Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Resortowi autorzy o resortowych dzieciach

Posted by Marucha w dniu 2016-11-06 (niedziela)

4 listopada w Galerii Porczyńskich w Warszawie odbyła się huczna promocja trzeciej części – że tak powiem delikatnie – cyklu pt. „Resortowe dzieci”. Tym razem są to „Resortowe dzieci. Politycy”.

Galę prowadził Rafał A. Ziemkiewicz – autorytet moralny Prawicy i sumienie Narodu.

Zaszczyciła ją cała śmietanka pisowsko-gazetopolska plus pani Magdalena Ogórek, która nabrała starego lisa Millera na to, że niby jest nowocześnie lewicowa – topiąc w wyborach SLD – a tak naprawdę była i jest wyznawczynią tych samych poglądów i zwolenniczką tej samej orientacji, co redakcja „Gazety Polskiej”.

Ogrom pracy, godziny spędzone w Instytucie Pamięci Narodowej, setki nazwisk, tysiące akt” – czytamy w relacji na portalu nezalezna.pl.

To zdanie sugeruje, że Kania, Marosz i Targalski dokonali jakiejś wielkiej pracy badawczej z dziedziny historii. Tak jednak nie jest, ponieważ praca taka polega na naukowej krytyce źródła historycznego, a nie na dosłownym przepisywaniu materiałów wytworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa PRL, wybranych i dopasowanych do założonej przez autorów tezy, że całym życiem publicznym w Polsce rządziły i nadal rządzą tajne służby PRL i ZSRR (Rosji).

Publikacje Kani, Marosza i Targalskiego mają zatem charakter wyłącznie delatorsko-paszkwilancki. Ich warsztatowym wzorcem jest szkoła Antoniego Macierewicza, której najwybitniejszym dziełem był tajny „Aneks do Raportu o likwidacji WSI”.

Jak wiadomo, nawet Lech Kaczyński nie chciał tego „Aneksu” ujawnić w obawie przed skandalem, własną kompromitacją i procesami, które naraziłyby Skarb Państwa na poważne starty (już sam „Raport o likwidacji WSI” spowodował takie straty w postaci odszkodowań zasądzonych na rzecz osób pomówionych).

Gdzie nie spojrzeć – czy pod świerkiem, czy w lodówce, czy w szafie, czy na strychu, czy na uczelni, czy w sądzie, czy w urzędzie, czy w redakcji, czy w ministerstwie, czy w leśniczówce Komorowskiego – wszędzie tam siedzi komunistyczny albo ruski agent. Taka to jest mniej więcej wizja świata.

Na promocji obecnego tomu „Resortowych dzieci” zdradzono, że tytuł serii wymyśliła Joanna Lichocka – uchodząca w „Gazecie Polskiej” i PiS za intelektualistkę. Zdradzono też, że na obecnym tomie – poświęconym politykom różnych opcji (z wyjątkiem PiS) – się nie skończy. Kania, Marosz i Targalski straszą, że „już za rok ukaże się czwarta część poświęcona biznesowi. Kolejna dotyczyć będzie świata nauki”. A co np. z Kościołem katolickim? To temat tabu?

Seria „Resortowe dzieci” przypomina poniekąd tomiki „Żółtego tygrysa”, które w PRL były hitem kiosków przedsiębiorstwa RSW „Prasa-Książka-Ruch”. Kolejny był powieleniem poprzedniego, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom ówczesnej polityki historycznej i zapotrzebowaniu estetycznemu miłośników grafomanii.

„Resortowe dzieci” natomiast – oprócz dostarczania radości grafomanom, plotkarzom i notorycznym nienawistnikom – wychodzą naprzeciw potrzebom propagandy politycznej PiS, która musi nieustannie podtrzymywać wizję świata Jarosława Kaczyńskiego wśród elektoratu i cementować go tą wizją.

Nieustannie trzeba przypominać, że na każdym kroku plenią się komunistyczni i ruscy agenci, jawni i ukryci komuniści, „lewacy” i ogólnie „układ”, który sypie piasek w szprychy, że z tą komunistyczno-ubecką hydrą, mającą powiązania z Rosją i Putinem, muszą bez chwili wytchnienia walczyć prawdziwi patrioci pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego.

Jest to wizja świata poniekąd podobna do wizji Józefa Stalina, w której zamiast komunistów piasek w tryby Dobra i Postępu ciągle sypali kontrrewolucjoniści, rozmaici rewizjoniści i wrogowie ludu, a agenci byli angielscy, niemieccy, polscy, japońscy itd. Chociaż nie tylko Józefa Stalina, ponieważ także Józef Piłsudski często powtarzał po 1926 roku spiżowe zaklęcia w stylu „strzeżcie się agentów” oraz „bić k… i złodziei”. Nie tylko powtarzał, ale stosował je w życiu państwowym (Brześć, Bereza Kartuska) i prywatnym (paranoidalne oskarżenie, na miesiąc przed śmiercią, małżeństwa lekarzy Ludwiki i Marcina Woyczyńskich o związki ze „Wschodem”).

