Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Przekonać wątpiących

Posted by Marucha w dniu 2016-06-04 (sobota)

Nie tylko Brexit jest zagrożeniem dla Unii (choć najprawdopodobniej wcale do niego nie dojdzie). W całej Europie Zachodniej poparcie społeczne dla UE przezywa kryzys.

W Niemczech, według najnowszych badań brytyjskiego instytutu badań opinii publicznej Ipsos Mori, co trzeci obywatel poparłby wystąpienie z Unii.

We Włoszech i w Francji poparcie to sięga aż 41 i 48%. Najniższy odsetek zwolenników wystąpienia z UE póki co mamy w Polsce (22%), podobnie jest jedynie w Hiszpanii (26%). We wspomnianej Wielkiej Brytanii niewielką przewagę mają zwolennicy pozostania w Unii (53%). Patrząc jednak na UE jako całość, co trzeci z 510 milionów „Europejczyków” ma dość Unii, i życzyłby sobie powrotu swego państwa do suwerenności.

Eurosceptyczna ofensywa

W wielu krajach członkowskich UE coraz większą popularnością cieszą się ugrupowania polityczne, odrzucające dotychczasowy model uprawiania polityki przez władze państwowe, a także przez Unię Europejską. Ugrupowania te odrzucają dużą część tego, co przez ostatnie dekady w Europie Zachodniej utrwaliło się do tego stopnia, że uchodzi za podstawę demokracji i praworządności (choć, co oczywiste, wcale tym nie jest, a może być nawet czymś kompletnie odwrotnym: zaprzeczeniem demokracji) – a więc sprawowanie władzy przez ugruntowane i utrwalone partie „głównego nurtu”, określony model poprawności politycznej i związany z nim kierunek polityki („otwartość”, „multi-kulti”, wieczna walka z „nacjonalizmem” i „rasizmem” itp.), uznanie UE za dobro najwyższe, któremu trzeba się podporządkować i którego istnienie jest warunkiem stabilności, dobrobytu i rozwoju.

Oczywiście, wszystkie te tezy są absolutnymi bzdurami, niemniej jednak stały się one do tego stopnia europejskim dogmatem, że samo ich odrzucenie równoznaczne jest (oczywiście dla wyznawców tychże „prawd”) z powrotem „faszyzmu”, „nacjonalizmu”, „ksenofobii” czy „rasizmu”.

Tymczasem popularność zdobywają właśnie takie ugrupowania, jak Front Narodowy we Francji, Partia Niepodległości (UKIP) w Wielkiej Brytanii, Austriacka Partia Wolnościowa (FPÖ), Partia Wolności (PVV) w Holandii, Partia Finów w Finlandii, Niepodległość i Demokracja (IND/DEM) w Szwecji czy Alternatywa Dla Niemiec (AfD).

Patrząc na ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego, a także na najnowsze wybory do parlamentów narodowych bądź też wybory regionalne i lokalne, można ogólnie stwierdzić, że partie te cieszą się poparciem od kilkunastu do dwudziestu kilku procent wyborców – co jest zjawiskiem nowym, i wykazującym w dodatku tendencje wzrostowe.

Za wyjątkiem Wielkiej Brytanii, która uprawia swój wyjątkowy model „członkostwa suwerennego” w UE, chyba w każdym państwie członkowskim te ugrupowania unio-sceptyczne bezwzględnie atakowane są zarówno przez polityczno-gospodarczy establishment, jak i przez wielkie media głównego nurtu, stojące na straży poprawności politycznej i będące głównym narzędziem ideologicznej indoktrynacji.

Sztandarowym przykładem takiej „demokratycznej” praktyki są Niemcy, w których AfD czy też organizacje wywodzące się z drezdeńskiej PEGID-y są obiektem zupełnie bezpardonowych ataków, obelg i oskarżeń właśnie o „faszyzm”, „rasizm”, „populizm”, „nacjonalizm” czy różne inne „izmy”.

