnych faktów z historii Europy. Premier, którego główną misją państwową była promocja toalet. Dowódca wojsk, który w obliczu kłopotów pierwszy, dosłownie, „dał drapaka” najpierw ze stolicy a potem z kraju. Prezydent, który w chwili próby „przypomniał sobie”, że w ogóle nie jest Polakiem tylko Szwajcarem i w tym spokojnym kraju postanowił przeczekać wojenną zawieruchę.

Takie a nie inne kierownictwo kraju było skutkiem rokoszu z maja 1926 r. Dlatego przypomnę słowo w słowo to co napisałem w moim poprzednim tekście i będę to przypominał uporczywie:

Walki rokoszan z obrońcami prawa rozpoczęły się dnia 12 maja u wylotu mostu Kierbedzia, po stronie Placu Zamkowego, o godz. 18:30, kiedy to pododdział zbuntowanego 36 p.p. pod dowództwem majora Korkozowicza starł się z pododdziałem broniącego konstytucyjnego porządku 30 p.p. dowodzonym przez kapitana Szyca. Buntownicy okazali się silniejsi i przebili się do lewobrzeżnej Warszawy.

Dzisiaj nie ma już mostu Kierbedzia, nie ma wiaduktu Pancera, wojenne zniszczenia i budowa Trasy W-Z zupełnie przeobraziły miejsce pierwszej bitwy z maja 1926 r. Ocalałym z pożogi, niemym świadkiem tamtych wydarzeń jest jednak dzwonnica kościoła św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu 68. Dość blisko tej budowli stało w czasie bitwy o most Kierbedzia jedyne działo obrońców.

Kosciol sw Anny

Tam właśnie, przy dzwonnicy, od strony Placu Zamkowego w dniu 13 maja o godz. 18:30 zapalę znicz. W „okrągłą” rocznicę dwa lata temu i w roku ubiegłym robiłem to sam, bo niby jak miałem rozpropagować tę ideę? Teraz, dzięki uprzejmości Nowego Ekranu, mogę powiadomić szersze grono. Wyjątkowo wybrałem datę 13 a nie 12 maja, bo 12 to niedziela, wiosenny weekend i część potencjalnych chętnych może mieć jakieś rodzinne czy towarzyskie plany. Zatem wszystkich zainteresowanych zapraszam 13 maja, w poniedziałek, na godz. 18:30 koło dzwonnicy kościoła św. Anny.

Może ktoś przyniesie znicz, może kwiat? Proszę jednak pamiętać: to spotkanie nie jest przeciw komuś, tylko w hołdzie i ku pamięci ofiar.

Paweł Milczarek
http://milczarek.neon24.pl

Komentarzy 16 do “Rocznica śmierci Walerego Sławka”

  1. Swarożyc said

    Nie pamietam juz kto; czy to Herling-Grudzinski, czy Cat-Mackiewicz wyrazil sie onegdaj tak o Slawoju-Skladkowskim:
    „Cesarz Neron mianowal swego konia ceszarzem. Takim koniem Pilsudskiego byl Slawoj-Skladkowski”
    Slawek to inny kon ze stajni Pilsudskiego…

  2. Samobójstwo? Na pewno? 🙂

  3. revers said

    Cala ekipa wysokich oficerow WP stracila zycie na zasdzie seryjnego mordercy w wyniku dzialania agentow Pilsudzkiego i niemiecko-austryjackiej Abwehry.

    http://dzieje.pl/aktualnosci/dr-m-patelski-gen-rozwadowski-nie-ujawnial-swojej-roli-w-planowaniu-bitwy-warszawskiej

    Inni generałowie jak gen.Rozwadowski nie doczekali sie uznania jako glownii strategowie i efektywni dowodcy w wojnie z Bolszewikami w 1920 roku.

    Za to teraz plynie wraz z gen.Rozwadowskim na nowo masa propagandy antyrosyjskiej
    ,
    jak zawsze sluzacej innym naukom talmudycznym i stanom masonskim.

