Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Polacy głodni świata

Posted by Marucha w dniu 2016-06-08 (środa)

Badali nieznane lądy, zgłębiali tajemnice przyrody, marzyli o zakładaniu nowych państw. Część z nich już za życia doczekała się zaszczytów, inni umarli jako życiowi bankruci. Każdego z nich śmiało można jednak zaliczyć do panteonu największych podróżników XVIII i XIX stulecia.

Na Madagaskar pojechał jako kolonizator, wrócił stamtąd jako król. Przyjaźnił się z Benjaminem Franklinem, okpił carycę Katarzyną II, owinął wokół palca dworzan Ludwika XV. Choć kiedy umierał od zbłąkanej francuskiej kuli, miał zaledwie 40 lat, jego życiorysem – jakkolwiek banalnie to brzmi – można by obdzielić kilka osób. Czasem aż trudno oprzeć się wrażeniu, że bardziej przypominał bohatera awanturniczej powieści drogi niż człowieka z krwi i kości.

Ale Maurycy Beniowski żył naprawdę. Na świat przyszedł w 1746 roku, nieopodal Trnavy. W jego żyłach płynęła krew słowacka, węgierska, on sam jednak bardzo mocno podkreślał, że czuje się Polakiem. W wieku 20 lat przystąpił do konfederacji barskiej. Ów związek szlachty za cel stawiał sobie uwolnienie Rzeczpospolitej od rosyjskich wpływów i… króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który im ulegał.

Beniowski rychło wpadł w ręce Rosjan, a ci zesłali go na koniec świata. Dosłownie, bo dalej niż na Kamczatkę młody szlachcic trafić nie mógł. Jednak ledwie tylko postawił stopę na tamtejszej ziemi, zaczął snuć plany ucieczki. Wspólnie z innymi zesłańcami zorganizowali bunt i uprowadzili statek „Święty Piotr i Paweł”. Rosjanie rzucili się w pogoń, ale uciekinierów nie dopadli.

– Żołnierze szukali ich na południu, tymczasem oni skierowali się na północ. Potem zawrócili i popłynęli w stronę Japonii. Beniowski biorąc rosyjski żaglowiec, a potem gubiąc pogoń po prostu carycę Katarzynę ośmieszył – podkreśla Jerzy Romejko, polski podróżnik, współzałożyciel Fundacji im. Maurycego Beniowskiego.

Po liczny perypetiach Beniowski dotarł do Makau, gdzie wsiadł na francuski statek. W 1772 roku zameldował się w Paryżu. Snując fantastyczne opowieści o swoich przygodach, zauroczył tamtejsze salony, a potem dwór Ludwika XV. Dostał propozycję wstąpienia na francuską służbę i skwapliwie z niej skorzystał. Rok później znów był w drodze. Tym razem jako dowódca regimentu piechoty, który miał podporządkować Francuzom Madagaskar.

Sprawy szybko jednak przybrały nieoczekiwany obrót. Beniowski bowiem zdobył u miejscowych tak wielki szacunek, że obwołali go królem wyspy. Nowy władca pragnął ten stan usankcjonować, aby nikt nie uznał go za pirata. Francuzi nie chcieli jednak o tym słyszeć. Podobnie Austriacy i Amerykanie, których Beniowski przekonywał, że Madagaskar może się stać doskonałą bazą wypadową do konfrontacji z Brytyjczykami. Nie pomogła mu nawet przyjaźń z jednym z ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych – Benjaminem Franklinem.

W 1779 roku Beniowski wrócił na Madagaskar i trafił w zupełnie nową rzeczywistość. Jego stronnicy stracili na znaczeniu, rosły za to wpływy Francuzów. Król wyspy postanowił o nią zawalczyć i przypłacił do życiem. Zginął w potyczce, która rozegrała się w 1786 troku.

Zostały po nim „Pamiętniki”, które w XVIII-wiecznej Europie zyskały status bestselleru. Beniowskiego uwiecznił w poemacie dygresyjnym Juliusz Słowacki, zaś po latach Malgasze uczcili go nadając jego imię jednej z ulic Antananarivo. W stolicy Madagaskaru stanął też pomnik polskiego podróżnika.

