Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Odrzućmy listki figowe

Posted by Marucha w dniu 2016-08-11 (czwartek)

Jak zauważył Stanisław Lem w jednej ze swoich książek, prawdziwie wielki przemysł nie zaspokaja potrzeb. On je stwarza. I rzeczywiście. Adam Grzymała-Siedlecki w swoich wspomnieniach zauważa, że w XIX wieku, niemal do samego końca, o sporcie mało kto słyszał.

Pierre de Coubertin dopiero w 1896 roku zorganizował pierwszą olimpiadę w Atenach – bo w roku 393 rzymski cesarz Teodozjusz Wielki zakazał organizowania igrzysk olimpijskich.

Teodozjusz bowiem w 392, albo w 395 roku zakazał wyznawania religii innej, niż chrześcijaństwo, a warto pamiętać, że starożytne igrzyska olimpijskie były wydarzeniem przede wszystkim religijnym.

Zaczęło się od tego, że na brzegu rzeki Alfejos w Elidzie, tam, gdzie wpada do niej potok Kladejos, rósł gaj poświęcony Zeusowi olimpijskiemu. Każdego roku, po czerwcowej pełni księżyca, okoliczni mieszkańcy schodzili się tam, by złożyć Zeusowi ofiarę. Przy tej okazji odbywały się wyścigi piechurów, a zwycięzca otrzymywał wieniec z gałązki rosnącej opodal dzikiej oliwki.

Aliści jeden z potomków tamtejszego króla Oksylosa, Ifitos, wpadł na pomysł, by te lokalne zawody przekształcić w ogólnohelleńskie. Żeby do Olimpii – bo tak właśnie nazywał się ów gaj – zapraszać gości z całej Hellady – jednych jako zawodników, innych – jako widzów. Żeby ten zamiar zrealizować, Ifitos musiał porozumieć się z władcą Sparty Likurgiem, z którym wspólnie ustalili warunki „pokoju bożego”, który miał się rozpoczynać na kilkanaście tygodni przed rozpoczęciem igrzysk w Olimpii, a kończyć jakiś czas po ich zakończeniu tak, by wszyscy goście mogli bezpiecznie powrócić do siebie. Gwarantem tego pokoju była Sparta.

Ponieważ jednak ogłaszanie „pokoju bożego” każdego roku wydawało się niepodobieństwem, ustalono, ze igrzyska będą odbywały się co cztery lata. Zawodnicy początkowo rywalizowali w pięciu konkurencjach: bieg, skok, rzut oszczepem, zapasy i rzut dyskiem, a potem dodano do tego jeszcze walkę na pięści i wreszcie najbardziej widowiskową konkurencję – wyścigi rydwanów.

Odpowiednio zwiększano też liczbę dni; w rozkwicie igrzyska były pięciodniowe. Pierwszy dzień wypełniały obrzędy religijne; zawodnicy składali przysięgę przed ołtarzem Zeusa, którą początkowo odbierali królowie Elidy, a kiedy monarchia została zlikwidowana – komisja dziesięciu „hellanodików” tj. sędziów nad Hellenami. Przysięga obejmowała solenną obietnicę, że nie będą konkurentom podstawiać nogi, ani być się w sposób niedozwolony. Za złamanie przysięgi groziła grzywna pokutna.

Kolejne dni przeznaczone były na zawody, a piątego dnia odbywało się wieńczenie zwycięzców, to znaczy – dekorowanie ich wieńcami oliwnymi. Materialnie nagroda ta nie przedstawiała żadnej wartości, ale bo też nie o wartość materialną tu chodziło, Taki wieniec był znakiem protekcji bogini Zwycięstwa – potężnej bogini, której w całej Helladzie stawiano posągi i świątynie. Jeśli dodamy, że ta protekcja obejmowała nie tylko zwycięzcę, nie tylko jego rodzinę i ród, ale i jego ojczyznę, to lepiej rozumiemy rangę tej nagrody, no i przyczyny, dla których Teodozjusz Wielki igrzyska skasował.

Pod koniec XIX wieku nikt w Europie, a chyba i na świecie ani w Zeusa, ani w boginię Zwycięstwa nie wierzył, toteż reaktywowane przez Piotra de Coubertin igrzyska olimpijskie od samego początku cechował przerost formy nad treścią.

