Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Geopolityczne cele polskich podziałów

Posted by Marucha w dniu 2016-10-24 (poniedziałek)

Współczesne polskie społeczeństwo jest rozczłonkowane bardziej niż inne przez podziały polityczne, społeczne, ekonomiczne. Te były zawsze i zawsze rodziły – zwłaszcza w kampaniach wyborczych – nowe integracje i nowe rozbicia.

Pojawiły się jednak linie podziału o nowej genezie, wyrastające z problemów bieżącej polityki, dla której spory i konflikty stanowią zasłonę dymną i przestrzeń manipulacji opinią publiczną.

Jej bowiem uwaga jest skutecznie odwracana od spraw w danym momencie najważniejszych. Triki władzy stare jak świat, a jednak duża część społeczeństwa daje się na nie nabrać – kolejny raz. Większość nowych podziałów jest sztucznie kreowana i podtrzymywana, mimo iż problemy, które je tworzą można rozwiązać w uczciwej debacie publicznej bądź w nowych ustawach, łączących harmonijnie dobro osoby z dobrem wspólnym. Do takich podziałów należą m.in.: „solidarnościowy”, smoleński, reprywatyzacyjny, edukacyjny.

Towarzyszą im stare podziały, do których należy aborcyjny. Ten ostatni ma szczególne znaczenie ze względu na wymiar moralny i cywilizacyjny, jaki wnosi do naszego życia zakaz zabijania dzieci poczętych. Ten zakaz jest jedynie emanacją prawa poczętego dziecka do życia, którego odmawiają mu ludzie o kamiennym sercu i wydrążonym sumieniu.

Aborterzy i ich polityczno-medialne środowiska chcą nas zawrócić nie tylko do epoki komunizmu, promującego aborcję, ale również do epoki barbarzyństwa, które nie znało prawa naturalnego. Podział na przeciwników i zwolenników zabijania nienarodzonych dzieci jest, niestety, autentyczny i głęboki. Sztuczny natomiast i fałszywy moralnie, prawnie, antropologicznie jest argument zwolenników aborcji, mówiący o prawie kobiet do zabijania dziecka poczętego. Takie prawo degraduje cywilizacyjnie każde społeczeństwo, nie uwzględnia bowiem prawa dziecka do życia. I takie są antycywilizacyjne zamiary tych, którzy sponsorują zwolenników aborcji.

Cywilizacyjny wymiar ma również podział konstytucyjny, przebiegający między władzą i społeczeństwem. Dotyczy on nie tylko sporu o TK, ale również utrzymania w mocy ustawy 1066 i wdrażania w życie tej, którą uchwalono przed warszawskim szczytem NATO – o stacjonowaniu obcych wojsk w Polsce. O ile podział z powodu TK jest spektakularny, nagłośniony nie tylko przez kłótnie partii rządzącej z opozycją, ale również Brukselę i Komisję Wenecką, o tyle przepaść między społeczeństwem a władzą i popierającymi ją partiami w związku z funkcjonowaniem wymienionych ustaw jest ukrywana.

Polacy – o czym świadczy m.in. ton ich wypowiedzi na wielu portalach społecznościowych czy konserwatywnych – nie chcą ani obcych służb do pacyfikowania „niepokojów społecznych”, ani obcych baz wojskowych czy tarczy antyrakietowej na terenie naszego państwa. Politycy, zwłaszcza posiadający władzę, dobrze o tym wiedzą, media również. Dlatego nie ogłasza się żadnych sondaży na ten temat.

Jeszcze większa jest przepaść między władzami, mediami oraz tzw. środowiskami eksperckimi a polskim społeczeństwem w zakresie przygotowań do wojny z Rosją, na którą nastawiają się te pierwsze, a której nie chce przeciętny Kowalski. Analogiczna przepaść dzieli Polaków od elit politycznych w sprawie poparcia i finansowania banderowskiej Ukrainy.

Podobnie jak w przypadku zagrażających bezpieczeństwu Polaków i bytowi polskiego państwa wymienionych ustaw, również godząca w naszą rację stanu polityka wschodnia Warszawy nie ma poparcia w społeczeństwie. Rażąca alienacja władzy i jednomyślnej z nią w tych kwestiach opozycji jest tematem tabu w przestrzeni publicznej. Przepaść między elitami politycznymi i resztą społeczeństwa jest bowiem skoordynowana z mechanizmem tworzenia podziałów w Polsce. Z prostej analizy założeń polskiej polityki międzynarodowej, determinującej jej wewnętrzny wymiar, wynika, iż mechanizm ten jest podporządkowany transatlantyckim celom globalnym USA.

