Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Agenci i legendy

Posted by Marucha w dniu 2016-12-04 (niedziela)

Wygląda na to, że starym kiejkutom i politycznej ekspozyturze Stronnictwa Pruskiego udało się w czerwcu 2015 roku w organizm Rzeczypospolitej wszczepić ognisko gangreny, która – jeśli nawet nie zabije naszego organizmu państwowego – to w każdym razie będzie przyczyna jego słabości, podobnie jak kiedyś Kozaczyzna, która w organizmie Rzeczypospolitej utworzyła otwartą ranę.

Stopniowo wyciekała przez nią siła państwa, aż wreszcie wyciekła – bo nie ma takiego państwa, którego właśni obywatele nie mogliby obalić. Mam oczywiście na myśli Trybunał Konstytucyjny, z jego nadętym prezesem, panem Rzeplińskim, który – Bóg jeden wie – jakie wykonuje zadanie i na czyje zlecenie.

Jakby mało było tego, że ten cały bezsensowny Trybunał (bezsensowny – bo materie, którymi się on zajmuje, można by, bez najmniejszej szkody dla państwa, przesunąć do Sądu Najwyższego) już stał się pretekstem, wykorzystywanym przez wrogów Polski do rozgrywania naszego kraju na swoją korzyść, ale w dodatku zanosi się na to, że ta gangrena właśnie zyskała nowe impulsy rozwojowe.

Oto akurat teraz trzeba by wybrać nowego prezesa – no i sędziowie wybrali trójkę kandydatów – ale znowu „bezprawnie”, więc oczywiście podniesie się klangor, a Frans Timmermans będzie miał dostarczoną dodatkowa amunicję do magazynka swojego Schmeissera, z którego prędzej czy później wypuści przecież śmiercionośną serię.

Okazuje się, że Trybunał niepostrzeżenie stał się w naszym nieszczęśliwym kraju kolejnym źródłem bezprawia – bo skoro sam zaczyna uprawiać bezprawne praktyki, to jakże tu powierzać mu badanie zgodności ustaw z konstytucją?

Ta czynność jest bezsensowna z jeszcze jednego powodu. Otóż konstytucja z 1997 roku, do której przyłożyli rękę dwaj wybitni, acz niestety niedouczeni jurysprudensi w osobie znanego z „postawy służebnej” Tadeusza Mazowieckiego i Aleksandra Kwaśniewskiego jest tak napisana, że może być z nią zgodne, albo i niezgodne właściwie wszystko, więc w tej sytuacji Trybunał Konstytucyjny ma całkowicie wolną rękę i może realizować dowolne zamówienie polityczne. A skoro może – to realizuje.

Żeby nie być gołosłownym, podam trzy przykłady. W ordynacji wyborczej z 1991 roku zapisane zostały przywileje dla mniejszości narodowych, chociaż obowiązująca wtedy jeszcze konstytucja PRL-owska zawierała art. 81 przewidujący odpowiedzialność karną za jakiekolwiek, pozytywne lub negatywne, wyróżnianie obywateli z powodu ich przynależności narodowej. Kiedy wystosowałem do TK pismo zwracające uwagę na tę oczywistą sprzeczność, otrzymałem przesiąkniętą fałszem i krętactwami odpowiedź, z której można było wydestylować orwellowską tezę, że równość wobec prawa ma miejsce wtedy, gdy prawo obywateli traktuje nierówno. Skoro jednak trzeba było wykonać niemieckie polecenia co do odpowiedniego traktowania mniejszości niemieckiej w Polsce, to trzeba było przecież znaleźć jakiś pozór uzasadnienia.

Podobnie zachował się TK przy badaniu zgodności z konstytucją uchwały lustracyjnej Sejmu z 28 maja 1992 roku. TK zgodnie z ustawą, ma badać zgodność z konstytucją ustaw i innych aktów prawnych. Tymczasem uchwała lustracyjna „aktem prawnym” w rozumieniu ustawy nie była, bo „akt prawny” jest adresowany do bliżej nieokreślonego adresata, tzn. – do wszystkich obywateli, podczas gdy uchwała lustracyjna była poleceniem skierowanym do jednej jedynej osoby – do ministra spraw wewnętrznych – żeby dostarczył Sejmowi informacji o konfidentach w strukturach państwa.

Ale skoro był rozkaz, że trzeba uchwałę lustracyjną uwalić, to Trybunał wykonał go w podskokach, kompromitując się nawet odczytaniem 30-stronicowego uzasadnienia wyroku w półtorej godziny po zakończeniu przewodu sądowego.