Na temat obrazu rzeczywistości przedstawianej w publikacjach z cyklu „Resortowe dzieci” wiele też mówi warsztat ich autorów. Kulisy warsztatowej kuchni zdradzili Dorota Kania i Jerzy Targalski: „Początkowo ustalaliśmy listę nazwisk i dzieliliśmy pracę, a później i tak każdy zajmował się innymi osobami. Na koniec dr Targalski podejmował decyzję – co uwzględniamy, a co nie (…)” [1]. Identyczny warsztat zawodowy stosowali w latach 30. ubiegłego wieku publicyści radzieckiej agencji informacyjnej TASS, czy organu prasowego NSDAP „Völkischer Beobachter”, a także funkcjonariusze NKWD, KGB, SB, StB, Stasi itd.

Moją uwagę zwraca to, czego dr Targalski nie uwzględnił w dotychczasowych częściach „Resortowych dzieci” i – czego nie mam wątpliwości – nie uwzględni w kolejnych, zapowiadanych edycjach tego cyklu.

Jerzy Targalski-junior nie uwzględnił przede wszystkim samego siebie (epizod w PZPR) oraz Jerzego Targalskiego-seniora, wieloletniego wykładowcy marksizmu-leninizmu na różnych uniwersytetach i pioniera dogmatyzmu marksistowskiego w naukach historycznych.

Nie uwzględnił ojca braci Kaczyńskich, którego kariera w PRL jest wciąż owiana tzw. tajemnicą poliszynela. Nie uwzględnił samych braci Kaczyńskich i ich karier naukowych w PRL, którym jakoś nie zaszkodziła tzw. działalność opozycyjna.

Nie uwzględnił takich autorytetów moralnych Prawicy jak Ludwik Dorn i Bronisław Wildstein, którzy sami o sobie powiedzieli, że tak jak Michnik pochodzą z rodzin „kosmopolitycznych komunistów żydowskich”. Nie uwzględnił wielu innych działaczy PiS, których przeszłość w PZPR lub takowe powiązania rodzinne nie są tajemnicą.

Nie pokusił się też zauważyć problemu, który w związku z powyższym niejako sam się nasuwa. Jak to bowiem jest, że całe życie polityczne, gospodarcze, naukowe, kulturalne i społeczne Polski po 1989 roku było kontrolowane, a nawet kierowane przez funkcjonariuszy i agentów dawnych komunistycznych tajnych służb oraz ludzi PZPR, powiązanych (obowiązkowo!) z Rosją, a jedynym obszarem polskiego życia wolnym od tej przypadłości były byty polityczne tworzone przez braci Kaczyńskich, Antoniego Macierewicza i Jana Olszewskiego od PC i ROP po PiS.

Co spowodowało, że komunistyczna hydra powiązana z Rosją ulokowała się wszędzie, tylko nie u boku Jarosława Kaczyńskiego? Jego osobisty urok, czy jakieś inne czynniki? Tego Jerzy Targalski-junior, Dorota Kania i Maciej Marosz nie wyjaśniają.

Poza tym muszę zauważyć, że skoro ci wszyscy funkcjonariusze i agenci tajnych służb PRL oraz działacze PZPR wraz z dziećmi i wnukami stanowią tak wielki problem i przeszkodę w zbudowaniu Polski Wolnej i Niepodległej – jak sugerują autorzy „Resortowych dzieci” – to może ich najlepiej wszystkich rozstrzelać? A wszystkich tych, którzy urodzili się przed 1989 rokiem najlepiej zamknąć do rezerwatów i skansenów, jak IPN sowieckie pomniki. Wtedy nie będzie już problemów ze zbudowaniem IV, a nawet V Rzeczypospolitej.

Rozwiązanie takie, co prawda tylko odnośnie byłych funkcjonariuszy SB, zaproponował całkiem poważnie podczas jednego ze swoich spotkań autorskich inny wybitny autorytet moralny Prawicy – Stanisław Michalkiewicz. Z tą jednak różnicą, że jako klasyczny liberał sprzeciwił się odbieraniu lub obniżaniu emerytur byłym SB-kom i opowiedział się za tym, by stojąc na gruncie świętości praw nabytych wypchać im jeszcze kieszenie pieniędzmi, gdy będą szli na szubienice.

Przypuszczam jednak, że takie rozwiązanie w ogóle nie jest brane pod uwagę w obozie obecnej władzy, poza ewentualnie jego niektórymi radykalnymi i szeregowymi zwolennikami. Radykalizm takiego rozwiązania stawiałby bowiem obecną władzę w sytuacji bez odwrotu, tzn. znalazłaby się ona w następnej kolejności do rozstrzelania.

