Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Ksiądz Marian Tokarzewski. Wspomnienia z Belwederu.

Posted by Marucha w dniu 2016-07-31 (Niedziela)

Przed Państwem fragment II części wspomnień księdza Mariana Tokarzewskiego. Nie wiemy czy istnieją one w całości; udało nam się odnaleźć niewielki tylko kawałek. Fragment tego kawałka zamieszczam dziś na blogu.

W Belwederze kapelana nie było. Warunki polityczne nakazywały Piłsudskiemu rachować się z opinią katolicką kraju i zachować pozory, że jest w zgodzie z Kościołem. Dla tego też, a nie z innych powodów, zostałem zaproszony do Belwederu, gdzie mi zaproponowano objęcie stanowiska kapelana Naczelnego Wodza.

Pierwszą rozmowę odbyłem z adiutantem Wieniawą, któremu od razu zwróciłem uwagę, że powinni byli bezpośrednio traktować o tej sprawie z biskupem polowym, od którego jestem zależny, jeśli jednak chodzi im o moją zgodę, to bardzo ceniąc tą wyjątkową okoliczność aby naznaczyć mnie na to stanowisko, przyjmę, ale stawiam warunki, że ja będę traktowany jak kapłan, ale nie jako urzędnik, że będę mógł w każdej chwili bezpośrednio zwracać się do Naczelnego Wodza.

Zgodę moją wyraziłem, po uprzednim porozumieniu się z ordynariuszem moim biskupem Mańkowskim, wikariuszem generalnym diecezji Kamienieskiej, Infułatem Nosalewskim, wikariuszem generalnym biskupa polowego, moim przyjacielem dziekanem okręgu warszawskiego księdzem Niewiarowskim, którzy jednogłośnie, nie tylko radzili, ale domagali się, żebym propozycje przyjął i stanowisko swoje starał się wykorzystać dla dobra kościoła i sprawy polskiej.

Kiedy do biskupa Galla, przyjechał adiutant Piłsudskiego, zdziwienie było ogromne, dlaczego wybór padł na moją osobę. Naturalnie rozmaite głuptaski, swoją miarą mierząc mnie, snuli najrozmaitsze przypuszczenia dlaczego to ja, a nie żaden z kapłanów warszawskich został „zaszczycony” tą godnością. 4 listopada 1920 roku otrzymałem od biskupa polowego Galla pismo następującej treści: „Niniejszym deleguje księdza na stanowisku kapelana przy Naczelnym Wodzu z prawem korzystania ze wszystkich przywilejów przez Stolicę Apostolską duchowieństwu wojskowemu udzielonemu”.

Od razu z miejsca zdobyłem sobie moc wrogów. Jedni przez zazdrość, drudzy z nienawiści do Piłsudskiego, obdarzali mnie niepomierną pogardą. Jednak byli i tacy, którzy zaczęli ubiegać się o moje względy. Samorodni kandydaci do mitr, spokoju mi nie dawali. Intryganci polityczni, to z lewa to z prawa chcieli za wszelką cenę wciągnąć mnie do swoich machinacji i roboty zakulisowej. Najbardziej wprawni nie mogli stwierdzić do jakiej partii należę. I kiedy endecy uważali mnie za gorliwego piłsudczyka, to znowu piłsudczycy uważali za endeka. Ja zaś wciąż sobie powtarzałem: przyszedłem służyć duszy tych ludzi, a zwłaszcza Naczelnego Wodza. Może uda się coś dobrego zrobić dla Kościoła i ludzi.

Nie długo trzeba było czekać, żeby przekonać się jak mało będę mógł zdziałać. Z całym spokojem sumienia stwierdzam, że winę ponosi nie tylko Piłsudski, ale przede wszystkim moja władza duchowna. Będzie o tym nieraz dalej.

Rok 1920 był niezawodnie przełomowym w życiu duchowym Piłsudskiego. Zwycięski Wódz całą pełnią pyszałkowatej, chorobliwej duszy wchłaniał w siebie pochlebstwa.

Do jego osoby zaczęli się garnąć „ludzie żłobu”, bez czci i wiary, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Zgraja nicponiów spod ciemnej gwiazdy, wyrafinowanych oszustów, karczemnych moszuresów, złodziei wzięła w pacht duszę Piłsudskiego i otoczyła ją taką siecią intryg, że dostanie się do niej uczciwemu człowiekowi było prawie niemożliwe.

Po tygodniowym pobycie spostrzegłem, że albo nic, albo bardzo mało będę mógł zrobić dla sprawy bożej wśród tej hołoty. Złożyłem o tym raport biskupowi polowemu prosząc o naznaczenie kogo innego na moje miejsce. Biskup Gall, ugodowiec czystej wody, bojąc się narazić, podanie moje zignorował. Trzeba było zostać i dalej robić to co się uda.

8 listopada 1920 roku w jadalni belwederskiej zebrało się 22 oficerów. Adjutantura i oficerowie oddziału przybocznego. Wchodzi Naczelny Wódz. Ubrany w kurtkę swoją strzelecką, starą, niemal zniszczoną. Przedstawia mnie pułk. Wieniawa. Słyszę odpowiedź: „Proszę usiąść z lewej strony. Wieniawa będzie moją prawą ręką, ksiądz lewą”.

Na stole duży bukiet wyłącznie z kwiatów koloru czerwonego. Piłsudski obiad je prędko. Wszyscy spieszą. Po zupie zaczyna palić papierosy jeden za drugim i gada bez końca. Wszyscy mu potakują. Niektórzy, jak błazen dworski, chociaż bardzo zdolny człowiek, kapitan Korzeniowski, opowiada jakieś płaskie dowcipy. Wieniawa zaczyna ploteczki z miasta. To są pierwsze wrażenia z pierwszego spotkania.

O Piłsudskim tylu już pisało, że właściwie nie jeden pomyśli: „po co jeszcze kapelan pisze o Nim”. Niestety, chociaż dużo przeczytałem o nim i w codziennych pismach i pracach poważniejszych, zawsze to jednak były, albo hymny pochwalne najmitów, albo żółcią przepojone wymysły politycznych przeciwników. Prawdziwego oblicza tego, bądź co bądź niezwykłego człowieka, nigdzie nie znalazłem.

Ponieważ nigdy do żadnej partii politycznej nie należałem, ani nienawiścią ani też służalczości w duszy mojej dla nikogo nigdy nie było, a tym bardziej do osoby Piłsudskiego, sądzę więc, że w imię prawdy historycznej, jako naoczny świadek i bezstronny w niczym nie zainteresowany widz nie tylko mogę, ale powinienem napisać co myślę o Nim i Jego otoczeniu.

Co prawda kardynał Kakowski zabronił mi wydawać te moje wspomnienia. Prałat Lasocki z Płocka, który był bardzo mnie polubił, kiedyś w przystępie dobrego humoru ostrzegał: „nie pisz, „Magiku Boży” drugiego tomu pamiętników, jeśli nie chcesz poznać głębokości glinianek warszawskich”. Kto wie może był bym usłuchał tych rad, gdyby nie tryumf zgrai łotrzyków wyrafinowanych, którzy zatruwali stale duszę Piłsudskiego i zdobywszy sobie bezgraniczne zaufanie tego chorego człowieka prowadzą go do nieobliczalnych czynów i doprowadzą do zguby ojczyznę.

Niechaj kiedyś historyk znajdzie nie tylko pisane za pieniądze lub na rozkaz wspomnienia i pamiętniki najmitów, ale niech przeczyta i te słowa, które wychodzą z serca szczerze kochającego wielkiego człowieka, który w Nim widział i sprawdził dużo zalet, ale też i strasznych wad, ciążących na kondycji naszej Ojczyzny.