No i wreszcie teraz – kiedy Trybunał uznał słynną „lex Trynkiewicz”, która przewiduje możliwość bezterminowego zamykania z izolatorze „osoby stwarzającej zagrożenie”, za zgodną z konstytucją. Doprawdy, najwyższy czas, by to całe towarzystwo przebierańców rozpędzić na cztery wiatry.

Tymczasem nieszczęścia chodzą parami i właśnie ziścił się koszmar od lat duszący Adama Michnika. Chodzi o to, by rankiem obywatela ze snu budził mleczarz, najlepiej oczywiście – Tewje Mleczarz, bohater „Skrzypka na dachu” – a nie ktokolwiek inny.

Tymczasem do byłego senatora Józefa Piniora o szóstej rano załomotali funkcjonariusze CBA, zatrzymując go pod zarzutem brania łapówek w zamian za powoływanie się na wpływy. Nie da się ukryć, że Józef Pinior jest postacią wpływową, raz qua „legenda Solidarności”, a dwa – qua polityk całą gębą. Żeby jednak powoływał się na wpływy za pieniądze…

Zebrały się tedy naprędce inne „legendy Solidarności” i uchwaliły, że absolutnie nie wierzą w te oskarżenia, że to wszystko polityczna zemsta żądnego krwi chrześcijańskiej Kaczora. Legendarne postacie gotowe są poręczyć za Józefa Piniora, którego złym duchem był podobno Jarosław W. który te wszystkie siuchty załatwiał. Ale to nie ten Jarosław W. o którym wszyscy myślimy, tylko jakiś inny [czyżby Jarosław Wardęga? – admin]. Jeśli to prawda, to ciekawe, czy robił to gwoli zrobienia paru złotych, czy też owijając sobie pana senatora wokół palca wykonywał zlecone przez kogoś zadanie?

Protesty legendarnych postaci przeciwko zatrzymaniu Józefa Piniora zasadzają się na niewypowiedzianym przekonaniu, że legendarni są immunizowani na pokusy pieniężne. Osobiście na miejscu legendarnych postaci zachowałbym większą skromność, a to z uwagi na osobliwy sposób rozliczenia pieniędzy, jakie na rzecz podziemnej Solidarności napływały z zagranicy.

Głównym sponsorem była amerykańska centrala związkowa AFL CIO, ale na pieniądzach przecież nie pisało, czy pochodzą od CIA, czy od CIO. Szły one zasadniczo dwoma kanałami: watykańskim, których uchodził za dyskretny, dopóki nie wydało się, ilu konfidentów SB ulokowała w bezpośrednim otoczeniu Jana Pawła II. Przez ten kanał przeszło ok. 250 mln dolarów – co wyszło na jaw przy okazji afery z Bankiem Ambrosiano.

Dwukrotnie więcej przeszło drugim kanałem – przez Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli, którym kierował tajny współpracownik SB, Jerzy Milewski, którego później podsunięto Kukuńkowi na ministra w Kancelarii Prezydenta. Tutaj już bezpieka dokładnie wiedziała, kto, ile i za co wziął, a nawet – gdzie schował. Mówiono wówczas, że trzeba by to wszystko rozliczyć, oczywiście nie teraz, gdy szaleje komuna, ale kiedyś… w wolnej Polsce…

No i nastała „wolna Polska”. Na I zjeździe Solidarności jakiś prawdziej złożył wniosek, żeby teraz rozliczyć. Klangor podniósł się aż pod niebiosa, ale stało się – zaklęcie zostało wypowiedziane. Rada w radę uradzono tedy, że ksiądz prałat Henryk Jankowski da kapłańskie słowo honoru, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Skąd ksiądz Jankowski wiedział, że było – tajemnica to wielka, którą zabrał ze sobą do grobu. Być może zresztą zapewniły go o tym „legendarne” postacie – kto wie, czy nie te same, które teraz protestują przeciwko zatrzymaniu Józefa Piniora? Okazuje się, że old spices z pierwszej komuny ciągną się w najlepsze w „wolnej Polsce” i że najsilniejsze stężenie zapachów jest wokół „legendarnych”. Ładny interes!

Jakby tego było mało, opinia publiczna z niejakim zaskoczeniem dowiedziała się, że obywatel amerykański Robert Grey, mianowany niedawno wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie pani Beaty Szydło, „zataił” związki z amerykańskimi tajnymi służbami, znaczy się – z tamtejszą razwiedką, wobec czego został ze stanowiska zwolniony.

