Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Cuda na nieludzkiej ziemi

Posted by Marucha w dniu 2016-07-11 (poniedziałek)

„Nieludzka ziemia”. Tak nazywana była Rosja pod rządami bolszewików. Na „nieludzkiej ziemi” działy się rzeczy, które można by nazywać nieludzkimi, gdyby nie to, że poza gatunkiem ludzkim nie są one znane w jakimkolwiek innym gatunku.

Zatem na „nieludzkiej ziemi” toczyły się ludzkie sprawy, a właściwie jedna sprawa, charakterystyczna właśnie dla gatunku ludzkiego, czyli próba poprawienia świata. Inne gatunku biologiczne nie próbują poprawiania świata. Przeciwnie – raczej się do niego przystosowują – na co zwrócił uwagę Karol Darwin.

Gatunek ludzki – odwrotnie. Próbuje dostosowywać świat to własnych o nim i o sobie wyobrażeń, toteż w rozlicznych społecznych inżynieriach często dochodzi do wniosku, który w dość wulgarny sposób sformułował marszałek Józef Piłsudski, charakteryzując naród polski: „dobry naród, tylko ludzie kurwy”.

Przy takich diagnozach remedium wydaje się proste. Trzeba tylko usunąć ze świata Żydów, burżujów, kułaków, białych, żółtych, Murzynów i tak dalej – a wtedy nic już nie będzie zakłócało harmonii. Jak zauważył Aldous Huxley, tacy bolszewicy „chcieliby zmusić cywilizowanych Europejczyków, by postępowali jak Dajakowie lub Eskimosi. Jest to skazane na niepowodzenie, ale zanim to nastąpi, ileż radości dostarczy inicjatorom znęcanie się nad heretykami!”

Oczywiście Huxley jak zwykle się mylił. W powieści „Głos Pana” Stanisław Lem zauważył, że „nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie.” W efekcie cierpliwego i metodycznego oddziaływania przy pomocy duraczenia z lekka tylko wspieranego aksamitnym terrorem, „cywilizowani Europejczycy” z roku na rok coraz bardziej upodabniają się do pogardzanych przez Huxleya Dajaków lub Eskimosów, którzy nawet z tego powodu zaczynają nimi pogardzać.

Co ma wisieć, nie utonie, więc wróćmy na „nieludzką ziemię”, którą możemy jeszcze raz obejrzeć sobie oczyma Rosjanina, piętnastolatka Jurija Czirikowa. Warto poświęcić temu obrazowi chwilę uwagi, bo najczęściej ziemię tę oglądaliśmy oczami Polaków, którzy z rzadka tylko zdobywali się wobec niej na odruch życzliwości, przynajmniej na tyle, by zauważyć jej urodę. Takie przypadki też się zdarzały, czego ilustracją jest pełen zachwytu opis Uralu w jednym z martyrologicznych, polskich świadectw – ale regułą jest postrzeganie Rosji jako ziemi przeklętej, gdzie nawet gwizd parowozu przypomina ryk apokaliptycznej bestii.

Jurij Czirikow dostał się do łagru na Wyspach Sołowieckich pod zarzutem przygotowywania zamachu na Stanisława Kosiora, genseka Komunistycznej Partii Ukrainy i samego Stalina. Były to czasy, gdy „archipelag” jeszcze nie skamieniał w późniejszej straszliwej postaci, tylko dopiero kształtował swoje oblicze, toteż zdarzały się fenomeny, o których później próżno byłoby pensjonariuszowi lagru nawet marzyć.

Na przykład – protestacyjne głodówki – na które naczelnicy SŁON-a nie tylko siłą jakiejś inercji pozwalali, ale które więźniowie nawet wygrywali, odzyskując przynajmniej część praw. Później tę rozpustę skasowano i wszystkie wyspy „archipelagu” upodobniły się do Bieguna Okrucieństwa – jak Aleksander Sołżenicyn określił Kołymę.

On sam o Kołymie nie pisał, uważając, że pisać o niej może tylko ten, kto ją przeżył. Wielu takich nie było, ale znalazł się jeden, w dodatku utalentowany, w osobie Warłama Szałamowa. Ten jednak wystawił Biegunowi Okrucieństwa, a pośrednio i sobie bezlitosną recenzję; kto mianowicie Kołymę przeżył, MUSIAŁ wdeptać w ziemię niejednego towarzysza niedoli.