Mutacja dobrej i złej pamięci

Zarzewiem szczególnie dotkliwych podziałów jest tzw. polityka historyczna wtłaczana do programów edukacyjnych, naukowych i kulturowych. Jej celem jest nie tylko zmiana dotychczasowej narracji obejmującej okres drugiej wojny światowej oraz czasy PRL, ale nade wszystko transformacja świadomości historycznej Polaków.

Historia na usługach polityki czy raczej polityków – zwłaszcza zwycięzców – nigdy nie była obiektywna. Co więcej, nigdy nie była ukierunkowana na poznanie prawdy i jej rzetelny przekaz. Aksjologia polityki historycznej jest doraźna, ściśle podporządkowana aktualnym celom władzy. Nie można jej utożsamiać z celami historii jako nauki, które z natury swej powinny mieć charakter obiektywny i służyć dobru wspólnemu, nie zaś elitom politycznym i ich sponsorom.

Dlatego daleka od uniwersalnych kryteriów, a jedynie podporządkowana wybiórczo niektórym normom moralnym pamięć w polityce historycznej nie ma nic wspólnego z dobrą i złą pamięcią, o której mówił papież Franciszek w Częstochowie w czasie ŚDM. Polityka historyczna dzieli pamięć o naszej przeszłości według innych kryteriów niż wartości chrześcijańskie, na które wskazywał papież. Prawda, dobro i piękno metafizyczne oraz absolutne i bezwzględne wartości moralne są w niej traktowane instrumentalnie jako kategorie służące wartościom politycznym – najczęściej zdobyciu lub umocnieniu władzy, pognębieniu przeciwnika, unicestwieniu wroga.

Instrumentalizacja wartości uniwersalnych – poprzez ich relatywizację (ze względu na cel) i subiektywizację ( ze względu na jakąś osobę/osoby) sprawia, że w polityce historycznej możliwa jest transformacja dobrej i złej pamięci oraz jej wewnętrzne podziały. Zmieniają się też jej podmioty – są nią obejmowane te postacie, grupy, siły polityczne, które mogą być wykorzystane dla bieżących celów politycznych. Jednakże nawet i one są dzielone na pozytywne i bardziej pozytywne, prawdziwe i bardziej prawdziwe, patriotyczne i najbardziej patriotyczne. Przykładem tak dzielonej dobrej pamięci jest stosunek polityki historycznej do polskich bohaterów drugiej wojny światowej oraz tzw. drugiej konspiracji, eksponowanej jako opór przeciwko „sowieckiej okupacji”.

Wraz z rozwojem działalności IPN, będącego ekspozyturą polityki historycznej III RP, zmienia się wartościowanie żołnierzy września, ZWZ, AK, BCh, NSZ w ramach dobrej pamięci. Nagłaśnia się wybrane formacje w zależności od moderowanych przez Waszyngton transatlantyckich i natowskich trendów. Ostatnio wszystkie wymienione formacje wojskowe przegrywają w ocenie stopnia patriotyzmu z żołnierzami wyklętymi. Postawy tych ostatnich stały się bowiem najbardziej przydatne dla kształtowania antyrosyjskiego aspektu polskiej świadomości narodowej, determinowanej przez cele amerykańskiego globalizmu.

Wprowadzanie „wyklętych” do pamięci narodowej jest zasadne i konieczne ze względu na prawdę historyczną. Ponadto szacunku dla ich śmierci i godnego pochówku domaga się nie tylko wrażliwość moralna budowana na wartościach chrześcijańskich, ale również wyrastająca z nich norma cywilizacyjna.

Obecna polityka historyczna wtłacza jednak do tych dwóch obszarów – moralnego i cywilizacyjnego – inne normy jako priorytetowe. Są to normy kultu oznaczające wykluczenie z dyskusji publicznej jakiejkolwiek krytyki pod adresem żołnierzy wyklętych – m.in. ich walki jako skazanej z góry na klęskę. Co więcej, kult oznacza wymuszenie bezrefleksyjnej aprobaty dla wszystkich bez wyjątku jej form – również kainowych zbrodni.

Narzucenie takiego kultu programom edukacyjnym sprowadza uczenie patriotyzmu do nauki bezrefleksyjnego umierania dla Polski, do przekształcenia wierności Polsce – a więc wartościom przez nią reprezentowanym – w mechaniczne przywiązanie. Z tej perspektywy nauka życia i pracy dla ojczyzny jawi się jako nauczanie „gorszego” patriotyzmu – takiego, który nie tylko można krytykować czy wyśmiewać, ale również odrzucać. Taką walkę „na patriotyzmy” przerabialiśmy już nie jeden raz – m.in. w ramach takich paradygmatów jak: „bić się czy się nie bić”, „postawa romantyczna czy pozytywistyczna”. I zawsze wychodziliśmy z niej osłabieni.

