Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Tak nas dobijają fundusze unijne

Posted by Marucha w dniu 2016-09-05 (poniedziałek)

Tani, obcy pieniądz, pochodzący z obcych, nieproduktywnych źródeł prowadzi do jałowienia gospodarki i wypłukiwania z niej innowacyjnego pierwiastka. Dotyczy to również zagranicznych kredytów – choćby najtańszych – zwłaszcza denominowanych w obcej walucie czy też unijnych funduszy strukturalnych, traktowanych powszechnie jako wielkie dobrodziejstwo dla naszego kraju.

Od pierwszych chwil przystąpienia do Unii Europejskiej Polska zyskała prawo do ubiegania się o przyznanie, a także do regularnego otrzymywania tzw. europejskich funduszy strukturalnych. Pieniądze te w postaci miliardów euro rocznie przekazywane są polskiemu rządowi oraz władzom innych krajów członkowskich UE w związku z realizacją celów wskazanych w wieloletnich planach rozwojowych „wspólnoty”.

Środki te przyjęło się uznawać za stymulujące rozwój, innowacyjność i konkurencyjność gospodarki. Ich znaczenie oraz dobroczynne działanie zostało zmitologizowane do tego stopnia, że nawet dziś wieloletni plan „odpowiedzialnego [cokolwiek to znaczy] rozwoju” ogłoszony ustami urzędującego ministra rozwoju a jednocześnie wicepremiera przewiduje, że „środki unijne” będą w blisko połowie źródłem finansowania owego planu.

Całkowite niezrozumienie mechanizmu wpływania obcego (pochodzącego z zewnątrz) taniego pieniądza pompowanego do gospodarki bez względu na stan rynkowej koniunktury jest – niestety – smutnym przykładem intelektualnego uwiądu rządzących elit oraz ich ekonomicznego zaplecza. Skazuje to rozmaite plany (np. formułowany przez adekwatne ministerstwo „plan odpowiedzialnego rozwoju”) na fiasko, względnie czyni je listą pobożnych życzeń zakładających mniej więcej tyle, że długofalowy plan modernizacji polskiej, wybitnie proeksportowej gospodarki, mieliby ochoczo sfinansować Polsce Niemcy. Tak oczywiście nie będzie, a kto twierdzi inaczej, ten wpycha nasze państwo w głęboką po kolana koleinę wyżłobioną przez ekonomiczne dzieje podobnych do Polski ekonomicznych analfabetów w rodzaju Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy Irlandii. Jaki zatem wpływ na gospodarkę mają owe mityczne „europejskie fundusze”?

Choroba holenderska

Oddziaływanie taniego (bo pozyskiwanego niskim bądź żadnym nakładem pracy) oraz obcego (bo pochodzącego z zewnątrz i napływającego bez względu na stan wewnętrznej czy regionalnej koniunktury) pieniądza prześledzić można na przykładzie ekonomicznych dziejów gospodarek wielu krajów. Zjawisko to nie jest niczym nowym. W ekonomii znane jest świetnie i opisane po wielokroć. Nie trzeba jednak sięgać do odległych czasowo źródeł, aby doszukać się rzeczowego wyjaśnienia podobnych fenomenów.

Jednym ze słów-wytrychów wykorzystywanych do ich opisu jest „choroba holenderska” (the Dutch disease). Pojęcie to wywodzi się ze spostrzeżenia, jakie poczyniono w Holandii w drugiej połowie XX wieku, po odkryciu bogatych złóż gazu ziemnego. Odnotowano, z jak dużą siłą potężny, zyskowny sektor oddziaływał wyniszczająco na inne sektory gospodarki. Obniżka cen gazu prowadziła w sposób nieuchronny do podbicia kursu walutowego lokalnej gospodarki, co czyniło eksport innych produktów wytwarzanych w gospodarce przedsięwzięciem coraz bardziej karkołomnym.

W ten sposób jedna duża, silna i zyskowna branża przynosiła gospodarce łatwy pieniądz, czyszcząc ją z innych branż, także tych innowacyjnych. Im większe uzależnienie od napływu pieniądza z danego sektora, tym silniejszy proces jałowienia reszty gospodarki. Podobne zjawisko znane jest skądinąd także z psychologii, która opisuje, w jaki sposób silny, dominujący lider wyjaławia swoje otoczenie z jednostek innowacyjnych, myślących inaczej od siebie. Myślę, że każdy bez trudu znajdzie we własnej dziedzinie analogię do omawianego zjawiska.

