Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Kto się boi nacjonalizmu?

Posted by Marucha w dniu 2016-10-16 (niedziela)

Ascetyczna czerń okładki, pośrodku biało-czerwony płomień w funkcji emblematu, z którego prawie wykwitają „bezwstydne” słowa: POD ZNAKIEM NACJONALIZMU. To wystarczy, aby doprowadzić do spazmów oburzenia każdy umysł wyćwiczony w politycznie poprawnym reagowaniu na „złe”, „zionące nienawiścią”, „ksenofobiczne” i jakie tam jeszcze słowa.

I nie dziwota: kto wzrastał w przeświadczeniu, że prawdziwym wrogiem wolności i prawdy nie jest komunizm czy w ogóle socjalizm, tylko „totalitarny nacjonalizm, którego przedstawiciele znajdują się zarówno w partii komunistycznej, jak i w antykomunistycznej opozycji” (dogmat ogłoszony i podany do wierzenia przez p. Jacka Kuronia bodajże w 1978 r.), ten wprost nie mógłby reagować inaczej niż odrazą i negacją na treści zawarte w antologii tekstów „Prawicy Narodowej” przygotowanej przez pp. Krzysztofa Kawęckiego i Rafała Mossakowskiego.

Ów odruchowy antynacjonalista wie przecież z góry i raz na zawsze, że nacjonalizm, każdy nacjonalizm [nie każdy; żydowski nie – admin], to pestis perniciosissima, zło najgorsze, przy którego ocenie niepotrzebne jest nawet wysłuchanie argumentów przeciwnej strony.

Co innego w stosunku do komunizmu. O, tu można i trzeba prześcigać się w dialektycznych cieniowaniach, w dystynkcjach tak subtelnych, że chyba zrozumiałych już tylko dla tych, którzy je wymyślili; aby tylko przypadkiem nie popaść w błąd na równi z nacjonalizmem ohydny: błąd „zoologicznego antykomunizmu”.

Finezja anty-antykomunistów nie zna granic: jeszcze niedawno (w 1989 r.) słyszeliśmy na przykład p. Michnika głoszącego z przejęciem, że skompromitował się na zawsze komunizm „typu koszarowego”. Logicznie zatem biorąc, komunizm „typu niekoszarowego” może uchodzić nadal za powabny jak Primavera Botticellego!

Pozostawmy jednak anty-antykomunistów ich upodobaniom i dyzgustom, a zapytajmy, do jakich to wędrówek umysłowych zapraszają nas ci reakcjoniści z czarnym podniebieniem z „Prawicy Narodowej” (dla wyjaśnienia dodajmy, że jest to tytuł niskonakładowego pisma redagowanego przez K. Kawęckiego w latach 1990-1991 i z niego pochodzi większość zamieszczonych w antologii tekstów).

Wypada tedy naprzód rozszyfrować prawdziwy sens ideowy pojęcia „nacjonalizm” w tym rozumieniu, jakie ponad wszelką wątpliwość afirmują autorzy antologii. Szczęśliwie, nie jest to zadanie trudne, ponieważ klarowna odpowiedź na powyższe zagadnienie dana została na pierwszych stronach przedmowy, obudowana nadto równie wyrazistym wskazaniem patronów tego nacjonalizmu.

Dowiadujemy się tedy, po pierwsze, że NACJONALIZM oznacza doktrynę o życiu narodowym, jego źródłach, obowiązkach, zakresie, słowem o roli, jaka w planie Bożej Opatrzności przysługuje obyczajom, które są istotnym wiązadłem jedności narodowej […]. Nacjonalizm jest doktrynalnym uzasadnieniem cnót składających się na patriotyzm i jako taki nie może mu się przeciwstawiać.

Powyższy cytat, użyty jako motto książki, wyszedł spod pióra wybitnego teologa i etyka katolickiego, o. Jacka Woronieckiego OP, i nie trzeba chyba zużywać wiele atramentu na dowodzenie, iż odwołanie się z punktu do takiego patrona oraz do takiego ujęcia odsłania nam podstawową intencję autorów w rozwiązywaniu relacji pierwiastka nadprzyrodzonego i doczesnego, uniwersalnego (katolickiego) i partykularnego (narodowego).

Innymi słowy: trudno o czytelniejszą deklarację w kwestii podstawowego wyboru nacjonalisty, który nie może być (w rozumieniu autorów) inny, jak opcja za NACJONALIZMEM CHRZEŚCIJAŃSKIM, uznającym prymat Bożej woli nad światem, a nakaz służby narodowi (nieuważanemu za absolut) wyprowadzającym z czwartego przykazania.

Ale — powiedzą sceptyczni i nieufni — nacjonalizm, jakby się sam nie zwał i jakich by szat nie ubierał, zawsze pozostanie agresją lub przynajmniej niechęcią do obcych nacji, bo jego „prafenomenem” jest psychiczny osad ksenofobicznej wrogości do „Innego” oraz „prymitywna” więź biologiczna, negująca na domiar suwerenność duchową jednostki redukowanej do kolektywnego „my”.