  4. Maćko said

    1 Swarożyc – a wie Pan dlaczego?
    Bo chcial pokazać jacy glupi byli senatorowie.
    Tacy glupi, ze nawet kon mial mieć, wedlug Nerona, wiecej rozumu niz oni, senatorowie republiki.

  5. Ad. 3

    Sam Rayski „usunął” ośmiu konkurentów do stanowiska, które piastował… I nic dziwnego, bo żaden z nich nie wydałby na pięć minut przez 01-09-1939 rozkazu rozebrania silników samolotów „do przeglądu”… 🙂

  6. RomanK said

    Ze strachu przed smiercia popelniaja samobojstwo tylko…. kurduple.
    Cale zycie sluzyl zlej sprawie a kiedy przyszlo ponosic jej konsekwencje strzelil sobie w leb..zalosny dupek od noszenia medali.
    Reszta spieprzyla gdzie pieprz rosnie..a Polacy przelali morze krwi.
    Dzis ich nasladowcy kurduple , urzadzaja nam powtorke z historii…

  7. Majster said

    Walery Sławek był miernotą bez charakteru. Powinien zastrzelić Becka i Rydza.

  8. Zdziwiony said

    Fragmenty WSPOMNIEŃ Bpa Polowego WP JÓZEFA GAWLINY:

    Bolało nie tylko mnie, że sztandary nasze nie wyznawały Imienia Bożego. Niektóre z najpierwszych nosiły napis: „Bóg i Ojczyzna”, zmieniony od 1923 r. na „Honor i Ojczyzna”. Bolało mnie, że mimo mej prośby, sztandar, jaki na początku 1940 r. ufundowałem i poświęciłem dla Brygady Podhalańskiej (tej, która miała najpierw do Finlandii iść, a którą potem skierowano do Norwegii), nie mógł nosić Imienia Bożego. „Regulamin przewiduje napis «Honor i Ojczyzna»”. Z kraju jednak nadszedł wkrótce śliczny sztandar wileński dla lotników z napisem „Bóg, Honor i Ojczyzna”. I taki sam napis wyszył potem oddział rozpoznawczy w Szkocji na swoim sztandarze. Gdy więc w 1941 wyjść miał nowy Regulamin wewnętrzny, zabiegałem o to, by sztandarom przywrócono Imię Boże.

    Słowo „Bóg” było nawet w pierwszej redakcji przewidziane, zostało jednak
    przez gen. Sikorskiego skreślone. W marcu 1941 wysłałem więc (sam
    zatrudniony na rekolekcjach dla kapelanów lotniczych w Blackpool) ks.
    Michalskiego do gen. Modelskiego, który razem z gen. Sikorskim przez
    pewien czas opracowywał ważne sprawy służbowe w Szkocji. Modelski,
    osobiście przychylny dla mej sugestii, przyrzekł załatwić sprawę, lecz wrócił
    rebus infectis. Prosiłem więc Naczelnego Wodza o audiencję, którą dnia 14
    marca uzyskałem. Powołując się na opinię kraju i żołnierzy za granicą,
    prosiłem go o zatwierdzenie napisu „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Sikorski
    odmówił bardzo grzecznie, tłumacząc się trudnościami technicznymi, m.in.
    tym, że napis jest uregulowany ustawą, którą trudno zmienić, na co
    odpowiedziałem, że zmianę przeprowadzić można ustawą prezydenta
    Rzeczpospolitej. Sikorski: „Nie wiem, co na to powiedzą stronnictwa”. Ja: „Nie
    wiem, kogo z nich razić by mogło słowo «Bóg»”. Sikorski: Jak by to brzmiało
    po francusku? Le Dieu?” Ja: „Dieu, Honore, Patrie”. Co zresztą obchodzi nas
    napis francuski? Niech Pan Generał stworzy fakt, którego pragnie naród
    polski. Skoro Imię Boże usunięte zostało z sztandarów polskich, nie dziwmy
    się, że Pan Bóg się od nich odwrócił”. Sikorski: „To trzeba było powiedzieć
    Piłsudskiemu, który w 1923 r. to słowo usunął”. Ja: „ O ile wiem, nie był
    Piłsudski w chwili skreślenia tego słowa ani naczelnikiem państwa, ani
    premierem, ani ministrem spraw wojskowych. Ani ja nie byłem wówczas biskupem polowym. Wiem zresztą, że generał Haller wówczas protestował
    przeciwko zbyt słabemu oporowi biskupa Galla”. Sikorski: „ Generałowi
    Hallerowi łatwo mówić, gdyż nie był on wówczas w służbie czynnej. Odbywały
    się wówczas rozmowy nasze przez dwie noce w Belwederze. Nie, Księże
    Biskupie, to nie czas na to, mamy ważniejsze sprawy.