Mieszkanie „tanie inaczej”

Opisywana powyżej prawidłowość dotyczy również obcego pieniądza, pochodzącego z innych, zupełnie nieproduktywnych źródeł, takich jak zagraniczny kredyt – choćby najtańszy – zwłaszcza denominowany w obcej walucie czy też wspominane powyżej „europejskie środki”. Prowadzi do jałowienia gospodarki i wypłukiwania z niej innowacyjnego pierwiastka, bardzo podobnie, jak ma to miejsce w przypadku eksporterów surowców naturalnych.

Tutaj jednak dodatkowym kosztem jest dług, który w sposób nieunikniony narosnąć musi wskutek owej „kuracji” ekonomicznej zewnętrznymi źródłami finansowania. Ów dług prędzej czy później przerodzi się w polityczną zależność od ośrodków trzymających w garści ów kurek z pieniądzem. Zna ten scenariusz Afryka, znają go Azja i Ameryka Łacińska. Po blisko trzech dekadach bezrozumnej i nieodpowiedzialnej polityki gospodarczej kolejnych polskich rządów przyjdzie wkrótce taki czas, że poznamy go także i my (zainteresowanych tym tematem odsyłam do tekstu poświęconego tej kwestii).

Wzrost podaży pieniądza prowadzi do wzrostu cen, a ten do wzrostu zadłużenia. Kto ma na plecach wór w postaci długu (nieważne, państwo, firma czy osoba prywatna), ten nie będzie myślał z ochotą o podejmowaniu niepewnej co do zysków, a nieuchronnej co do kosztów własnej kreatywnej działalności.

W ciągu pierwszych pięciu lat od momentu wejścia Polski do UE podwoiły się ceny mieszkań, co odpowiada w przybliżeniu wzrostowi agregatu monetarnego M3 (dane: NBP). Średnie uposażenie (wiemy, ile mające wspólnego z rzeczywistością) w tym samym czasie wzrosło o ok. 50 procent (czyli windowało się o połowę wolniej w porównaniu z cenami mieszkań.

Tymczasem skumulowany wzrost PKB po pierwszych 11 latach członkostwa Polski w UE (a więc jeszcze 6 lat po wystąpieniu efektu podwojenia cen mieszkań) wzrósł o 53 procent. Innymi słowy, jeśli ktoś na początku 2004 roku mógł myśleć o zakupie mieszkania bez zaciągania długu, to pięć lat później z wszelkim prawdopodobieństwem tej samej osobie pozostawała jedynie perspektywa zaciągnięcia i spłaty wieloletniego kredytu.

Rząd polski, nie rozumiejąc sytuacji, dotował pieniędzmi z kredytów obcych (ponownie tani pieniądz z zagranicy) programy mieszkaniowe dla młodych, zwiększając jeszcze ilość pieniądza w gospodarce i dodatkowo windując ceny mieszkań. Akurat w tym czasie na rynek nieruchomości wchodziły roczniki z wyżu z początku lat 80. i to one masowo stały się ofiarą zaistniałej sytuacji.

Kosztowna „pomoc”

Nie sposób dziś powiedzieć, jak negatywny wpływ na gospodarkę, na przykład polską, mają unijne fundusze. Można próbować wyliczyć – i wielu tego próbuje – ile nas w rzeczywistości kosztują. Jednak obciążenia finansowe związane z rozrostem administracji czy z koniecznością uiszczania składek członkowskich stanowią jedynie część (w mojej opinii nie najistotniejszą) kosztów, jakie ponosi gospodarka tytułem absorpcji unijnych „funduszy”.