Jeśli to prawda co mówi przysłowie narodowe, że kto z kim przystaje takim się staje. Jeśli prawdziwe jest inne, które mówi: „powiedz mi z kim obcujesz a powiem ci kim jesteś”, to czytelnik od razu zrozumie kim był Piłsudski. Wyliczę bez żadnej złości i nienawiści w duszy mojej kilku stanowiących najbliższe otoczenie – przyjaciół naczelnego wodza z którymi najczęściej obcował, radził się i bezgranicznie im wierzył.

1 Podpułkownik Wieniawa Długoszewski, ateusz, apostata, ożeniony z żydówką,
2 Kazimierz Świtalski, referent prasowy, apostata, ożenił się z cudzą żoną, ateusz zdeklarowany,
3 Referenta prasowa Hubicka, ateuszka i apostatka,
4 Pułkownik Piskor, apostata ożenił się z cudzą żoną,
5 Osobisty przyjaciel Prystor, ateusz,
6 Car, szef kancelarii cywilnej, ateusz i rozpustnik,
7 Pułkownik Rydz, ateusz, socjał,
8 Maciesza, mason, ateusz,
9 Pułkownik Skotnicki, ożenił się z żoną Wieniawy,

Piłsudski uwielbiał księdza Ciepichała, dziś apostatę. Oto byli najbliżsi przyjaciele, doradcy i zausznicy Naczelnego Wodza.

Co tacy ludzi mogli dobrego zrobić? Czy mogli Go informować należycie?

Wśród tej zgrai prym trzymał Wieniawa. Człowiek szczerze bez zastrzeżeń oddany Piłsudskiemu, ale też jednocześnie robiący karierę. Zdeprawowany do szpiku kości pijak, chorobliwy rozpustnik, który przechwalał się w obecności mojej, że mając lat 10 po raz pierwszy odbył stosunek z kobietą. Zawodowy intrygant i łgarz klasyczny, cieszył się jednak bezgranicznym zaufaniem Wodza. Na próżno szukał by kto w nim odrobiny zasad jakichkolwiek. Oddany całą duszą Piłsudskiemu przy którym robił karierę, był dosłownie na każde kiwniecie palcem wodza. Używany był stale do takich funkcji, jakie spełniają wśród mętów stołecznych alfonsi i sutenerzy. Poważnej roboty nie dawał mu Piłsudski.

Świtalski i Hubicka referenci prasowi, urabiali duszę Piłsudskiego. Dając mu do czytania, tylko to co sami chcieli, przez siebie zebrane wycinki z gazet,rozbudzając w duszy tendencyjnie nienawiść do Polaków, a zwłaszcza endecji, do Kościoła i przedstawicieli jego.

Car – kukła, z którą nikt się nie liczył, o ile nie trzeba było sfałszować jakiegoś dokumentu ku chwale legionistów lub wspólników zbrodni. Piłsudski nie lubił Cara. Nie ufał mu i zwykle rozmawiał z nim przez Wieniawę. Nawet sprawy należące wyłącznie do kancelarii cywilnej załatwiał przez Wieniawę.

Przechodzi ludzkie pojęcie co ta banda wyprawiała.

Fałszowano dokumenty, podpisy Naczelnego Wodza, wydawano bez jego wiedzy i zgody najrozmaitsze rozporządzenia, w jego imieniu z czym się w nie kryto wcale. Biedny Piłsudski nie wiedział nawet o wielu sprawach wykonanych w jego imieniu.

Nikt nie śmiał zaprotestować, bo robiono wszystko gładko, sprytnie i dowody łotrostwa tak umiejętnie zawsze maskowano że kto chciałby udowodnić, sam zginąłby, a oni wyszliby tryumfująco.

Czy ja z urzędu mojego powinienem był otworzyć oczy Piłsudskiemu? Tak. I od razu zrozumiawszy sytuację, robiłem co mogłem.