    Dalsze prośby nie odniosły lepszego skutku. Odnośny rozkaz wykonawczy jednak nie wyszedł. Toteż po śmierci śp. Sikorskiego prosiłem nowego Naczelnego Wodza, gen. Sosnkowskiego, o wydanie takiego rozkazu, na co chętnie się zgodził. Sprawa poszła jako projekt dekretu Pana Prezydenta do rządu, ten zaś przekazał ją właściwie już zadecydowaną Radzie Narodowej. Odtąd Imię Boże widnieje znów na sztandarach polskich.

    (…) Sikorski cierpiał na jakiś uraz, częsty u ludzi pokrzywdzonych. Toteż można było u niego zauważyć wielką nieufność, a z drugiej strony czułość na
    pochwały, z czego korzystała cała szajka gangsterów politycznych.

    (…) Jego stosunek do Kościoła nie był szczery. Był zresztą wychowany w józefinizmie austriackim i sądził, że wszystko do jego omnipotencji należy. Z prawdą mijał się prawie w kokieteryjny sposób. W sposobie mówienia i zachowania się dźwięczała nieraz nuta neurasteniczna, jeżeli nie histeryczna. Lieberman określił go raz jako „charakter kobiecy”. Theodore Roosevelt pisze w swoich pamiętnikach, że złą politykę musi prowadzić mąż stanu, jeżeli musi płacić za dawne przysługi. I to było również fatalną stroną jego rządów. Iluż to „cierpiołków”,/i> i niedołęgów, których nawet nie sanacja, ale po prostu życie przesiało, dostało się na decydujące stanowiska. Stwarzano więc etaty dla ludzi. Do masonerii wstąpił, moim zdaniem, dlatego, ażeby ułatwić sobie przyszłość. Wierzył ślepo we Francję, z której lożami był połączony. A ponieważ Loża francuska uznawała hasło „Honneur et Patrie”, przeto też za jego rządów sztandary polskie zaczęły nosić napis: „Honor i Ojczyzna.”

    Szedł na wszystkie żądania aliantów, aby się utrzymać przy władzy. Radziliśmy mu, by się podał do dymisji przy pierwszych objawach zdrady ze strony aliantów, tuż po zawarciu paktu polsko-sowieckiego, i przyrzekliśmy mu, że rada go na nowo wybierze, lecz nie ufał. I tak szedł krok za krokiem po linii nakazanej przez obcych. Wielkiej rzeczy dokonał, publikując w Ameryce program „międzymorza”, lecz właśnie ten projekt stał się, jak osobiście przypuszczam, przyczyną jego śmierci. Był to człowiek wybitny i inteligentny, i na swój sposób dobry. Nie dożył już klęski swej polityki. Gdyby go nie gnębił ów kompleks krzywdy życiowej, mógł być człowiekiem naprawdę wielkim.