Poważniejszym problemem są: napływ dodatkowego – pustego, obcego – pieniądza oraz wynikające stąd zaburzenia na lokalnym rynku pieniężnym i walutowym. Jaki byłby kurs wymiany złotówki na inne waluty, gdyby Polska nie przyjmowała unijnych funduszy? Na ile inaczej kształtowałby się dziś i na przestrzeni ostatnich lat? W literaturze znaleźć można próby odpowiedzi na to pytanie. „Analiza konsekwencji napływu środków UE na sytuację makroekonomiczną, poziom kursu walutowego i perspektywy wypełnienia kryteriów konwergencji” dostępna na stronie Ministerstwa Finansów podaje następujące informacje:

„W okresie, gdy do gospodarki napływają fundusze UE, ich oddziaływania powoduje umocnienie złotego, rosnące wraz ze zwiększeniem skali nowych środków. Zakładamy, że środki w walucie wymieniane są na złote poprzez rynek. Aprecjacja osiąga szczytowy moment w czasie, gdy następuje kumulacja napływu środków z UE do gospodarki. W tym czasie kurs złotego wobec euro jest niższy o około 3 proc. [czyt.: złotówka umacnia się względem euro – przyp. KJ]. Później efekt maleje wraz ze zmniejszaniem kwot napływających środków, a zakończenie napływu gwałtownie odcina jeden ze strumieni waluty do kraju powodując deprecjację złotego, której skala maleje jednak z upływem czasu”.

Rzecz jasna, wspomniane powyżej 3 procent jest tylko szacunkiem, do którego wysokości należy pochodzić ostrożnie, tym bardziej dzisiaj, kiedy unijne pieniądze napływają do Polski dużo bardziej wartkim strumieniem (autorzy opublikowali raport w 2010-2011 roku, opierając się na danych z poprzedniej „perspektywy budżetowej”). Szczęśliwie wolumen napływających do Polski „europejskich środków” jest o wiele mniejszy od wolumenu wspominanych tu kilkukrotnie środków finansowych pozyskiwanych przez wielkich eksporterów surowców naturalnych.

Mechanizm wypłukujący (za pośrednictwem unijnych „funduszy”) z naszej gospodarki innowacyjność i przedsiębiorczość działa w Polsce mniej intensywnie niż tam. Ale działa. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy widzisz na mieście tabliczkę z dumnym napisem o współfinansowaniu inwestycji z wiadomych środków bądź gdy słyszysz o dotacji na budowę autostrady. Ale działa ów mechanizm również kiedy występujesz o „przysługujące ci” środki, kiedy otwierasz działalność gospodarczą, albo kiedy występujesz o środki europejskie na remont kościoła.

Japońska lekcja

W jaki sposób inne państwa walczą z „gorącym pieniądzem”? Cennego doświadczenia dostarczyła gospodarka japońska. Napompowana tanim pieniądzem pochodzącym z eksportu towarów do Stanów Zjednoczonych w latach 70. i 80. (USA – sztucznie przeszacowany kurs walutowy w związku z powiązaniem go z ceną baryłki ropy naftowej, więcej tu) doświadczyła rozrostu bańki spekulacyjnej na lokalnym rynku nieruchomości oraz giełdzie na niespotykaną dotychczas skalę.

Z chwilą, kiedy kurs wymiany jena i płace Japończyków urosły do tego stopnia, że przestali być konkurencyjni w międzynarodowym handlu, ale nie na tyle, by stać ich było na kosmicznie drogie mieszkania, gospodarka japońska zaczęła się krztusić. Zakrztuszenie przeszło w gwałtowny kaszel, który poskutkował paniką na rynku nieruchomości, a ta doprowadziła do spadku cen nawet o 70 procent. Japończycy zrobili wszystko, by uniknąć głębokiego i bolesnego kryzysu deflacyjnego. Udało im się, deflacji uniknęli. Ceną jest trwająca na ich rynku od trzydziestu lat stagnacja.

Ekonomiczne kierownictwa najważniejszych światowych graczy pamiętają tamtą lekcję doskonale. Podejmują stosowne działania, żeby nigdy nie znaleźć się w pozycji Japonii. Chińczycy przewidują potężne inwestycje w to, co znamy dzisiaj, jako Nowy Szlak Jedwabny. Działanie to nie jest niczym innym, jak wyrzuceniem z Chin nagromadzonego przez nadwyżkę eksportową kapitału (taniego, obcego pieniądza) i niedopuszczenie w ten sposób do realizacji w Chinach japońskiego scenariusza sprzed kilku dekad.