Na taki zarzut odpowiadają autorzy „Prawicy Narodowej” słowami innego autorytetu minionej doby, Maurycego Barresa: Nacjonalizm, jak ja go rozumiem, to tradycja odnaleziona przez analizę własnego ja. […] Żyję pośród zbiorowości starszej niż ja sam. Początkowo dumny ze swej wolności dochodzę jednak do przeświadczenia, że w ogromnej mierze zależę od tej ziemi i jej zmarłych, którzy przez tyle wieków przede mną tworzyli ją i kształtowali tak w rzeczach oczywistych, widzialnych, jak i w najsubtelniejszych imponderabiliach […]. Jesteśmy mimo naszej indywidualnej wolności tylko „dalszym ciągiem”. Człowiek wolny to w istocie nie ten, który zrywa z własną przeszłością i tradycją, ale ten, który uświadamia sobie pełnię swego zakorzenienia w rodzinie, w narodzie, w kulturze. […]

Nacjonalizm jest rozwiązywaniem kwestii społecznych przez odnoszenie ich do konkretnego narodu, do jego żywotnych interesów […]. Nacjonalizm jest odczuciem odrębności i wyjątkowości jego kultury bez umniejszania odrębności i wyjątkowości kultur innych narodów. Nacjonalizm nie kieruje się przeciw innym narodom, kieruje się do wewnątrz własnego narodu […] [podkr. moje J.B.].

Chciałoby się, przywołując nieco inny krąg skojarzeń, dodać: w zdrowo pojętym, tzn. powodowanym spokojem ducha i słuszną dumą, a nie chorobliwym, niespokojnym resentymentem, nacjonalizmie nie chodzi o to, aby więcej jako naród „mieć”, ale bardziej, dostojniej, piękniej „być”. A „być” można tylko tam, gdzie jest z czego „brać”, to znaczy dziedziczyć, po to, żeby dalej móc tworzyć – „kultywować”.

Wszelako — odezwą się znów nieprzejednani — nacjonalizm nie ukontentuje się wcale troską o tożsamość i pielęgnacją skarbów duchowych narodowej wspólnoty, tylko ulegnie, prędzej czy później, tkwiącej w nim, niechby i tylko potencjalnie, „sile fatalnej” prowadzącej do rzezi, takich jak choćby „czystki etniczne” w b. Jugosławii. Czy nie słuszniej zatem „narodowi”, bytowi o tak „niebezpiecznych” formach egzystencji, przeciwstawić „racjonalne”, stowarzyszone tylko dobrowolnym i warunkowym kontraktem „społeczeństwo”, najlepiej „obywatelskie”?

Posłuchajmy repliki trzeciego koryfeusza nacjonalizmu, Karola Maurrasa: Społeczeństwo nie jest „uzgodnioną wolą”, „umową społeczną”, kontraktem wolnych jednostek. Społeczeństwo jest naturalnym skupiskiem, naturalną zbiorowością. […] Naród jest najszerszym i najgłębszym spośród kręgów wspólnotowych, naród okazuje się otuliną najbardziej trwałą i solidną, najbardziej też kompletną. Nie czynię z narodu jakiegoś metafizycznego absolutu, bóstwa, złotego cielca. […] Nie da się sztucznie stworzyć narodu. Więc niech nam nie mówią: zło pochodzi od nacjonalizmu, od idei narodowej. Zasadnicze zło pochodzi od człowieka. Zagrożeniem nie są narody, ale demoplutokracja, złe rządy ludowe, idea nacjonalitaryzmu, która nie jest nacjonalizmem [podkr. moje J.B.]. Nacjonalizm odpowiada mi, bo jest obroną ludzi, ich dzieł, ich nierówności, więc ich sztuki, ich myśli, ich dóbr; Ojczyzna, naród to nie abstrakcja: to konkret każdego dnia. […] Jeśli mówimy o zjednoczonej Europie, to pamiętajmy, że to chrześcijaństwo było w przeszłości Stanami Zjednoczonymi Europy i pozostaje nadal fundamentem takich możliwych Stanów.

A zatem, to nie nacjonalizmy i nie narody są winne szaleństwom ogarniającym niekiedy jednostki i społeczności, tylko konstruktywistyczne i egalitarne ideologie, traktujące żywe, konkretne wspólnoty jako surowiec, materiał do eksperymentów. Także dzisiejsze międzyplemienne rzezie w Bośni to nic innego jak wynik wcześniejszego zanegowania narodowych tożsamości, tworzenia sztucznego „narodu jugosłowiańskiego” (a potem jeszcze „socjalistycznego”) i zarazem groźne preludium do tego, co może i wprost musi się stać, jeżeli nie zostanie powstrzymany szaleńczy proces konstruowania nowej Wieży Babel; zuniformizowanej, antynarodowej i antypersonalistycznej Europy „Maastricht”.

*                 *               *

Chociaż omawiana książka stanowi antologię tekstów różnych autorów, to jednak w pełni usprawiedliwione wydaje się traktowanie jej jako dzieła autorskiego dr. Krzysztofa Kawęckiego, i to nie tylko dlatego, że ponad 1/3 zamieszczonych artykułów wyszła spod jego pióra, a pozostałe stanowią plon jego działalności redakcyjnej.

Uznajemy tak przede wszystkim dlatego, że ten młody jeszcze (rocznik 1960) historyk i polityk daje się poznać w swoich wypowiedziach jako jeden z najciekawszych publicystów prawicowych, dysponujący nadto dobrze przemyślaną i umotywowaną wizją celu, ku któremu zmierzać winien ten kierunek polityczny, z którego autor wyrósł, tj. narodowo-demokratyczny. I w istocie, rozważania K. Kawęckiego sygnalizowane tytułem jednego z artykułów: Endecja – co dalej?, uznać trzeba za politycznie w tej książce najdonioślejsze.