Ale Jurij Czirikow, wprawdzie trafił na nieludzką ziemię, ale jakby do enklawy, w której bolszewickie reguły „nienawiści klasowej” jakby nie obowiązywały, a jeśli nawet – to w formie niezwykle złagodzonej. Nasz Bohater nie tylko spotyka tam wspaniałych przedstawicieli rosyjskiej inteligencji, ze wszystkimi jej zaletami i słabościami, ale również interesujących chłopskich filozofów w rodzaju Piotra Pawłowicza Siwowa, z którym Czirikow pracował w brygadzie jagodników, czyli zbieraczy jagód.

Ten Siwow pewnego razu poddał krytyce cesarza Aleksandra II, którego w powieści Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”, Rosjanie w zaufaniu nazywają „carem-oswobodzicielem”. Tymczasem Siwow powiada tak: „Ja tam nigdy nie darzyłem Aleksandra II zbytnim szacunkiem. Wprawdzie dobry był z niego car, ale przysporzył wiele szkód narodowi. Nie można było przecież tak od razu znosić pańszczyzny… stąd właśnie wzięło się całe zło.”

Czirikow notuje, że „inteligenci obruszyli się i zaatakowali chłopa. Zaczęła się dyskusja. Siwow broniąc swej tezy mówił dalej mniej więcej tak:

„Chłop bywa różny. Na stu wieśniaków jedna trzecia to lenie, jedna trzecia nieudolni krętacze, a mniej więcej tyle samo jest narwanych gorliwców, zaś mądrych i gospodarnych przypadnie trzech, może czterech na setkę. Trzeba było najpierw wyzwolić tych mądrych i gospodarnych, a pozostałych dopiero wtedy, kiedy nabiorą rozumu i oduczą się lenistwa. Inteligencja też nie jest bez winy (…) myślą mądrale, że chłop potrzebuje takiej samej wolności, jak oni. A wolność dla chłopów bywa różna, każdy rozumie ją po swojemu. Jeden poczuje się wolny, kiedy po całych dniach będzie mógł wylegiwać się na przypiecku, drugi – kiedy będzie mógł bez przeszkód rozwijać swoje gospodarstwo, a trzeci – kiedy będzie mógł bezkarnie zabierać tym, którzy dorobili się swoich dóbr – taka wolność jest najbardziej niebezpieczna.”

Trudno się dziwić, że nasz piętnastolatek w tej atmosferze takich rozmów niekiedy nawet zapomina, że jest w łagrze, z którego może już nigdy nie wyjść. Kiedy był już prawie dochodiagą, poznał „najciekawszego człowieka w łagrze” profesora nauk rolniczych Bogdana Jasienieckiego:

„W kącie pomieszczenia siedział stary dziadek – stróż łaźni. Ten kąt odgrodzony był strużką nafty na podłodze, mającej stanowić barierę dla insektów. Podszedłem niepewnie do staruszka i poprosiłem o przechowanie węzełka na czas kąpieli. – Jesteś pewien, że ci go oddam? – spytał posępnie dziadek. – Tak, jestem pewien, bo inaczej nie zadawalibyście takiego pytania. – Dzięki za szacunek i zaufanie – dumnie odparł staruszek, chowając mój skarb za pazuchę. (…)

Bogdan Ilijicz pozamiatał wszy z podłogi, zalał je naftą, umył starannie ręce i nalał do kubków jakiegoś brązowego płynu. „Herbata” była sporządzona z suszonych, sfermentowanych owoców i tłuczonych żołędzi. (…) Popijając ten parujący napój prowadziliśmy rozmowę „na światowym poziomie” (…) Dziadek Bogdana Ilijicza brał aktywny udział w powstaniu 1831 roku i został zesłany na Syberię, kiedy jego syn (ojciec profesora) miał zaledwie trzy lata. W roku 1833 car Mikołaj I przebywał na manewrach wojskowych w okolicy Żytomierza i pani Jasieniecka razem ze swoim synkiem uzyskała audiencję u imperatora.

Bogdan Iljicz bardzo malowniczo opisywał, jak car pocałował petentkę w rękę, wziął w ramiona chłopaczka i spytał go: – Lubisz ty mnie? Dziecko odwróciło się i rzekło: – Nie, boś ty Moskal! – Madame – powiedział smutno imperator – to nieładnie wpajać dziecku nieprzyjaźń między naszymi narodami. Na pożegnanie polecił „ułaskawić ojca, aby zło nie zakorzeniło się w sercu syna”. Bogdan Iljicz pytał: jak sądzicie, panowie, czy taki cud mógłby się zdarzyć również w naszych czasach?!” Jasne, że nie – ani w tamtych, to znaczy – bolszewickich, ani w obecnych.