Warto przypomnieć, że nie jest to żaden precedens. Wiceministrem obrony w rządzie premiera Olszewskiego został poddany brytyjski Radosław Sikorski, który dopiero później miał z tego poddaństwa zrezygnować. Potem, w roku 2007, na miejsce przewidzianego w „gabinecie cieni” Platformy Obywatelskiej na ministra finansów Zbigniewa Chlebowskiego, pojawił się, niczym jeździec znikąd, pan Vincent Jacek Rostowski, poddany brytyjski z pierwszorzędnymi „korzeniami” i to on został ministrem finansów, a później – nawet wicepremierem obstawiającym panią Ewę Kopacz.

No a teraz – pan Grey, który, mówiąc nawiasem, został wiceministrem odpowiadającym za „politykę gospodarczą” naszego bantustanu zaraz potem, jak prezydent Duda pojechał do Pekinu i się tam nasładzał perspektywami wynikającymi z „jedwabnego szlaku”.

Dlaczego jednak powiązania pana ministra Greya z amerykańskimi służbami wyszły na jaw dopiero teraz, kiedy prezydenckie wybory w USA wygrał Donald Trump, od którego niemiecki minister Steinmeier nerwowo żądał politycznych deklaracji już drugiego dnia po wyborach, no a teraz Niemcy rozważają możliwość już nie tylko zbudowania europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, ale nawet wejścia w posiadanie broni jądrowej? Tego nieprędko się dowiemy, o ile w ogóle – ale właśnie dlatego życie jest takie ciekawe.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

komentarzy 17 to “Agenci i legendy”

  1. EyWey said

    Odwieczny `agent żyd` i tego faktu nic nie zmieni, taka dostał tu role i ja dla własnego rozrachunku wykonuje !

    Cala reszta widzialnych `komiwojażerów` zwanych `Bolkami i Lolkami`, tworzącymi różne bandy, zwane służbami, są podwładne tak czy inaczej pod niego.

  2. Rafal C. said

    Bóg jeden wie – jakie wykonuje zadanie i na czyje zlecenie.
    Rozumiem ze w takiej sytuacji nie moze pan byc „troszke bardziej” precyzyjny.

  3. Bodzio said

    O ile pamięć mi dopisuje, to nazwisko Wardęga pojawiło się w znanych poematach o towarzyszu Szmaciaku.
    Janusz Szpotański powinien zostać zaliczony w poczet wieszczów narodowych z uwagi na niebywałe wręcz zdolności profetyczne 🙂

  4. RomanK said

    http://www.zerohedge.com/news/2016-12-04/something-strange-taking-place-mediterranean

  5. Duch said

    Uważam że Polska powinna pokonać wielowiekowa naznaczona cierpieniem niechęć do swoich sąsiadów tj. Niemiec i Rosji i zacząć z nimi rozmawiać na powaznie i bez pośredników . Polska Samostojna to poki co marzenienie scietej głowy. Amin

  6. Marian said

    Można powiedzieć, że żydowskie Stronnictwo Pruskie dąży do oderwania od Polski ziem zachodnich i przyłączenia ich do Niemiec, natomiast żydowski PiS robi to samo z ziemiami wschodnimi, które planuje przyłączyć od Banderlandu. Tak oto właśnie żydzi robią rozbiór Polski.

  7. Moher49 said

    Ani ten pożal się Boże Trybunał, ani Senat nie jest Polsce do niczego potrzebny. To tylko rozrost biurokracji, stanowiska i pieniądze dla pociotków.
    Polsce jest potrzebny wódz, dyktator, hetman jak Stefan Czarniecki. Niestety kandydata jeszcze nie widzę.

  8. BORU said

    Nie mam zamiaru sie bac ze to pisze.POLACY naszym wrogiem odwiecznym jest milosc wzgledem ;;;;narodu ktory sie podaje ze to my wyprani.G…no prawda.
    Tych przybledow POLACY MUSIMY GONIC GONIC GONIC Z NASZEGO KRAJU.
    A czy to nie najezdzcy ktorzy zadomowili sie u nas w POLSCE OD WIEKOW.ONI SA GOSCMI U NAS A jak sie panosza I jak nas NISZCZA W INTELIGENTNY SPOSOB.;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;K,,a DOSC TEGO

  9. BORU said

    Wojennego PANA NAM TRZEBA TAKIEGO JAKIM BYL ..STEFAN BATORY JAN SOBIESKI STEFAN CZARNECKI CZY JAREMA WISNIOWIECKI.Anie jacys
    pomylency umyslowo ;macierewiczowie kaczynskie siemioniaki tuski kopaczowe
    TEN LUDZKI chlam POLSKO MUSISZ USUNAC Z SWOJEGO ZYCIA PANSTWOWEGO

  10. watazka said

    9.
    Boru
    My juz mamy nawet dwoch Batorych: ojca dyrektora i Macierewicza. Idziemy na Moskali!

  11. Joe said

    Narod ma to jakim sam jest .Bzdura jest to ze nie ma wyboru….A Prawda ze mozna nim manipulowac.