    (…) Alianci wzmacniali się w przekonaniu, że jesteśmy co prawda dobrymi żołnierzami, lecz poza tym bez charakteru i że można z nami zrobić politycznie, co się im podoba.
    „Walenty jak zawsze posłusznym i potulnym lokajem. Toteż jeżeli mu nawet
    odbierzemy pół zagrody i oddamy ją Iwanowi, Walenty nadal będzie
    potulny”. I oddali.
    Wiedział o tym dobrze Churchill, jak grać na Sikorskim. Ten zaś drżał przed myślą, że alianci mogliby sobie upatrzyć innego premiera polskiego i zgadzał się na wszystko. Wśród wojska zawrzało. Mówiono, że Polska jest już na „pniu sprzedana”. Jest to wyraz za silny, lecz wiele w tym jest prawdy. Nastroje w wojsku tłumaczy najlepiej fakt, że żołnierze w Szkocji wykupili kilkanaście tysięcy fotografii Józefa Piłsudskiego i zaczęli nosić jego odznaki „J.P.” Przybył tedy na inspekcję gen. Sikorski i pochwalił ich za to, że
    „czczą zmarłego Wodza”. Podczas inspekcji zaś w Qizil Ribat w 1943 r. gen.
    Sikorski, przemawiając do gen. Wiatra, legionisty, kazał na zakończenie zagrać Pierwszą Brygadę, marsz piłsudczyków. Zdziwienie było ogromne. Sikorszczycy rzucili się z namiotów sądząc, że Wiatr dokonał jakiegoś zamachu przeciwko Sikorskiemu. Lecz obaj stali wyprężeni i salutowali. Był to zresztą zręczny gest Sikorskiego, tym niemniej jednak niespodzianka dla jego zwolenników.

  9. Zdziwiony said

  10. revers said

    Slawa Kaczorom, j.w.

  11. Orcyk said

    Ale ten stwór był brzydki!

  12. czytelnik said

    Proszę nie zapominać o tym, że Walery Sławek był trzykrotnym premierem Polski, marszałkiem Sejmu, wolnomularzem, podpułkownikiem dyplomowanym piechoty Wojska Polskiego. Stawiam tezę: – że miał do swojej dyspozycji wszelkiego rodzaju informacje wywiadowcze, raporty dyplomacji i wiedzę z innych nieformalnych źródeł. On był ZAWODOWCEM w tych sprawach, a przede wszystkim był żołnierzem. Prowadząc ciągłą symulację potencjalnych wydarzeń opartą na posiadanych zasobach informacji, dokonywał ciągłej analizy ich skutków.

    On po prostu wiedział co się zdarzy i nie miał w jego ocenie już żadnych możliwości zapobieżenia zbliżającej się katastrofie i niewoli. Śmierć, jak śmierć, dla żołnierza honorowa jest na polu walki, do ostatniej chwili, do ostatniego naboju, do ostatniego obrońcy. Jego „pole walki” zostało w jego ocenie właśnie „spotwarzone”. On był ostatnim na „honorowym polu walki” i nie dał się wziąć do niewoli. A może miał już dość i nie chciał po prostu legitymizować głupoty i zaprzaństwa.

  13. outsiderR said

    Po prostu za dużo wiedział. Nadmiar wiedzy szkodzi, szczególnie jeśli (na pewnym etapie wiedzy obudzi się sumienie i drgną głęboko ukryte, polskie geny.

    Innych, podobnych przypadków było wszak wiele. Z bardzie znanych:

    1. Jak zginął dyrektor kancelarii Tuska?
    http://niezalezna.pl/8489-jak-zginal-dyrektor-kancelarii-tuska

    2. Jak zginął szyfrant Zielonka? Wstrząsające informacje „Gazety Polskiej”
    http://niezalezna.pl/38655-jak-zginal-szyfrant-zielonka-wstrzasajace-informacje-gazety-polskiej

    Pieprzyć Gazetę Polską i Niezależną.
    Admin

  14. JerzyS said

    W okresie II RP zmieniło się 10 szefów II Oddz.

  15. outsiderR said

    Pieprzyć Gazetę Polską i Niezależną.
    Admin

    Jestem za. Nie czytam ani jednej, ani drugiej.
    Po prostu w wyszukiwarce na jednym z pierwszych miejsc mi wyskoczyło na hasło
    „szyfrant i dyrektor” , to i wkleiłem nie zwracając uwagi na źródło.
    No i tyle…

  16. Maćko said

    A wersja seryjnego samobójcy lub zasamobójstwowania pod presja?

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: