Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Doradczynie Macierewicza zdemaskowane. Dzięki czytelnikom Oko.press.

Posted by Marucha w dniu 2016-08-22 (poniedziałek)

Wiemy już, kim są tajemnicze doradczynie ministra obrony Antoniego Macierewicza. To m.in. była właścicielka firmy odzieżowej i 28-letnia instruktorka nurkowania. Wcześniej resort odmówił nam informacji o ich dorobku zawodowym. Przesłali je nam nasi Czytelnicy – za pośrednictwem bezpiecznej skrzynki kontaktowej.

W ubiegłym tygodniu pisaliśmy o doradczyniach MON, których dorobek zawodowy i kompetencje nie są publicznie znane. A resort nie chciał ich nam wyjawić.

W gabinecie politycznym ministra Macierewicza jako stałe doradczynie pracują Katarzyna Szymańska-Jakubowska (zatrudniona w listopadzie ub. roku, z pensją 10 tys. zł) i Małgorzata Stafecka (w resorcie od lutego, z prawie 6 tys. zł pensji).

Gdy zapytaliśmy ministerstwo o ich doświadczenie zawodowe, ppłk Jarosław Zeidler z Wydziału Informacji Publicznej MON, poinformował nas, że resort nie ma obowiązku ujawniania takich danych. W internetowym Biuletynie Informacji Publicznej musi podawać jedynie, co członkowie gabinetu politycznego ministra robili w trzyletnim okresie poprzedzającym zatrudnienie w MON: gdzie byli zatrudnieni, skąd otrzymywali wynagrodzenie i czy prowadzili działalność gospodarczą.

O Małgorzacie Stafeckiej w Biuletynie Informacji Publicznej MON przeczytać można tylko, że ma 61 lat i przez ostatnie trzy lata nie wykazywała żadnej aktywności zawodowej.

Katarzyna Szymańska-Jakubowska według informacji z BIP ma 46 lat, w ciągu trzech lat przed zatrudnieniem w MON w ogóle nie zarabiała i nie prowadziła żadnej działalności gospodarczej. Pracowała tylko jako asystentka społeczna w biurze poselskim Antoniego Macierewicza.

Co ciekawe, choć posłowie mają obowiązek zgłaszać w Kancelarii Sejmu nazwiska swoich asystentów społecznych i powinni być oni wymienieni na stronie internetowej Sejmu, wśród współpracowników poszczególnych posłów informacji o Katarzynie Szymańskiej-Jakubowskiej próżno tam szukać. Jej nazwiska nie ma ani wśród współpracowników biura Macierewicza z poprzedniej, ani z obecnej kadencji.

Przed ubiegłotygodniową publikacją znaleźliśmy w publicznie dostępnych rejestrach i internecie jedną Katarzynę Szymańską-Jakubowską – byłą właścicielkę firmy Catherine de Jacques, która zajmowała się produkcją „odzieży dzianej”. Ale wydało się nam nieprawdopodobne, by to ona mogła być stałym doradcą ministra obrony narodowej. Bo stali doradcy szefa MON to ważne osoby. Mogą wpływać na kierunki działań ministerstwa, wskazywać priorytety itp. Od ich kompetencji i doświadczenia może więc zależeć stabilność działania MON, a co za tym idzie – także stabilność i bezpieczeństwo państwa.

Okazało się, że się myliliśmy. Gdy zaapelowaliśmy do Czytelników OKO.press, by pomogli nam ustalić, kim są doradczynie Macierewicza, na naszą anonimową skrzynkę kontaktową otrzymaliśmy wiarygodne informacje potwierdzające, że Katarzyna Szymańska-Jakubowska zasiadająca w gabinecie politycznym ministra i była właścicielka firmy odzieżowej Catherine de Jacques to ta sama osoba.

Według informacji z ewidencji działalności gospodarczej, Szymańska-Jakubowska założyła firmę Catherine de Jacques w 2006 r., a zakończyła działalność w październiku 2014 r. Czyli mniej niż trzy lata temu. Zgodnie z prawem powinna więc zgłosić tę działalność do Biuletynu Informacji Publicznej MON.

W ostatnim dziesięcioleciu Szymańska-Jakubowska współpracowała również z dwoma firmami handlującymi odzieżą należącymi do Andrzeja Rosy (właściciela sieci Royal Collection): Fashion Connection i Agencją J.A.R. A także z firmą Retail Consulting S.A. (obecnie w upadłości).

Małgorzata Stafecka faktycznie nie pracowała nigdzie przez ostatnich kilka lat – dokładnie od 2011 r. A ścieżka jej kariery zawodowej przed 2011 r. była dość kręta. Kiedyś związana była z siecią marketów Makro Cash and Carry (do 2008), współpracowała z Korporacją Tigor oraz Consor&Brokers. Dwie ostatnie firmy związane są ze Stanisławem Tołwińskim – biznesmenem, a równocześnie założycielem Fundacji Military Park, realizującej działania o charakterze „patriotyczno-obronnym” i fundatorem pierwszego w Polsce obelisku ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej – na lotnisku w Kętrzynie. W ub. roku Tołwiński startował jako niezależny kandydat do Senatu.

Od 2009 r. Stafecka pracowała w katolickim Zespole Szkół Przymierza Rodzin nr 3. A w latach 2010–2011 przez kilka miesięcy otrzymywała wynagrodzenie z firmy Agropolgaz, która miała budować biogazownie. Potem – aż do zatrudnienia w MON – już nie pracowała.

Minister Macierewicz korzysta też z opinii zewnętrznych doradców. To w większości znani ludzie – wieloletni współpracownicy Macierewicza, byli członkowie komisji weryfikacyjnej WSI (której Macierewicz przewodniczył za poprzednich rządów PiS) i parlamentarnego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej (któremu szefował w latach 2010–2015), a także byli pracownicy IPN i działacze polonijni. O ich zarobkach pisaliśmy w artykule „Fachowcy Antoniego Macierewicza”.

