Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Niezapomniane wakacje

Posted by Marucha w dniu 2016-06-05 (Niedziela)

W odległości około 2 kilometrów we wsi Kuzawka był sklep spożywczo-gospodarczy. Lubiłam do niego chodzić nie tylko po zakupy, ale po to, aby wsłuchiwać się w tembr głosów rozmawiających kobiet.

Mowa ich była śpiewna, szybka, słownictwo mieszane polsko-ukraińskie, dla mnie wręcz niezrozumiałe.

Kuzawka była to wioska zamieszkała przez ludzi starszych. Przed 1954 r młodzież wyjechała do miast uczyć się lub pracować. Moja koleżanka studiowała na Uniwersytecie Gdańskim.

Urok tej miejscowości polegał na dziewiczości przyrody. Co dzień świtem budziły mnie ptaki pięknym śpiewem, w ciągu dnia zza Buga dochodził rytmiczny, melodyjny śpiew pracujących przy zbiorze zbóż żniwiarzy. Wieczorem w lipcu koncert żabiej orkiestry niósł ukojenie upalnego dnia.

Szczególny urok miały tamtejsze wschody i zachody słońca na tle dużych przestrzeni horyzontalnych. Byłam w synergii ze wszechświatem, chłonęłam energią złocisto-srebrnego słońca o poranku, a wieczorem napawałam zmysły amarantem słońca znikającego za horyzont. Dzisiaj, mając lat osiemdziesiąt stwierdzam, że były to najwspanialsze wakacje mojego życia.

W pobliskim brzozowym lesie oddalonym około 3 kilometry od domu, zbierałam dorodne kozaki, a w szkółce sosnowej maślaki. Rodzice koleżanki pracowali przy żniwach, a my we dwie dbałyśmy o przyrządzaniu posiłków. Spiżarnia na czas robót polowych była suto zaopatrzona. W komorze-spiżarni, u sufitu wisiała olbrzymia szynka z nogą, boczek, kiełbasy wszystko fachowo uwędzone i podsuszone. W kamiennych garnkach były kiszone ogórki, kapusta, smalec. Do sklepu chodziłyśmy tylko po chleb, mleko i masło.

W każdą niedzielę, jak przystało na posłuszne dziewczynki, szłyśmy z mamą koleżanki do odległego o 6 kilometrów „drewnianego” miasteczka Sławatycze na nabożeństwo. W owym czasie nie było w Sławatyczach kościoła katolickiego. W 1915 roku podczas wojny dwa istniejące kościoły katolickie zostały wysadzone, chodziłyśmy więc do cerkwi. Mszę odprawiał pop a jego żona zasiadała na galeryjce. Ponieważ pierwszy raz uczestniczyłem w obrzędach prawosławnej mszy, miałam wrażenie, że jestem na spektaklu teatralnym. Nowością było dla mnie zapalenie świeczek przez wiernych – uczestników mszy.

Podczas pierwszego pobytu na mszy w cerkwi zupełnie nie mogłam skupić się na modlitwie. Obserwowałam nieduże wnętrze bardzo bogato wyposażone w obrazy świętych i malowidła. Przyglądałam się ludziom, ich twarzom i ubiorom. Sławatycze były małym miasteczkiem o drewnianej zabudowie i wąskich, ale czystych uliczkach i domach z ażurowymi werandami. Zachował się tu dawny tradycyjny polski styl tworzony przez drewnianą zabudowę podlaskich wsi i miasteczek.

Którejś nocy ktoś zapukał do okna i błysnął światłem latarki elektrycznej. Wystraszona obudziłam rodziców koleżanki. Jej ojciec wyszedł przed dom pytając o co chodzi. Przed domem stał mężczyzna, który chciał się dowiedzieć, czy daleko jest jeszcze do punktu granicznego Wojsk Ochrony Pogranicza.

Podczas pobytu w Sławatyczach/Kuzawce brakowało mi wody chociaż tak blisko, o rzut kamieniem płynął Bug, nie można było zanurzyć w nim nóg, posiedzieć nad wodą w upalny dzień. Dostępu do rzeki „strzegł” piętnasto-metrowy pas drogi granicznej, który dwa razy dziennie był bronowany, aby widoczne były ślady tych, którzy ewentualnie chcieli by przekroczyć granicę. Niezależnie od tego granica była ciągle patrolowana.

Z pobytu w Kuzawce wyniosłam ważną lekcję historii. W domostwie obok mieszkała wraz ze swoją rodziną 97-letnia (urodzona w 1857 roku) babcia mojej koleżanki – żywa kronika dawnych czasów. Pamięć miała dobrą i fizycznie była sprawna.

