Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

CETA wejdzie przez tylne drzwi?

Posted by Marucha w dniu 2016-10-13 (czwartek)

Kilka dni temu (6 października), unikając skrzętnie wszelkiego zbędnego rozgłosu i przy wypróbowanej medialnej zasłonie krzykliwego sporu o aborcję, Sejm III RP zapalił zielone światło dla wdrożenia w życie kompleksowej umowy gospodarczo-handlowej pomiędzy Unią Europejską a Kanadą CETA (Comprehensive Economic and Trade Agreement).

Ma się rozumieć, wedle oficjalnej interpretacji, serwowanej zwłaszcza na użytek patriotycznie nastawionych rzesz wyborców PiS, nic złego przez to się nie stało, ani też nie stanie się w przyszłości: Polska na tym nie tylko nie ucierpi, ale może nawet wręcz dużo zyskać.

Nie ma więc absolutnie powodów do jakichkolwiek żalów czy pretensji. Wprost przeciwnie, możemy – ba, nawet wręcz powinniśmy – właściwie podziękować posłankom i posłom tej partii (i tak samo sekundującym im posłankom i posłom PO oraz częściowo innych klubów, m.in. Nowoczesnej (!!!), w łącznej liczbie 326), którzy zagłosowali „za”. Albowiem procedowano nie samą ratyfikację wspomnianego traktatu, lecz jedynie uchwałę w sprawie trybu jej ratyfikacji.

I w tym zakresie Sejm okazał się w swej większości oficjalnie wręcz rejtanowski, wyrażając treścią przyjętej uchwały „sprzeciw” wobec „skróconej” ścieżki ratyfikacji forsowanej jakoby przez Komisję Europejską, która – jak argumentowano – chciałaby przeprowadzenia jej zupełnie ponad głowami i bez udziału państw czy raczej krajów członkowskich UE. I Sejm „bohatersko” oparł się tym zakusom, nadając sobie w ramach owego „sprzeciwu” wobec brukselskiego dyktatu prawo i możliwość ratyfikacji CETA kwalifikowaną większością 2/3 głosów w oparciu o stosowne zapisy art. 90 konstytucji RP.

Takie rozwiązanie ma, wedle opinii posła-sprawozdawcy, p. Dominika Tarczyńskiego (PiS), tę podstawową zaletę i wartość, że daje takiej decyzji bardzo silny mandat społeczny. Jak się ma procentowo wyrażający się w takiej formule mandat społeczny do ogólnej liczby obywateli III RP, naburmuszony i skrajnie spięty poseł-sprawozdawca przezornie już nie wspomniał. Zaś zgłoszoną – i oczywiście z miejsca odrzuconą – poprawkę klubu Kukiz’15, by ewentualne przyjęcie CETA nastąpiło na drodze referendum, skwitował najbardziej lakonicznym stwierdzeniem, że trzeba tę opcję odrzucić, bo obydwie poprawki (PiS i Kukiz’15) „wzajemnie się wykluczają”, nie siląc się na żadne merytoryczne uzasadnienia.

Ma się rozumieć, cała procedura może się i też spokojnie odbyć w zasadzie bez jakiejkolwiek debaty publicznej z prawdziwego zdarzenia, jako że władza – nawet funkcjonująca w porządku „demokratycznym” – zwyczajnie wie lepiej, co akurat dobre, a co niedobre dla obywateli. Zresztą przecież nie można ich nawet zamęczać lekturą ponad półtora tysiąca stron opasłego projektu traktatu, którego nawet znakomita większość parlamentarzystów tak naprawdę nie przeczytała, ani nawet pewnie przeczytać nie zamierza. Co najwyżej pobieżnie go przekartkowali, o ile w ogóle dostarczono go w całości do poselskich skrytek.

Byłoby rzeczą wprost nieludzką obciążać mózgi zwykłych Kowalskich i Nowaków nawet tylko skrótowymi jego omówieniami, skoro nawet wiceminister Radosław Domagalski-Łabędzki (zastępca M. Morawieckiego w Ministerstwie Rozwoju), nie krepował się publicznie wyznać, że forsowaną w iście stachanowskim tempie umowę zaledwie „przeglądnął” (i „nie znalazł w niej nic strasznego”).

Pozwoliłem sobie powyżej sięgnąć po zaprawione mocną ironią wyrażenia, albowiem zwyczajnie trudno mi uwierzyć, by KE zamierzała i całkiem serio liczyła na przeforsowanie CETA w tak ordynarnym, otwarcie totalitarnym trybie. Już teraz umowa ta napotyka w krajach tzw. starej Unii na ogromny sprzeciw społeczny, zatem wszelkie próby narzucenia jej bez przynajmniej formalnej akceptacji parlamentów krajowych, a jedynie na drodze przyjęcia jej przez Radę UE i następnie ratyfikacji w PE, mogłyby wywołać już prawdziwą burzę.

Jest to więc – jak wiele wskazuje – przede wszystkim wytrych propagandowy formacji, która tradycyjnie i konsekwentnie dokłada wszelkich starań, by uchodzić za (ultra) patriotyczną, bardzo często bez istotnego związku ze swoją faktyczną działalnością. Jeśli zaś nawet taka propozycja czy też naciski ze strony KE rzeczywiście miały miejsce, wolno podejrzewać, że stanowiły w istocie tylko element misternej gry celowej dezinformacji i manipulacji, mającej dopomóc skutecznemu przepchnięciu umowy.