Terapia zalecana przez K. Kawęckiego ruchowi narodowemu ma swój początek w diagnozie postawionej jeszcze na przełomie lat 70. i 80. przez człowieka przystępującego do „nielegalnych”, jak wszystkie inne niekoncesjonowane przez reżim, grup neoendeckich (w tym wypadku: Komitetu Samoobrony Polskiej kierowanego przez Mariana Barańskiego) z pełną samowiedzą dokonywania wyboru nie tylko przeciwko panującemu systemowi, ale także dominującej w „opozycji demokratycznej” lewicowej „dysenterii”.

Dla nas — wspomina K. Kawęcki — młodych narodowców, endecja kojarzyła się z prawicą, bezkompromisowym antykomunizmem, przywiązaniem do katolicyzmu. Wyobraźnię polityczną kształtował etos Narodowych Sił Zbrojnych, wielkość historycznego ruchu narodowego, postać Romana Dmowskiego.

Rychło jednak bystry umysł młodego narodowca dostrzegł, że „źle się dzieje w państwie neoendeckim”, co zresztą stanowiło tylko potwierdzenie reguły tyczącej wszystkich nazbyt literalnych przedsięwzięć wskrzeszających stronnictwa „historyczne” (chadecja, neopiłsudczycy, PPS). Kłopoty trapiące neoendecję były jednak nie tylko właściwe wszystkim epigonom, ile też specjalnej natury.

Pierwszym zagrożeniem był, w opinii K. Kawęckiego, nurt postendeckiego „rewizjonizmu”, inspirowany przez niektórych działaczy emigracyjnego Stronnictwa Narodowego, takich jak Albin Tybulewicz czy (niedawno zmarły) Wojciech Wasiutyński, a sprowadzający się do tego rodzaju operacji „selekcyjnej” na myśli staroendeckiej, która prowadziła do amputowania prawie wszystkiego, co było w niej integralnie prawicowe.

Emigranci, żyjący od dziesiątków lat w samym epicentrum cywilizacji demoliberalnej i laicko-permisywnej, zaczęli wystrzegać się wszelkich wątków pachnących jakimkolwiek „fundamentalizmem” czy autorytaryzmem, a prezentować się jako „cywilizowane” prawe skrzydło demokracji parlamentarnej.

Niektórzy (jak na przykład prof. Adam Bromke) szli tak daleko, że z tradycji endeckiej pozostała już u nich właściwie tylko (dość zresztą banalna) analiza geopolityczna, wiodąca w konkluzji ku „prorosyjskości” i powielaniu stereotypów urzędowej amerykańskiej sowietologii.

Obawa przed posądzeniem o „faszyzm” czy „ekstremizm” prowadziła „rewizjonistów” nie tylko do ignorowania odradzającej się w latach 70. zachodnioeuropejskiej prawicy narodowej (co kompletnie zamilczano w emigracyjnym organie SN „Myśl Polska”), ale nawet do wyciszania samego pojęcia „prawica”. A jak mówi „spiżowe prawo polityki”, kto neguje ważność kategorii „lewica – prawica”, ten albo jest kryptolewicowcem, albo został od lewicy w ten lub inny sposób uzależniony.

I nic dobitniej nie potwierdza, iż zasadna była nieufność żywiona wówczas przez K. Kawęckiego i jego kolegów do „rewizjonistów”, jak perypetie tych krajowych adeptów rewizjonizmu, którzy zgodzili się (ku zaskoczeniu ludzi z nimi wcześniej współpracujących) na odgrywanie roli prawicowego listka figowego dla przechwytującej po 1989 r. władzę formacji postkorowskiej (przypadek Forum, potem Frakcji Prawicy Demokratycznej A. Halla).

Zupełnie przeciwstawne powyższemu, acz kompromitujące i wprost samobójcze dla idei narodowej zagrożenie wyszło w tym samym czasie ze strony nurtu, który śmiało można określić mianem „narodowego bolszewizmu”, reprezentowanego przez nieprzypadkowo bardzo nagłaśniane i w mediach oficjalnych, i w propagandzie korowskiej (jako bardzo dla tej ostatniej wygodny przeciwnik) Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”. Kusiło ono spadkobierców endecji swoją retoryką „antystalinowską” i „antysyjonistyczną” oraz jakimś dziwacznym „socjalistycznym patriotyzmem”.

I chociaż „Grunwald” z pewnością nie był przedsięwzięciem genetycznie wyrastającym z autentycznej endecji, tylko wylęgłym w zakamarkach PRL-owskich służb specjalnych, wyrażających kalkulacje „nacjonalistycznej” frakcji w PZPR, to jednak uczciwie przyznać trzeba, że niejeden narodowiec dał się tej retoryce skusić. (Dla ścisłości dodajmy, że nie dotyczy to wyłącznie „endeków”; wszakże jednym z najczynniejszych „grunwaldczyków” był Kazimierz Studentowicz, przed wojną publicysta gospodarczy neokonserwatywnego i propiłsudczykowskiego „Bunt Młodych”, a czasu wojny działacz katolickiej Unii z historyczną endecją niemający nic wspólnego).