Chińczycy rozumieją, w jaki sposób na gospodarkę działa tani, obcy pieniądz. Niemcy swoje gigantyczne zyski z kolosalnej nadwyżki w handlu zagranicznym inwestują w projekt europejski. W „fundusze strukturalne” dla Polski, w „ratowanie” Grecji i Hiszpanii. Oni także rozumieją, jak na gospodarkę działa toksyczny pieniądz. A my?

Wyścigi samobójców

Naturalnie, wskazać można szereg pięknych przedsięwzięć zrealizowanych dzięki „europejskim funduszom”, wypisać listę firm, które udało się założyć albo unowocześnić dzięki pieniądzom płynącym z UE. Nie będę, siląc się na tani obiektywizm, poświęcał tutaj miejsca na podobne zabiegi. Prasa ostatnich lat pełna jest unijnej propagandy sukcesu. Głosów odmiennych jest jak na lekarstwo, a ten nie ma szans by choćby przysypać kanion mitologii wykopany wokół „europejskich środków”. Szkoda, bo, ogólnie rzecz biorąc, patrząc na kwestię z perspektywy całej gospodarki, stwierdzić należy jednoznacznie, że „europejskie fundusze” bez względu na ich nazwę, formę przyznania czy cel, są instrumentem ekonomicznym osłabiającym gospodarczo ich „beneficjentów”, w tym Polskę.

Skala niezrozumienia tego zjawiska jest dziś tak olbrzymia, że aż przygnębiająca. Nie sposób wymazać z pamięci tryumfalnego oblicza byłego premiera Tuska komunikującego społeczeństwu, że w nowej „budżetowej perspektywie” przyznanych Polsce zostanie jeszcze więcej niż poprzednio, bo aż sto miliardów euro z puli europejskich „środków”. Tymczasem jedyną reakcją ówczesnej opozycji (w tym PiS) na ów europejski „tryumf” był pomruk, że można było przecież wynegocjować dwieście… Przykro było patrzeć, jak polskie elity targują się o cenę kolejnego kawałka konopnego sznura, jaki właśnie sprzedany został europejskim bolszewikom.

Ksawery Jankowski
http://www.pch24.pl

komentarze 4 to “Tak nas dobijają fundusze unijne”

  1. JerzyS said

    Rosjanie zamiast ceł ochronnych,
    zafundowali sobie sankcje gospodarcze
    i spowodowało to rozwój gospodarki!:)

  2. revers said

    przede wszystkim te fundusze zamieniane sa w pasywa, nie w aktywa inwestycyjne, o czym pisanoo wielokrotnie w gajowce. Pozostaje tylko infrastruktura ktora moze przejac strategiczny jak zawsze inwestor z zewnatrz, lub jakies gospodarstwa agroekologiczno-turystyczne do ktorych i tak zaden brukselski aparatczych, lub gosc z zachodu nie zawita. Pryzklad Grecji korzysta dluzej ze srodkow unijnych i jest bankrutem, w dodatku cala infrastrukture wykupuje sie jak swoje za pol darmo, w troche lepszej sytuacji jak Grecja jest Polska, bo moze troche manewrowac na kursach walut euro-zlotowka, ale jak przyjmie euro to i ta mala korzysc odpadnie a przyspieszy sie refundacje, zwroty na zachod, tam malo nie biora.

    Nie maly koszt funduszy obejmuje sama obsluga funduszu, i tak firma nawet na zchodzie musi przyjac dodatkowego pracownika,, lub caly zespol pracownikow ktory nic innego nie robi tylko prowadzi sprawozdawczosc finansowa funduszu, z czego na koncu robi sie firma FUNDUSZ dla samego funduszu.

  3. L2P said

    ale jestesmy wreszcie na zachodzie marzenia sie spelniaja chich.ot histori..

  4. Nieważny said

    Słyszałem nie od jednego jak to my jesteśmy od zawsze bardziej związani z zachodem niż ze wschodem albo coś takiego „jak uciekniesz na zachód to może być dobrze lub źle, a jak na wschód to zawsze źle „.

Sorry, the comment form is closed at this time.