Sprawę ułatwiła dodatkowo PiS-owi zagrywka PO, która ustami M. Święcickiego wystąpiła z wnioskiem, by procedować sprawę w trybie zwykłej większości z uzasadnieniem, że tryb 2/3 wymagany jest wyłącznie w sytuacjach, gdy dochodzi (albo może dojść) do przekazania kompetencji organów władzy państwowej organizacjom międzynarodowym, zaś „ta umowa nic takiego nie przewiduje” (naprawdę nie; a czy ICS to w pewnym sensie nie organizacja międzynarodowa?).

Wniosek oczywiście upadł, skutkiem czego obydwie partie establishmentowe głosowały koniec końców za 2/3, ujawniając tym samym dobitnie swoje ideowo-polityczne powinowactwo (w sprawach naprawdę ważnych) – niemniej PiS zyskał dzięki tejże zagrywce dodatkowe alibi, które będzie teraz skrzętnie eksponował wobec swoich zagorzałych a bezkrytycznych wyborców.

Choć kwestia już dawno przestała być tajemnicą, gwoli jasności i klarowności wywodu wypada w tym miejscu choćby najbardziej ogólnikowo wspomnieć, czym w istocie jest owa CETA. Otóż, jest to w pewnym sensie starsza siostra TTIP, gdyż negocjacje – ma się rozumieć, całkowicie tajne – w przedmiocie jej zawarcia zaczęły się już dobrych kilka lat wcześniej. Zostały one oficjalne zakończone już w 2014 r., ale sprawa utknęła potem jakby w miejscu, jako że na pierwszy plan wysunęło się właśnie owo usilnie forsowane TTIP.

Koniec końców okazało się jednak, że TTIP budzi zdecydowanie zbyt silne opory społeczne, a same negocjacje idą jak po grudzie. Stało się najzupełniej oczywiste, że nie ma praktycznie żadnej możliwości sfinalizowania go do końca kadencji B. Obamy; co więcej, sprawy w międzyczasie jeszcze bardziej się skomplikowały, gdyż obydwoje potencjalni jego następcy na stolcu prezydenta USA zajmują obecnie oficjalnie stanowisko przeciwne.

W tym stanie rzeczy zdecydowano się więc najwidoczniej przeforsować w mgnieniu oka CETA jako swoisty substytut TTIP. Wydaje się, iż można spokojnie użyć takiego określenia, zważywszy choćby na dwa podstawowe fakty – po pierwsze USA i Kanada (oraz Meksyk) już od dawna tworzą wspólny obszar gospodarczy w ramach NAFTA (weszła w życie w 1994 r.), po wtóre, co wiąże się organicznie z powyższym, w Kanadzie funkcjonuje obecnie, jest zarejestrowanych, cały ogrom amerykańskich korporacji i pomniejszych firm, posiadają one tam swoje oddziały, filie lub spółki-córki, i tym samym będą – rzecz jasna – jak najbardziej partycypować w tej umowie. Wszelkie zapewnienia unijnych notabli, że CETA to „zupełnie co innego” niż TTIP, można w tej sytuacji spokojnie włożyć sobie między bajki.

A większość przesłanek wskazuje, że zostanie ona – niestety – przyjęta a raczej narzucona, i to w krótkim czasie. Ni stąd ni zowąd przyszła bowiem wieść, że temat był poruszany na niedawnym nieoficjalnym spotkaniu ministrów ds. handlu krajów członkowskich UE w Bratysławie (23 września br.). Wszyscy ministrowie wypowiedzieli się tam ponoć za ratyfikowaniem CETA (bardzo trudne do sprawdzenia ze względu na zamknięty charakter spotkania, wagę kwestii i brak przecieków). Także i reprezentujący w Bratysławie III RP wicepremier i minister Rozwoju, p. Mateusz Morawiecki wypowiedział się w tym samym duchu – i jest to rzecz akurat najzupełniej pewna.

Dalej wszystko ma już polecieć bardzo szybko z górki – wedle napisanego odgórnie scenariusza już końcem tego miesiąca wspomniani ministrowie odpowiadający za handel zagraniczny w poszczególnych krajach członkowskich UE mają złożyć oficjalne podpisy pod umową. Co prawda, będzie ona następnie jeszcze głosowana w Parlamencie Europejskim (przy jego obecnym składzie rezultat wydaje się z góry przesądzony), a końcu będzie podlegać ratyfikacji przez parlamenty krajowe (tak, tak – to bardzo właściwe określenie).

Ale uwaga – arbitralną decyzją KE handlowa część umowy wejdzie w życie bezzwłocznie, na zasadzie tymczasowości, bez oglądania się na takie czy inne werdykty parlamentów krajowych. To jest dopiero skuteczne tworzenie faktów dokonanych, bardzo trudnych, a nawet wprost niemożliwych do odwrócenia.

Zgoła dziecinnie, wręcz idiotycznie, brzmią w tym kontekście perory wspomnianego posła D. Tarczyńskiego w rodzaju, że warunkiem ratyfikowania (przez Sejm III RP) CETA będzie obecność Polaka (obywatela III RP) w sądzie arbitrażowym, nadzorującym przestrzeganie warunków tej umowy, respektowanie przez stronę kanadyjską ustalonych kwot w obszarach, w których przewiduje ona pewne obostrzenia w postaci kontyngentów m.in. na wieprzowinę, wołowinę, drób, kukurydzę i pszenicę (co brzmi już całkiem humorystycznie), czy wreszcie dodatni bilans handlowy po polskiej stronie.