„Citius, altius, fortius” (szybciej, wyżej, mocniej), stanowiące motto igrzysk olimpijskich zostało całkowicie pozbawione religijnego kontekstu, toteż nic dziwnego, że mimo desperackich wysiłków barona de Coubertin, igrzyska olimpijskie niemal natychmiast przekształciły się w przedsięwzięcie przemysłu rozrywkowego, któremu rozmach nadały elektroniczne środki masowego przekazu: radio, a przede wszystkim – telewizja.

Sportowa rywalizacja stała się tylko pretekstem – rodzajem listka figowego, którego rolę pełniła zaprojektowana przez Coubertina olimpijska flaga – pod osłoną którego „wije się złoty Lewiatan zły, w srebrne szczury wijąc się zmienia, drobnieje w bilion pcheł i wszy i znowu w szczury zrastają się pchły…”.

Zawodnikom, ani tym bardziej – działaczom, a już z pewnością – lichwiarzom inwestującym w to przedsięwzięcie, nie przyświeca żadna idea poza chęcią zysku, czy to w postaci rozgłosu, od którego będzie można obcinać pieniężne kupony, czy to w postaci zysku w sensie dosłownym.

Toteż za „sportowców” uchodzą dzisiaj pracownicy przemysłu rozrywkowego, hodowani w specjalnych fermach pod nadzorem pierwszorzędnych fachowców, którzy przy pomocy racjonalnej diety i naukowo opracowanej tresury, wystawiani są na różne widowiska, gdzie za pieniądze popisują się swoimi umiejętnościami przed gawiedzią, której niezależne media, mające w tym biznesie swój niebagatelny udział, wmówiły, że to szalenie ważne, kto kogo pokona o ułamek sekundy w biegu, albo skoczy centymetr wyżej od innego.

W odróżnieniu bowiem od innych gałęzi przemysłu, przemysł rozrywkowy sprzedaje swoim klientom iluzję w czystej postaci, w dodatku iluzję, której ciężar gatunkowy sam nadał, wbrew elementarnej spostrzegawczości i logice.

Na tym tle tym bardziej groteskowo wyglądają skrupulatne badania zawodników pod kątem stosowania środków dopingujących. Sztaby pierwszorzędnych fachowców analizują szczyny zawodników, którzy w związku z tym muszą szczać na komendę (ciekawe, jak pierwszorzędni fachowcy ich w tym kierunku tresują?), czy nie ma tam śladów jakichś substancji niedozwolonych, to znaczy takich, które konkurujące ze sobą koncerny farmaceutyczne zdemaskowały u konkurencji – no bo swoje własne wynalazki starannie ukrywają, to jasne.

Właściwie nie bardzo wiadomo, po co to wszystko, bo przecież argument, że chodzi o dotarcie do granic wydolności organizmu ludzkiego, nie wytrzymuje krytyki. Jeśli granicę tej wydolności można przesunąć przy pomocy jakiegoś specyfiku farmaceutycznego, no to o co właściwie chodzi. Granica się przesunie? Przesunie – a że nie na skutek tresury, tylko dyskretnej pomocy Matki-Chemii, to przecież nic złego.

Z jakiegoż to powodu tresura fizyczna ma być szlachetniejsza od intelektualnej pomysłowości? Przecież i w jednym i w drugim przypadku chodzi o rezultat w postaci przesunięcia granicy wydolności ludzkiego organizmu! Rezultat – dodajmy – eksploatowany widowiskowo. Zatem im bardziej granica zostanie przesunięta, tym lepszy efekt widowiskowy, to chyba jasne?

Argument ewentualnej szkodliwości dopingu dla organizmu zawodnika możemy puścić mimo uszu. Jeśli o znanych skutkach ubocznych został przez swoich treserów poinformowany, to wszystko w porządku; volenti non fit iniuria tym bardziej, że tych wszystkich, kompletnie bezcelowych czynności, nie wykonują przecież za darmo!

Dlatego należałoby położyć kres tej hipokryzji i oficjalnie znieść zakaz dopingu. Argument, że wtedy mielibyśmy do czynienia z rywalizacją koncernów farmaceutycznych, a nie zawodników, możemy śmiało puścić mimo uszu nawet nie dlatego, że to już jest faktem, ale przede wszystkim dlatego, że celem tej gałęzi przemysłu rozrywkowego jest efekt widowiskowy, zaś z tego punktu widzenia nie ma żadnego znaczenia, przy pomocy jakich narzędzi został on osiągnięty.