Tak, że cała ta hucpa z „Resortowymi dziećmi” i wynikającym z nich przekazem ma służyć jedynie ideologicznemu cementowaniu własnych szeregów, kreowaniu wroga, bez którego żaden ruch rewolucyjny (a takim jest pisowska Prawica) nie może istnieć, ciągłemu jątrzeniu atmosfery społecznej, piętnowaniu i szczuciu jednych na drugich oraz prymitywnemu dzieleniu narodu, bo podzielonym i skłóconym narodem rządzi się nadzwyczaj łatwo.

A więc jest to tylko socjotechnika władzy mająca na celu wyłącznie utrzymanie władzy przez kreowanie obłąkanej wizji rzeczywistości. Co jednak można zbudować na takiej wizji? Co pociągającego może być w świecie ludzi obłąkanych?

Na koniec jeszcze jednak refleksja. Kania, Marosz i Targalski nie uwzględnili w swoich opowieściach o resortowych dzieciach kolejnej bardzo ważnej osoby – swojego szefa Tomasza Sakiewicza. 11 listopada minie druga rocznica odznaczenia go resortowym odznaczeniem przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy.

Żadna policja polityczna nie daje nikomu odznaczeń za pisanie artykułów. Sakiewicz został zatem odznaczony przez ukraińską bezpiekę za coś więcej. Za co, można się domyślać mając na uwadze chociażby bezpośrednie zaangażowanie jego mediów w przewroty polityczne na Ukrainie w 2004 i 2014 roku oraz jego częste wizyty we Lwowie i Kijowie i wygłaszane tam stanowiska.

Zagrożeniem dla Polski nie jest czyjaś współpraca sprzed 30-40 lat z nieistniejącymi już dzisiaj służbami nieistniejących państw. Zagrożeniem jest współpraca współczesnych prominentów polityki i mediów ze współczesnymi służbami państw współcześnie istniejących. I w przeciwieństwie do środowiska gazetopolskiego nie mam tutaj bynajmniej na myśli Rosji. Tego tematu jednak Kania, Marosz i Targalski w swojej twórczości nie poruszą. Nie ma też co liczyć na zrozumienie owego zagadnienia wśród bezmyślnych konsumentów tejże twórczości.

Bohdan Piętka

[1] Autorzy „Resortowych dzieci” nie kończą pracy. Będą nowe części i suplement… o sędziach!, http://www.niezalezna.pl, 4.11.2015.

http://mysl-polska.pl

Odpowiedzi: 15 to “Resortowi autorzy o resortowych dzieciach”

  1. VA said

    Żydzi z PIS napisali o Żydach z PO.

  2. Mareu said

    Dokładnie.

  3. proto said

    Jedni żydzi (frankijscy pseudo-patrioci z PiS) szczują przeciwko drugim żydom, zapominając że mają wspólne chazarskie pochodzenie. A WON z Polski na UPAdline, jedni i drudzy!!!

  4. proto said

    Polacy łapią się na żydowskie sztuczki typu „dobry żyd, zły żyd”, a w tym czasie frankijscy żydzi z PiS (np. Abramowicz) dokręcają fiskalną śrubę, by wypędzić Polaków z Polski a na ich miejsce naściągać banderowców.

  5. Joannus said

    Synonimem jedynego zła, jako i straszakiem ubek.
    Ja zapytam, kto więcej szkody poczynił dla naszej kochanej Ojczyzny, tenże ubek, czy ten co z nim ”walczy od 3 wieków.

    Taka refleksja przychodzi, dodam bez żadnej sympatii do tegoż ubeka

  6. JerzyS said

    Męczennicy za Prawę:

    „płk Stanisław Trafalski i mjr Wiesław Piątek,
    doświadczeni oficerowi Biura Śledczego MSW
    -30 listopada 1984 roku późnym wieczorem
    w Białobrzegach na trasie Kraków – Warszawa
    Fiat 125 zderzył się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka ciężarowym Jelczem.

    http://wiadomosci.wp.pl/kat,1371,title,Zgineli-bo-szukali-zabojcow-ksiedza-Popieluszki,wid,11285074,wiadomosc.html?ticaid=1180a4

    30 listopada 1984 roku późnym wieczorem w Białobrzegach na trasie Kraków – Warszawa Fiat 125 zderzył się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka ciężarowym Jelczem. W wypadku zginął kierowca Fiata oraz jego dwaj pasażerowie: płk Stanisław Trafalski i mjr Wiesław Piątek, doświadczeni oficerowi Biura Śledczego MSW. Obaj badali przeszłość trzech esbeków skazanych za uprowadzenie i zamordowanie księdza Popiełuszki: Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali i Waldemara Chmielewskiego. Odkryli m.in., że Grzegorz Piotrowski od 1982 roku nieformalnie kontaktował się z oficerami KGB. Dokumenty, które funkcjonariusze wieźli z sobą tego dnia, zaginęły. Zaginęły również ich notatniki służbowe.