Niestety, od strony czysto praktycznej kwestia przedstawia się całkiem inaczej – w praktyce ten jeden, jedyny podpis polskiego ministra w Radzie UE przesądzi, że „mleko zostanie rozlane”, i poleje się siłą bezwładności w taką czy inną stronę, wedle wielu przesłanek wcale nie w tą, w jaką byśmy sobie życzyli. Takie postawienie i załatwienie sprawy będzie się po prostu równać zakupowi przysłowiowego kota w worku bez żadnej możliwości skutecznej reklamacji czy też zwrotu.

Gromkie zastrzeżenia p. posła Tarczyńskiego, iż: „Jeśli ta umowa w jakikolwiek sposób nie będzie spełniać naszych oczekiwań, ratyfikowana i podpisana być nie może” – są tu w praktyce zupełnie bezprzedmiotowe. Cóż bowiem nawet z tego, że nie zostanie ona – w co trudno uwierzyć – formalnie podpisana i ratyfikowana, skoro i bez tego będzie w praktycznie z rozmachem funkcjonować, w tym sensie przynajmniej, że tania, ale bardzo wątpliwej jakości – delikatnie się wyrażając – żywność produkowana w Kanadzie będzie mogła zalewać nasz rynek i dusić już i tak ledwo prosperujące polskie rolnictwo.

Takie ryzykowne eksperymenty i doświadczenia można sobie robić co najwyżej prywatnie, a nie na żywym organizmie narodu czy państwa. Ciekawe, czy p. poseł-sprawozdawca sam wierzy w te płaskie frazesy, które opowiada?

W rzeczywistości jedynym sposobem skutecznego zażegnania wiążących się z nadmiernie pośpiesznym przyjmowaniem CETA zagrożeń byłaby sejmowa uchwała wyłączająca jej tymczasowe stosowanie. I był nawet, zdaje się, idący w tym kierunku wniosek, również ze strony klubu Kukiz’15, został jednak naturalnie bezceremonialnie odrzucony i „zamieciony pod dywan”.

Za to wspomniany już wyżej wiceminister Rozwoju, p. Radosław Domagalski-Łabędzki raczył był łaskawie publicznie przyznać, że CETA niesie ze sobą także i pewne zagrożenia, których on upatruje jednak wyłącznie w roli sądów arbitrażowych ICS: „Nadal mamy wiele wątpliwości co do funkcjonowania mechanizmu inwestor-państwo (ICS), ale będziemy zwracać na niego szczególną uwagę”. Przy okazji zapewnił, iż: „Polska będzie zabiegać na forach europejskich, by docelowo jednym z arbitrów był Polak”.

I znowuż owo „zwracanie uwagi”, jeśli nawet będzie miało miejsce, trzeba potraktować w kategoriach czynności bezprzedmiotowej. Wszelkie bowiem dotychczasowe doświadczenia praktyczne z funkcjonowaniem tego rodzaju sądów arbitrażowych pokazują aż nadto jasno, że w przypadku prawie że każdego konfliktu interesów i wynikającego z niego sporu na linii państwo – korporacja stroną zwycięską jest ta druga. Przekonały się o tym już boleśnie zwłaszcza liczne kraje tzw. Trzeciego Świata czy w ogóle te niezbyt zamożne. Żadne tam „zwracanie uwagi” nic tu nie pomoże: jeśli się wchodzi w tego rodzaju mechanizm, to i podlega się bezwarunkowo jurysdykcji owego ICS z wszelkimi tego konsekwencjami.

Ale jakie będą korzyści, rzecze p. wiceminister: „CETA daje nam szansę na zniesienie tzw. BIT-u, czyli umowy dwustronnej z Kanadą oraz dzięki likwidacji barier celnych zwiększenie eksportu do Kanady” itd. W tym miejscu należy podziękować p. Domagalskiemu za rzadko spotykaną w politycznym światku szczerość – mniejsza już bowiem o to, czy świadomie, czy też tylko mimochodem przyznał, że w ramach owego BIT-u z Kanadą, a w domyśle tak samo w myśl podobnych dwustronnych umów inwestycyjnych, zawartych z innymi państwami zachodnimi w latach 90-tych ub. wieku, Polska występuje w pozycji kraju w istocie kolonialnego. Skoro nawet CETA będzie lepsza – to taki wniosek nasuwa się siła rzeczy.

Co zaś się tyczy owej szansy zwiększenia polskiego eksportu na rynek kanadyjski, to co niby będziemy tam konkretnie eksportować? Może wyeksportujemy w końcu zalęgające w ogromnych ilościach polskie jabłka, które jakimś cudem będą skutecznie konkurować na ichnim rynku z kanadyjskimi, także tymi modyfikowanymi genetycznie? Ale co będzie, jeśli to właśnie Kanadyjczycy udumają sobie zarzucić tymi jabłkami nasz rynek, a polski konsument nie pozna się na czas na tym „badziewiu”?

Przyciskany już nieco bardziej do muru przez dziennikarzy, p. minister Domagalski-Łabędzki wyznał, że istotnym motywem, który skłonił rząd do zaakceptowania CETA (choć, prawdopodobnie skutkiem wewnętrznych tarć w jego łonie, a może też celowego tajenia sprawy, nie ma jeszcze oficjalnego stanowiska Rady Ministrów w tej kwestii – ma być dopiero na dniach), skłoniła obawa, że III RP byłaby „chyba” jedynym krajem wetującym. Co znaczy jednak owo „chyba” i jak należy rozumieć to słowo w kontekście wieści (dochodzących „pocztą pantoflową”), że np. już w czerwcu węgierski parlament zobowiązał tamtejszy rząd do nie przyjmowania CETA w trybie tymczasowym.