Jerzy Romejko wraz z grupą znajomych od lat podąża śladami Beniowskiego.

– Trzy lata temu szukaliśmy jego śladów w Ochocku, podróżowaliśmy przez Syberię śladami zesłańców, wcześniej byliśmy na Madagaskarze – wspomina Romejko. – Wszędzie, gdzie docieramy, a także w Polsce staramy się krzewić wiedzę o Beniowskim. Na pewno był nietuzinkową postacią, człowiekiem odważnym, ciekawym świata, a jednocześnie na ten świat otwartym. Myślę, że mógłby się stać wzorem dla współczesnych podróżników – dodaje.

Rok w lodowym piekle

Świat na fotografii jest czarno-biały, ale delikatnie wpada w szarawy błękit. Na tle sięgającej po horyzont lodowej pustyni odcina się żaglowiec. Przy nim ledwie dostrzegalna sylwetka człowieka. Trudno powiedzieć, co tam robi – z tej odległości przypomina kropkę postawioną na dopiero co zapisanej karcie.

Zdjęcie wykonał amerykański fotograf Frederick A. Cook. Wchodzi ono w skład pierwszej w dziejach serii, która przedstawia Antarktydę. Dokumentuje też jedną z pierwszych wypraw na ten kontynent. Kluczową jej postacią był Polak – Henryk Arctowski.

Jeśli porównać go do Beniowskiego, łatwo dojść do wniosku, że obydwu podróżników dzieliło praktycznie wszystko. Arctowski to typ naukowca: pracowity, systematyczny, doskonale wykształcony. Wyprawy, w których brał udział w niczym nie przypominały na poły awanturniczych eskapad Beniowskiego.

Jego charakter najlepiej chyba oddaje inne znane zdjęcie. Arctowski wygląda na nim, jak szacowny starzec z długą, siwą brodę, trochę nieobecny, na chwilę tylko oderwany od piętrzących się na biurku papierów. Jednak choć różniło ich tak wiele, mieli ważną cechę wspólną. To swego rodzaju gen przygody i wiążąca się z nim gotowość do podjęcia ryzyka, które pozwoli podążać za własnymi marzeniami.

Arctowski urodził się w Warszawie w 1871 roku. Na uniwersytetach w Liege i Paryżu studiował matematykę, fizykę, geologię i chemię. Jako 22-latek podjął pracę na pierwszej z tych uczelni, a dwa lata później poznał barona Adriena de Gerlache de Gomery’ego, który zaraził go pomysłem wyprawy na Antarktydę. Sprawa niełatwa nie tylko ze względu na odległość, ale też pieniądze. W Belgii niewielu chciało na taki cel łożyć, ponieważ fundusze stamtąd szerokim strumieniem płynęły do Kongo – afrykańskiej kolonii króla Leopolda II. Trochę pieniędzy udało się wyrwać od Brukselskiego Towarzystwa Geograficznego, sporo uzbierał też sam Arctowski, prowadząc wykłady.

Za zgromadzoną sumę pomysłodawcy wyprawy kupili w Norwegii stary statek wielorybniczy, przebudowali go i nadali mu nazwę „Belgica”. W sierpniu 1897 roku żaglowiec opuścił Antwerpię. W skład jego załogi wchodzili Belgowie, Norwegowie, dwóch Polaków, Amerykanin i Rumun. Najstarszy z uczestników wyprawy liczył sobie zaledwie 32 lata…

Pół roku później „Belgica” dopłynęła do Antarktydy, a dokładnie 2 marca 1898 jednostka została uwięziona w okowach lodu na Morzu Bellinghausena. Podróżnicy spędzili tam przeszło rok. W tym czasie temperatura często spadała do minus czterdziestu stopni Celsjusza, wiał porywisty wiatr, brakowało jedzenia (ratowało ich między innymi mięso pingwinów), na niewiele zdały się też próby wyrąbania w lodzie kanału, który pozwoliłby „Belgice” wyrwać się z pułapki i wypłynąć na otwarte morze. Ostatecznie jednak udało się im wyjść z opresji cało i na początku listopada 1899 wrócić do Antwerpii.