Zmiana sytuacji politycznej po przejęciu w 1989 r. władzy przez obóz solidarnościowej lewicy nie wpłynęła zasadniczo na zniwelowanie opisywanych zagrożeń, a tylko przesunęła ich proporcje. Wprawdzie „rewizjoniści” utracili swą odrębność i tożsamość poprzez zagranie w OKP-owskiej orkiestrze pod batutą prof. Geremka, po „grunwaldczykach” słuch zaś zaginął, to jednak pojawiły się nowe kłopoty. I nie idzie tu wcale o takie bandycko-folklorystyczne [sic!!! – admin] zjawiska jak „Samoobrona” A. Leppera, subkultura skinheadów czy neopogańska grupa dawniejszego rewolucjonisty PZPR-owskiego (i współpracownika J. Kuronia) B. Tejkowskiego, ponieważ ich związek z endecją istnieje tylko w wyobraźni źle poinformowanych bądź „prawdomównych inaczej” dziennikarzy.

Te kłopoty, które po 1989 r. trapiły i trapią naprawdę neoendecję, są znów dwojakiej natury. Pierwszy z nich oznacza pogłębienie tendencji zauważalnej już od końca lat 70., a określonej przez K. Kawęckiego jako nostalgiczno-archiwalna. Zrozumiały do pewnego stopnia (psychologicznie) odruch czysto konserwacyjny w stosunku do wypracowanej przez kilka pokoleń i imponująco spójnej doktryny politycznej oraz poczucie zagrożenia przez jawnie nieprzychylną propagandę mediów, upowszechniającą „czarną legendę” endecji, miały jednak niekorzystny skutek w postaci dobrowolnego zamknięcia się w ideologicznej reducie, której obrońcy nie tylko że porzucili nawet myśl o wycieczce poza mury, ale pogrążyli się w sporach pomiędzy sobą o kwestie interesujące wyłącznie ich samych.

Kto styka się z publicystyką pism takich jak „Szczerbiec”, ten spostrzeże bez trudu, że dla jej protagonistów zegar dziejów zatrzymał się najpóźniej w 1939 r., skoro najbardziej zdaje się ich zajmować spór o to, kto faktycznie dowodził w Bitwie Warszawskiej podczas wojny polsko-bolszewickiej…

Konsekwencje „talmudyzmu” historyczno-ideowego (przed którym przestrzegał ongiś Dmowski) są łatwe do przewidzenia: nieobecność neoendecji w gronie liczących się ugrupowań politycznych i w ogóle w horyzoncie świadomości przeciętnego Polaka, nawet tego interesującego się polityką. Owa marginalność społecznie zobiektywizowanej egzystencji jest zresztą odwrotnie proporcjonalna do liczby instytucjonalnych podmiotów partyjnych wywodzących się z pnia endeckiego: Stronnictwo Narodowe („senioralne”), Stronnictwo Narodowe „Szczerbiec”, Stronnictwo Narodowe „Ojczyzna”, Narodowa Demokracja, Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe, Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne… (a nie jest to lista kompletna).

Zdecydowany sprzeciw (i słusznie!) K. Kawęckiego budzi tzw. trzecia droga, obrana przez wpierw lewicową frakcję w łonie SN, a później, po rozłamie, samodzielną już organizację: SN „Ojczyzna”. Jej animatorzy, określający się sami jako endecja „różowa” (w przeciwieństwie do „błękitnej”), oferują niewiarygodnej mętności koktajl, w którym przemieszane zostały odruchy już bez cudzysłowu ksenofobiczne z demagogicznym antykapitalizmem i ultrademokratyzmem ustrojowym (m.in. koncepcja jednoizbowego parlamentu). Populizm SN „Ojczyzny” to zatem kompletne zboczenie z prawicowego pionu ND w narodowo-socjalistyczne grzęzawisko.

Jakie jest wyjście z tej pułapki, w której znaleźli się neoendecy, uwięzieni pomiędzy antykwaryzmem a pokusą populizmu, i chyba już sami tracący nadzieję na przeniesienie dorobku najpotężniejszej niegdyś w Polsce szkoły prawicowego myślenia i działania w rzeczywistość XXI stulecia? Odpowiedź K. Kawęckiego jest jasna i bezkompromisowa: jedynym rozwiązaniem jest przyjęcie orientacji prawicowej; Walkę o Polskę wygrać może tylko konsekwentny w swym działaniu, zjednoczony obóz prawicy narodowej.

*                 *               *

Zauważmy naprzód, że proponowana przez K. Kawęckiego terapia jest w zasadniczych liniach zbieżna z działaniami wychodzącymi z różnych ośrodków politycznych. Największe nadzieje wzbudzała zrazu formuła Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (sam K. Kawęcki uczestniczył czas jakiś w jej realizacji), ale dziś (1994 r.) już wszystko wskazuje na to, że jego skrzydło szczerze prawicowe, personifikowane przez b. prezesa Rady Naczelnej Marka Jurka, przegrało batalię o kształt ideowy tego stronnictwa z odłamem centrowo-chadeckim.