Ale na liście ekspertów znalazły się także dwie kobiety, o których dotychczasowej działalności i kompetencjach trudno znaleźć jakiekolwiek informacje. Joannie Charytoniuk za usługi doradcze świadczone przez sześć i pół miesiąca resort wypłaci łącznie 34 tys. zł. Aleksandra Śliwoska za pięciomiesięczne doradztwo otrzyma blisko 30 tys. zł. Obie wydają opinie „w zakresie sytuacji kadrowej MON” – a więc w sprawie bardzo ważnej dla sprawnego działania MON.

Zapytaliśmy ministerstwo również o nie – jakim dorobkiem zawodowym mogą się pochwalić?

MON odmówił odpowiedzi na pytanie. Ppłk Zeidler wyjaśnił, że Charytoniuk i Śliwoska nie są etatowymi pracownicami resortu, nie wykonują funkcji publicznych, a co za tym idzie – informacja o ich doświadczeniu zawodowym nie jest informacją publiczną.

I znów – podobnie jak w przypadku stałych doradczyń, przed publikacją ubiegłotygodniowego artykułu znaleźliśmy w publicznych rejestrach i sieci kobiety o takich samych nazwiskach, ale prowadzona przez nie działalność raczej nie wskazywała na to, by mogły służyć resortowi radą w sprawach kadrowych. I tym razem nie doceniliśmy MON.

Okazuje się, że Joanna Charytoniuk ma 28 lat. Przed doradzaniem MON otrzymywała krótko wynagrodzenie z WAT im. J. Dąbrowskiego. Wcześniej była instruktorem nurkowania w Białymstoku, od 2012 r. prowadziła własną działalność gospodarczą „Centrum Foki”. Zawiesiła ją w lipcu br.

Aleksandra Śliwoska ma 26 lat. W listopadzie 2015 r. została zgłoszona jako pracownik biura poselskiego Małgorzaty Gosiewskiej (jej nazwisko nadal widnieje na stronie internetowej Sejmu wśród współpracowników posłanki). Wcześniej, w latach 2011-13, pracowała na umowę zlecenie i umowę o dzieło w Poczcie Polskiej.

Znaczną część informacji zamieszczonych w artykule otrzymaliśmy od naszych Czytelników za pośrednictwem Sygnału – bezpiecznej skrzynki kontaktowej, którą uruchomiliśmy dwa tygodnie temu.

Jest ona dostępna tylko w przeglądarce TOR, umożliwiającej anonimowy dostęp do Internetu. Zgłoszenia są szyfrowane i anonimowe. Dostęp do przysyłanej korespondencji mają tylko dziennikarze śledczy OKO.press.

W ciągu dwóch tygodni działania Sygnału, otrzymaliśmy od naszych czytelników wiele interesujących informacji – o nepotyzmie, nadużyciach władzy w spółkach skarbu państwa i instytucjach pożytku publicznego. Wszystkie stopniowo weryfikujemy. Część z pewnością wykorzystamy w naszych publikacjach. Dziękujemy Sygnalistom za wszystkie wiadomości.

Chcemy również podziękować tym, którzy tylko testowali działanie Sygnału. Mamy nadzieję, że był to pierwszy krok do nawiązania kontaktu z zespołem śledczym OKO.press.

Bianka Mikołajewska
Patryk Szczepaniak
https://oko.press/

Komentarzy 17 to “Doradczynie Macierewicza zdemaskowane. Dzięki czytelnikom Oko.press.”

  1. Adam Ryglowski said

    Czym się różni MAGIEL , od MINISTERSTWA ?/?
    ?

    magle uległy samolikwidacji …

  2. Darien said

    Poziom doradców i wszelkich przydupasów Macierewicza to jedno ale źródło informacji czyli OKO.PRESS to drugie.
    Oto panie i panowie redaktorzy tej prześwietnej redakcji:

    „Magdalena Chrzczonowicz (1985) – socjolożka i antropolożka po ISNS UW, tworzyła i koordynowała projekty społeczne w organizacjach pozarządowych (m.in. Humanity in Action Polska), prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/ek (m.in. PAH, CEO, Amnesty International), publikowała w „Res Publice Nowej”.

    Kamil Dąbrowa (1973) – absolwent filozofii na UW, dziennikarz radiowy i telewizyjny, publikował m.in w „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku”, pracował w Radiu Jazz, Radiostacji, Polskim Radiu, TOK FM, VH1, TVP i TVN24, biegacz amator i kryptofeminista.

    Kamil Fejfer (1985) – analityk nierówności społecznych i rynku pracy związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, prekariusz, autor poczytnego magazynu na portalu Facebook, który jest adresowany do tych, którym nie wyszło, czyli prawie do wszystkich.

    Szymon Grela (1989) – socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.

    Filip Konopczyński (1987) – prawnik i antropolog, absolwent MISH UW, członek zarządu Fundacji Kaleckiego. Zajmuje się analizami prawnymi i gospodarczymi. Publikował m. in. w „Gazecie Wyborczej”, „Res Publice Nowej”, „Dzienniku Opinii”, “Kontakcie” i “Kulturze Liberalnej”.

    Adam Leszczyński (1975) – historyk, adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN, publicysta „Gazety Wyborczej”. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. Szkalował Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”.

    Julia Mardeusz (1993) – absolwentka Ośrodka Studiów Amerykańskich na UW. Współpracuje z „Wysokimi Obcasami”. Zajmowała się mediami społecznościowymi w „Gazecie Wyborczej”. Podróżuje i ogląda amerykańskie filmy.

    Tadeusz Markiewicz (1987) – członek zespołu śledczego OKO.press. Politolog, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Hajfy. Publikował m.in. w „Kulturze Liberalnej”, „Gazecie Wyborczej” i „Nowych Książkach”. Bada, jak elity polityczne wykorzystują tzw. narracje ofiary w trakcie konfliktów zbrojnych.