Arctowski przeżył jeszcze potem blisko 60 lat. Mieszkał i pracował w odrodzonej Polsce, a potem w Stanach Zjednoczonych, gdzie ostatecznie zmarł. W tym czasie podróżował jeszcze choćby na Spitsbergen oraz Lofoty, ale to wyprawa na Antarktydę pozostała największą przygodą jego życia. Była ona pierwszą w historii naukową ekspedycją w tamte strony. Jej uczestnicy prowadzili tam badania geologiczne, meteorologiczne, oceanograficzne, czy glacjologiczne. Udokumentowali je w dziesięciotomowej encyklopedii, która stała się fundamentem dla współczesnych badań krain polarnych.

Sam Arctowski pozostawił po sobie blisko 400 publikacji w trzech językach. Zmarł w 1958 roku w Waszyngtonie, ale z zgodnie z ostatnią wolą został pochowany w Warszawie.

Dziś imię największego polskiego polarnika nosi stacja badawcza na Wyspie Króla Jerzego oraz jeden z okrętów Marynarki Wojennej RP. Na Spitsbergenie odnaleźć można górę i lodowiec Arctowskiego, zaś na Antarktydzie nazwane na jego cześć półwysep i zatokę.

Na łożu śmierci podróżnik przyznał, że kiedy podejmował kolejne wyzwania, zawsze towarzyszyła mu myśl o Polsce.

Afryka kocha Sobieskiego

„Zamierzając w kwietniu przyszłego roku wyruszyć do kameruńskiej zatoki (Afryka Zachodnia) i pozostawiwszy w górach tegoż imienia stację geograficzną, puścić się na Wschód kontynentu dla stwierdzenia istnienia jezior Liba i ich hydrograficznego połączenia z zachodnim oceanem, z radością powitałbym pomiędzy zjednoczonymi siłami mej wyprawy towarzysza podróży z ojczystej niwy, który zechciałby podzielić ze mną trudy i owoce. Przeciąg czasu niezbędny dla ekspedycji oceniam na jeden rok mniej więcej, udział zaś materialny wynosić będzie 2000 rs. (5,000 franków)”.

Ogłoszenie tej treści ukazało się w 1881 roku na łamach warszawskiego czasopisma „Wędrowiec”. Zamieścił je 20-letni zaledwie młodzian z Kalisza – Stefan Szolc-Rogoziński. Wszystkim, którzy chcieli go słuchać tłumaczył, że jego wyprawa przysłuży się cierpiącej pod zaborami Polsce, ponieważ przypomni o niej światu. Szolc-Rogoziński zyskał gorące poparcie między innymi Bolesława Prusa i Henryka Sienkiewicza, ale dostało mu się na przykład od Aleksandra Świętochowskiego, pisarza, filozofa i działacza społecznego, jednej z najbardziej poważanych osób w ówczesnej Warszawie.

Tymczasem Szolc-Rogoziński choć młody, miał już całkiem spore, podróżnicze doświadczenie. Kilka lat wcześniej jako oficer marynarki na pokładzie rosyjskiej fregaty odbył podróż z Kronsztadu do Władywostoku, po drodze odwiedzając między innymi Maroko. Teraz miał zamiar wrócić do Afryki na dłużej i zapuścić się w najmniej zbadaną jej część.

Ostatecznie z niemałym trudem udało mu się zebrać pieniądze, za które kupił statek „Łucja Małgorzata”. Na jego rufie wywiesił banderę Francji i flagę armatora z wizerunkiem warszawskiej Syrenki, po czym w połowie grudnia 1882 roku opuścił port w Hawrze i skierował się na południe.

Szolc-Rogozińskiemu towarzyszyli geolog Klemens Toczek i specjalista od meteorologii Leopold Janikowski. Niedługo potem ekspedycja dotarła do wybrzeży Kamerunu.

Od miejscowych – między innymi za sześć fuzji, tuzin czerwonych czapek, tużurek, cylinder i trzy kapelusze – podróżnik kupił położoną tuż przy brzegu wysepkę Mondoleh. Wspólnie z towarzyszami zbudował tam bazę, z której organizował wyprawy w głąb lądu. Badał wybrzeże tej części kontynentu, dorzecze Mungo, odkrył jezioro Słoniowe, wspólnie z Janikowskim zdobył też najwyższy szczyt Kamerunu – wulkan Fako (dziś bardziej znany jako Kamerun).