Przecież nikomu nie przeszkadza, że w wyścigach konnych jeździec, że tak powiem, pasożytuje na wysiłku i wydolności konia. A skoro tak, to cóż nam szkodzi przerzucić punkt ciężkości widowiska na przemysł farmaceutyczny? Przecież ani w Zeusa, ani w boginię Zwycięstwa nikt dzisiaj nie wierzy, więc w tej gałęzi przemysłu rozrywkowego prawdziwe są już tylko pieniądze.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

komentarzy 11 to “Odrzućmy listki figowe”

  1. veri said

    Starzeje sie czy to wina sportu ( takiego sportu ), ze na zawody patrze tyle o ile, bez zadnych emocji ( lata temu zylem tym i czynnie ‚siedzialem’ w tym ).

  2. Marta1973 said

    @1
    Wtedy cała Polska siedziała przed telewizorami. Do dzisiaj pamiętam wrzask, kiedy Jan Domarski strzelił bramkę na Wembley w roku 1973. Albo kiedy nasi grali z „Ruskimi” w Montrealu w siatkówkę. Nie wrócą tamte czasy 😦
    Na brazylijskie igrzyska robotów ubranych w ludzką skórę nawet patrzeć jakoś się nie chce.

  3. Anucha said

    Ja jako stary hazardzista ( nie mylić z chazarem ) mogę z całą pewnością stwierdzić,że obecnie sport stał się bardziej nieprzewidywalny. Tak twierdzą też wszyscy nałogowcy których spotykam w kolekturze.
    Wiedza o sporcie tych ludzi jest ogromna. O ustawkach i dopingu nawet się nie dyskutuje , bo to jest chleb powszedni.

  4. Premizlaus said

    Warto dodać, że te prawdziwe igrzyska w starożytnej Grecji wyglądały w ten sposób, że zawodnicy występowali w nim kompletnie nadzy. Z tego też powodu widzami i kibicami mogli być też jedynie mężczyźni. Jeśli kobietę przyłapano na podglądaniu zawodów, to groziła jej kara śmierci.

  5. rdest said

    Ponoć stosowano metodę „naturalnego” dopingu, .która tyczyła kobiet i klaczy ,czyli zajście w ciąże ,a potem w optymalnym czasie aborcja .

  6. Isia said

    … p. Michalkiewicz ma rację … zawody sportowe, w dzisiejszym świecie, to … jedna z gałęzi przemysłu rozrywkowego … niestety … showbusiness …

  7. NICK said

    Sport, powtarzam co dawniej, to mamy na podwórku.
    Reszta?
    Weg.

  8. SAP said

    @Premizlaus
    Dotyczyło to tylko mężatek. Niezamężne, młode kobiety mogły oglądać igrzyska i kibicować.
    http://www.penn.museum/sites/olympics/olympicsexism.shtml

  9. Ad. 5

    Chodziło o pływaczki w NRD.

  10. sniddy said

    Nie mógłbym się bardziej zgadzać z p. Michalkiewiczem. Wyartykułował w sposób jak zwykle celny i składny to co sam chciałbym napisać. Dla mnie sport profesjonalny to wielki bożek i wielka strata czasu i energii. Jaka motywacja przyświeca ludziom, którzy poświęcają całe swoje życie i znaczne środki po to tylko, żeby marne swoje ciało na chwilę wzmocnić i żeby dorzucić jeden więcej kilogram do sztangi?

    Zawsze zastanawia mnie przy tym postawa katolika. Gość Niedzielny (nominalnie katolicki) przy każdej takiej okazji zmienia się w przegląd sportowy. KAżda najmniejsza pierdoła z olimpiady czy Euro jest opisana, zrelacjonowana. Uczestniczy w tym bezsensownym przedsięwzięciu pełną parą. Wydaje mi się, że Kościół zawsze raczej z dużym dystansem podchodził do „sportowców”. Sposób w jaki żyją i to co robią nie jest katolickie. To para w gwizdek dla głupiej i bezcelowej rywalizacji i tanie, puste emocje dla gawiedzi.

  11. Boryna said

    Rekordomania to również sposób sterowania masami.

Sorry, the comment form is closed at this time.