Nie inaczej rzecz ma się w przypadku rządów niektórych państw Europy Środkowo-Wschodniej, które nie wykazują całkowitego podporządkowania Berlinowi i Brukseli. Chodzi przede wszystkim o Grupę Wyszehradzką, a w niej – o Polskę i Węgry. Do objęcia rządów przez PiS to Viktor Orban był „wrogiem numer jeden” Unii Europejskiej. Określenia typu „dyktator”, „nacjonalista” i „populista” były na porządku dziennym.

Miejsce Orbana w tym roku zajęła Polska [niezasłużenie – admin]. Ataki i oskarżenia są oczywiście takie same, przy czym media zagraniczne na ogół bardzo wybiórczo dobierają źródła swych informacji.

Czyli czerpią przede wszystkim z mediów zdecydowanie wrogo nastawionych do obecnej władzy, lub też publikują materiały polskich dziennikarzy, na co dzień pracujących właśnie dla tych mocno zaangażowanych i mało obiektywnych mediów. Absurdem całej tej unijnej nagonki jest fakt, że ani Węgry Viktora Orbana, ani – tym bardziej – rządzona przez PiS Polska nie zamierza występować z UE. Co więcej, PiS regularnie zapewnia o swym zadowoleniu z członkostwa w Unii i deklaruje, że nie bierze nawet pod uwagę możliwości choćby przeprowadzenia referendum w sprawie dalszego członkostwa w UE.

Trwoga w Brukseli i Berlinie

Ta ogólnoeuropejska tendencja powoli zaczyna wywoływać trwogę zarówno na szczytach europejskiej polityki, jak i wśród wszystkich tych, którzy bezkrytycznie wierzą w mit o nieomylności UE i niemożliwości istnienia świata bez tej organizacji. Oczywiście także wśród zwolenników jak najściślejszej integracji, likwidacji suwerennych państw i stworzenia prawdziwego unijnego państwa – kategorie te na ogół się przecinają.

Można więc spodziewać się, że wcześniej czy później – biorąc pod uwagę skostniałość i biurokratyzację struktur unijnych raczej później, niż wcześniej – nadejdzie jakaś reakcja ze strony centrum dowodzenia UE w Berlinie. Czyli jakaś reakcja, nowa inicjatywa, program propagandowo-edukacyjny, mający na celu wmówienie obywatelom Unii, że „bez Unii nie ma życia”. Taki program można by śmiało porównać do „rządowego” programu „informowania” społeczeństwa przed referendum akcesyjnym w Polsce.

Już widać pierwsze przebłyski reakcji eurokratów: przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker stwierdził niedawno, że premierzy europejskich państw powinni w mniejszym stopniu słuchać swoich wyborców, a bardziej działać jako „pełnoetatowi Europejczycy” na rzecz „historycznych” projektów – takich jak wejście do strefy Euro.

W Niemczech pojawiły się pogłoski, że kandydatem socjaldemokracji na kanclerza mógłby być Martin Schulz – szef Parlamentu Europejskiego, fanatyczny zwolennik budowy unijnego państwa i wróg narodowej suwerenności, znany obecnie jako zajadły wróg rządu w Warszawie. A w Berlinie na początku maja otwarto wystawę pod nazwą „Przeżycie Europa. Zrozumieć Europę w 30 minut”. Celem tego „dzieła” Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego jest propagowanie „wiekopomnych” wydarzeń w historii integracji europejskiej oraz przekonywanie, że bez UE nic w Europie nie byłoby możliwe.

Inicjatywę na rzecz wzmacniania kultu UE widać już także w niektórych zachodnioeuropejskich mediach. Temat rzekomych korzyści, płynących z członkostwa w Unii, zagościł na dobre w niemieckich dziennikach, tygodnikach i na portalach internetowych.

Warto przytoczyć niektóre z wysuwanych tam argumentów – ukazują one bowiem w wyśmienity sposób, jak bardzo poparcie dla UE jest przejawem wyznawanej ideologii, a jak mało – wynikiem racjonalnych argumentów, faktów i namacalnych dowodów. Pełne brzmienie wysuwanych argumentów mających przekonać o konieczności pozostania w UE podaję w tłumaczeniu z oryginału.