    Bianka Mikołajewska (1975) – wicenaczelna i szefowa zespołu śledczego OKO.press. Dziennikarka „Polityki” (2000–2013), a następnie „Gazety Wyborczej”. Laureatka kilkunastu nagród dziennikarskich, m.in. Grand Press, Nagrody im. Dariusza Fikusa i Nagrody Radia Zet im. Andrzeja Woyciechowskiego. Bałucki charakter.

    Piotr Pacewicz (1953) – naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współ/tworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”, „Narkopolacy”, „Bieg na Majdan”. Dr psychologii. Feminista.

    Zuzanna Piechowicz (1989) – sekretarz redakcji i dziennikarka TOK FM, wiceprezeska Stowarzyszenia Młodych Dziennikarzy „Polis”. Publikowała m.in. w „Wysokich Obcasach”, magazynie „Kontakt” i „Replice”. Pracuje z więźniami i zachęca do tego innych, bo to ma sens.

    Anna Piekutowska (1989) – dziennikarka OKO.press, absolwentka Instytutu Socjologii na UW. W latach 2010–2014 członkini Porozumienia Kobiet 8 Marca i organizatorka warszawskich Manif. Publikowała w „Polityce” i „Kulturze Liberalnej”. Wydawczyni w Radiu TOK FM.

    Martyna Rusjan (1994) – redaktorka, koordynatorka mediów społecznościowych w OKO.press.

    Stanisław Skarżyński (1984) – socjolog, dziennikarz. Doktorant w ISNS UW. Współpracował z TVN, Radiem ZET. Pisze dla „Res Publiki Nowej” i „Gazety Wyborczej”.

    Jakub Stachowiak (1973) – członek zespołu śledczego OKO.press. Dziennikarz prasowy i telewizyjny. Pracował w „Wyborczej”, „Dzienniku”, „Polityce” i TVN. Nagrodzony w 2011 nagrodą Grand Press za dziennikarstwo śledcze. Trzykrotnie nominowany do tej nagrody. Polonista, motocyklista, niespełniony muzyk.

    Agata Szczęśniak (1980) – wicenaczelna OKO.press. Redaktorka, publicystka. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Doktorantka w ISNS UW. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. Nie pochodzi z Warszawy.”

    jednym słowem napisało „szambo o szambie”

  3. NICK said

    Ale, że co?
    Panseksualista? Tak nie wolno. Ja się nie zgadzam. Przepraszam za zwyrodnialców, Pana komentujących.

  4. panMarek said

    Sto przypadków 10 Kwietnia czyli Leszek Misiak stawia pytania
    Z Leszkiem Misiakiem rozmawia Leszek Pietrzak

    – Minęło pól roku od objęcia władzy przez PiS, a wciąż nie wiemy nic więcej o katastrofie smoleńskiej ponad to, co wiedzieliśmy za czasów, gdy u władzy była PO. Czy powinniśmy oczekiwać konkretnych efektów, czy może jest to zbyt mała cezura czasowa?

    – Nie jest zbyt mała. PiS ma pełnię władzy, dostęp do wszelkiej dokumentacji. Zamiast ujawnienia wiedzy z własnych źródeł, zwłaszcza Służby Kontrwywiadu Wojskowego, co chciałbym rozwinąć dalej, mamy informacje o chęci niesienia pomocy Polsce w ujawnieniu prawdy a to przez Łotyszów, którzy zapowiedzieli, że mają nagrania rozmów załogi z rosyjską wieżą kontroli lotów, a to Szwedów, którzy też oferowali takie nagrania. Wygląda na to, że wszyscy wkoło nagrywali rozmowy załogi polskiego tupolewa rządowego, albo prowadzili nasłuch elektroniczny prezydenckiego pokładowego telefonu satelitarnego, jak Dania, o czym mówił w lipcu 2011 r. były szef NPW gen. Krzysztof Parulski, oprócz polskich służb kontrwywiadowczych. My mamy tylko to, co dali Rosjanie. Przecież to kabaret. SKW nie działa na zasadzie, że w razie katastrofy pyta 36 Specpułk, odpowiedzialny za loty najważniejszych osób w państwie, lub inne podmioty, co takiego się stało, tylko musi wiedzieć na bieżąco, co się dzieje z samolotem prezydenckim, do tego zresztą obligują SKW przepisy MON. Na tym polega istota działania tych służb. Minister Jerzy Miller, którego PiS w okresie, gdy partia ta była w opozycji, obwiniała za zaniedbania urzędnicze związane m.in. z kolejnymi kopiami nagrań z czarnej skrzynki, wciąż nie został pociągnięty do odpowiedzialności, nie słyszałem też zapowiedzi takich konkretnych działań. Jednocześnie tzw. podkomisja smoleńska, „dziecko” A. Macierewicza, zapowiada, że konstruktorzy zbudują nam miniaturowy model Tupolewa do badań nad katastrofą. Podczas kolejnych miesięcznic, rocznic smoleńskich, otwierania kolejnych pomników ofiar, słyszymy ogniste deklaracje o zdeterminowaniu obecnej władzy w dochodzeniu do prawdy, o wolności słowa, tymczasem mamy de facto cenzurę, tyle, że ukrytą za swego rodzaju smoleńską propagandą sukcesu. Proszę zauważyć, że media, zwłaszcza te „niepokorne”, rzekomo najbardziej niezłomne w walce o prawdę smoleńską, nie zadają pytań, wątpliwości dotyczących choćby spraw, o których mówię. Przeciwnie, są tubą, przez którą ta propaganda jest wylewana. Jest to wyrafinowany rodzaj cenzury. Niestety, także rodziny ofiar tych pytań nie zadają, może dlatego, że ci najbardziej zdeterminowani w dochodzeniu do prawdy zostali przez PiS politycznie zagospodarowani, tym samym zamknięto im usta. Myślę też, że część rodzin ofiar, część dziennikarzy i całe rzesze Polaków pogubiło się w tym, co w sprawie Smoleńska się dzieje. Bo jeśli PiS, który poniósł największe straty ludzkie w katastrofie 10 kwietnia 2010 r., miałby wprowadzać swoistą cenzurę posmoleńską, kto ma prawdy dociekać?