Pani ta snuła barwne ale raczej smutne opowieści o tragicznych losach ludzi na przestrzeni wieków, przeważnie ze względów wyznaniowych, począwszy od wielkiego wydarzenia, jakie miało miejsce w Brześciu w 1596 roku, tj. ogłoszenia Unii, czyli nawiązania pełnej jedności kościelnej Ruskiej Cerkwi Prawosławnej z Kościołem Rzymskokatolickim. Opowiadała o tym, że Unia Brzeska nie rozwiązała problemu zjednoczenia obu kościołów, wschodniego i zachodniego za ziemiach Rzeczypospolitej, tylko dodatkowo zaostrzyła konflikty wyznaniowe na unitów i prawosławnych. Kościół unicki stał się jedynym legalnym kościołem, przyjmując uprawnienia kościoła prawosławnego uzyskując nowe przywileje.

Utrata polskiej państw ości 1795 roku z całym wachlarzem jej historycznych konsekwencji, stworzyła dogodną sytuację do realizacji, nieukrywanych zresztą od dawna, planów prawosławnej cerkwi przyłączenia na powrót wszystkich parafii „utraconych” wskutek zawarcia Unii Brzeskiej.

W kolejnych latach 1874-75 na Kościół przyszły krwawe prześladowania unitów, którzy nie chcieli przyjąć prawosławia. W wyniku represji, walki z polskością, zamknięto w tym czasie kościół.

Opowieści owe babcia przekazywała nam na raty, każdego dnia podczas naszych odwiedzin.

Poruszała rożne tematy z dawnych lat. Opowiadała o tragicznych losach ludzi podczas I Wojny Światowej. Innym razem o rewolucji Październikowej w 1917 roku i wojnie polsko-bolszewickiej w 1919-1920 roku. Opowiadała, że podczas wojny z bolszewikami tereny te były areną zaciętych walk, przechodziły one z rąk do rąk. Świątynie raz należały do unitów innym razem do prawosławia. Opowiadała również o walkach wyzwoleńczych, prześladowaniach narodowościowych i panującym głodzie.

Opowiadała o Akcji tzw. Rewindykacji w 1938 roku, przeprowadzonej na Polesiu, Lubelszczyźnie i kresach wschodnich. Oznaczało to często w praktyce burzenie prawosławnych cerkwi i domów modlitwy, które budowano bez zezwoleń, a także próby nawracania perswazją i siłą prawosławnych – byłych unitów – na łaciński katolicyzm. Fakt ten potwierdza. Małgorzata Szejnert w książce pt. „Historie z Polesia Usypać Góry”, wydanej nakładem wydawnictwa Znak, Kraków 2015, gdzie w zakończeniu, kiedy odnośnie roku 1938 podaje: „Podczas ruchów narodowościowo-religijnych zostaje zniszczonych około stu trzydziestu cerkwi prawosławnych w okolicach Chełma.”

Nie zbrakło również opowiadań o ludzkich tragediach podczas i po II Wojnie Światowej. O ścieraniu się ugrupowań politycznych na tamtych terenach. Dzisiaj nie dziwi mnie fakt, że kobieta, ta oszczędziła nam szczegółowych informacji o działaniach Ukraińskiej Powstańczej Armii. Gdy w lipcu 2015 roku przeczytałam książkę pt. „Ostatni Świadkowie” a w niej opowiadanie pt. Strzępy wojny na Wołyniu, opowiadanie obrazujące piekło, które zstąpiło na ziemię, zrozumiałam, że barbarzyństwo przekroczyło granice ludzkiej godności. Ludzi rąbano toporami jak drwa. I, że rzeź wołyńska to nadal niezabliźniona rana na wspólnej historii.

Babcia koleżanki wspomniała też o tragedii rodzin podzielonych granicą po II Wojną Światowej. Część rodziny mojej koleżanki stała się mieszkańcami z ZSRR, a część PRL. W tamtych czasach nie było możliwości swobodnego kontaktowania się z tymi, a co zostali po drugiej stronie granicy.

To z opowiadań tej kobiety dowiedziałam się, że polska władza przyjęła jako jedno z priorytetowych zadań zasadę „budowy jednolitego pod względem narodowościowym organizmu państwowego”. [I bardzo slusznie – admin]

W okresie od jesieni 1945 roku do lipca 1947 roku z powiatu bialskiego przesiedlono do ZSRR na ziemie odzyskane ponad 39 tysięcy mieszkańców w przeważającej części wyznawców prawosławia i unitów. Tylko w czasie trwania akcji „Wisła” czerwiec/lipiec 1947 roku z całego powiatu wysiedlono około 10 tysięcy ludzi. Wysiedlono ich w Olsztyńskie jako wrogów Polski Ludowej. We wsi pozwolono zostać jedynie starcom i kalekom. Wysiedleni mieszkańcy Sławatycz i Kuzawki przeżyli w Olsztyńskiem dziesięć lat.