– Szolc-Rogoziński powtarzał, że w tym zakątku Afryki zbuduje Nową Polskę. A jednocześnie nie zamierzał prowadzić podbojów. Do Kamerunu nie wybrał się z armią, z mieszkańcami tych ziem żył w przyjaźni. Jeden z kacyków stwierdził nawet, że chciałby mieć takiego zięcia – opowiada Dariusz Skonieczko z Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, który niespełna dwa lata temu wziął udział w wyprawie śladami polskiego podróżnika.

– Czasem międzykulturowe zbliżenie przybierało zaskakujące formy. – W rocznicę wiktorii wiedeńskiej Szolc-Rogoziński zorganizował na przykład paradę, podczas której miejscowi wiwatowali na cześć króla Jana III Sobieskiego – wyjaśnia Skonieczko.

Idylla nie trwała jednak długo. Wkrótce w Kamerunie pojawili się Niemcy, którzy zamierzali budować tam swoją kolonię. Szolc-Rogoziński nie chcąc oddawać im swojej ziemi, postanowił zawrzeć układ z Brytyjczykami. Zaczął pomagać im w pozyskiwaniu miejscowych kacyków. Ostatecznie jednak Brytyjczycy na własną rękę porozumieli się z Niemcami i z Kamerunu zrezygnowali. Szolc-Rogoziński został na lodzie.

Potem wrócił jeszcze do Afryki, by uprawiać kakao na plantacji, którą kupił na wyspie Fernando Po, ostatecznie jednak wszelkie jego plany spaliły na panewce. Zmarł w nędzy na skutek tragicznego wypadku, do którego doszło w Paryżu. W 1896 roku potrącił go tam konny omnibus.

Skonieczko przyznaje, że Szolc-Rogoziński długo był postacią niemal zapomnianą. Pamięć o podróżniku z Kalisza miała przywrócić wyprawa jego śladami.

– Odwiedziliśmy Kamerun, Gabon i Gwineę Równikową. Na Mondoleh trafiliśmy na podmurówkę budynku, który w przeszłości mógł być bazą wypadową dla uczestników wyprawy. Niestety, plantacja na Fernando Po już nie istnieje – informuje Skonieczko. Na styczeń planowana jest kolejna odsłona wyprawy.

– Chcemy dotrzeć do Wybrzeża Kości Słoniowej, Liberii oraz Nigerii – zapowiada Skonieczko. – Wkrótce gotowe będą książka i komiks o Szolcu-Rogozińskim, a na wybrzeżu Kamerunu, naprzeciw wysepki, gdzie wylądowała jego ekspedycja wmurowana zostanie pamiątkowa tablica – wylicza. Niedawno uczestnicy wyprawy odnaleźli też w Paryżu grób podróżnika. – Długo panowało przekonanie, że Szolc-Rogoziński spoczął w zbiorowej mogile. Okazało się jednak, że brat pochował go pod Paryżem. Chcielibyśmy, aby jego szczątki zostały ekshumowane i przeniesione na Powązki, bądź do rodzinnego Kalisza – zaznacza Skonieczko.

Hrabia na dachu Australii

Brytyjczycy mówili o nim po prostu: The Count – Hrabia. Przede wszystkim dlatego, że jego nazwisko okazało się zbyt trudne do wymówienia. Ale także dlatego, że nie trzeba było tutaj nic więcej dodawać. Trochę, jak w antycznej Grecji, gdzie zamiast wymieniać imię Homera, ludzie mówili o nim: Poeta. Paweł Edmund Strzelecki był postacią naprawdę dużego formatu. Przebojem zajął miejsce w panteonie największych podróżników swoich czasów. Żaden inny współczesny mu Polak nie zobaczył i nie odkrył tak wiele.

Strzelecki urodził się w 1797 roku w Głuszynie, która dziś jest dzielnicą Poznania. Studiował w Heidelbergu i Edynburgu, gdzie został dyplomowanym geografem oraz geologiem. Od wczesnej młodości śnił o dalekich podróżach.