Czy nie jest więc aby przypadkiem tak, że władze III, demonstrując pozorny w gruncie rzeczy opór względem uroszczeń KE, w praktyce dopomagają Brukseli i Berlinowi w pacyfikacji oporu mniejszych krajów członkowskich UE, w tym zwłaszcza sąsiadów? A gdybyśmy nawet mieli okazać się tym jedynym krajem wetującym, to co z tego – czy dyktat Brukseli ma być ważniejszy (a okazuje się, że najwidoczniej jest) od interesu narodowego, w szczególności od dobra polskiego rolnika i konsumenta? Ileż mamy jeszcze zapłacić, na jakie ustępstwa jeszcze pójść za wątpliwy przywilej przynależności do „Europy”, utożsamianej instrumentalnie i prostacko (zwłaszcza w obecnych realiach) z UE?

P. ministrowi przyszła w sukurs i sama premier, p. Beata Szydło, oznajmiając, że „Polska nie przystąpi do umowy CETY, jeśli nie będzie nam ona gwarantowała tego, co uważamy za istotne”. Jak to nie przystąpi, skoro de facto zamierza uczynić to już za parę tygodni? I co uważa się tu tak naprawdę za „istotne”? Czy wsadzenie własnego reprezentanta do wspomnianego sądu arbitrażowego? Jak rząd zamierza tego dokonać, skoro do parafowania i tym samym wdrożenia tymczasowej części umowy pozostało już tylko zaledwie kilka tygodni, a dodatkowo jeszcze w kontekście tego, że i pozostałe liczące się kraje członkowskie UE, a jest ich przecież więcej niż pięć (tyle wynosi liczba miejsc obsadzanych w ICS przez stronę unijną), zapewne również będą chciały mieć swojego reprezentanta w tym gremium.

Bardzo ciekawe, co się powie społeczeństwu, jeśli ten zamiar jednak się nie powiedzie? Zapewne skwituje się wynikły problem milczeniem, bo umowa będzie już skutecznie przeforsowana, zatem wszelkie tłumaczenia staną już w istocie niepotrzebne; a może się powie, że i kraje sojusznicze będą równie dobrze bronić naszych interesów? A jeśli nawet rzecz się powiedzie, co to realnie zmienia?

Jeśli nawet polski przedstawiciel zasiądzie w tymże ICS, to, po pierwsze, będzie tam tylko jednym z piętnastu arbitrów (pięciu delegowanych przez UE, pięciu przez Kanadę i dodatkowych pięciu wspólnie przez obydwie strony), a, po wtóre, będzie pełnił tam z założenia właśnie rolę bezstronnego i niezależnego arbitra, sędziego, a nie np. jakiegoś lobbysty, otwartego rzecznika polskich interesów czy wreszcie adwokata – wszelkie próby wchodzenia w tego rodzaju „buty” skończą się z miejsca jego kompletną dyskredytacją. Wchodząc tam, musi w pewnym sensie zapomnieć o swojej narodowości. Jeśli ujawni się oficjalnie jako zbyt „polski” – to wyleci po prostu stamtąd na „zbity pysk”, i to w krótkim czasie. O co więc tak naprawdę tu chodzi – o załatwienie jeszcze jednej lukratywnej synekury międzynarodowej?

Odnośnie zaś sugerowanych korzyści z CETA – min. zwiększenia polskiego eksportu do Kanady, zwiększonego dostępu do taniej żywności (sic!), a zwłaszcza dodatniego bilansu handlowego (który obecnie jest dodatni, więc będzie chodziło o utrzymanie tego stanu rzeczy), opartych na bliżej niesprecyzowanych „analizach” różnej maści „ekspertów”, nietrudno pojąć całą mglistość i wątpliwość tych obietnic. To nie jest przede wszystkim (w sensie praktycznym) umowa pomiędzy dwoma stronami, dwoma podmiotami, ale umowa pomiędzy Kanadą (i kryjącymi się za jej szyldem amerykańskimi korporacjami o zasięgu globalnym) a 27 krajami członkowskimi UE, i siłą rzeczy wszyscy będą chcieli wyjść na niej jak najlepiej, każdy będzie chciał być na „plusie”.

Ale przecież taki optymalny scenariusz nie jest absolutnie możliwy, ktoś musi też i stracić, bo inaczej to Kanada popadłaby w wielkie tarapaty a nawet wprost ruinę – to najzupełniej oczywiste nawet tylko na zdrowy chłopski rozum. Już tylko ze względu na tę okoliczność uzyskanie owego dodatniego bilansu handlowego w ramach CETA może okazać się jednak znacznie trudniejsze, niż w ramach wymiany handlowej realizowanej na zasadach dwustronnych.