Jeszcze bardziej dramatyczne są podziały w obrębie dobrej pamięci obejmującej ofiary drugiej wojny światowej. Straty w ludziach liczone, przypominane i oceniane w zależności od aktualnej polityki historycznej stały się normą. Norma ta zakładała np., że Katyń jako świadectwo ludobójstwa sowieckiego będzie po 1989 roku kumulował dobrą pamięć Polaków o dokonanych na naszym narodzie zbrodniach przeciwko ludzkości i zamykać ją na ludobójstwo banderowskie. I jedynie dzięki aktywności osób i środowisk podejmujących tradycję inteligencji polskiej – dystansującej się zawsze od działań władzy – udało się wbrew rządzącym elitom naruszyć tę normę i nagłośnić ludobójstwo dokonywane z ukraińskich inspiracji nazistowskich.

Zniszczenie kapitału społecznego

Podziały skutkują słabością i niewydolnością społeczeństwa. Nie tylko nie potrafi ono osiągać dobra wspólnego, ale również bronić swych praw, a nawet formułować swych potrzeb. Staje się podatne na każdą manipulację, odwracającą jego uwagę od spraw istotnych i absorbującą marginalnymi. Podzielone społeczeństwo nie jest w stanie zorganizować żadnego ogólnopolskiego protestu we własnej obronie, na przykład przeciw tarczy antyrakietowej i bazom NATO czy przeciw przygotowaniom do wojny z Rosją. O to właśnie chodzi tym, którzy zarządzają podziałami w Polsce. O to, abyśmy byli bezsilni we własnym kraju.

Kierująca Polskę w stronę autorytaryzmu ekipa PiS buduje pozorną jej siłę. Tworzy ją bowiem jedynie kumulacja władzy oraz rosnący potencjał armii i rozbudowanych służb specjalnych, które nie chronią interesów polskiego państwa. Państwo pod rządami PiS nie tylko nie odbudowuje kapitału społecznego, ale go jeszcze pomniejsza, potęgując dodatkowo podziały poprzez premiowanie swoich wyborców i coraz bardziej zadłużające Polskę rozdawnictwo. Poparcie dla PiS nie ma nic wspólnego z kapitałem społecznym, który przejawia się w możliwościach mobilizacyjnych dla dobra wspólnego – nade wszystko dla realizacji polskiej racji stanu. Elektorat PiS, podobnie jak elektorat opozycji, nie prezentuje kapitału społecznego, który mógłby pozytywnie wpłynąć na przyszłość Polski.

I w jednym i w drugim przypadku mamy do czynienia z osiąganiem partykularnych korzyści przez środowiska głosujące na daną partię, która je premiuje z budżetu państwa – często wbrew jego interesom. Różnica między PiS i opozycją jest tylko taka, że partia Jarosława Kaczyńskiego płaci swoim wyborcom najwięcej – z naszej kieszeni. Elektorat PiS – jak również opozycji organizującej „czarny poniedziałek” dla odnowienia starego podziału – nie sprzeciwi się ani ustawie 1066, ani tarczy antyrakietowej i bazom NATO, ani nawet godzącej bezpośrednio w jego interesy akceptacji CETA i TTIP, wyrażanej przez prezydenta A. Dudę i rząd B. Szydło.

Wyborcy PiS – jako „suweren”, który rządzi przez partię J. Kaczyńskiego – są na tyle uśpieni przez katolickie media i udobruchani przez takie bonusy, jak 500+ czy uprzywilejowana rewaloryzacja emerytur KRUS, że nawet nie drgną na znak protestu. Podobnie uśpiony jest elektorat opozycji. Nie bez powodu odnowiono podział aborcyjny w momencie, gdy waży się przyszłość polityczna Polski wobec układów CETA oraz TTIP. Między innymi dzięki temu podziałowi przeszła jako coś normalnego nienormalna nominacja Amerykanina Roberta Greya na stanowisko podsekretarza stanu w MSZ Polski. Jest to spektakularna nominacja, stawiająca nas na poziome Ukrainy, znanej z tego, że członków jej rządów i doradców wyznacza Waszyngton.