    Według oficjalnej wersji, przyczyną tragedii w Białobrzegach był nieszczęśliwy wypadek. Milicja uznała, że winę za jego spowodowanie ponosi kierowca ciężarówki. Podała, że uciekł on z miejsca wypadku i sprawę umorzono.

    Tymczasem w 2004 r. policjanci uczestniczący w śledztwie w sprawie zabójstwa księdza Jerzego, zidentyfikowali i odnaleźli kierowcę. To Stanisław W., mieszkaniec województwa świętokrzyskiego. Jednak w Instytucie Pamięci Narodowej do tej pory nie ma jego cennych zeznań. Powód? Prokurator Andrzej Witkowski, który przez wiele lat zajmował się sprawą śmierci ks. Popiełuszki, został odwołany w październiku 2004 roku i nie zdążył przesłuchać tego ważnego świadka. Portal tvp.info dotarł do Stanisława W.

    „Miałem o wszystkim zapomnieć”

    – Tamtego dnia prowadziłem piaskarkę. Nagle zza zakrętu wyjechał bardzo szybko fiat 125 i wpadł w mój samochód – opowiada Stanisław W. Według jego relacji dwaj pasażerowie zginęli na miejscu, natomiast ich kierowca przeżył. – Gdy później podano w mediach, że śmierć w wypadku poniósł także kierowca, zrozumiałem, że został zamordowany – opowiada Stanisław W.

    Bardzo wpływowe osoby nadal boją się prawdy o śmierci księdza Popiełuszki
    Roman Giertych
    W. twierdzi, że wcale nie uciekł z miejsca wypadku. – W chwilę po zderzeniu na miejsce przybyli milicjanci – opowiada. – Jeden z nich przyjrzał mi się i kazał jechać do szpitala na badania. Mówił, że jestem ranny. Gdy wróciłem później na miejsce tej tragedii, nie było tam już po niej żadnych śladów.

    Stanisław W. utrzymuje, że następnego dnia nawiązali z nim kontakt funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. – Kazali o wszystkim zapomnieć. Mówili, że nie będę przesłuchiwany i żebym nigdzie się nie zgłaszał – opowiada.

    Zakazane rozmowy z Giertychem

    Od tamtego czasu, Stanisław W. nie był niepokojony i nikt go o tą sprawę nie pytał. Dopiero zimą 2007 roku, gdy pełnomocnikiem rodziny Popiełuszków został Roman Giertych, do emerytowanego kierowcy zgłosili się znowu tajemniczy ludzie.

    – Mówili mi, żebym nawet nie śmiał nawiązywać kontaktów z Giertychem i opowiadać o tym, co wydarzyło się w Białobrzegach – powiedział W.

    – Cała ta sprawa świadczy o tym, że bardzo wpływowe osoby nadal boją się prawdy o śmierci księdza Popiełuszki – mówi Roman Giertych, pełnomocnik procesowy rodziny księdza.

    „Wiedział o wypadku… dzień wcześniej”

    Wersję Stanisława W. potwierdza relacja Stefana Bratkowskiego, pisarza i dziennikarza, byłego przewodniczącego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. – O tym wypadku dowiedziałem się… dzień wcześniej, wieczorem, jeszcze zanim się wydarzył – mówił kilka lat temu Bratkowski w rozmowie z „Życiem Warszawy”. – Byłem tylko ciekaw jaką przyczynę wymyślą. Kiedy prasa podała, że był to wypadek samochodowy, nie miałem żadnych wątpliwości, że było to sfingowane morderstwo.

    O mającym wydarzyć się wypadku, Bratkowskiego miał poinformować jego przyjaciel – nieżyjący już warszawski prawnik Bogumił Studziński.

    Również pułkownik Artur Gotówko – wieloletni szef ochrony osobistej generała Jaruzelskiego – stwierdził w 1991 roku, że wypadek w Białobrzegach był zaplanowaną egzekucją.

    – W sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, jak i w sprawach innych zbrodni komunistycznych, prowadzone są intensywne czynności śledcze. Jednak dla dobra prowadzonego postępowania, nie możemy informować o jego szczegółach – powiedział tvp.info prokurator Bogusław Czerwiński, szef Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie. Ta komisja prowadzi teraz śledztwo w tej sprawie.

    Tvp.info nie udało się porozmawiać z prokuratorem Andrzejem Witkowskim. Od jesieni 2004 roku ma zakaz kontaktów z mediami.

    Leszek Szymowski
    tvp.info

  7. JerzyS said

    Ciekawe na jakiej podstawie prokurator Bogusław Czerwiński, szef Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie.
    stwierdził:

    „– W sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki,

    jak i w sprawach innych zbrodni komunistycznych,

    prowadzone są intensywne czynności śledcze.

    Jednak dla dobra prowadzonego postępowania,
    nie możemy informować o jego szczegółach ”

    Na jakiej podstawie doszedł do wniosku ze to zbrodnia komunistyczna ,
    skoro w PRL komunizmu nie było!