W przedmiocie szacunku i przewidywania ewentualnych strat i zysków z CETA, dalekroć pewniejsza i bardziej miarodajna od różnych (nierzadko pisanych na zamówienie) papierowych „analiz” wydaje się uważna obserwacja praktycznych doświadczeń i skutków, jakie pociągnęła za sobą bardzo podobna w swym charakterze NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu). A przejawiają się one m.in. w tym, że w ciągu niewielu lat po wejściu tegoż układu w życie padło w Meksyku ok. 1,5 mln. drobnych gospodarstw rolnych; kraj ten ze znaczącego eksportera kukurydzy stał się w końcu jej importerem; udział przemysłu w PKB samej Kanady spadł ponad dwukrotnie; i w ogóle zaczęły szybko padać gospodarstwa rodzinne i drobne przedsiębiorstwa we wszystkich trzech należących do NAFTA państwach – skorzystały tylko wielkie korporacje i ogromne fermy produkujące żywność niczym w fabrykach. Są wszelkie powody do obaw, że w przypadku CETA będzie bardzo podobnie.

Wszelkie zapewnienia w rodzaju: „będziemy zwracać na ICS szczególną uwagę”, albo też: „będziemy patrzeć, jak ten mechanizm sądów inwestycyjnych się kształtuje” są tak naprawdę nic nieznaczącymi i do niczego niezobowiązującymi banałami – są przysłowiowym laniem wody.

Podobnie ma się sprawa z zapewnieniami, że ICS zacznie funkcjonować dopiero wraz z częścią inwestycyjną umowy, czyli w razie pomyślnej ratyfikacji CETA we wszystkich krajach członkowskich UE. Sprawa nie jest jednak wcale tak do końca jasna (pomijając oczywiście funkcjonariuszy KE).

Jest np. rzeczą wielce niepokojącą, że odpowiedzialna za te sprawy komisarka UE, p. Cecilia Malmström dała już wyraźnie do zrozumienia, że tzw. mieszany charakter CETA (umowa zawierana pospołu w imieniu UE jako pewnej całości i poszczególnych jej krajów członkowskich) – co jest szczególnym przedmiotem chwalby miejscowej klasy politycznej – jest tak naprawdę mieszaną „z łaski”, tzn., że ze względu na silne naciski polityczne KE i ona sama godzi się, co prawda, na formalne zastosowanie takiej formuły, niemniej z czysto prawnego punktu widzenia pozostaje ona nadal umową unijną.

Oznacza to zaś w praktyce, że p. Malmström może się spokojnie – w innej koniunkturze politycznej – zwyczajnie ze swojej „łaskawości” wycofać, CETA przestanie być tym samym automatycznie umową „mieszaną”, a opornym czy opieszałym krajom członkowskim po prostu się oznajmi, że wszelkie procedury ratyfikacyjne w ich wykonaniu są już niepotrzebne i zbędne – KE zdecydowała już bowiem w ich imieniu, a umowa tak czy siak jest dla nich obowiązującą i wiążącą.

Gdyby jednak nawet ten czarny scenariusz nie uległ szczęśliwie spełnieniu, to i tak najdalej za kilka lat prawo korporacji stanie się prawem absolutnie nadrzędnym w stosunku do prawa krajowego (stanowionego przez już i tak mocno marionetkowy Sejm). Tym samym możemy ostatecznie zapomnieć o suwerenności państwowej nawet w najbardziej rozciągliwym tego słowa znaczeniu.

I nie będzie to wcale dotyczyć wyłącznie, że tak się wyrażę, obszaru suwerenności państwa w wymiarze ściśle politycznym, który – przyznajmy to z bólem, niemniej w zgodzie ze brutalną prawdą – stał się już wielu milionom naszych rodaków właściwie zupełnie obojętny, byle tylko mieli przed nosem pełną michę. Będzie to dotyczyć także – a może przede wszystkim – spraw bardzo przyziemnych, dotykających bezpośrednio ich samych. Bo korporacje zaczną ingerować i w praktyce dyktować np. zasadniczy kształt prawa pracy, przywilejów socjalnych (w kierunku jak najmniejszych), systemu emerytalnego, zaś wszelkie próby stanowienia czegokolwiek nie po ich myśli będą grozić z miejsca procesami i surowymi karami finansowymi – płaconymi przez III RP z pieniędzy jej obywateli, ma się rozumieć.

Szczególne obawy budzić też musi bliska perspektywa napływu produkowanej w Kanadzie wysokotowarowej żywności (cła będą stopniowo znoszone poczynając już od początku przyszłego roku). Co prawda, min. Domagalski-Łabędzki uspokaja, że według wszelkich szacunków, „które istnieją”, nic takiego jak wzmożony wzrost importu żywności (i importu w ogóle) z Kanady Polsce nie grozi (nasuwa się zatem proste pytanie, do czego w ogóle stronie kanadyjskiej potrzebna jest ta umowa?), ale jest to w najlepszym wypadku myślenie typowo życzeniowe. Owa produkowana na masową skalę żywność jest bowiem ewidentnie tańsza, a zatem jak najbardziej konkurencyjna względem naszej, i w ogóle unijnej, ze względu, po pierwsze, na znacznie tańszą energię w Kanadzie, po wtóre zaś dlatego, że Kanadyjczycy nie krępują się prawie zupełnie jakimikolwiek ograniczeniami w zakresie dbałości o jakość własnych produktów żywnościowych, dobrostan hodowanych zwierząt, ekologię czy o ochronę środowiska.

Dość wspomnieć, że o ile prawodawstwo UE zabrania stosowania w produkcji roślinnej i zwierzęcej ponad 400 substancji chemicznych, to w Kanadzie takich zabronionych specyfików jest tylko ok. 20. W rezultacie produkowana w tym kraju żywność uchodzi – najzupełniej słusznie – za wyjątkowo niezdrową.