„Niebezpieczeństwo powrotu do narodowego szaleństwa”. Ten pseudo-argument, a mówiąc wprost – ideologiczny, polityczny slogan, niemiecka gazeta „Die Welt” podaje jako pierwszy (sic!) z siedmiu powodów, dla których pozostanie w UE ma być jedyną możliwą drogą rozwoju. Jako rozwinięcie tego hasła służy opis o tym, jak to w Europie przed Unią „przez stulecia” panowały wojny, zabory, okupacje, napaści i ataki… Już sam podział na „epokę Unii” z jednej i wszystkie stulecia przed nią z drugiej strony świadczy o ogromnej ignorancji i pysze.

I dalej czytamy: „Bez UE ten chaos nie jest do pokonania” – o czym świadczyć mają, zdaniem autorów, wojny na Bałkanach, w Kosowie i na Ukrainie. O tym, że te wojny były w dużym stopniu wynikiem celowej zewnętrznej ingerencji, w której sama UE odgrywała dużą rolę – oczywiście ani słowa. Podsumowując pierwszy, a więc najważniejszy argument: jak nie Unia – to wojna. Takie to proste.

Argument drugi: „Obywatele mieliby o wiele mniej pieniędzy w kieszeni” – oczywiście bez Unii. Hasło rodem z przedreferendalnej kampanii w Polsce, które oznaczałoby, że Unia rozdaje swym mieszkańcom pieniądze. Oczywiście, Unia finansuje, dofinansowuje, sponsoruje i wspiera różne przedsięwzięcia. Raz mniej, raz bardziej sensowne. Pieniędzy na nie nie produkuje jednak sama, a zabiera je państwom członkowskim – tak, jak każdy rząd swoje przedsięwzięcia finansuje z podatków pobieranych od obywateli. Powszechnie wiadomo, że są kraje, które do Brukseli więcej wpłacają, i są kraje, które z Brukseli więcej otrzymują. Do tych pierwszych zaliczają się, przykładowo, Niemcy; a do tych drugich – Polska [? – admin].

Z drugiej strony są jednak także kraje, które z europejskiej integracji wyciągają większe korzyści ekonomiczne, do których imigrują ludzie z wielu innych państw i których firmy, koncerny i banki rozlały się na całą Europę. Takie jak Niemcy właśnie. I są kraje, których gospodarka została wraz z przystąpieniem do UE zrównana z ziemią, których fabryki zostały zlikwidowane, z których ludność masowo ucieka w poszukiwaniu zarobków i które dla tych z kategorii pierwszej pełnią funkcję rynku zbytu i zasobu taniej siły roboczej, będąc co najwyżej podwykonawcą.

Do tej kategorii zalicza się właśnie Polska. Unia, mówiąc bardzo kolokwialnie, niektórym daje, a niektórym odbiera. Albo daje w jednej kategorii (przykładowo na place zabaw i ekrany dźwiękoszczelne), a odbiera w innej (wymuszanie zamykania zakładów, „restrukturyzacji” poszczególnych branż przemysłu).

Warto też wspomnieć o zapędach UE do karania sankcjami i grzywnami za nieposłuszeństwo wobec jej polityki przez poszczególne państwa członkowskie. To wszystko są realne koszty członkostwa w UE, ponoszone przez państwa – czyli ich obywateli. Arbitralne stwierdzenie, że „UE daje ludziom pieniądze” jest kompletną demagogią i bzdurą, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością.