Marzenie udało mu się zrealizować dopiero po trzydziestce. Stało się to, gdy odziedziczył ogromny majątek po swoim krewnym księciu Franciszku Sapiesze. W 1831 roku w obawie przed represjami, jakie mogły go dotknąć po upadku powstania listopadowego Strzelecki wyjechał z Polski. A już trzy lata później stał na pokładzie statku wyruszającego z Liverpoolu do Ameryki. Tak rozpoczął się pierwszy etap jego wielkiej podróży, która w sumie trwała dziewięć lat.

W Ameryce Północnej Hrabia prowadził badania przyrodnicze i poszukiwał minerałów. Efektem było odkrycie ogromnych złóż miedzi w Kanadzie. W Ameryce Południowej prócz poszukiwania minerałów, eksplorował wulkany, gromadził wiedzę na temat tamtejszego klimatu, gór, gleby. Trasa wyprawy biegła przez Brazylię, Argentynę, Chile, Urugwaj, Ekwador i Peru. Strzelecki zawitał też na Hawaje i Polinezję Francuską. Największą sławę zyskał jednak jako badacz Australii. Na kontynent ten dotarł w 1839 roku i łącznie spędził na nim cztery lata.

Mimo niemałego już obycia w świecie, do Australii Strzelecki jechał pełen obaw. Bardzo szybko jednak okazały się one płonne. W dzienniku podróży pisał: „Od czasu mego przyjazdu do Sydney nie mogę się nadziwić, czy naprawdę jestem w stolicy tej Botany Bay, którą opisywano jako „społeczność zdrajców”, jako najbardziej zdemoralizowaną kolonię znaną w dziejach świata, jako posiadłość, która rzuca raczej cień niż blask na brytyjską Koronę… Tego samego wieczoru, zachowując wszelkie środku ostrożności, ochraniając mój zegarek i sakiewkę, uzbrojony w kij, zszedłem na ląd… Tymczasem na ulicach Sydney panował niezmącony spokój, jakiego nie widziałem w innych portach Zjednoczonego Królestwa. Ani śladu pijaństwa czy bijatyk marynarzy, ani śladu prostytucji (…). Odtąd mam poczucie absolutnego bezpieczeństwa, a delikatny powiew łączy się z nastrojem i czarem samotnego spaceru!”.

W Australii Strzelecki zbadał Wielkie Góry Wododziałowe, zaś najwyższy ich szczyt (2228 m npm) nazwał imieniem Tadeusza Kościuszki. Powód? Przypominał mu kształtem Kopiec Kościuszki w Krakowie. Podróżnik przemierzył też Nową Południową Walię. Odkrył tam największe na świecie złoża węgla brunatnego, zaś krainę, gdzie się znajdowały na cześć miejscowego gubernatora nazwał Gippsland. Efektem wyprawy były między innymi dokładna mapa geologiczna Nowej Południowej Walii i Tasmanii oraz poświęcona Australii książka, którą wydał po powrocie do Londynu.

Wyprawa Strzeleckiego dobiegła końca w 1843 roku. W dowód uznania dziesięć lat później podróżnik został członkiem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, otrzymał też tytuł lorda na brytyjskim dworze.

Hrabia zmarł w 1873 roku. Spoczywa Krypcie Zasłużonych Wielkopolan, która znajduje się w podziemiach poznańskiego kościoła św. Wojciecha. Pamięć o nim jest cały czas żywa, zwłaszcza w Australii. Tam imię Strzeleckiego nosi pasmo górskie, dwa szczyty, jezioro, rzeka, miasteczko. Na cześć polskiego podróżnika nazwane zostało nawet… piwo, które do niedawna warzone było przez jeden z australijskich browarów.

Króliki z Ameryki

Jako młody człowiek cudem uniknął szubienicy. Siedząc w ciemnej, wilgotnej celi warszawskiej Cytadeli pewnie nie przypuszczał nawet, że dane mu będzie żyć blisko sto lat, i że większość tego życia związana będzie z Rosją, do której po raz pierwszy trafi jako więzień.