  8. JerzyS said

    „Zagrożeniem dla Polski nie jest czyjaś współpraca sprzed 30-40 lat z nieistniejącymi już dzisiaj służbami nieistniejących państw.
    Zagrożeniem jest współpraca współczesnych prominentów polityki i mediów ze

    współczesnymi służbami państw współcześnie istniejących.

    I w przeciwieństwie do środowiska gazetopolskiego nie mam tutaj bynajmniej na myśli Rosji.
    Tego tematu jednak Kania, Marosz i Targalski w swojej twórczości nie poruszą.
    Nie ma też co liczyć na zrozumienie owego zagadnienia wśród bezmyślnych konsumentów tejże twórczości.”

    Od historii,
    to jest faktograf i prokurator!

    Publikacja:
    „Resortowe dzieci. Politycy”.

    Co do Metody ?
    Metodę znamy!
    Cel.. ?
    -możemy określić przez zbadanie Metody.

    Pozostaje nam ustalenia Motywacji!

  9. Lovshak = ruskij agient said

    Kolejny spektakl Judeopolonii w wykonaniu gazetowych polaków…..targalski, marosz co to wogóle qrwa jest …..

  10. NC said

    Re 6:
    „Tvp.info nie udało się porozmawiać z prokuratorem Andrzejem Witkowskim. Od jesieni 2004 roku ma zakaz kontaktów z mediami.”
    To ciekawe. Kto wydał taki zakaz, na jakiej podstawie prawnej, i dlaczego Witkowski nadal milczy w 2016?

  11. Rob said

    Witkowski nie tylko, że wypowiada się w mediach ale napisał również książkę: „Szukając sprawców zła”.
    PiS obiecał Witkowskiemu poprowadzenie sprawy w sprawie zamordowania ks. Popiełuszki kiedy byli jeszcze w opozycji
    a dzisiaj posiadając totalną władzę potraktowali ludzi domagających się wznowienia śledztwa jak natrętów.
    Co do Bratkowskiego to proszę poczytać co pisze o nim Albin Siwak.

  12. JerzyS said

    Niemcy wysyłając Piłsudskiego do Warszawy uzbroili go w broń boczna.
    Był to kordzik Kesslera- Miecz Koronacyjny Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego

    Ciekawe gdzie znajduje się ta Narodowa Relikwia

    Niemcy uzbroili Piłsudskiego i wysłali do Warszawy

    Apropo: Harry Kesler, to ten sam agent rządu niemieckiego, który przerzucił Lenina do Rosji, by tam wywołać rewolucję, która miała na celu wyłączenie Rosji z działań wojennych przeciw Niemcom.

    HARRY KESSLER: PIŁSUDSKI O STOSUNKACH POLSKO-NIEMIECKICH. PRZEWIEZIENIE PIŁSUDSKIEGO Z MAGDEBURGA DO WARSZAWY

    Poznałem Piłsudskiego w październiku 1915 r. na Wołyniu, w zie­miance pod Koszyszczami. Legioniści polscy (którzy zresztą nie wszy­scy pochodzili z Polski — ale również z Niemiec i z Węgier, jednak wszyscy byli bardzo młodzi) odznaczyli się wówczas w bitwie szaleją­cej pod Czartoryskiem, szturmując zwłaszcza przed niedawnymi dniami z wielką odwagą, częściowo na bosaka, otoczoną błotnistym lasem wieś Kukle, silny punkt oparcia Rosjan. Piłsudski był twórcą i duszą Legionów: on — i uroczyste, staropolskie pieśni ludowe, któ­re legioniści intonowali w niebezpieczeństwie i w wirze walki.

    Po raz pierwszy odwiedziłem Piłsudskiego w dniu 29 października w towarzystwie austriackiego komendanta odcinka kawaleryjskiego hr. Lasockiego.
    Spotkaliśmy skromnego człowieka, ubranego po cywilnemu, w szary, wełniany sweter, podczas gdy otaczający go Pola­cy, nawet w tym lesie,
    w zwykłej ziemiance i na froncie, umunduro­wani byli nieco fantastycznie. […]

    Piłsudski wypowiedział przede mną dość otwarcie swoje cele. Pod­kreślał, że połączenie Galicji z Kongresówką jest konieczne, nawet nie do uniknięcia;
    rezygnował jednak z wszelkich pretensji do Prus Zachodnich czy też większej części Poznańskiego. Przynajmniej, jeśli chodzi o niego i obecne pokolenie.
    Co późniejsze pokolenia podej­mą, nie da się przewidzieć, ani też nie da się przewidzieć, co się sta­nie, gdy Niemcy zostaną pokonani i koalicja Prusy zachodnie Polsce zechce ofiarować. Dla niego jednak jest sprawą główną, aby Niemcy i Polacy zapomnieli o swojej starej nieprzyjaźni, a nawet nauczyli się przyjaźnie współpracować jako sąsiedzi, którzy wreszcie zmądrzeli.