W tej niezwykłej książce, w tym niezwykłym świadectwie, jest jeden zagadkowy punkt. Autor opatrzył swoją książkę mottem – cytatem z Michała Bułhakowa: „Pisz tylko to, co widzisz, a czego nie widzisz, o tym pisać nie warto.”

Chociaż Jurij Czirikow spędził w różnych łagrach prawie 10 lat, to ani razu nie wspomina o „kumie”, czyli oficerze operacyjnym NKWD. A przecież „kumowie” byli w każdym obozie, a nawet na tak zwanej „wolności”, gdzie werbowali „seksotów”, czyli „sekrietnych satrudnikow”, którzy po polsku nazywają się tajnymi współpracownikami.

Aleksander Sołżenicyn w swoim „Archipelagu GUŁ-ag” poświęca „kumom” cały rozdział i nawet podaje charakterystyczną ich właściwość – że mianowicie „pierzchają oni na dźwięk Imienia Chrystusowego”. Jak to się stało, że podczas swego pobytu w łagrach Jurij Czirikow ani razu nie zauważył „kuma”? Skoro nie napisał o nim ani słowa, to musiał go nie zauważyć. Jeśli tak, to niepodobna wytłumaczyć tego inaczej, jak cudem. To dowód, że cuda zdarzają się w każdych czasach, tyle, że muszą się między sobą różnić.

Jurij Czirikow – Człowiek z nieludzkiej ziemi – Wydawnictwo von Boroviecky, Radzymin 2016

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

komentarzy 12 to “Cuda na nieludzkiej ziemi”

  1. RomanK said

    Ja mu wierze….:-)))))))- panie Stanislawie:-)))
    … bezdziectni obchdza sie bez kuma:-)))

  2. Anucha said

    Cuda na ludzkiej ziemi

    W ramach realizowanego w latach 1932-1975 eksperymentu, amerykańskie służby medyczne prowadziły badania doświadczalne na ludziach bardzo ubogich, najczęściej czarnoskórych bezdomnych. Podczas doświadczeń zarażano ich kiłą, by potem zbadać przebieg choroby.

    W eksperymencie udział wzięło setki osób. W związku z tym, że pozostawiano ich właściwie na pastwę losu, nie podejmując żadnego leczenia, wielu zarażonych mężczyzn zmarło – nie podano im bowiem antybiotyku. W wielu przypadkach choroba była przenoszona także na partnerki „wolontariuszy” biorących udział w eksperymencie oraz ich dzieci, które już w momencie narodzin były chore.

  3. Marta1973 said

    Jak słusznie zauważył Iwan Sołoniewicz w swojej książce „Rosja w łagrze”, „nieludzka ziemia” to była genialność matołów i humanitaryzm katów. Moją rodzinę, w tym mamę, o tydzień ominęła przymusowa wycieczka do Kazachstanu albo Bóg wie dokąd. Deportacja była wyznaczona na pierwsze dni lipca 1941 r. Biedne były tylko obie jałówki babci, ale o tym wspominałam już w innym wątku 🙂

  4. Ogłoszenie:

    „Zamienię wszystkich rosyjskich intelektualistów na jednego ojca Krąpca. Ewentualnie dopłacę.”

    ——
    Jasne, rosyjskich. Bo amerykańscy to zupełnie inny poziom.
    Jaki klasyczny subliminal message…
    Admin

  5. AlexSailor said

    „car pocałował petentkę w rękę, wziął w ramiona chłopaczka i spytał go: – Lubisz ty mnie? Dziecko odwróciło się i rzekło: – Nie, boś ty Moskal! – Madame – powiedział smutno imperator – to nieładnie wpajać dziecku nieprzyjaźń między naszymi narodami”

    To szaleństwo trwa już setki lat.
    Car prawdopodobnie był wnukiem ostatniego króla Polski, synem cara Pawła, który podjął próby restauracji, to jest wskrzeszenia Rzeczypospolitej, za co został przykładnie zamordowany, a przez historię uznany za wariata.

    Czego oczekiwali kojeni carowie od Polaków?
    MINIMUM lojalności.
    Co dawali w zamian?
    Bardzo wiele, ze zjednoczeniem ziem, Polskich, granicą na Odrze a nawet dalej, a nawet przeniesienie stolicy cesarstwa do Warszawy (prawdopodobnie Warszawa stałaby się jedną z trzech stolic poza Moskwą i Piotrogrodem.
    A to początek listy.
    Oni praktycznie oddawali całe imperium rosyjskie Polakom za minimum lojalności.