Konieczność wyjścia z izolacji oraz potrzebę jednoznacznej opcji prawicowej (tak w sprawach ustrojowych, jak gospodarczych) zrozumiało kierowane przez Jana hr. Zamoyskiego Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne. Wykazuje ono w tym kierunku godną uznania konsekwencję, współtworząc m in. Porozumienie 11 Listopada oraz przedstawiając (zwłaszcza piórem Bogusława Kowalskiego, redaktora „Myśli Polskiej”) poważną koncepcję interprawicowego Obozu Polityki Polskiej.

Warto także odnotować (już z ostatnich tygodni), że również SN „senioralne” (prof. Maciej Giertych) zdecydowało się przełamać splendid isolation, powołując, wraz z częścią ZChN-u, Komitet Narodowy.

Nawet i na tle tych pozytywnych przykładów koncepcja K. Kawęckiego wyróżnia się śmiałością i szerokością horyzontów, nie ogranicza się bowiem do zadań polityki bieżącej, ale sięga też metapolitycznych fundamentów duchowych i kulturowych. Hasło wywoławcze „prawica” już znamy; pora zajrzeć, co się za tym hasłem kryje.

Pierwszym filarem, na którym wspiera się proponowana przez K. Kawęckiego prawica, jest narodowy tradycjonalizm. Oznacza to uwzględnienie całości dziedzictwa polskiej prawicy, bez ograniczeń partyjno-organizacyjnych (a przede wszystkim myśli konserwatywnej), i budowania z niego nowej jakości, w której tradycja narodowa (endecka) zajmuje, zwłaszcza w jej integralnie katolickiej formule wyznaczonej późnymi pismami Dmowskiego i „młodej” endecji z lat 30., miejsce zasadnicze, ale nie wyłączne. (Warto w tym miejscu zauważyć, że tytuł omawianej książki jest właśnie, wbrew pozorom, sygnałem otwarcia na nieendeckie formuły myśli prawicowo-narodowej, jako że przejęty został ze stałego nadtytułu prac wydawanych przed wojną przez środowisko tzw. narodowych piłsudczyków: Jana Hoppego, Wacława Budzyńskiego, Juliana Dudzińskiego i in. Szkoda może nawet, że wydawca nie ujawnił wprost tej, niekoniecznie czytelnej dziś dla każdego, aluzji.)

W pierwszym zatem rzędzie prawica narodowa oznacza dążenie do zapanowania prawa naturalnego w życiu publicznym, ideę silnej, autorytarnej władzy na polu rozwiązań ustrojowych i konsekwentny antysocjalizm w gospodarce, bez pytania, spod jakich sztandarów historyczno-partyjnych kto przychodzi.

Po drugie, prawica narodowa w dzisiejszych realiach musi przekroczyć zdecydowanie horyzont partykularny i określić się wobec zagrożeń dotykających wszystkie narody europejskie będące dziedzicami średniowiecznej Rei Publici Christianae. Śmiertelne niebezpieczeństwo utraty tożsamości i substancji narodowej, już to z powodu szaleństw brukselsko-strassbourskiej inżynierii socjalnej, już to z racji rozkładającej moralnie amerykanizacji usymbolizowanej wszechobecnością MacDonalda, już to wreszcie z uwagi na demograficzny kryzys społeczeństw europejskich kontrastujący z witalistycznym impetem cywilizacji islamskiej skłaniać winny do solidarności wszystkich narodów cywilizacji łacińskiej, a więc i do solidarystycznego nacjonalizmu europejskiego.

Trzeba tylko dokonać trafnego i zgodnego z naszym własnym interesem wyboru głównego sojusznika w owym „ruchu oporu” starych narodów Europy, którym nie może być ani neopogańska Nowa Prawica, ani nazbyt racjonalistyczno-materialistyczny neokonserwatyzm, tylko prawica katolicko-narodowa z krajów romańskich.

Wreszcie trzeci najgłębszy fundament prawicowej polityki to tradycjonalizm religijny, katolicki, który dzisiaj oznacza konieczność jeszcze wytrwalszej, w obliczu postępującej sekularyzacji, służby na dwóch „frontach”: kościelnym o zachowanie nieuszczuplonego o cokolwiek Depositum Fidei i jego obronę przed atakami liberalnego progresizmu; oraz politycznym ku zachowaniu duchowo-etycznych podstaw Rzeczypospolitej, która powinna otwarcie swą wiarę przed światem wyznawać.

Albowiem polityka to, jak przypomina za wielkim papieżem Piusem XII K. Kawęcki, najwyższa po kontemplacji forma miłosierdzia; natomiast „Najpiękniejszą rzeczą dla polityka prawicy może być to, że gdy kiedyś przyjdzie złożyć ostatni raport przed księciem Wojska Niebieskiego, powie za św. Pawłem: W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem”.

*                 *               *

Książka zredagowana przez K. Kawęckiego i R. Mossakowskiego jest oczywiście w swojej podstawowej warstwie propozycją ideowo-polityczną i, jako taka, nie może liczyć na powszechny entuzjazm. Można jednak odczytać ją także z pożytkiem jako prezentację szerokiego spectrum przemyśleń i działań zachodnio-europejskiej prawicy narodowej, o dużych walorach informacyjnych; umożliwiającą na przykład zrozumienie korzeni przełomu, który teraz właśnie się tam rozpoczyna, rozkruszając sprawowaną przez pięćdziesiąt lat władzę chadecko-socjalistyczno-liberalnego establishmentu (by wspomnieć chociażby fenomen nowych Włoch Berlusconiego, Finiego i Bossiego).