    – Minęło już ponad 6 lat od katastrofy. Czy z wyjaśnieniem jej przyczyn będzie podobnie jak z katastrofą gibraltarską, których do dziś nie znamy?

    – Prawda o tragedii smoleńskiej jest znana wielu osobom i instytucjom na świecie, zarówno na Zachodzie jak Wschodzie, także w Polsce. Nie jest możliwe, by w XXI wieku, w środku Europy, na terenie śledzonego przez satelity wywiadowcze lotniska wojskowego, należącego do mocarstwa światowego, gdy nawet samochody mają nawigację, czyli satelita śledzi każdy ruch auta, gdy dzięki satelitom określa się u Kowalskiego w zabitej dechami wiosce straty w uprawach po gradobiciu czy powodzi, gdy mamy globalny nasłuch elektroniczny Echelon, by samolot rządowy z prezydentem państwa członka NATO z tej globalnej wioski był wyłączony. Dzisiaj ukrycie czy wymazanie przyczyn takiego wydarzenia jak katastrofa samolotu dodajmy wojskowego, rządowego, nie wnikając, kto był jej winny i w niuanse techniczne tego wydarzenia, jest niemożliwe. Dodajmy, że z lotniska Smoleńsk Siewiernyj korzystał rosyjski handlarz bronią Wiktor But, pisał o tym m.in. Witold Gadowski i mówił mec. Stefan Hambura. But został w wyniku działań USA zatrzymany w 2008 r. w Bangkoku, odbyła się jego ekstradycja do USA i w 2012 roku został skazany przez sąd w Nowym Jorku na 25 lat pozbawienia wolności oraz 15 milionów dolarów grzywny. But sprzedawał broń do Afryki, Azji, Bliskiego Wschodu i Ameryki Południowej, wspierał nawet Amerykanów w Iraku. W marcu 2016 r. agencja Interfax podała, że na Kremlu rozważano wymianę Ukrainki Nadii Sawczenko, skazanej w Rosji na 22 lata łagru, na dwóch obywateli rosyjskich, jednym z nich miał być właśnie Wiktor But. Takie miejsce jak Siewiernyj, skąd m.in. wysyłał on broń, musiało być pod stałą obserwacją satelitów wywiadowczych naszego sojusznika USA. 29 lipca 2011 r. nieżyjący już gen. Sławomir Petelicki powiedział: „Amerykanie mają klatkę po klatce to, co się stało. Mają wszystkie rozmowy i znają prawdę.”

    – Co zatem trzeba konkretnie zrobić, byśmy dowiedzieli się, co stało się z delegacją prezydencką?

    Pierwszym niezbędnym ruchem powinno być ujawnienie pełnej wiedzy o katastrofie jaką posiada Służba Kontrwywiadu Wojskowego. Nawet, jeśli ma ona klauzulę tajności, to z uwagi na tzw. dobro publiczne, wagę sprawy i szacunek dla rodzin ofiar wiedza ta powinna być po objęciu władzy przez PiS niezwłocznie ujawniona. Tu 154 M 101 był maszyną wojskową, służby wojskowe korzystały z tajnej stacji nasłuchowej – co reguluje instrukcja HEAD, zatwierdzona przez ministra MON, określająca procedury bezpieczeństwa przewozu najważniejszych osób w państwie. Według tej instrukcji do obowiązków informatora służby informacji powietrznej FIS (Flight Information Service) należy monitorowanie lotu statku powietrznego o statusie HEAD. Polskie służby wojskowe wiedziały na bieżąco jak przebiegał lot, także ostatnie chwile Tu-154. Zgodnie z instrukcją HEAD podczas lotu statku o statusie HEAD za granicę wykorzystuje się radiostacje HF do prowadzenia korespondencji radiowej, co umożliwia prowadzenie łączności na bardzo dalekich zasięgach, przesyłanie danych, faxów, obrazów, szyfrowanie transmitowanych danych. Radiostacje wojskowe VHF/UHFwykorzystywane są do kontroli ruchu lotniczego, a nawet (co można przeczytać na stronie polskiej firmy MAW Telecom, której technologie wykorzystywane są w polskich Siłach Zbrojnych oraz służbach podległych MSWiA) „do monitorowania częstotliwości ratunkowych oraz innych aplikacji związanych z łącznością lotniczą. Są w pełni kompatybilne operacyjnie z wyposażeniem sojuszniczych statków powietrznych, zapewniają bezpieczną łączność w trybie ziemia-powietrze oraz ziemia-ziemia”. Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Centrum Operacji Powietrznych muszą więc posiadać niezbędną dokumentację o katastrofie, nagrania rozmów pilotów samolotu z rosyjską wieżą kontroli lotów, co pozwoliłoby zweryfikować kilkakrotnie „poprawiane” przez Rosjan nagrania z czarnej skrzynki. Te nagrania istnieją, takich informacji się nie kasuje. Zaraz po katastrofie w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł informujący, że SKW monitorowała lot. Potem była na ten temat cisza i tak jest do dzisiaj. Praktycznie już same te nagrania SKW powinny dać odpowiedź, co się stało 10 kwietnia 2010 r. Nie chodzi o to, by SKW podawała nam klucz szyfrujący, ale o podanie szczegółowego przebiegu lotu, punktów nawigacyjnych, nad którymi przelatywał Tu-154 M 101 od wylotu z Okęcia aż do momentu krytycznego i nagranych treści rozmów.