„Pojedyncze państwa stałyby na o wiele gorszej pozycji w negocjacjach” – argument trzeci. Teoretycznie ładny, o ile założymy, że istnieje coś takiego, jak europejska solidarność i prawdziwa wspólnota. Czegoś takiego jednak nie ma, i każde z państw, kierujących się Realpolitik i własnym interesem państwowym nic sobie nie robi z faktu, że któryś ze słabszych sąsiadów jest niezadowolony. Dlatego Niemcy kupują od Rosji gaz i budują wspólnie z nią gazociągi, Węgrom Rosja buduje elektrownię atomową, a Bułgaria czy Rumunia od Rosji kupują i surowce, i energię, i paliwa…

Liczą się realne interesy i korzyści – przynajmniej dla tych państw, które zachowały pewną część swojej suwerenności. Stanie z boku, tupanie ze złości i narzekanie na brak solidarności i jedności jest dziecinadą i naiwnością świadczącą o braku zrozumienia, czym jest polityka międzynarodowa.

Argument piąty: „Istniałoby więcej granic w głowach i sercach”. Nie, to nie żart. To zdanie ma być argumentem na rzecz dalszego trwania Unii Europejskiej w obecnej formie! Skoro już w poprzednim punkcie użyliśmy określenia „dziecinada”, to tutaj trzeba by użyć… no właśnie, czego? Pozostaje już chyba tylko dodanie przymiotnika: totalna dziecinada. Wiara w to, że organizacja polityczna o zapędach totalitarnych skutecznie wykorzeni bariery w rozumach i emocjach – infantylizm i naiwność? Czy może świadomość, że owe pokonanie barier jest możliwe tylko pod groźbą unijnych sankcji, kar i prześladowań ludzi myślących inaczej, piętnowania ich właśnie jako „faszystów” i „nazistów”?

Kolejny argument – „Pojedyncze państwa byłyby pokłócone i pozostawione samym sobą” – tylko nawiązuje do poprzednich. Za to kolejne chyba jeszcze przebija hasło o pieniądzach w kieszeni obywatela: „Mielibyśmy dziurawe drogi i powolny Internet”. Tak śmieszne, że aż straszne – o ile oczywiście ktoś traktuje takie argumenty poważnie. A podała je „Die Welt”, jeden z czołowych dzienników opiniotwórczych, należąca do koncernu Axel Springer, osiągający nakład prawie 200 tysięcy egzemplarzy dziennie i czytany przez ponad 700 tysięcy odbiorców.

Oczywiście bardzo podobne argumenty, mające przekonywać Niemców o konieczności bycia w UE, podają i inne niemieckie media. Pytanie brzmi tylko, kogo takimi bajeczkami uda się przekonać. Na pewno nie tych, którzy teraz mają wątpliwości związane z bezradnością UE wobec kryzysu imigracyjnego, niemieckich prób narzuceniu całej Unii swojej polityki i obarczenia jej kosztami inne państwa członkowskie, z skostniałym oraz nadmiernie rozbudowanym systemem biurokratycznym, idiotyzmem unijnych regulacji i przepisów, ideologicznym totalitaryzmem zwalczającym europejski system wartości…

To wszystko są konkretne zarzuty i pytania. Bajeczki o równych drogach, szybkim Internecie i krążącym nad Europą widmem wojen raczej nie dają na nie odpowiedzi. Świadczą tylko jeszcze bardziej o oderwaniu ich autorów – podobnie, jak unijnych liderów – od rzeczywistości. Być może przekonają i tak przekonanych. Na pewno nie przekonałyby Brytyjczyków, by w zbliżającym się referendum swój głos oddać na Brukselę.

Michał Soska
Myśl Polska, nr 23-24 (5-12.06.2016)
http://mysl-polska.pl

Odpowiedzi: 4 to “Przekonać wątpiących”

  1. Listwa said

  2. NICK said

    Jakżesz może być ‚brexit’?
    Skoro unżesz, steruje???

    No może… . dla jaj. Kolejnych ‚mniemań’.
    Istot durnych.

  3. Dictum said

    Tego się nawet komentować nie da.
    Jedynie tyle, żeby się jak najszybciej to to rozleciało w drobny mak.

  4. Piwowar z Leżajska said

    A niech sobie będzie IV Rzesza, byleby nie właziła nam do naszej zagrody i kuchni. Sami damy sobie radę i nie śpieszno nam, aby szybko umrzeć. Każdy zdąży bez niczyjej pomocy.

Sorry, the comment form is closed at this time.