    Od tego czasu aż do roku 1918 Piłsudskiego nie widywałem. Aresz­towanie jego w r. 1917 na podstawie austriackiej denuncjacji trakto­wałem jako głupotę, a nawet jako nieszczęście; mówiłem o tym w Berlinie. Kiedy w r. 1918 zbliżała się klęska, baron Romberg, ówcze­sny mój szef i poseł w Bernie, przypomniał sobie te stosunki i wysłał mnie do sekretarza stanu Solfa do Berlina; gabinet polecił mi wów­czas odwiedzić Piłsudskiego, który uwięziony był w twierdzy magde­burskiej.
    Miałem wejść z nim w kontakt, wybadać go i zobaczyć, czy można od niego oczekiwać jakiejkolwiek pomocy.

    W dniu 31 października pojechałem do Magdeburga. Tam na moje zapytanie otrzymałem od Piłsudskiego odpowiedź, że wypowiedział on już swoje polityczne poglądy w r. 1915 i od tego czasu w ich zasa­dzie nic się nie zmieniło. Ponieważ polityka niemiecka generał-gubernatorstwa w Polsce Beselera całkiem widocznie zbankrutowała, a katastrofie w Polsce zapobiec mógł tylko bohater narodowy Pola­ków — Piłsudski — niemiecki rząd ludowy brał teraz pod uwagę wa­runki, na jakich mógłby Piłsudskiego uwolnić. Miał on przede wszys­tkim zadeklarować pisemnie i pod słowem honoru, że nic nie przedsięweźmie przeciwko Niemcom. Tekst deklaracji zredagował gen. Hoff-man. Ze swej strony byłem przeciwny wymaganiu tej pisemnej dekla­racji.
    Piłsudski na pewno potraktowałby ją jako zniewagę i odmówił­by tego rodzaju wymaganiom, jak również przeciwny byłem i z tego powodu,
    że pisemna, przyjazna dla Niemców deklaracja, której na pe­wno nie da się zachować w tajemnicy, skompromitowałaby Piłsudskie­go w Polsce i w tym wypadku nic by się on nam nie przysłużył.

    Kiedy nadeszła rewolucja, zostałem, bez załatwienia tej sprawy, wysłany w dniu 6 listopada ponownie do Magdeburga, aby tam oczekiwać na decyzję gabinetu.
    Dzień 7 listopada przeszedł bez ostatecz­nych poleceń, dopiero w nocy z 7 na 8 listopada nadszedł do mnie pośpieszny rozkaz,
    by Piłsudskiego już bez pisemnej deklaracji uwol­nić i jak najszybszą drogą przewieźć do Berlina. […]

    Piłsudski i jego szef sztabu Sosnkowski o niczym za swoimi kratami i drewnianymi palisadami nie wiedzieli, przechadzając się przy pięk­nym poranku po ogrodzie,
    toteż kiedy stanąłem przed nimi w swoim dziwnym przebraniu, które wcale do tej uroczystej chwili nie pasowa­ło, mieli twarze nieco zdziwione.
    Wiadomość o swym uwolnieniu przyjęli jednak z grzecznością pełną godności a la polonaise. Zako­munikowałem im, że ponieważ w mieście wybuchły rozruchy, musi­my się spieszyć, i że mogę im z tego powodu dać zaledwie dziesięć minut na spakowanie. Każdej chwili twierdza i jej warty mogły być zaatakowane.

    Chodziłem jak na węglach po ogrodzie, podczas gdy oni na górze pakowali swoje szczoteczki do zębów, nocne pantofle i fotografie ro­dzinne.
    W końcu zjawili się, każdy z zawiniątkiem. Żołnierze, któ­rzy spostrzegli, co się dzieje, ranni, rekonwalescenci, jeńcy forteczni gromadzili się na dziedzińcu.
    Z niemiłą ciekawością oglądano nas, kiedy z zaryglowanych i zamkniętych drzwi palisady wyszliśmy na wielki dziedziniec twierdzy:
    Piłsudski w mundurze polskiego pułkow­nika, Sosnkowski (w czasie mego posłowania dowodzący pierwszym korpusem w Warszawie, późniejszy minister spraw wojskowych) w cywilnym ubraniu, wreszcie ja, od góry w płaszczu myśliwskim, od dołu w wojskowych butach, wszystko to uwieńczone miękkim kapelu­szem. Przeszliśmy obok zdumionej i przerażonej straży, obeszliśmy wokół twierdzę przez drugi most na Elbie (twierdza jest położona na wyspie) i napotkaliśmy stenotypistkę, która nam zameldowała o po­myślnym przybyciu samochodu na szosę. Siedliśmy doń szybko i ru­szyliśmy wśród gorącego, słonecznego, pełnego błękitu dnia, gdzie rewolucja wśród lasów i łąk wydawała się prawie niemożliwa. […]

    Berlin był w owe popołudnie piątkowe na zewnątrz jeszcze spokoj­ny, jakkolwiek oczekiwano tutaj wybuchu rewolucji z godziny na go­dzinę. Z placu Kanclerskiego zatelefonowałem do Urzędu Spraw Za­granicznych do księcia Hermanna Hatzfeldta, który był tam referen­tem dla spraw polskich. Hatzfeldt zakomunikował mi, że dalsza jazda do Warszawy jest dzisiaj niemożliwa z powodu przerwanego ruchu. Z tego też względu umieściliśmy naszych protegowanych w hotelu Continental, gdzie Urząd Spraw Zagranicznych w oczekiwaniu na re­wolucję przezornie zamówił pokoje.