    – A jeśli tych informacji w SKW nie ma?
    – Myślę, że gdyby te wszystkie elementarne procedury zostały złamane, czy też te wszystkie informacje w SKW zostałyby zniszczone, PiS po objęciu władzy natychmiast poinformowałoby o tym fakcie, bez najmniejszej zwłoki. Bo są o wiele istotniejsze niż zniszczone notatki dyżurnych Służby Operacyjnej Sił Zbrojnych Sił Zbrojnych, o których tyle rzecznik MON mówił w mediach. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby odważyć się nie wykonać tak kluczowych dla życia prezydenta i jego delegacji procedur, lub zniszczyć tyle tak ważnych informacji, bo to jest jak postawienie się przed „plutonem egzekucyjnym”, dla wykonawców i ich zwierzchników, czy zleceniodawców. Od wyjaśnienia publicznego tej kwestii, ale także kilku innych, powinniśmy w ogóle zacząć. Dopiero potem mówić o nowych komisjach, debatować o wybuchu w centropłacie, wadach silnika, bo to może okazać się przysłowiowym gonieniem króliczka, czy zawracaniem kijem Wisły, nie kończącymi się targami polityczno-medialnymi nad grobami. Najpierw trzeba wyłożyć fakty na stół, które stanowiłyby podstawę – w którą stronę iść. Tego nikt, także PiS, nie chce zrobić.

    – O jakich faktach mówimy?

    – Danych technicznych. Wyjaśnianie katastrofy moim zdaniem powinno odbyć się dwutorowo. Najpierw szczegółowe udokumentowanie z wykorzystaniem wszelkich w tym kontrwywiadowczych źródeł informacji dotyczących przebiegu lotu od wejścia pasażerów na pokład aż do krytycznego momentu, gdy samolot zniknął z monitorów i nasłuchu. Drugie to wyjaśnienie co stało się z tą maszyną. Gdy wyjaśnimy pierwsze, drugie też może stać się jasne. Oczywiście zawsze uwaga skupia się na miejscu tragedii, finale dramatu. Proponuję odwrócić tok myślenia i działania, skupić się najpierw na wyjaśnieniu przebiegu lotu, czyli zostawić na chwilę na boku zerwane nity, brzozę i wstrząsy TAWS, a zrobić techniczny bilans otwarcia – co wiemy o całym locie do tragicznego momentu, zwłaszcza z własnych kontrwywiadowczych źródeł, czego nie, a jeśli nie wiemy, to dlaczego dotąd tak jest i kto za tym stoi. To może otworzyć nowe pole poszukiwań zarówno od strony technicznej jak personalnej.
    Tu-154, jak wskazuje jego awionika, miał na pokładzie urządzenie, którego zapisy dokumentują precyzyjnie przebieg lotu. Urządzenie to posiadają nawet rejsowe samoloty, tym bardziej „Air Force One” jakim był Tu-154 M 101. Chodzi o urządzenie systemu ACARS lub jego wojskową odmianę (szyfrowaną) PACARS, współpracujące z komputerem pokładowym FMS i systemem ostrzegania przed zderzeniem z ziemią TAWS. Wyposażenie polskiego samolotu wskazuje, że ACARS musiał być. Raport Millera o nim nie wspomina, ale na stronie 39 raportu napisano, że samolot był wyposażony w wielofunkcyjny wyświetlacz MFD-640. Właśnie w tym urządzeniu znajduje się wejście (port) ogólnoświatowego operatora ACARS. Jest wprost niemożliwe, by ten samolot nie posiadał ACARS, bo to tak jakby w mercedesie klasy S nie zamontować ABS. ACARS posiada funkcje planowania lotu, nawigacji, zarządzania paliwem, oblicza prędkości wznoszenia, zniżania, magazynuje dane nawigacyjne, w tym systemy podejść, pasy różnych lotnisk, drogi lotnicze, pozwala na wymianę danych z kontrolą ruchu, pozyskiwanie zezwoleń, informacji pogodowych. Alarmuje załogę o wielu błędach, wysyła zdalnie na ziemię dane dotyczące stanu klap, podwozia, parametrów pracy silników. System ACARS bazuje na sieci naziemnych przekaźników, rozsianych po całym świecie. Można je porównać do wykorzystywanych przez operatorów telefonii komórkowej. ACARS podobnie, jak system telefonii komórkowej, „śledzi” swoje urządzenia. Trwa to w ciągu całego lotu maszyny i odbywa się całkowicie automatycznie. Z kolei urządzenie w samolocie przez cały czas lotu monitoruje stacje na linii jego drogi. Dzięki temu służby rządowe, lotniskowe lub centrale linii lotniczych wiedzą, kiedy samolot wylądował i czy nie miał po drodze awarii. Zapisy systemu ACARS pomagają w wyjaśnieniu okoliczności wielu katastrof. Informacje z systemu ACARS musiał odbierać dyżurny w 36 Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Co istotne, z instrukcji obsługi zestawu satelitarnego AERO-HSD+, firmy Thrane & Thrane, który był na pokładzie TU154 M 101, wynika, iż zestaw ten w pełni współpracuje z systemem ACARS. Telefon satelitarny jest całkowicie zintegrowany z awioniką samolotu. Satelita i telefon muszą po prostu się „widzieć” by móc skutecznie zrealizować połączenie. A jak wiemy bracia Kaczyńscy rozmawiali przed tragedią przez telefon satelitarny. Z moich ustaleń wynika, że komputer ACARS był na pokładzie. Znamienne, że nikt z MON, SKW nie chce na temat ACARS wypowiedzieć się jednoznacznie. A do wyjaśnienia tej sprawy nie potrzebujemy Rosji, odpowiedź jest przecież w Polsce.
    6 czerwca 2011 r., w wypadku dwóch polskich awionetek, do którego doszło w Asturii, na północy Hiszpanii, jak pisały media, zginął m.in. znany polski architekt Stefan Kuryłowicz. O tym nie pisano, że jedną z ofiar był były pracownik działu łączności LOT, który znał bardzo dokładnie działanie systemu ACARS w Polsce. Nie twierdzę, że był ofiarą tzw. seryjnego samobójcy, ale na pewno jego wiedza bardzo by nam dziś była pomocna.