    Tak właśnie było.
    Ale w Polsce zawsze górą patridyoci. Za wszystkie szkody i tragedie, jakie ściągnęli na nasz kraj, dostają pomniki, ulice i place.
    Admin

  6. AlexSailor said

    @Krzysztof

    To szaleństwo właśnie trwa od setek lat w Polsce.

  7. RomanK said

    OK panie Alex Sailor, ale tego nie ma w historii…tego nikt nie powie polskiemu dziecku…. Polskie dzieci wychowuje sie na micie Ojcow Konstytucji 3 Maja..pradziwych i autentycznych likwidatorow…. Krolestwa Najswietszej Marii Panny…..podnozka Watykanu.

    Dlatego nikyt nie uczy o paradoxie skasowanego kilkakrotnie zakonu Jezuitow, ktorzy prztrwali tylko w… Rosji:-)))
    Masonska droga do Novo Ordo Seculorum zaczela sie w Polsce….

  8. RomanK said

    Kto rządzi światem

    Po latach rozmyśliwań,
    Niemal u schyłku życia,
    Dokonałem niezmiernie
    Głębokiego odkrycia.

    Moje wielkie odkrycie
    Raz na zawsze, niezbicie
    Rozwiązuje odwieczną
    Zagadkę, mianowicie,

    Rozstrzyga nieomylnie,
    Ustala niezachwianie
    Ostateczną odpowiedź
    Na ciekawe pytanie,

    Co dręczy nas od wieków
    I wciąż wraca od nowa:
    KTO RZĄDZI ŚWIATEM? Jaka
    Mafia anonimowa?

    Nie wierzcie w bajki. Nie ma
    Żadnego Synhedrionu
    Sekretnych władców. Nie ma
    Żadnych „Mędrców Syjonu”.

    Więc to bajka. I bujda,
    Że „światem rządzą kobiety”
    I nieprawda, że światem
    Rządzą Żydzi – niestety.

    Nie my, tj. nie oni.
    Nie Żydzi i nie masoni,
    Nie mormoni, nie kwakrzy
    Nie fabrykanci broni.

    Nie junkrzy, nie sztabowi
    Wojskowi kondotierzy,
    Nie monopole, kartele,
    Bankierzy ni bukmakierzy,

    Nie związki zawodowe,
    Nie „Standard Oil”, nie Watykan,
    Nie internacjonałka
    Kalwinów czy anglikan,

    Nie międzynarodówka
    Komuny, czy „kapitału” –
    Ktoś inny. Kto? – pytacie.
    Zaraz, ludzie, pomału.

    Gotowiście na wszystko?
    Ha, dobrze, jam też gotów.
    Słuchajcie: światem rządzi
    Wielka zmowa idiotów.

    Światem rządzi sekretna
    Pomiędzynarodówka
    Agresywnego durnia
    I nadętego pólgłówka.

    Trade union grafomanów,
    Tajna loża bęcwałów,
    Klub ćwiercinteligentów,
    Konfederacja cymbałów,

    Aeropag jełopów,
    Jałowych namaszczeńców,
    Pompatycznych ważniaków,
    Indyczych napuszeńców.

    To oni, sprzymierzeni
    W powszechnym związku, który
    Rozstrzyga o powodzeniu
    Teatru, literatury.

    Gramofonowej płyty,
    Filmy, obrazu, symfonii.
    To oni decydują
    O kulturze, To oni.

    Przydzielają posady
    Stypendia, nagrody, szanse,
    Ordery, renumeracje,
    Bonusy i awanse.

    Samym instynktem głupoty
    Odnajdują się wzajem.
    Rozumieją się wspólnym
    Językiem i obyczajem.

    I hasłem, które woła
    Z ochotą raźną i rączą:
    KRETYNI WSZYSTKICH KRAJÓW
    LĄCZCIE SIĘ Więc się łączą.

    Przeciw wszelkim ambicjom,
    Przeciw wszystkim talentom,
    Przeciwko swoim wrogom,
    Przeciw nam – inteligentom.

    To oni – pan generał,
    Co dziś rozumie bezwiednie,
    Jak dziś w cuglach, szach mach, wygrać
    Wszystkie wojny poprzednie.

    To cenzor, ktory skreśla
    Wszystkie mądre kawały,
    Tak, aby w rękopisie
    Same głupie zostały.