W pogrupowanych tematycznie działach Czytelnik znajdzie przeto m.in.: wypowiedzi polityków i publicystów prawicy, takich jak J.M. Le Pen, B. Megret, P. Vial, B. Pinar i K. Dillen; artykuły o Froncie Narodowym (i powodach przechodzenia do niego wielu gaullistów), MSI oraz Falandze Tradycjonalistycznej; bogato udokumentowane eseje o rekonkwiście gen. Franco, dyktaturze prof. Salazara i chilijskim eksperymencie gen. Pinocheta (nadto rewelacyjny na naszym gruncie tekst Deklaracji Ideowej Rządu Chile z 11 marca 1974 r.); wreszcie obszerny blok tyczący tradycjonalizmu w Kościele Katolickim, składający się ze wspomnień o kard. Mindszentym, zapisków księdza polskiego (L. Broel-Platera), który pozostał przy odprawianiu Mszy św. Piusa V, kazania śp. abpa M. Lefebvre’a oraz listu przełożonego (do niedawna) Bractwa św. Piotra, ks. Schmidbergera, o zasadach chrześcijańskiego ustroju społecznego.

Jacek Bartyzel

Pod znakiem nacjonalizmu. Antologia tekstów Prawicy Narodowej. Wyboru dokonali: K. Kawęcki, R. Mossakowski. Oficyna Wydawnicza „FULMEN”, Warszawa 1994, str. 205.

Za: http://www.portal.arcana.pl/Z-pierwszego-numeru-arcanow-kto-sie-boi-nacjonalizmu,3062.html
http://www.bibula.com

Odpowiedzi: 24 to “Kto się boi nacjonalizmu?”

  1. JO said

    „Trzeba tylko dokonać trafnego i zgodnego z naszym własnym interesem wyboru głównego sojusznika w owym „ruchu oporu” starych narodów Europy, którym nie może być ani neopogańska Nowa Prawica, ani nazbyt racjonalistyczno-materialistyczny neokonserwatyzm, tylko prawica katolicko-narodowa z krajów romańskich.”

    Otuz drogi Panie Bartyzel, takowej prawicy z krajow Romanskich – NIE MA! Nie ma juz krajow Romanskich a sa post-multikulturowe-wymieszane genetycznmie Kraje Zachodniej Demokracji.

    Pan wskazuje zly kierunek.

    Jedynym trafnym wyborem dla Polski jest Prawoslawna/Katolicka Rosja i ludy slowianskie do Rosji sie „przytulajace”.

    Proponuje, by Pan wyjechal do „Romanskich Krajow” i tam juz pozostal….

  2. snag said

    Odwieczny tułacz ,…

  3. lopek said

    Nacjonalizm jest niezbędny do zdrowego rozwoju każdego narodu. Wiedzą o tym une – więc nacjonalizm zwalczają ale nie swój.
    Izrael tylko wtedy stanie się wielki – kiedy wszystkie państwa większe od niego – przestana istnieć. Prawda, że miła perspektywa dla ludzi stworzonych przez Boga?

  4. Boydar said

    Problem p. Bartyzela polega moim zdaniem na tym, że u nas prawdziwa, genetyczna prawica, taka z serca i rozumu, siedzi cicho pod miotłą i cierpliwie czeka na wiatr. I pomimo starań stron wszelakich, nie zamierza wyleźć na światło dzienne zanim nastaną stosowne ku temu warunki do przetrwania. A to co widać czy słychać, to z reguły durnie lub farbowane lisy. I nie ma sensu nawet do takich strzelać bo szkoda amunicji. I wróg o tym dobrze wie. Dużo tych „i” mi się zrobiło; i trudno. Współczujem bulu dópy, panie Bartyzel.

  5. JO said

    Co prawda artykul nie jest skonczony, bo brakuje zdjec i spojrzenia…, ale warto przemyslec fakt, ze Biskup spotkal sie z Prawoslawnymi Polakami.

    Zdjecia i troche „spojrzenia” umieszcze w przyszlym tygodniu…:

    https://gajowka.wordpress.com/2016/10/16/apostolska-pielgrzymka-cz-8-badanie-stanu-wiary-prawoslawie-biskupa-r-williamsona-do-polski-roku-panskiego-2016-przeslania-informacje/

  6. jamek said

  7. Kar said

    re:4/Boydar..że u nas prawdziwa, genetyczna prawica, taka z serca i rozumu, siedzi cicho pod miotłą i cierpliwie czeka na wiatr
    ————————————–

    ..o tak! ..tu Pan nadmuchal-przedymal balon taktownie, bo u nas to ci zawsze ich kur. ow bez liku, i czekaja na wiatr (..z Izraela)

  8. Boydar said

    Panie Kar; Pan masz swoje zdanie a ja swoje. Tak jak uważam, tak piszę. Ma Pan okazję zrobić dobry uczynek i wyprowadzić mnie z błędu.

  9. Kar said

    ..panie Boydar, i Pan stary wrobel daje sie na plewy nabrac..(?) a fe..wstyd!