    – Jakie są inne dane techniczne, które mogłyby doprowadzić nas do punktu krytycznego?

    – Sprawa boi ratunkowej czyli lokalizatora. Kiedy samolot uderzy w wodę lub ziemię, czy nastąpi w nim wybuch, boja ratunkowa automatycznie włącza sygnał nadawczy (pilot też to może zrobić). Niestety, samolot rządowy pozbawiono lokalizatora, co jest rzeczą bez precedensu w lotnictwie. Miesiąc przed katastrofą w Tu-154 wyłączono radiostacje ratunkowe. W swoim raporcie komisja Millera napisała, że radiostacje przenośna ARM – 406 AC 1 oraz ARM – 406P, zamontowana na stałe w samolocie, zostały wyłączone, bo zakłócały pracę odbiorników GPS1 i GPS2. To tak jakby np. w spadochronie pilota przed startem stwierdzono zepsutą sprzączkę i zamiast ją wymienić lub naprawić usunięto by spadochron. Sprawdzenie, czy radiostacja ratownicza zakłóca działanie pokładowego GPS trwa pół godziny. Samolot, jeśli istnieje podejrzenie takiej usterki, kieruje się na tzw. płytę kompensacyjną, specjalnie wydzielone miejsce na lotnisku do kalibrowania przyrządów nawigacyjnych. Na warszawskim lotnisku Okęcie są dwa takie miejsca. Tego nie uczyniono. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy w bajki, że w elitarnym 36 SPLT nie zdawano sobie sprawy, że usterka jest prosta do usunięcia i z katastrofalnych skutków usunięcia boi ratunkowej. Co było prawdziwym powodem tego – nie obawiam się użyć tu stwierdzenia – sabotażu, czy wręcz dywersji? To możemy ustalić bez pomocy Rosjan.

    – Pozbawienie prezydenta szansy na skuteczną i szybką akcję ratunkową w przypadku katastrofy to poważny zarzut. Przecież samolot mógł spaść np. w Puszczy Białowieskiej…

    – Dlatego lokalizatory są niezbędnym wyposażeniem wszystkich samolotów, zarówno cywilnych, jak wojskowych. Gospodarzami światowego systemu ratunkowego lotniczego i morskiego są USA, Rosja i Francja. Jeśli w polskim Tu-154 byłaby aktywna radiostacja ratunkowa, państwa, które odebrałyby sygnał tej boi, znałaby czas wypadku co do sekundy, m.in. Rosja, Białoruś, Estonia, Litwa, Finlandia, Polska, ale i wiele innych państw. W Polsce centrum ratownictwa, które odebrałoby ten sygnał, znajduje się w Gdyni. Sygnał, emitowany przez boję ratunkową zawiera dane identyfikujące statek powietrzny i określa jego położenie według GPS. W styczniu 2012 roku w Lęborku na Pomorzu, jak pisał „Fakt”: „Polscy złomiarze ściągnęli pomoc z kosmosurozbierając radionadajnik używany w samolotach. Kontrolerzy satelitów w Kanadzie i w Rosji odebrali sygnał z Polski, zaalarmowano Ośrodek Koordynacji Poszukiwań i Ratownictwa Lotniczego. Ten na równe nogi postawił policję i Marynarkę Wojenną. Z lotniska w Gdyni Babich Dołach wystartował śmigłowiec marynarki Wojennej „Anakonda” , którego załoga zlokalizowała źródło emisji sygnału pod Lęborkiem. Gdyby w Tu-154 nie wyłączono boi lokalizacyjnej, 10 kwietnia 2010 r. dyżurny w Gdyni Babich Dołach odebrałby wołanie o pomoc polskiego samolotu. Usunięcie lokalizatora spowodowało, że stało się niemożliwe do ustalenia przez stacje, które odebrałyby sygnał, miejsca i dokładnej godziny katastrofy. Także ACARS umożliwia odtworzenie trasy, miejsca i dokładnej godziny katastrofy. Kolejny przykład: jak twierdziła prokuratura wojskowa na pokładzie Tu-154 M101, 23 karty SIM telefonów ofiar były zalogowane w sieciach telefonii Federacji Rosyjskiej. A więc po stacjach przekaźnikowych ulokowanych na terytorium Rosji można odtworzyć trasę przelotu, a także godzinę katastrofy, czyli na jakiej stacji przekaźnikowej i kiedy precyzyjnie łącza się urwały. Nie potrzebujemy do tego Rosjan, bo wszystkie połączenia w roamingu są autoryzowane w sieci macierzystej, w tym przypadku polskiej. Te bilingi, także konkluzje do jakich ich analiza doprowadziła prokuraturę, są od 6 lat nieujawnione. Pojawia się naturalne pytanie, czy właśnie ukrycie ww. informacji na temat czasu i miejsca nie leżało u źródeł tych technicznych zagadek? Bo jakie inne może być wytłumaczenie? I drugie pytanie, jeszcze ważniejsze – jeśli na mokradłach pod Siewiernym miał miejsce losowy wypadek, jak utrzymuje MAK i komisja Millera, a nawet jeśli samolot został tam rozerwany w wyniku wybuchu, po co ukrywać czas tego zdarzenia? Teoretycznie nie można wykluczyć przypadkowości tych zdarzeń, ale zbyt wiele w sprawie tragedii smoleńskiej było przypadków, ja naliczyłem blisko sto, by przyjąć jako pewnik ich losowość. Następny przykład – na pokładzie Tu-154M 101 znajdowało się urządzenie – KLN89B, które zapisywało trasę lotu, czyli współrzędne, podobnie jak TAWS i FMS. KLN to w uproszczeniu FMS, tylko nie podłączony do awioniki Tu154. Polscy prokuratorzy je obejrzeli, ale, jak stwierdzili,… nie badali. Zaginął też TCAS II – pokładowy system zapobiegający zderzeniom statków powietrznych i przechowujący dane o operacjach samolotu, oraz moduły GPS z jakich korzystał komputer pokładowy FMS.