Słaby gracz amerykańskim wichrzycielem w Europie

Podziały osłabiają nas totalnie i czynią bezwolnymi wobec dyktatu Waszyngtonu i podległej mu Brukseli. Gdyby dewiza divide et impera przyświecała realizacji polskich celów, mielibyśmy do czynienia co najwyżej z machiawelizmem. Tymczasem po 1989 roku kolejne rządy w Polsce dzielą nas i rządzą nami dla obcych polskiej racji interesów. To jest niewybaczalne działanie na szkodę Polski. Tym bardziej niewybaczalne, że – w przeciwieństwie do narzuconej nam przez Jałtę zależności od Moskwy w czasach PRL – zależność od USA jest dobrowolna, opiewana w podręcznikach politologii i wszystkich bez wyjątku mediach – również katolickich – jako sukces historyczny.

Miarą tego „sukcesu” jest nie tylko obecna sytuacja Polski – coraz bardziej wyludniającej się, zadłużonej, pozbawionej liczącego się przemysłu, przygotowywanej do roli państwa frontowego w trzeciej wojnie światowej. To także obraz współczesnej Europy, którego współtwórcą jest Polska jako członek NATO i UE. Europy ze sztucznym państwem kosowskim, bankrutującą od kilku lat Grecją, liczącą straty po brexicie unijną machiną, widmem panującego islamu. To obraz upadającej w majestacie traktatu lizbońskiego – podpisanego przez Lecha Kaczyńskiego i ratyfikowanego przez polski parlament – cywilizacji chrześcijańskiej i zwyciężającego ją genderyzmu.

Paradoksem jest, że słaba pod każdym względem Polska destabilizuje Europę, naruszając istniejącą w niej do tej pory równowagę sił między mocarstwami atomowymi – USA i Rosją – nazywaną słusznie równowagą wzajemnego strachu.

Destabilizuje na rzecz Ameryki – poprzez instalację tarczy antyrakietowej, której towarzyszy instalacja bazy amerykańsko-natowskiej na naszym terenie i dozbrajanie Ukrainy. Destabilizuje również w sferze cywilizacji. Promocja ze strony Warszawy banderowskiej Ukrainy w UE i NATO, głosowanie za zniesieniem wiz dla jej obywateli, przyjęcie do Polski ponad miliona Ukraińców jako „uchodźców” ma stanowić panaceum na problemy z islamskimi imigrantami. Ma być sukcesem Polski w UE.

Niestety, jest imigracyjnym kłamstwem. Warszawa nie może bowiem dać gwarancji ani polskiemu społeczeństwu, ani tym bardziej Europie, że wśród ukraińskich imigrantów nie ma wyznawców banderyzmu, powiązanych z neonazistowskimi organizacjami w Kijowie, zdolnych do podjęcia natychmiastowej współpracy ze środowiskami niemieckich „wypędzonych” i nacjonalistów czy kontynuatorów ustaszowskiej tradycji w Chorwacji. Założenie, że neobanderyzm jest „lepszy” od islamu i niczym nie grozi Polsce oraz Europie, jest politycznym i cywilizacyjnym blefem.

Pobieżna próba podsumowania skutków, jakie przynoszą sterowane z zewnątrz podziały polskiego społeczeństwa, zmusza do konkluzji, która mówi o oczywistym i od wieków sprawdzonym sposobie na przetrwanie: budowanie jedności na gruncie cywilizacji chrześcijańskiej, odrzucenie prowojennej ideologii, obrona polskiej racji stanu. Budowanie jedności stało się pilną koniecznością i obowiązkiem nade wszystko tych, którzy są poza sterowanym przez obce siły układem władza-opozycja.

prof. Anna Raźny
Myśl Polska, nr 43-44 (23-30.10.2016)
http://www.mysl-polska.pl

Odpowiedzi: 6 to “Geopolityczne cele polskich podziałów”

  1. Carlos said

    Dziwne,ze nikt nie komentuje znakomita pania profesor. Ciekawa analiza obu partii, ciekawe wnioski. Polecam inne Jej eseje.

  2. Boydar said

    Żeby wygrać trzeba grać. A najlepiej wygrywa właściciel totolotto.

    Najpierw robią z miózgów wodę, potem na tej wodzie robią fale, a następnie te fale klasyfikują.

    Kogo to wszystko qurwa obchodzi. Wypier_dalać !

  3. NICK said

    Ciekawe, że, Carlos skomentował.

  4. Boydar said

    A wkleję tutaj, a co; jak dla mnie to się wiąże i to bardzo

    http://chart.neon24.pl/post/134551,sen-o-wlasnych-majtkach

  5. Carlos said

    Moim komentarzem jest …brak komentarzy takich madrali jak dick

  6. Siggi said

    http://sanocki.neon24.pl/post/134602,wschodnia-polityka-polski-glupota-i-brak-zasad

Sorry, the comment form is closed at this time.