  10. Boydar said

    Aaaa, bo wszyscy się mię czepiajom; to i przewrażliwiony jakiś się zrobiłem …

  11. Isia said

    … (10) nie wszyscy, Panie Boydarze … nie wszyscy … 🙂 …

    … pańskie ujęcie (4) przedmiotowego tematu … akurat do mnie przemawia … w każdym razie brzmi optymistycznie … oby tak było … wprawdzie p. prof. Bartyzel pisał tę publikację w 1995 r., ale nic nie straciła ona na aktualności … żydzi (chociażby w osobie Marka Jurka) i tę część sceny politycznej (tj. narodową prawicę) „obsiedli” … łatwo nie będzie, naszej (Polaków etnicznych) prawdziwej prawicy, z serca i rozumu, jak Pan pisze, skonsolidować się …

  12. @ Isia, 11

    Napisała Pani „… żydzi (chociażby w osobie Marka Jurka)”.
    Marek Jurek – Żyd (żyd)? Jakieś szczegóły, dowody, powody?…. (mam nadzieję, że coś więcej, niż znam kogoś, kto stał przy sąsiednim pisuarze).

  13. Boydar said

    Żadnego problemu ze skonsolidowaniem nie będzie, Pani Isiu. Na ten przykład ja Boydar, natężę się, i mogę skonsolidować się z Panem JO, albo z Panem NICK’iem, albo jeszcze z paroma. Że o Panu Gajowym Wacławie Marusze nie wspomnę, bo nie wypada młodszemu ręki wyciągać przed szereg.

    Pani Isiu, jak to było ? „Papali my w kałaban a czort karty zdaje”. Wróg dysponuje przeważającą siłą ognia i to takiego prawdziwego. Wspomniana prawica nie kwalifikuje się do starcia fizycznego z tego typu przeciwnikiem. Musi więc przeczekać aż okoliczności będą bardziej sprzyjające. Standardowa metodą w takich przypadkach jest wykorzystanie sił już istniejących lub powstających. Głównie dotyczy to mediów, hierarchii Kościoła i szkolnictwa. Myślę, że te procesy zostały już zainicjowane. Zresztą, zazwyczaj jest tak, że ten kto ma potężnych wrogów, ma również nie mniej potężnych przyjaciół. Choć jak pisałem już kilkakrotnie, czasem nie zdaje sobie z tego sprawy. Bądźmy dobrej myśli; pracujmy u podstaw i pamiętajmy nieustannie o Bogu. Mamy stuprocentową pewność, że On nigdy o nas nie zapomni. A na widzialną konsolidację, przyjdzie pora któregoś nieoczekiwanie pięknego poranka.

  14. Isia said

    … (12) Panie Rozpuszczalnik …

    wprawił mnie Pan w zakłopotanie … Pan wybaczy, ale … tzw. „męskie” rozmowy proszę prowadzić z innymi osobami (Panów na Gajówce nie brakuje) … nie ze mną …
    … natomiast, odnośnie żydowskiego pochodzenia Marka Jurka – znajdzie Pan w internecie wiele materiałów na ten temat, pisze o tym, m.in., D. Kosiur w swoim artykule (i komentarzu pod nim) w: http://www.kworum.com.pl/art3047,marek_jurek_na_prezydenta_rp_html

  15. Boydar said

    Obywatel Kosiur nie jest wiarygodnym źródłem wiedzy nawet w odniesieniu do siebie samego. Tak więc żaden z niego autorytet. Ale taki jotpeg raczej nie łże

    Czy MJ jest żydem, chyba nie; jest zwyczajnym chachłem. Nad Bugiem co druga buźka tak się właśnie prezentuje. Możemy się spierać o chachłacka genetykę, ale taki typowy mosiek to nie jest na pewno.

  16. Isia said

    … (14) c.d.

    przepraszam, poprawny link: http://www.kworum.com.pl/art3047,marek_jurek_na_prezydenta_rp_.html

  17. snag said

    Isia @ 14 ,…

    Fakt ze kandydowal na prezydenta uwiarygodnia pani teze a fakt ze przegral przeczy 😉 ,…

  18. Piszę więc jestem said

    AD 2000 – p.Jurek powiedział mi prosto w oczy, że

    dyscyplina partyjna jest ponad sumieniem!

    Jak mam brać poważnie marionetkę?!

  19. Isia said

    … (13) Panie Boydarze …

    … dziękuję za te piękne, krzepiące słowa … bardzo potrzebne dziś, nam wszystkim …
    pisząc z taką wiarą i przekonaniem, zwłaszcza o Bogu … podnosi Pan na duchu … 🙂 …

    … (15) ma Pan rację … rzeczywiście, Marek Jurek nie wygląda na typowego żyda, ale, jak Pan wie, to jeszcze nie dowód, a w internecie można bez trudu poszukać materiałów na ten temat … podaję inny link, pod którym podano listę nazwisk mieszkańców żydowskiego pochodzenia, mieszkających w Opocznie przed II wojną światową, w tym nazwisko Jurek …

    http://www.opoczno.republika.pl/nazwiska.html

    … co do wiarygodności p. D. Kosiura … polegam na pańskiej opinii, chociaż, z tego co pamiętam, publikacje jego autorstwa, od czasu do czasu, Pan Gajowy zapodawał …

    ——
    … ale przestał, doświadczywszy wielokrotnie silnego antykatolicyzmu p. Kosiura.
    Admin