W wyniku zmian politycznych w Polsce, Władysław Gomułka pozwolił na powrót do starych siedlisk wysiedlonej ludności trzech okręgów: parczewskiego, włodawskiego i bialskopodlaskiego. Rodzice mojej koleżanki również wrócili do swojej rodzinnej wsi, gdzie na nowo musieli organizować niemalże od podstaw swoje życie. Troje dorosłych i dzieci pozostało w Lidzbarku Warmińskim.

Wówczas, w 1954 roku we wsi Kuzawka i miasteczku Sławatycze nadal żyła obok siebie ludność obrządku grecko i rzymsko-katolickiego oraz prawosławni. Mnie wówczas 18-letnią dziewczynę, bardziej interesowało życie społeczno-obyczajowe ludności tego regionu. Chętnie słucham opowieści o problemach młodych, zakochanych w sobie ludzi będących nie tylko innych narodowości, ale także innych wyznań. Jeżeli nawet uzyskiwali zgodę swoich rodzin na zawarcie związku małżeńskiego, to jeszcze został im do rozstrzygnięcia problem, w jakiej wierze będą wychowywali dzieci. I chociaż przed ślubem dochodzili do porozumienia, to po urodzeniu się dzieci problem przeradzał się w konflikt.

W rodzinie mojej koleżanki było podobnie. Ojciec był Ukraińcem a matka Polką. Pobrali się raczej z rozsądku, gdyż ojciec koleżanki kochał się w siostrze matki, ale ta, gdy ojciec odbywał służbę wojskową, wyszła za mąż za Polaka. Wtedy po powrocie z wojska ożenił się ze starszą siostrą swojej ukochanej.

Koleżanka i jej dwaj bracia wychowani zostali w wierze katolickiej. Ojciec ich chociaż wziął ślub w kościele katolickim, pozostał wierny prawosławiu. Z opowiadań wiem, że małżeństwo to przeżyło trudne koleje losu, choć przetrwało „aż do śmierci”. Bracia koleżanki w dorosłym wieku odeszli od nazwiska rodowego o brzmieniu typowo ukraińskim. Starszy przyjął nazwisko swojej żony, a młodszy obce nazwisko o polskim brzmieniu.

Po 6 latach, kiedy nastąpiło porozumienie między narodami [??!? – admin], a w związku z tym, wychodzą na jaw dzieje historyczne, tamte wakacje uświadomiły mi gehennę ludzi żyjących w owych czasach na pograniczu dwóch kultur i systemów politycznych.

Jadwiga Pilińska
Myśl Literacka, nr 96, maj 2016
http://mysl-polska.pl

Komentarzy 7 to “Niezapomniane wakacje”

  1. Waclaw-L said

    Problem w tym, iż najczęściej w taki duet włącza się trzeci, …obcy, interesant, intrygant.

  2. Boydar said

    Nie „… bielsko-podlaskiego …” tylko bialskopodlaskiego. Od nazwy miejscowości – Biała Podlaska; nie od Bielsk Podlaski.

    Ok, poprawkę przyjmuję z wdzięcznością.
    Admin

  3. NICK said

    Z tym ‚k’woli/gwoli’ też miał Pan rację.

    (purysta się znalazł : ()

  4. Boydar said

    Panie NICK’u, to nie jest moja racja, to racja tych, którzy wiedzą. Ja nie mam podstaw do ferowania wyroków; ja mogę tylko powoływać się na casusy.

  5. NICK said

    Pozdrawiam.
    Trza by tutejszego anty-purystę z Teksasu nauczyć rezonu.
    To, jak zwykle się wyraża, jest szczaniem Nam w twarz… .
    „Kropla drąży skałę”.
    Czy są na sali inne krople? No bo przyczai się jeden raz kiedyś. Poczeka. Napisze w miarę po ludzku.
    Potem szczy dalej.

    Niż prostata pozwala.

    A, skoro, wykrzesuje ze siebie resztki energii, żeby tylko namieszać? To, ho,ho.
    Więcej nie napiszę. Nie czas. Ani pora.

  6. Boydar said

    „… To, jak zwykle się wyraża, jest szczaniem Nam w twarz …”

    Nie mam Mu tego za złe. My musimy umieć się bronić, bo to nie Teksas jest naszym wrogiem. Teksas to nam może o – (Kobuszewski)

  7. maasteer said

    Ad 2 Pan Boydar
    Te dwa miasta są zawsze mylone. A do tego czasem Bielsko-Biała się wmiesza.

Sorry, the comment form is closed at this time.