Co z tego, że np. kanadyjskie tuczniki rosną nieporównanie szybciej, skoro ten przyrost masy ciała stymulowany jest podawaną im zmasowaną chemią czy też antybiotykami w „końskich” dawkach. Można na to odrzec, że przecież już i obecnie jakość żywności obecnej na polskim rynku (nawet spełniającej normy unijne) oraz jej wpływ na zdrowie konsumentów pozostawiają bardzo wiele do życzenia, ale po co pogarszać jeszcze bardziej sytuację w tym tak niezwykle ważnym aspekcie życia obywateli, po co wystawiać się na tak ogromne niebezpieczeństwo?

Perspektywy zatem ewentualnego konkurowania polskich gospodarstw rodzinnych z płynącą zza oceanu tego rodzaju podłą żywnością wydają się już na starcie marne, a dodatkowo na ich niekorzyść działać będzie relatywnie niska zamożność naszego społeczeństwa, a nade wszytko wciąż generalnie niska w Polsce świadomość konsumencka i ekologiczna. Oczywiście potencjalny eksporter-gigant z Kanady musi mieć nie tylko do dyspozycji żywność tańszą od tej obecnej dziś na polskim rynku, ale również musi pozyskać czy stworzyć sobie odpowiednio szerokie możliwości jej zbytu i rozbudowaną sieć dystrybucji.

To może rodzić jakby pewien problem, gdyż wdrożenie części inwestycyjnej CETA to, jak już wspomniano, dopiero kwestia przyszłości – przynajmniej z perspektywy dnia dzisiejszego. W obecnych polskich realiach nie będzie chyba jednak zbyt wielkiego problemu, by jakimiś kruczkiem prawnym obejść tę niedogodność i budować własne centra dystrybucyjne bez niepotrzebnej zwłoki. W ostateczności zaś wystarczy dojść do porozumienia (co nie jest chyba całkiem niemożliwe) z zachodnioeuropejskimi sieciami hipermarketów, które właściwie niepodzielnie rządzą w rodzimym handlu wielkopowierzchniowym. Przecież owe sieci, jeśli się nie mylę, nie są skrępowane właściwie żadnymi ograniczeniami, kwotami czy procentami odnośnie kraju pochodzenia danego produktu – mogą sobie w zasadzie sprzedawać, co chcą, i brać towar, skąd chcą.

To, że obecnie biorą np. od polskich rolników a raczej farmerów polskie owoce czy warzywa względnie handlują żywnością przetworzoną na miejscu (choć niekoniecznie w zakładach będących polską własnością) – to kwestia tak naprawdę uznaniowości i ich dobrej woli. Za parę miesięcy mogą jednak zwyczajnie uznać, że bardziej opłaci im się mimo wszystko dystrybucja żywności pochodzącej z Kanady i w warunkach obowiązywania CETA (oficjalnie na zasadzie tymczasowości, w praktyce zaś bezterminowo) nic na to nie poradzimy – zacznie się nieuchronnie proces wypychania naszej żywności – lepszej i zdrowszej, ale droższej – z rynku.

Oczywiście zgoła inaczej rysuje się to w wielu krajach „starej” UE, które nie dopuściły obcych sieci handlowych do własnego rynku (lub uczyniły to w nader ograniczonym zakresie), których społeczeństwa są nieporównanie zamożniejsze, ich świadomość ekologiczna mimo wszystko znacznie wyższa (nie bez powodu i nie bez skutku partie „zielonych” różnych odcieni zasiadają tam w parlamentach), nadto, co się tyczy zwłaszcza krajów śródziemnomorskich, ale po części także i np. Francji, są one dużo bardziej przywiązane do swoich tradycyjnych, doskonale sprawdzonych i bardzo cenionych, kuchni narodowych. To tworzy niejako naturalne bariery dla owej „badziewnej” żywności opatrzonej kanadyjską metką.

A jednak nawet tam CETA wywołuje poczucie zagrożenia, a co dopiero powiedzieć o naszych, polskich uwarunkowaniach. Nie chodzi tu oczywiście o rozsiewanie jakichś apokaliptycznych nastrojów, ale o elementarną świadomość powagi sprawy, a z tym jest dotąd bardzo kiepsko.

A na tym zagrożenia wcale się jeszcze nie kończą. Kolejnym z nich jest niebezpieczeństwo napłynięcia wraz z kanadyjską żywnością do Polski GMO (Kanada produkuje aktualnie ok. 1/3 żywności modyfikowanej genetycznie w skali całego świata).

Min. Domagalski-Łabędzki znowu próbuje bagatelizować problem, oznajmiając, że nie obawia się jakiegoś „istotnego” napływu żywności genetycznie modyfikowanej, co związane jest wyraźnie z podniesionym już wyżej (jego własnym) przeświadczeniem, że także ogólny wzrost importu żywności z Kanady nie będzie „istotny”. Nawet jednak z tego twierdzenia wynika pośrednio, że GMO jednak do nas dopłynie, choć niby nie na „istotną” skalę.

W innym zaś miejscu, p. minister, wyraźnie sobie zaprzeczając, twierdzi, że skoro CETA w ogóle nie odnosi się do standardów żywności, w tym do GMO, to kwestia ta pozostawiona jest tym samym w gestii poszczególnych krajów członkowskich – zatem, konkludując, Polska zachowuje realne możliwości zablokowania wwozu takiej żywności na swój rynek.