    – Brak postępów w ustaleniu prawdy sprawia, że analizowane są teorie, np. że samolot nie doleciał do Smoleńska, że doszło do maskirowki, czyli zbrodniczej inscenizacji.

    – Że Tu-154 zamiast na Siewiernym, wylądował np. w Briańsku. Chodzi o nowoczesną bazę wojskową Sieszcza (Sioszcza) położoną w lasach w obwodzie briańskim, w odległości około 150 km od Smoleńska (to z Briańska transportowano do Polski rzeczy ofiar tragedii). Tak uważają zwolennicy teorii „dwóch samolotów”, według której 101 został przechwycony elektronicznie, a na Siewiernym były podrzucone szczątki innej maszyny i niektóre ciała. Jeśli Antoni Macierewicz chce udowodnić, że jest to teza nieprawdziwa, powinien podać do publicznej wiadomości oficjalnej, potwierdzone, szczegółowe dane techniczne nt. trasy przelotu nad konkretnymi punktami nawigacyjnymi, aż do momentu krytycznego. Nie wystarczy stwierdzenie, że to absurdalna teoria. Nic nie jest absurdalne, także wybuch, jeśli się tego nie wykluczy, albo nie potwierdzi empirycznie. A jeśli w Smoleńsku nie było eksplozji, a mimo to widzieliśmy tak duże rozdrobnienie maszyny, która spadła z wysokości, na jakiej puszcza się latawce, to przecież tym bardziej zagadkowa sytuacja. Wbrew pozorom teza o eksplozji jest dla Rosji mniej przerażająca niż inscenizacja, która z oczywistych powodów świadczyłaby o bezwzględności ich działania i jednoznacznie dowodziłaby ich winy. Drobiazgowość takiego planu nie mogłaby się przecież powieść bez wiedzy rosyjskich służb. Natomiast zamachowi w wyniku eksplozji można przypisać różnych autorów i różne miejsca podłożenia ładunku, nie koniecznie Rosję. A jeżeli to był losowy wypadek, jak twierdziła komisja Millera, dlaczego tych kwestii i ukrywanych informacji, o których mówiliśmy, nie upubliczniono za rządów PO, skoro, jak rozumiem, potwierdziły by wersję Millera?

    – Nie znamy żadnych nagrań, żadnych szczegółów jak wyglądała odprawa pożegnalna prezydenta i jego delegacji.

    -To dziwna sytuacja. Na płycie nie było, co zastanawia, dziennikarzy z kamerami telewizyjnymi, które zarejestrowałyby odlot pierwszej pary. Brak relacji TV z odlotu to też prawdziwa zagadka. Dokładne przesłuchania świadków wniosłyby do wyjaśnienia wszystkich ww. kwestii i całej zagadki Smoleńska dodatkową wiedzę. Dziwne też, że powołano podkomisję, nie zaś komisję sejmową, co uchroniłoby przed podważeniem tych ustaleń w przyszłości i oskarżeniami o stronniczość polityczną czyli narzucanie jednej narracji, jednej tezy. Gdyby, tak jak to miało miejsce np. podczas sejmowej komisji śledczej w tzw. sprawie Rywina, przesłuchano przed kamerami telewizji publicznej wszystkich świadków, uczestniczących bezpośrednio lub pośrednio w przygotowaniu, zabezpieczeniu wizyty, także jej obsłudze medialnej, z całą pewnością nasza wiedz na temat okoliczności katastrofy by się poszerzyła. Taka komisja sejmowa powinna przesłuchać m.in. tych, którzy byli wówczas w Smoleńsku, także dziennikarzy, szczególnie telewizyjnych i radiowych, którzy powinni przekazywać relację z przylotu prezydenta na żywo, nawet (a może zwłaszcza), jeżeli w czasie katastrofy byli w hotelu, czy w innym miejscu zamiast na lotnisku. Bo tam, w Rosji, odbył się tragiczny finał. Także publicznie odpytać przed komisją sejmową, szefostwo, obsługę techniczną i pilotów 36 specpułku m.in. na temat ACARS, lokalizatora, samolotu rezerwowego, którego nie podstawiono łamiąc instrukcję HEAD. W smoleńskiej grze przypadków uczestniczyło wiele osób, różnego szczebla, z różnych branż, także z mediów. Duża ilość osób związanych z tą dziwną przypadkowością zwiększa szansę na ujawnienie prawdy.

    – Ustalenia komisji Millera jednoznacznie wskazują, że tragedia w Smoleńsku była losowy zdarzeniem.

    – Dopóki nie zostaną wyjaśnione wszystkie najważniejsze kwestie, nie można uznać tego za ostateczne ustalenia, bo mamy do czynienia ze zbyt dużą ilością zagadek. Już sam fakt, że po 6 latach nie znamy nagrań radiostacji HF, nie mamy wiedzy o ACARS, nie mamy prezydenckiego telefonu satelitarnego, nie mamy informacji z boi ratunkowej, nie znamy bilingów telefonów ofiar, zaginął w zasadzie niezniszczalny tzw. rejestrator lotu KZ-63, którego zapisów nie da się sfałszować (komisja Millera stwierdziła, ze nie został odnaleziony), skoro nie znamy zapisów KLN89B, zaginął TCAS II, to pytanie o ukrywanie prawdy staje się retoryczne.W sprawie katastrofy smoleńskiej możliwe są, jak napisałem w swojej książce „Prawicowe dzieci czyli blef IV RP”, różne scenariusze, na przykład mogła to być tzw. operacja pod fałszywą flagą, metoda stosowana przez różne służby specjalne w świecie – podszywanie się jednych służb pod inne. Nie wystarczy twierdzenie, że Rosja ukrywa prawdę. To nie daje odpowiedzi, dlaczego Polska też ją ukrywa. Zwłaszcza zaś brak stanowiska MON, którym kieruje były szef Zespołu Parlamentarnego ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, wobec kwestii, o których powiedziałem, jest niezwykle zagadkowy. Nie da się wyjaśnić katastrofy poprzez utajnianie faktów jej dotyczących.