W cztery oczy mówiłem panu Piłsudskiemu, w formie bardzo delikatnej o wszystkim. Nic nie pomagało. Wtedy zdecydowałem się publicznie, w kaplicy poruszyć najważniejszą sprawę w kazaniu. Ułożyłem kazanie tak, że w końcu mogłem wobec tysiąca osób zebranych na pasterce powiedzieć te słowa:

„Wodzu Naczelny

W dniu tak uroczystym, ja twój kapelan, który ma już za sobą 24 lata pracy kapłańskiej i który dziś z czołem podniesionym śmiało powiedzieć może, że nigdy ust swych kłamstwem nie skalał w głoszeniu „Prawdy”- słowa Bożego, a zawsze daleki był od kompromisowej ugodowości, zwraca się do Ciebie w tej chwili w imię Boże!

Nie myśl, że te wielkie rzeczy, któreś uczynił w Narodzie Polskim toś zrobił Ty sam.

– Nie! Zrobił to Bóg, obrawszy Cię, jako narzędzie w ręku swym, abyś przygotował Mu drogę do serc Narodu całego, który po „cudzie nad Wisła” jeszcze lepiej odczuł i zrozumiał że jest Bóg, który się Polską opiekuję!

A cudu tego przez zjednoczenie dusz wszystkich w jednym porywie dokonał, Bóg, gdyś Ty był Wodzem Naczelnym i mądrością daną ci od Boga, kierował zwycięską Armią.

Zapoczątkowałeś ucieleśnienie swojej idei w jaskini, w podziemiach.

Przeszła już ona przez Tabor przemienienia. Dziś może idzie przez Ogrójec na Kalwarię…

Wiem, że chcesz, by była Nieśmiertelna… Budują ją więc na fundamencie który założył Nieśmiertelny Bóg – a wtedy nie będą straszni Ci, ani zbyt czarni, ani zbyt czerwoni wrogowie.

W tworzeniu nieśmiertelnej Polski i sposobów wcielania w życie tej idei – oprzyj się otwarcie, wyraźnie na Chrystusie – naśladuj Chrystusa!

Jak On, do współpracy wybieraj ludzi czystych, szlachetnych, o istotnie podniosłych duszach, miłośników Prawdy!

Strzeż się byś nie zmarnował posłannictwa Bożego, byś nie wykroczył, już nie przeciw radzie czy wskazówce, ale przeciw wyraźnemu nakazowi Bożemu: „Nie rzucajcie pereł wieprzom pod nogi”.

Sił ci brak?

Sam jesteś?

Stwórz nowe trójprzymierze! Wejdź w sojusz z dobrą wolą i „chwałą Bożą”, a wtedy ziści się zapowiedź aniołów… i zapanuje „pokój” w duszy Twojej i Twego otoczenia, czego wam właśnie w tej uroczystej chwili z całego serca życzę. Amen”.

Po tej mojej mowie, w kaplicy łazienkowskiej Piłsudski manifestacyjnie nie rozmawiał ze mną trzy dni. Udawałem, że tego nie widzę. Robiłem swoje dalej. Niejednokrotnie w rozmowach poufnych w cztery oczy przedstawiałem konieczność usunięcia z Belwederu Wieniawy. Mówiłem wyraźnie i jasno: „Wieniawa to człowiek zły. Pana informuje celowo fałszywie. Przez Niego dużo pan traci w oczach „narodu”. Po kilku takich ostrzeżeniach kiedyś powiedział mi” Proszę mi nigdy nic nie mówić na Wieniawę, ja go uważam ze mego najlepszego przyjaciela.

Ciąg dalszy w najnowszym numerze „Szkoły nawigatorów” dostępnej na stronie http://www.coryllus.pl

http://coryllus.pl

Komentarze 2 to “Ksiądz Marian Tokarzewski. Wspomnienia z Belwederu.”