Jest to jednak znowuż raczej życzeniowy punkt widzenia p. Domagalskiego-Łabędzkiego, a co najmniej sprawa bardzo, ale to bardzo skomplikowana i kontrowersyjna. Nie trzeba być nawet wytrawnym prawnikiem, by zrozumieć, że brak precyzyjnego zapisu zabraniającego jednoznacznie eksportu GMO do UE stwarza sam w sobie furtkę do ewentualnego wpychania jej nam w bliższej lub dalszej przyszłości.

Brak formalnego przyzwolenia nie jest tu bynajmniej wystarczającym zabezpieczeniem, nie jest w żadnym miejscu czarno na białym napisane – że nie wolno. Sprawa o tyle jeszcze dodatkowo się komplikuje, że przepisy kanadyjskie nie przewidują wcale obowiązku specjalnego oznakowania takiej żywności – tamtejszy konsument nie ma więc nawet prawa wiedzieć, co tak naprawdę je.

Dotychczas w ramach dwustronnej wymiany handlowej polsko-kanadyjskiej można było łatwo zapobiegać próbom wciskania produktów GMO poprzez ścisłą kontrolę fitosanitarną. W nowych, ustawionych przez CETA, regułach gry będzie to już znacznie trudniejsze.

Wbrew temu, co twierdzi p. minister, zawarte w CETA obostrzenia są mocno ogólnikowe i dość łatwe do ominięcia. To nie strona unijna, a w wypadku Polski odpowiednie agendy kontrolne, ale Kanadyjczycy będą mieli większą siłę przebicia w tym przedmiocie – to oni będą w praktyce decydowali, co jest jadalne, a co niejadalne, co zdrowe, a co szkodliwie dla konsumenta. Wystarczy tylko, że tzw. deklaracja celna eksportera z Kanady będzie formalnie w porządku i nikt nie będzie miał możności babrać szczegółowo w wwożonych na terytorium III RP produktach żywnościowych – chyba że pod groźbą procesu i wiszących nad głową drakońskich kar.

Trudno na dzisiaj odpowiedzialnie powiedzieć, jakie całościowe skutki będzie miało przyjęcie CETA, być może wiele z tych czarnych prognoz – co daj Boże – z takich czy innych przyczyn jednak się nie ziści. Jak by jednak na to nie patrzeć, zastosowany tryb działania stanowi niesłychanie ryzykowny skok w nieznane, uskuteczniany w dodatku w niesłychanych pospiechu, na chybcika, bez rzetelnych szacunków i wyliczeń, pod już nieukrywanym dyktatem Brukseli (i Berlina – co bardzo symptomatyczne), ponad głowami i w zasadzie bez najmniejszego wpływu opinii publicznej.

Dlaczego tak, a nie inaczej? Zapewne najbardziej szczerym okazał się tu znowu minister Waszczykowski, oznajmiając, że chodzi w gruncie rzeczy o zbudowanie czegoś w rodzaju ekonomicznego NATO. Tak czy inaczej, za CETA stoją przesłanki nie tylko ekonomiczne – ale w nie mniejszym, a zapewne nawet większym stopniu czysto polityczne, wielka globalna polityka. Co przy niej znaczą tam jakieś polskie jabłka czy w ogóle jadłospis przeciętnego Polaka….

Andrzej Turek
http://piastpolski.pl

komentarzy 13 to “CETA wejdzie przez tylne drzwi?”

  1. Bronisław said

    Gratuluję Autorowi, Panu Andrzejowi za rzetelne i wyczerpujące przybliżenie Nam zagadnień związanych z CETA (Comprehensive Economic and Trade Agreement). Bardzo wielkie dzięki!!!
    Mam Nadzieję i jestem przekonany, iż Miłosierny Bóg uchroni Nas przed tą wielostronną Narodową Katastrofą, którą usiłuję sprowadzić na Nasz Naród i Nasze Państwo „Układ Okrągłostołowy”, tym razem pod przywództwem o zgrozo: „Prawa i Sprawiedliwości”!!! Łączyło by się to – w moim przekonaniu – z całkowitą utratą Naszej Suwerenności(!!!), której resztki nam pozostały po podpisaniu – przez L. Kaczyńskiego – tak zwanego Traktatu Lizbońskiego?!!!
    W ostatnią środę pełniąca funkcję premiera B. Szydło – w wystąpieniu u O. Rydzyka w Toruniu – próbowała (chyba) – w dobrym humorze – zbagatelizować nie tylko CETA, ale i ochronę dzieci nienarodzonych przed dzieciobójstwem?!!!
    Niestety ani Ojcowie, ani też osoby dzwoniące do radia – zapatrzone w PIS – nie odważyli się tego zakwestionować!!!
    „Towarzysze” wraz ze swoimi „służbami”, (a od 1989 roku „chyba” z J. Kaczyńskim na czele) nie dopuścili, jak dotąd, aby mogła się rozwinąć trwale, znacząca siła polityczna Narodu Polskiego zdolna po polsku Nas poprowadzić!!! Nie traćmy jednak Nadzieji: „…Złamana siła mącicieli świata tym razem będzie na wieki…”
    Najgoręcej pozdrawiam Pana, Panie Andrzeju i życzę dalszej owocnej pracy, ku pomyślności Naszej Drogiej Polski!

    Króluj Nam Chryste!!!