    (Chudsza wersja tej rozmowy ukazała się w „Warszawskiej Gazecie” w szóstą rocznicę zamachu)

  5. Grace said

    Takiego gowna nie bylo nawet za socjalizmu a tyle kumoterstwa zarzucano bylej PZPR, a teraz to juz wszystko wolno..

  6. Boydar said

    Jeżeli prawdą jest co powiedział Brzeziński (zdaje się że on), że gdyby prawda o tym zdarzeniu („smoleńskim”) ujrzała światło dzienne, mielibyśmy trzecią wojnę światową. Nie powiedział dlaczego. Skoro jednak nie mamy, to znaczy że wszyscy, łącznie z Ministerstwem Obrony Narodowej i Macierewiczem, wypełniają swoje zadania zgodnie z oczekiwaniami i interesem większości. Ciekawość duetu Misiaka&Pietrzak aż do nowej prowokacji gliwickiej pozostanie chyba niezaspokojona.

  7. Zerohero said

    Rebe Macierewicz ma za zadanie rozpętać wojnę, ale przecież nikt nie mówił o zwycięstwie. Nie są mu zatem potrzebni poważni doradcy, tylko przydupasy bez szkół i doświadczenia. Tak nawet będzie lepiej.

  8. re1truth2 said

    No, ale ja bardzo przepraszam, jest jedna doradczyni z doświadczeniem w odzieżówce. Armia będzie kontrolowana pod kątem jakości szwów w kroku, co widać też w nowym kroku defiladowym, a to jest ważne. Bo jak szew puści i co…
    .http://i.iplsc.com/adam-lambert-prezentuje-dziure-w-spodniach/0003WAXF6VY61JPY-C122-F4.jpg
    albo spadną…
    .http://www.penera.pl/upload/images/622bf36fd07fa0193a5a5afd61f4c2d4_przez__middle.jpg

  9. Isia said

    … no cóż … nawzajem są siebie warci …

  10. Re: Artykul…
    A kto moze pracowac (wspolpracowac) z maciar-k…wa-rawiczem??? Tylko k..rwa i zlodziej, bowiem k…rwa k…rwie lba nie urwie…co najwyzej wylize d…pe…
    Caly ten „kneSejm” jest s…rwienie zazydzony…
    ======================
    jasiek z toronto

    http://polskawalczaca.com

    P.S. Ilu to „kom-bat-trampow” nastawilo klapy na preZYDenckie odznaczenia???
    No tak, „chlebowe” i jakos zyc trzeba…

  11. Głos Prawdy said

    7. Odnośnie tego rebe. On serio sprzykrzył Rosji. Tam jeśli wspominają z irytacją niektórych osobników, co wyróżnili się „miłością” do Rosji, to następny krok – ogłoszenie bezstronnych faktów, żeby w zamian rozpalania wrogości poświęcili czas praniu swojej reputacji. Chociaż on nie na tyle ważnу gęś, żeby im zajmować się.

  12. Marucha said

    Re 11:
    Widzi Pani… tu nawet chodzi nie tyle o jego durne poglądy na politykę, ale o to, że przecież wykazuje jasne objawy choroby psychicznej. Kompromituje Polskę na każdym kroku – choć oczywiście wrogowie Polski mu przyklaskują, bo znaleźli idiotę, co usiłuje podgryzać Rosję, a oni stoją z boku i się śmieją w kułak z debila.

  13. panMarek said

    Jaśkowi z Toronto bardzo dziękujemy za krótki meldunek sytuacyjny i rzeczową ocenę teraźniejszości.
    Pozdrawiamy Jaśka serdecznie i zażydzone Toronto też.

  14. Anucha said

    Pan Antoni Macierewicz nie jest człowiekiem chorym psychicznie ani idiotą. Wykonuje najlepiej jak potrafi dyspozycje swoich mocodawców a robi to bardzo skutecznie. Pod przykrywką szaleńca prowadzi bardzo niebezpieczną dla nas politykę a my tylko z pobłażaniem kiwamy głowami.
    Trzeba stanowczo działać i doprowadzić do dymisji szkodnika.

  15. Boydar said

    „… prowadzi bardzo niebezpieczną dla nas politykę …”

    Nie, Panie Anucha. Bo on ma realnie gów.no do gadania. Jego rolą jest operowanie światłami sceny i stwarzanie niezbędnego klimatu dla potrzeb scenariusza. Chyba zdaje Pan sobie sprawę, że to nie klimat czy jego „ocieplenie” nas zabija …

    Proszę przypomnieć sobie notkę o alokacji grupy śmigłowców z Kaliningradu. Nie śmiał bym się, gdyby Ruscy całkiem zdjęli stamtąd załogę i zdemontowali nawet szlabany graniczne. Jedyne co ich ewentualnie powstrzymuje to droga morska przez Bałtyk i obawa przed różnymi głupimi pomysłami pojedynczych natowszczyków. Muszą też zapewne utrzymywać umówione pozory.

  16. Inkwizytor said

    Żeby życie miało smaczek raz dziewczyna, raz chłopaczek. Chazar maciora tak lubi 🙂

  17. L2P said

    ad 4
    Nikt na siebie publicznie nie bedzie donosil a w tym wypadku nawet podczas `spowiedzi`..

    Trudno pojac..pomioty maja inna strukture..co widac hocby po `polskim sejmie`..

    Wake UP people..

Sorry, the comment form is closed at this time.