  1. Dictum said

    „Generał Wieniawa-Długoszowski popełnił samobójstwo – depeszował 2 lipca 1942 r. do prezydenta Władysława Raczkiewicza konsul generalny w Nowym Jorku Sylwin Strakacz. – Rozmawiałem z nim telefonicznie na 15 minut przed śmiercią, komunikując mu telegram MSZ w sprawie przydziału samochodu dla poselstwa w Hawanie”. Według tej depeszy, w kieszeni pidżamy zmarłego policja znalazła kartkę następującej treści: „Myśli plączą mi się w głowie i łamią jak zapałki lub słoma. Nie mogę spamiętać najprostszych nazw miejscowości, nazwisk ludzi oraz proste wypadki z mego życia. Nie czuję się w tych warunkach na siłach reprezentować Rząd, gdyż miast pożytku, mógłbym szkodzić sprawie. Zdaję sobie sprawę, że popełniam zbrodnię wobec żony i córki, zostawiając je na pastwę losu i obojętnych ludzi. Proszę Boga o opiekę nad nimi. Boże, zbaw Polskę. B.”. Historycy, analizując już po wojnie dramatyczny list Wieniawy, nie mogli zrozumieć, co miał on na myśli, pisząc o reprezentowaniu rządu. Każdy dyplomata reprezentuje nie rząd, lecz kraj – a Wieniawa doskonale o tym wiedział. Dlaczego – pytano – skoro nie czuł się na siłach objąć placówkę w Hawanie, po prostu nie złożył dymisji? Dlaczego z tego powodu ktokolwiek miałby odbierać sobie życie? Największe wątpliwości budziła jednak forma listu: częściowo został napisany piórem na świstku papieru, lecz ostatnie słowa „Boże, zbaw Polskę” dopisano ołówkiem. To byłby niezwykle rzadki wypadek pisania listu samobójczego „na raty”. Podobnie jak złożenie podpisu jedną literą „B.”, choć nigdy w tej formie nie sygnował żadnego dokumentu. Nie rozumiano wielu spraw. Nie rozumiano, jak mógł tak ważny list zaginąć po wojnie w policyjnych archiwach, uniemożliwiając tym samym weryfikację czy choćby analizę grafologiczną.(…) Nie rozumiano też, jak to możliwe, by człowiek, u którego nie można było zaobserwować żadnych symptomów depresji czy zdenerwowania, a według świadectwa żony i córki, witający je rano w znakomitym nastroju, prowadzący rozmowy telefoniczne o nowej pracy w służbie dla ukochanego państwa wyszedł na taras i rzucił się na bruk. I – co najdziwniejsze dla tych, którzy go znali – miałby to uczynić w pidżamie? (…) Do spotkania obu generałów (Sikorskiego i Wieniawy) w Waszyngtonie doszło jeszcze w kwietniu 1941 r., podczas pierwszej podróży generała Sikorskiego do USA. Rozmowa przebiegała bez świadków. Zapewne w jej wyniku Sikorski postanowił powierzyć Wieniawie w marcu 1942 r. stanowisko posła RP w Hawanie. W tej sprawie historia notuje niemało nieporozumień. Przyjmuje się oto, że Sikorski zadrwił z pragnącego walczyć Wieniawy, że przeznaczył dla niego drugorzędne stanowisko i peryferyjną placówkę. Nie brakuje głosów, że właśnie owa domniemana złośliwość Sikorskiego legła u podstaw decyzji o samobójstwie. Prawda wydaje się jednak inna. Placówka w Hawanie była dla Ameryki tym, czym dla Europy placówki w Ankarze czy Lizbonie. (por. Jan Kowalewski red.) Tu krzyżowały się najtajniejsze nici wywiadów państw biorących udział w wojnie. Wieniawa ze swym doświadczeniem w tajnej dyplomacji i perfekcyjną znajomością sześciu języków obcych wydawał się człowiekiem wymarzonym do objęcia tego stanowiska. Kupował zresztą letnie garnitury i przygotowywał się do nowej misji. Bilety lotnicze do Hawany zostały kupione na 2 lipca.(…)
    [Dariusz Baliszewski : Ostatni skok pierwszego ułana, „Wprost” Numer: 27/2004 (1127) wersja elektroniczna]
    za: Wikip.

  2. Mam wrażenie, że bez wąsów twarz Józka wyrażałaby prostactwo, tępotę, chytrość… itp. Jakoś nikt się nie pokusił o odtworzenie rysów twarzy…

Sorry, the comment form is closed at this time.