Benedykt Dybowski urodził się w 1833 roku. Z wykształcenia był przyrodnikiem i lekarzem. Wiedzę zdobywał na uniwersytetach w Dorpacie, Wrocławiu oraz Berlinie. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe został Komisarzem Rządu Narodowego na Litwę i Białoruś. Za to trafił do aresztu i został skazany na śmierć. I pewnie nie uratowałoby go nawet wstawiennictwo światowej sławy zoologów, gdyby ich apelu nie poparł sam kanclerzy Bismarck. Wyrok śmierci Rosjanie zamienili mu na 12 lat katorgi i zesłali na Syberię.

Dybowski nie załamał się. Wręcz przeciwnie – uznał, że dla niego, naukowca to szansa. Rozpoczął badania fauny w okolicach Czyty oraz w Górach Jabłonowskich. Potem prace kontynuował nad Jeziorem Bajkał, gdzie został przerzucony w 1867 roku.

Potężny zbiornik dla europejskich biologów był wówczas niemal zupełnie nieznany. Naukowcy uważali, że jest raczej ubogi przyrodniczo. Dybowski zadał temu kłam. Opisał przeszło setkę nieznanych wcześniej odmian skorupiaków i sześć nowych gatunków ryb. Zebrał tak wiele materiału, że sam nie był w stanie go opracować. Przesyłał go do Europy, gdzie pochylało się nad nim kilku innych naukowców.

Prace na Syberii prowadzone były często w ekstremalnych warunkach. W swoich pamiętnikach Dybowski wspominał: „Kilka tygodni z rzędu przebywaliśmy na lodzie jeziora bez namiotu, nocowaliśmy, ścieląc posłanie na powierzchni śniegów i lodów. Wróciliśmy do Kułtuka (wieś, w której mieszkał Dybowski – przyp. ŁZ) z obrzękłymi twarzami, z popękanymi ustami i z czerwonymi oczami”. W poszukiwaniu kolejnych okazów przyrodnik wyprawiał się na kilka kilometrów w głąb zamarzniętego jeziora. Chyba tylko on sam wiedział, jak wiele ryzykuje.

W kolejnych latach Dybowski badał jeszcze między innymi Kraj Amurski, północną część Mongolii, dotarł do Władywostoku. Daleki Wschód pochłonął go tak bardzo, że już po zakończeniu katorgi postanowił tam wrócić. Uzyskał zgodę rosyjskich władz i w 1879 roku został lekarzem okręgowym w Pietropawłowsku.

Po przyjeździe na Kamczatkę rzucił się w wir naukowej pracy, nie poprzestając jednak na tym. Budował szpitale dla trędowatych, wprowadził obowiązkowe szczepienia przeciw chorobom zakaźnym, za własne pieniądze kupił konie, renifery, kozy, a ze Stanów Zjednoczonych sprowadził króliki. Wszystko to podarował klepiącym biedę mieszkańcom Wysp Komandorskich.

W 1883 roku Dybowski wrócił do Lwowa i rozpoczął pracę na tamtejszym uniwersytecie. W tym też mieście założył Muzeum Zoologiczne, którego podstawą stały się zbiory podróżnika z południowej Rosji i znad Bajkału. Dybowski zmarł jako sędziwy starzec w 1930. W ten sposób spełniło się jedno z jego największych marzeń. Doczekał wolnej Polski.

W ubiegłym roku z inicjatywy znanego podróżnika Jacka Pałkiewicza w Pietropawłowsku odsłonięta została tablica ku czci Dybowskiego. – Mam satysfakcję, że w 150 rocznicę powstania styczniowego, mogłem przyczynić się do przypomnienia jednego z bohaterów, którzy kształtowali historię Polski i Rosji – mówił Pałkiewicz, cytowany przez „Rzeczpospolitą”.

Ludzie, którzy się z Dybowskim zetknęli wspominali go po prostu jako dobrego człowieka.

Polska poza schematem

Pięciu podróżników, choć listę pewnie można by wydłużyć. Różne charaktery i pasje, odmienne doświadczenia i aspiracje. Niełatwo znaleźć rzeczy, które ich łączą. A jednak są takie. Wyprawy, na które wyruszali zawsze były „po coś”. Dybowski, Strzelecki, Arctowski, nawet Beniowski nie byli wyłącznie kolekcjonerami wrażeń. Chcieli odkrywać nieznane lądy, wydzierać światu jego tajemnice nie tylko dla siebie, ale także dla innych.