    Piłsudski martwił się, jak mi mówił Sosnkowski, iż nie posiada bro­ni bocznej.
    Z tego też powodu następnego dnia rano w sobotę, 9 li­stopada, obszedłem miasto, ażeby mu dostarczyć szabli.
    By występo­wać przy tej uroczystości z odpowiednią godnością, nie mogłem się ubrać po cywilnemu i wziąłem mundur,
    co mi ‚nie bardzo poszło w smak wobec scen, jakie widziałem w Magdeburgu.
    W rzeczywisto­ści jednak chodziłem po Berlinie w mundurze do 2-ej po południu, przez nikogo nie niepokojony.

    Wszystkie jednak sklepy z bronią były zamknięte, co zmusiło mnie, a właściwie dało mi sposobność, której sobie w duchu życzyłem,
    by moją własną boczną broń, jeszcze z fron­tu pochodzącą, wręczyć Piłsudskiemu na pamiątkę.

    Po 1-ej złożyłem sprawozdanie o moich rozmowach z Piłsudskim baronowi Langwerth von Simmern, który w czasie wojny był szefem politycznego wydziału w Urzędzie Spraw Zagranicznych. Staliśmy właśnie przy biurku, kiedy go odwołano do telefonu. Langwerth rzu­cił krótko: — Właśnie w tej chwili koszary gwardii zostały zdobyte.

    Był już najwyższy czas, aby Piłsudskiego z Berlina wywieźć.
    Posze­dłem wobec tego z Hatzfeldtem do Ministerstwa Wojny, aby zażądać specjalnego pociągu.

    Jakiś generał-major przyjął nas jak w najpiękniejszych dniach wojennych: Piłsudski był ciągle jeszcze dla niego „der Kerl”. Kiedy wyszliśmy stamtąd, przechodząc przez ulicę Kónig-gratz obok muzeum etnograficznego, przeciągał właśnie wielki po­chód demonstrantów z dworca Anhalter na plac Potsdamski. Poszliś­my w jego ogonie. Z drugiej strony na rogu ulicy Kóniggratz Schóne-berger rozchwytywano właśnie świeże dodatki nadzwyczajne. Abdykacja cesarza! Było około w pół do drugiej.

    O 2-ej zaprosiłem Piłsudskiego i jego szefa sztabu Sosnkowskiego, Giilpena i Hatzfeldta do urządzonego w stylu staroniemieckim poko­ju, w głębi restauracji Hillera.
    We frontowych salach firanki były za­puszczone, wszystkie stoliki zajęte. W głębi hotelu żaden głos z ze­wnątrz nie dochodził, tylko usługujący kelner od czasu do czasu ko­munikował nam o wielkich i coraz większych tłumach przeciągają­cych przez Friedrichstrasse. (Jeden z młodszych kelnerów od Hillera został tego popołudnia na ulicy zastrzelony.)

    Powoli mijały chwile, w czasie których żartobliwie wypytywaliśmy się p. Stocka — starszego kelnera od Hillera, dawniejszego osobiste­go kelnera Edwarda VII w Paryżu w hotelu Bristol i Albany — czy kuchnia jest jeszcze aby w rękach rządu? Nastrój w tym cichym, głę­boko zasłoniętym pokoju, przy starannie oziębianych lub podgrzewa­nych winach, przy obiedzie „przedwojennym”, w towarzystwie takiego człowieka jak Piłsudski, kiedy na zewnątrz rozbrzmiewała rewolu­cja — był przedziwny: Piłsudski poważny, milczący, obawiający się ogromnego wpływu niemieckich wydarzeń na Polskę, Sosnkowski po raz pierwszy ożywiony. Piłsudski zamknięty w sobie i zamyślony po­wtarzał swoją troskę: przybywa za późno, być może za późno, aby ratować Polskę przed bolszewizmem…

    Piłsudski przybył do Warszawy niestety zbyt późno, aby przeszko­dzić owemu teatralnemu, niepotrzebnemu rozbrojeniu niemieckich wojsk przez gimnazistów i akademików, urosłych na bohaterów. Przybył jednak akurat w porę, ażeby powstrzymać zagrażający Polsce bolszewizm, którego zwycięstwo w Polsce mogłoby dać rewolucji nie­mieckiej całkowicie odmienny przebieg. Polska stałaby się mostem między Rosją i Niemcami, czemu zapobiegał Piłsudski przez swą olbrzymią popularność.