    To krytyk, co bełkoce,
    Chociaż nikt go nie słucha
    I czepia się cudzego
    Pióra, jak wesz kożucha.

    Ekonomista, który
    Kosztem ogólnej nędzy
    Uzdrowi „wymianę dewiz”
    I „pokrycie pieniędzy”.

    To polityk, mąż stanu
    Dyplomata, co wkopie
    Niewinnych ludzi w Azji,
    W Afryce i w Europie

    W tak trudne sytuacje,
    W tak kręte labirynty,
    W tak polityczne kanty
    I dyplomatyczne finty,

    Że z nich jedyne wyjście
    Na świat i światło Boże –
    Przez wojnę, której nikt nie chce,
    Przez morze krwi i morze

    Łez. – Oni nas trzymają
    W ryzach, za twarz i pod batem.
    To ONI – i to jest właśnie
    Ta mafia, co rządzi światem.

    A jaka na nich rada?
    Bo czuję moi mili,
    Że z dziecięcą ufnością
    Pytacie mnie w tej chwili,

    Muszę prawdę powiedzieć,
    Wbrew ufności dziecięcej:
    Niestety, nas jest za mało.
    Durniów jest znacznie więcej.

    My skłóceni, więc słabi.
    Durnie zgodni, więc silni.
    My się często mylimy.
    Durnie są nieomylni.

    My sceptycy, zbłąkani
    Na ziemi i na niebie –
    A ONI tak aroganccy
    I tacy pewni siebie

    I tacy energiczni
    Że serce z trwogi mdleje.
    Ach, nie znam żadnej rady.
    Mam tylko jedną nadzieję.

    Żyję tylko tą drobną
    Otuchą i nadzieją
    Że my umiemy śmiać się.
    A durnie nie umieją.

    Kto wie… może po wiekach,
    Kto wie… może w oddali,
    To jedno przed durniami
    Obroni nas i ocali.

    Tym śmiechem was zasłonię
    I do serca przygarnę.
    I może nie pójdziemy
    Ze wszystkim na he… marne

    Marian Hemar

  9. JO said

    ad.8. Kiedys bym sie na ten wiersz nabral….

    „Jeszcze inną dziedziną twórczości Mariana Hemara było pisanie szopek politycznych od 1927, kiedy to dołączył do wielkiej trójki „szopkopisarzy”: Lechonia, Słonimskiego, Tuwima…”

    Czy Hemar ni ebyl Zydem z pochodzenia? Bo ten wierszyk ma wlasnie takie talmudyczne podloze…

    http://culture.pl/pl/tworca/marian-hemar

    ————
    Był żydem, nigdy się tego nie wypierał. Został katolikiem i gorącym polskim patriotą. Pisaliśmy o Nim w gajówce nie raz.
    http://www.lwow.com.pl/naszdziennik/hemar.html

    Nie idę z biegiem mody,
    Na żadne jakieś ugody
    Z żadnymi reżymieszkami.
    Mam trzy ważne powody:

    Raz, że jestem ze Lwowa.
    Lwów – tak wmówiłem sobie-
    Polega na mnie że mu
    Do śmierci świństwa nie zrobię,

    Że się nie będę bratał
    Z żadną rodzinną szują,
    Z tych co się Lwowa wyparły
    I jeszcze zbójom dziękują

    Za to, że nam go ukradli.
    Czas mija, świat się kręci
    Lwów jak „Titanic” tonie
    W ciemnościach niepamięci

    A cień zdaje się rosnąć,
    Nie maleć lecz ogromnieć.
    Im nie wolno pamiętać.
    Nam nie wolno zapomnieć.

    Tak mało nas zostało.
    Każdy dzień nas wytraca,
    Każda noc nas przerzedza
    Ostatnia moja praca,

    Ostatnie obowiązki
    I ostatnie posługi
    Nie przynieść Lwowi wstydu
    To mój powód pierwszy. A drugi,

    Że niezależnie od tego
    Z jakiego pochodzę miasta
    Ja w ogóle nie jestem
    Polakiem od Króla Piasta,

    Z krwi lechickiej, z przypadku
    Nie z metrykalnych przyczyn.
    Moja ambicja, że jestem
    Polakiem ochotniczym,

    Z zaciągu, nie z poboru.
    Nie pamiętam od kiedy-
    Od „Ojca zadżumionych”
    Czy od „Lilli Wenedy”?
    Czy od tej Alpuhary,
    Z której Almanzor ocalał?
    Od walki Ursusa z bykiem,
    Gdy „amfiteatr oszalał”?
    Od mojego pojedynku
    Z Bohunem? Czy byłem zaczęty
    Od mojej śmierci w ciele
    Longina Podbipięty?