Wśród owych „innych” szczególne miejsce zajmowali ich rodacy. Polska stanowiła dla nich wartość wyjątkową, choć sposób, w jaki skłonni byli postrzegać świat wykraczał poza wszelkie schematy.

To pozwala zaliczyć ich do panteonu największych podróżników końcówki XVIII i XIX wieku.

Łukasz Zalesiński
http://wdzieczni.onet.pl

Odpowiedzi: 17 to “Polacy głodni świata”

  1. G. N. said

    A teraz?

    G. N. said
    2016-06-08 @ 09:54

    Państwo ponad państwem

    Przestępcy, którzy powinni siedzieć w więzieniach wydają stalinowskie orzeczenia. Ludzie są wykańczanymi niewolnikami. Takiej patologii władzy jaka jest obecnie w Polsce, nie było jeszcze w historii. Władzę mają psychopaci, którzy dowolnie, umyślnie stosują własne prawo. Prawo i Sprawiedliwość o tym wie i to akceptuje. Nikt tego nie kontroluje i nie ma nad tym bezprawiem żadnego nadzoru. Należy zbierać dane oprawców i je publikować. Należy się zjednoczyć i stworzyć Trybunał Narodowy. W chorym państwie nie powinno się płacić podatków. Przyjdzie czas, że stalinowscy oprawcy będą w więzieniach, a ich strażnikami będą ci, których obecnie represjonują. To jest najpodlejsza niegodziwość, bo dokonywana w majestacie państwa i w imię sprawiedliwości. To jest brutalne nadużycie władzy i sprzeniewierzenie służebnej roli stróżów prawa. Orzekam infamię na skorumpowanych przestępców w togach, którzy wspólnie i w porozumieniu dopuszczają się niegodziwości

    http://demokracjaisprawiedliwosc.pl/wymiar-niesprawiedliwosci/

    Marszałek Ziemski Prowincji Jeleniogórsko Legnickiej

    Obrońca praw człowieka i obywatela
    Grzegorz Niedźwiecki

  2. Swarożyc said

    Ad 1

    A teraz ruszyła w świat wielomilionowa fala polskich odkrywców ciekawych świata i siły nabywczej lokalnych walut…

  3. snag said

    P. Admin dorzuc pan snaga ostatecznie pieczatki 32 krajow w dwoch paszportach ,… Troche czasu a w przechwalkach doginicie plemie co to nie ma sobie rownych 😉 ,…

    I właśnie za to Pana nie lubimy. Pana boli, gdy cokolwiek ciekawego wychodzi z Polski.
    Admin

  4. rafal z said

    Wpiszcie sobie w mapach googlowskich: „Edwards Air Force Base”

    Baza jest zlokalizowana przy pustyni. Przeglądnijcie… całą pustynię powiększając i zmniejszając mapę. Zbudowano tam jakieś dziwne „drogi”… Do czego to może służyć? Do kalibracji satelity? Mi to przypomina szkic lotniska :). Jakieś pomysły?

  5. Inkwizytor said

    Wspomnieć należy generała Bronisława Grąbczewskiego, Polaka w armii carskiej, badacza Azji Środkowej w XIX wieku

  6. NyndrO said

    Pan Snag to po prostu nie jest Polak. Trudno miec mu to za zle.Nie rozumiem tylko,co mu zlego zrobili Polacy. Moze mu cos faktycznie zlego zrobilismy,albo np. jego Babci. Pana Snaga zagra Stuhr. 😊

  7. ksiązkowy mól said

    Przepraszam,panie Snag za polskośc, ale to nie moja wina. Moi Rodzice byli Polakami, a ja nie miałem na to zupełnie żadnego wpływu. Nie wszyscy mieli szczęście urodzić się we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Aby usankcjonowac istnienie ibermenczów potrzebni za untermensze.