    Jego próba doprowadzenia do porozumienia z Niemcami nie dała co prawda rezultatu, ponieważ nie chciała tego koalicja i Polacy z Pa­ryża — próby tej jednak dokonał. Piłsudski umożliwił ostatniemu wiernemu starej niemieckiej tradycji oddziałowi, pułkowi Jabłonna, przemaszerować przez Warszawę z bronią, muzyką i wojskowymi ho­norami. On również zwrócił się o niemieckie przedstawicielstwo dy­plomatyczne w Polsce i kiedy w osiem dni później jako niemiecki po­seł przybyłem do Warszawy — Piłsudski jako naczelnik państwa od­powiedział na moje przemówienie przy wręczaniu listów uwierzytel­niających całkowicie w tymże samym duchu swoich dotychczasowych wypowiedzeń w Koszyszczach i w Magdeburgu. Obydwaj — według niego — mielibyśmy wysoki zaszczyt i wspólne zadanie wyprowadze­nia naszych narodów ze starej nieprzyjaźni do nowej przyjaźni.

    Nie były to bynajmniej dyplomatyczne frazesy, lecz — jak się oka­zuje z powtarzania przy tak różnych okolicznościach tej samej my­śli — było to Piłsudskiego głębokim przekonaniem. Toteż kiedy Pol­sce została narzucona odmienna polityka — Piłsudski jej uległ, ale tylko niechętnie i w swoim przekonaniu czasowo. Pochodziło to nie z powodu niechęci do koalicji ani też na pewno nie z przyczyny przy­jaznych uczuć w stosunku do Niemiec, do czego Niemcy nigdy mu nie dały powodu — ale tylko dlatego, że nie tracił on z oczu faktów całkiem na zimno ocenianych. Fakty te oceniał bez złudzeń, widząc, że pomoc koalicji dla Polski może się stać zbyt kosztowna. Nawet jego mistyczna wiara w posłannictwo Polski planom wylęgłym poza nią częściej się będzie wewnętrznie przeciwstawiać niż godzić, tkwił bowiem w nim własny jego pogląd na politykę Polski.

    Uwolnienie Józefa PUsudskiego z Magdeburga wedlug relacji hr. Harry Kesslera. Po­dał Wacław Lipiński. „Niepodległość” 1938, T. 18, s. 46-1—465, 467—470.

    W. Lipiński we wstępie do tego dokumentu pisał: Podana poniżej jego [Kesslera] relacja wydrukowana została w zeszycie szóstym „Die Neue Rundschau” z czerwca 1935 r. wraz z następującą notatka redakcji: „Przytoczone poufne uwagi hr. Kesslera zostały napisane przezeń na przełomie 1918 i 1919 r. i zakomunikowane kilku współ­pracownikom kół rządowych. Miały one wejść do wspomnień autora pt. Postacie i czasy, z czego I tom pt. Narody i Ojczyzny ukazał się obecnie.” Tom ten w Niem­czech został skonfiskowany. Tom II nie ukazał się z powodu śmierci autora.

    A więc Dar narodu niemieckiego dla narodu polskiego to:
    Willa przeniesiona z Magdeburga do Warszawy w której spędził konec wojny J.P I
    Kordzik Besselera
    Na koszt Ministerstwa Wojny, specjalny pociąg na trasie Berlin Warszawa
    Nu i … sam J.P.I we własnej osobie

    Ciekawe czy j.P.1 ten pociąg specjalny zwrócił , czy zatrzymał?
    Gdzie on teraz jest?
    Czy można go dołączyć do Relikwi po J.P.1

  13. JerzyS said

    https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/14910568_1243541239002664_6183566780630231540_n.jpg?oh=d248421d8610607f040f5a2696da2f5e&oe=589A492B

  14. juraman said

    Jedna z tego cyku pod tfuu tytulem Media jest jedyną w moim życiu nabytą książką którą podarłem na kawałki i wrzuciłem do gnojówki. Daczego do gnojówki? Bo tam jest miejsce gówna. Pozostałe tam nie trafiły bo szkoda mi już było kasy aby napychać kieszenie gównotwórców.

  15. Kwal said

    Odnośnie Pana Sznepfa. To jest przede wszystkim Żyd, mieszkający w
    Polsce i po polsku mówiący. Przedstawiciele tej nacji nigdy nie
    reprezentowali Narodu Polskiego i Polskiej Racji Stanu, natomiast jak
    dowodzi Historia zawsze byli przeciwko Polsce i Polakom, zawsze knuli
    przeciwko Polsce, wzniecali intrygi, zawsze posługiwali się kłamstwem i
    oszustem a w ostateczności zbrodnią, byle by tylko osiągnąć swój cel !
    Dopóki o tym nie będzie się głośno mówić i do póki Polacy tego nie
    zrozumieją nic w Naszej Ojczyźnie się nie zmieni….

Sorry, the comment form is closed at this time.