  20. Isia said

    … (17) Panie Snag …

    … chodziło o żródło, mówiące o żydowskim pochodzeniu Marka Jurka, akurat trafił się taki kontekst … ponadto p. D. Kosiur pisał wówczas, że Marek Jurek jest także masonem, należącym do Loży Windsor … pozostaje sprawa (nie)wiarygodności autora artykułu …

  21. Boydar said

    @ Pani Isia

    „Blogi internetowe zagrażają demokracji” – Barack Obama

  22. Ad 14 (Isia)

    Zajrzałem do Kosiura, zgodnie z linkiem, i na swój własny użytek stwierdziłem, że Kosiur – to przegrzany bałwan oraz że komentarze pod jego wypracowaniem jeszcze raz potwierdzają coś, co od pojawienia się internetu przestało być tylko podejrzeniem – to mianowicie, że idiotów nigdy nie zabraknie. Nieżyjący już francuski komik Coluche ujął to znakomicie: Matka kretynów jest stale w ciąży.

    Naturalnie, ująłbym ze swojej opinii o Kosiurze jakieś pół procenta, gdyby mi Pani wskazała i zacytowała jakąś linijkę z Kosiurowym dowodem na starozakonny stan płciowego odnóża Marka Jurka (staram się uniknąć męskiego tonu i jakoś zastąpić termin „obrzezany penis”).

    Argument, że w Opocznie mieszkał kiedyś jakiś Judejczyk „Jurek”, jest równie poważny jak to, że na internetowej LIŚCIE ŻYDÓW POLSKICH imię „Isia” (Agnieszka) pojawia się 7 razy.

    Chciałbym zakończyć te uwagi podkreśleniem, że każda pogawędka z Panią, patriotką o wełnie zdolnej wytrzymać każdy antypolski wiatr, ubogaca moją jaźń i wiedzę, a ponadto pozytywnie wpływa na moją samokontrolę w sensie słownictwa (dała mi Pani w dodatku okazję do zbudowania najdłuższego zdania od 20 minut).

    Powstrzymam się jednak od nagłego Schluss, bo zajrzałem do Wikipedii na temat Marka Jurka i znalazłem to oto:
    Poglądy
    Marek Jurek deklaruje całkowite poparcie dla społecznego nauczania Kościoła katolickiego, jest przeciwny zapłodnieniu pozaustrojowemu, aborcji, eutanazji, związkom homoseksualnym; wspiera naprotechnologię. Opowiada się za oparciem przyszłości Polski i Europy na kultywowaniu tradycji cywilizacji chrześcijańskiej i kultury łacińskiej. Jest zwolennikiem mszy trydenckiej. Jest honorowym członkiem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego.”
    oraz to:
    Życie prywatne
    Żonaty, jest ojcem czwórki dzieci (córek Zofii, Marii i Klary oraz syna Ludwika)”””

    Z pierwszego wynika, że gdyby takich „Żydów” było w Polsce więcej, mniej potrzeba byłoby forumowych patriotów z gatunku głośnociemnych (nie mylić z cichociemnymi), a z drugiego, że z Jurka spryciarz i ściachapęk, bo dzieci nie nazwał „Ryfka, Estera, Rebeka i Baruch”, tylko Zofia, Maria, Klara i Ludwik.

  23. Greg said

    Coś mi się wydaje, że iskra która ma wyjść z Polski, wyszła właśnie w sobotę.(ciekawa nagła zmiana pogody)
    Główne mendia milczą.
    http://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=18908&Itemid=46
    Tu zapis wideo, jeden z lepszej jakości pod względem meritum. OD 20-tej min. konferencja i później wieczorny egzorcyzm Szok!
    .https://www.youtube.com/watch?v=pJaZTxManGk

  24. Isia said

    … (22) Panie Snag …

    … proszę uważniej czytać wcześniejsze wpisy, nie tylko moje … i tak np. Pan JWP (18) wyraził, opartą na własnym doświadczeniu, negatywną opinię o Marku Jurku w kwestii jego „katolickiego” sumienia … a wikipedia, na którą Pan powołuje się, zwana przez internautów, nie bez kozery, żydopedią, nie zawsze jest żródłem w pełni wiarygodnym … poza tym w internecie znajdzie Pan wiele innych przedmiotowych publikacji …

    … nad sprawami oczywistymi, o których powszechnie wiadomo (choćby o tym, że żydzi ukrywają się pod polskimi nazwiskami i imionami, nie mówiąc już o żydach przechrztach) nie bardzo jest sens dyskutować … niepoważne są pańskie argumenty … że Marek Jurek nosi polsko brzmiące imię i nazwisko, deklaruje poparcie dla Kościoła Katolickiego (ze wszystkimi tego konsekwencjami), jego dzieci noszą polskie imiona … znaczy – nie jest z pochodzenia żydem … przepraszam Pana, ale … w pańskim rozumowaniu brak, co najmniej, elementarnej logiki … bo trudno mi posądzać Pana o brak wiedzy i naiwność …

    … Panie Snag … pańska opinia o polskich patriotach (czyli, jak rozumiem, także o mnie), z perspektywy amerykańskiej, ma się nijak, w odniesieniu do polskiej rzeczywistości … jest, według mnie, mylna i, w gruncie rzeczy, uwłaczająca … kończę i dziękuję za rozmowę …

Sorry, the comment form is closed at this time.