  2. błysk said

    Chciałem zasygnalizować masoński plan ludobójstwa Polaków ,opublikowany w roku 1972 ,mianowicie w roku 2040 ma nas być 17 milionów. Owa CETA wydaje się być realizacją tego planu : Polacy będą konsumowali zatrutą i z GMO żywność i będą chorowali i umierali ,bo służba zdrowia nadal będzie nieuporządkowana >Jest to największe niebezpieczeństwo dla bytu naszego narodu .Niestety dyskusja w Radiu Maryja z udziałem premier Szydło wykazała ,że ani p.premier ani dyskutanci nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa .Również autor artykułu w najmniejszym nawet stopniu nie zasygnalizował tego niebezpieczeństwa,także upadku resztek naszego rolnictwa na skutek napływu taniej ,ale chemicznie złej żywności /co zresztą już ma miejsce w Polsce w postaci olbrzymich ferm świńskich i kurzych ,które wytwarzają tanie ,ale scheminizowane mięso,którym zalewają rynek/ . Potrzebna jest przede wszystkim likwidacja tych ferm i przywrócenie normalnego rolnictwa. Dodajmy do tego podejrzaną krzątaninę wokół wody ;być może będą podtruwać wodę.

  3. Greg said

    .https://www.youtube.com/watch?v=XvqcF2aIi5Q

  4. Boryna said

    Widać wyraźnie ,że ciemnym narodem można rządzić jak stadem baranów o czym już dawno mówił Michnik w Telewizji australijskiej.

  5. NICK said

    Tytuł.
    Weszła. Wsza.

  6. Boydar said

    A miszcz zen na to – zoooobaczyyymy

    http://wiadomosci.onet.pl/swiat/belgia-parlament-walonii-zaglosowal-przeciwko-ceta/c0smd7

    http://wpolityce.pl/swiat/311933-belgia-podzielona-ws-umowy-ceta-parlament-wolonii-zaglosowal-przeciwko-umowie-handlowej-ue-z-kanada

  7. NICK said

    Nie?
    Weszła?
    Wszystko wchodzi. Jak po maśle.
    Coraz szybciej.

  8. revers said

    Weszla i to jak w Rotszilda banku, a wszyscy tupia bucikami pod stolem lub na protestach, lub pisza petycje jak w Niemczech to Trybunalu Konstytucyjnego i petycje i demokracja trafiaja do kosza bo globalna ekonomia tego wymaga.

  9. Bronisław said

    Re: 2. Szanowny Panie Błysk!

    Przybliżając Nam, tak ważkie zagrożenia dla Naszego Narodu i Państwa, zarzuca Pan Zacnemu Autorowi: „Również autor artykułu w najmniejszym nawet stopniu nie zasygnalizował tego niebezpieczeństwa,także upadku resztek naszego rolnictwa na skutek napływu taniej ,ale chemicznie złej żywności /co zresztą już ma miejsce w Polsce w postaci olbrzymich ferm świńskich i kurzych ,które wytwarzają tanie ,ale scheminizowane mięso,którym zalewają rynek/ .”
    Proponuję Panu, Panie Błysk, aby uważnie Pan przeczytał, jeszcze raz, artykuł Pana Andrzeja, a wtedy zauważy Pan na pewno, iż kwestie te są poruszane we wielu frazach. Domniemam, że „przydługawy” ten Artykuł był powodem, iż Pan to „przeoczył”?!!!
    Zredukowanie Ludności Polskiej w Naszym Państwie do około 15 mln „przyjął” do realizacji pół wieku temu w 1956 roku, tak zwany, Klub Rzymski!!!
    Przytoczę tutaj chociaż jeden ustęp, w którym Autor poddaje „chyba” druzgocącej krytyce, te zabójcze dla Nas ACTA: „Dotychczas w ramach dwustronnej wymiany handlowej polsko-kanadyjskiej można było łatwo zapobiegać próbom wciskania produktów GMO poprzez ścisłą kontrolę fitosanitarną. W nowych, ustawionych przez CETA, regułach gry będzie to już znacznie trudniejsze.” A ja się obawiam, że najprawdopodobniej niemożliwe?!!!
    Gorąco pozdrawiam Pana Autora Andrzeja, jak również Pana, Panie Błysk!

    Króluj Nam Chryste!!!

  10. […] z:  https://marucha.wordpress.com/2016/10/13/ceta-wejdzie-przez-tylne-drzwi/ […]

  11. Z zasady nie komentuję artykułów własnego autorstwa, więc tylko (w obliczu rysujących się niejakich wątpliwości i zastrzeżeń) w ramach pewnego dodkreślenia i doprecyzowania stanowiska dodam, że jest on napisany w konwencji „dyplomatycznej”, zatem należałoby najlepiej go czytać nie tylko słowo po słowie (wiem że to lektura przydługa i dosyć mozolna), ale i także między słowami.
    Przy okazji gorące pozdrowienia dla p. Bronisława.

  12. Aha, uwaga dla potencjalnych krytycznych a wnikliwych czytelników: Dużo łatwiej od strony czysto technicznej czyta go się na Piastpolski.pl (większe litery); nie deprecjonując tu w niczym niezastąpionej „Gajówki”, która z racji skali i ogromu zamieszczanych materiałów musi, rzecz jasna, działać w innym trybie.

    Przecież wielkość czcionek można sobie niemal dowolnie powiększać i zmniejszać…
    Admin

  13. […] spontaniczno-emocjonalnym odcinku – do zerknięcia za kulisy tymczasowo możemy odesłać tu) – wzywa wszystkie neoliberalne kukły na pokład z uwagi na to, że okno czasowe dla opcji […]

Sorry, the comment form is closed at this time.