    Mogłem urodzić się w Pińsku,
    W Radomiu, czy w Leżajsku,
    Mógłbym dziś Horacjusza
    Przekładać po hebrajsku,

    Mógłbym być Izraelu
    Satyrycznym gwiazdorem-
    W tym sęk, żebym nie mógł, bo jestem
    Polakiem amatorem,

    Z miłości od pierwszego
    Wejrzenia, a nie z przymusu
    Tym bardziej muszę strzec mego
    Amatorskiego statusu.
    Mnie sobie nie wolno na to
    Z lekceważeniem beztroskim
    Pozwolić, aby w moim
    Paszporcie nansenowskim,

    Aby w moim uchodźczym
    Podróżnym dokumencie
    Ubeccy milicjanci
    Przybijali pieczęcie.

    Gdy mi ubecki stempel
    Twarz w paszporcie poplami-
    Jakże ja stanę kiedyś
    Przed mymi pradziadami,

    Co powiem, gdy pytać będą
    Z ironią i zgryzotą:
    To na toś ty od nas odszedł?
    By tak dać się strefnić? To po to?
    Co ja o tym pomyślę,
    I już dziś mnie strach obleci
    I to mój drugi powód.
    Ale mam jeszcze trzeci:

    Jestem z zawodu poetą.
    Kolegą nie byle duchów.
    Nie komiwojażerem
    I handełesem ciuchów.

    Ja nikomu nie bronię
    Patriotycznej fantazji.
    Życie ludzkie jest krótkie,
    Korzystajcie z okazji.

    Póki jeszcze wymienny
    Kurs funta korzystny taki,
    Jedźcie na tanią wódę,
    Na półdarmowe kociaki,

    Na gościnne przyjęcia,
    Oni was tam zabawią.
    Sobie od gęb odejmą
    A przed wami postawią.

    Jedną, jeżeli mogę,
    Dam wam tylko przestrogę:
    Nie zabierajcie z sobą
    Moich książek na drogę.

    One tam same pojadą,
    One tam trafią same-
    Poprzez ręce celników,
    Za mur, za kratę, za bramę,
    Poza plecy cenzorów,
    Nie ostatnie, nie pierwsze
    Rymy, sonety, ody,
    Fraszki moje i wiersze –
    A ja już tu zostanę
    Ja już się stąd nie ruszę.
    Wasze życie jest krótkie
    Moje życie jest dłuższe.

  10. Zdziwiony said

    Anegdota — o żonie Aleksandra II: W czasie rządów Diecezją Wileńską biskupa Żylińskiego, gen. gubernator wileński Bibikow przyjechał do Petersburga. Po audiencji u cesarza Aleksandra II miał audiencję u cesarzowej jego żony, która wprost zapytała go, jaki jej podarek przywiózł z Wilna. Zdziwiło to Bibikowa. Powiedział tedy, iż „nie wie, czegoby sobie Najjaśniejsza Pani życzyła”. Na to Cesarzowa mu powiedziała, iż życzyła sobie mieć obraz Najświętszej Panny Ostrobramskiej. Bibikow natychmiast zatelegrafował do biskupa Żylińskiego. Biskup natychmiast posłał do proboszcza ostrobramskiego, księdza Kazimierza Zaleskiego. A że ten miał gotowy obraz olejny, więc natychmiast oprawiono go w złote ramy, i wysłano do Petersburga, gdzie Bibikow złożył go Cesarzowej.
    Żyliński biskup prosił o audiencję u następcy tronu, zmarłego później Mikołaja Aleksandrowicza, i temu ofiarował również za pozwoleniem Cesarza obraz Najświętszej Panny Ostrobramskiej.

    Aleksander II jeszcze jako następca tronu uczył się po polsku, a nauczycielem jego był stary Generał Jurjewicz. Na żądanie Wielkiego Księcia Konstantego młody następca tronu pisywał do niego po polsku.

    Ze „Wspomnień” bpa Adama Stanisława Krasińskiego (1810-1891).

  11. RomanK said

    Jak sam powiadal…..Polakiem wyznania Mojzeszowego.

  12. Ad. 4 (Admin)

    Wszystkich amerykańskich to może na Wałęsę? 🙂

Sorry, the comment form is closed at this time.