  8. wojciech bociański said

    Super Nawet opera powstała na ganwie jego przygód i życia Twój skromny cewnikowy Wojtek

  9. snag said

    Admin @ ,…

    Dla mnie przykladami ktore preferuje indentyfikowac z Polska to ludzie jak np. Jan Czochralski, Stephanie Kwolek, Gary „steve” Wozniak czy ktos tego kalibru, o ktorych wielu z was nie wie ze istnieli ,…

    Jasne. A podróżnicy, odkrywcy, badacze nieznanych krain – to już nie.
    Pewnie dlatego, żeo USRael takich ludzi nie ma. Za późno się pojawił na mapie.
    Pan będzie nam mówił, kogo mamy cenić? Pan będzie wartościował osiągnięcia ludzi?
    Admin

  10. snag said

    Admin @ 9 ,…

    Zle pan odebral, podróżnicy, odkrywcy rowniez ale dla mnie nie sa i nie beda prioryteten kiedy inne sprawy czekaja ,…

    Zanim zaczniecie rozczulac sie nad zyciorysem jakiegos wagabundy ktorego zanioslo na Madagaskar, docencie to co macie pod nosem i co wazne dzisiaj ,…

    Wy Amerykanie nie macie własnej historii, to i jej nie cenicie.
    Admin

  11. Isia said

    Dziękuję p. Gajowemu za te artykuł … geografia była jednym z moich ulubionych przedmiotów w szkole … ( mam chyba jeszcze książkę o polskich odkrywcach ) … dodam, że byli i inni sławni zesłańcy … np. Jan Czerski … na jego cześć nazwano m.in. wielkie pasmo górskie w Azji … Góry Czerskiego …

    Oczywiście, mamy prawo być dumni z naszych odkrywców, o których za mało się mówi i pisze. Żeby przypadkiem Polacy nie mieli się czym pochwalić.
    Admin

  12. Isia said

    pkt 10 … oczywiście … ” za ten artykuł” … to przez pośpiech …

  13. Isia said

    Re: 9 p. Snag … jestem rodowitą Polką z dziada pradziada … i jestem dumna z osiągnięć każdego z moich rodaków … we wszystkich dziedzinach … a choć mieszkam w Polsce to nazwiska, które Pan podaje, są mi znane …

  14. ksiązkowy mól said

    Miałem taka książkę, Odkrywcy kamerunu. Autorzy jadwiga Chudzikowska, jan Jaster, Wczesne lata sześćdziesiąte.

    Książka opowiada o „wielkiej przygodzie” młodych organizatorów i uczestników słynnej polskiej wyprawy naukowej do Kamerunu w latach 1882-1885.
    Autorzy ukazują odważnych polskich podróżników i badaczy: Rogozińskiego, Tomczeka, Janikowskiego przemierzających nie tknięte stopą białego człowieka wielkie połacie tajemniczego, nieznanego lądu, dokonujących wśród ogromnych trudności i zmagań z dziką przyrodą doniosłych odkryć naukowych, które rozsławiły ich nazwiska na całym świecie.

    (akapit zerżnięty z Lubimyczytać.pl)

  15. snag said

    P. Admin ,…

    Czochralski i Wozniak np. zmienili swiat swoimi odkryciami a zaloze sie ze gdybym kogos w maturalnej klasie spytal kim byli i czym sie wyroznili polowa klasy by nie wiedziala o kim czy czym mowie ,…

  16. snag said

    P. Isia ,…

    Ciesze sie choc dzis jest to nie wazne czy sie mieszka w Polsce czy Antypodach jak dlugo czujemy sie Polakami, to powiedziawszy sugeruje spytac kilka osob (sasiadow, znajomych w pracy) i udowodnic ze nie mam racji ,…

  17. Piskorz said

    re 10..”Zanim zaczniecie rozczulac sie nad zyciorysem jakiegos wagabundy ktorego zanioslo na Madagaskar, docencie to co macie pod nosem i co wazne dzisiaj ” POPIERAM, jestem tego samego zdania..!! Ps ..I CO WAŻNE DZISIAJ..!! Właśnie.!!

    Zapomnijmy naszą historię. To jest bardzo na rękę tym, którzy chcą Polskę wymazać z mapy, a Polaków eksterminować.
    Czy Pan ma dobrze w głowie?
    Admin

Sorry, the comment form is closed at this time.