  12. Piszę więc jestem said

    Jak zwykle mowa o płotkach, a co z rekinami?!

    Oto co świętowała rodzinka grzybiczna na 25 lecie:

    – GMO na stoły dla cimnoty . . .

    – świnki do spalenia a dziki do puszek . . . ludek ma jeść szczaw.

    – zawodowi deprawatorzy będą uczyć katolickie dzieci, jak
    to chłop do chłopa a baba do baby lepiej przylega, i to za pieniądze
    ich rodziców, również przecież Katolików!!!

    Tylko za te 3 prezenty wrzód JarKacza PiS, winien być przecięty . . .

    A oni świętowali swą zgubę – Delirium MAximum w galopie.

  13. JerzyS said

    Tajemnica sukcesu to PR

    Sprawa Biura Historycznego to jest coś!
    W 1923 roku na polecenie Piłsudskiego przeniesiono do Biura Historycznego mjr. Kazimierza Świtalskiego.
    Świtalski zabierał z Biura dokumenty i przynosił do swojego mieszkania.
    Tam wspólnie z J. Piłsudskim dokonywał selekcji.
    „Wyłączone” dokumenty już nie wracały do Biura Historycznego.
    Prowadzili te prace 1923-1924.Po przejściu Świtalskiego do rezerwy prace tę kontynuował Aleksander Prystor.

    a tak na marginesie do wszystkich uczciwych……………

    „17 Por. Mrówka był przyjacielem Rayskiego jeszcze w gimnazjum w Krośnie.
    Był to człowiek uczciwy, lecz o ptasim mózgu; pozostawał pod wpływami Rayskiego. Za opisane wyczyny Rayski wynagrodził go sowicie: będąc w ciągu dwunastu lat oficerem administracyjnym, awansował cztery razy: z por. do
    stopnia ppłk. — przyp. aut.

  14. JerzyS said

    Konferencja IPN o LND i sprawa Józefa Kosseckiego

    „Delegalizacja IPN -Instytut Polityki Niemieckiej

    Dlaczego?
    Dlatego bo:

    Pisze Pan Józef Kossecki
    =======================================

    Otrzymałem od mego dawnego seminarzysty (nie od organizatorów Sympozjum), poniższy program.
    Jako załącznik do tego e-maila posyłam moje pismo do organizatorów Sympozjum. Zestawienie faktów podanych w tym piśmie z programem Sympozjum, pozwala zorientować się jak „przy wsparciu naukowym i organizacyjnym” BEP IPN na bieżąco fałszuje się najnowszą historię Polski.
    Pozdrawiam
    J. Kossecki

    Program obchodów rocznicowych:

    25 stycznia
    godz. 18.30 – Msza św. w intencji zmarłych i żyjących
    związanych z Ligą Narodowo–Demokratyczną
    w kościele Najśw. Zbawiciela w Warszawie

    26 stycznia
    godz. 11.00 – Sympozjum Naukowe w sali Centrum
    Edukacyjnego IPN przy ul. Marszałkowskiej 21/25
    przy Wsparciu naukowym i organizacyjnym
    Biura Edukacji Publicznej IPN

    godz. 17.00 – Złożenie kwiatów pod pomnikiem
    Romana Dmowskiego przy placu na Rozdrożu

    Program SYMPOZJUM
    Prof. Jan Żaryn – Dziedzictwo Obozu Narodowego 1945–1956
    Dr Wojciech Muszyński – Powstanie i działalność Ligi Narodowo-Demokratycznej
    w latach 1957–1960
    Dr Krzysztof Kaczmarski – Leon Mirecki (1905–2000) wychowawca dwóch pokoleń
    narodowców
    Dr Krzysztof Kawęcki – Jan Bogdanowicz (1905-85) narodowiec, katolik, tradycjonalista
    Jan Łopuszański – Janusz Krzyżewski (1938-2003) polityk i nauczyciel polityki
    panel dyskusyjny – Henryk Klata, Zbigniew Kwiecień, Marian Barański, Przemysław Górny

    Dr Józef Kossecki
    emerytowany docent UJK
    ul. Burgaska 3 m. 24
    02-758 Warszawa
    jkossecki@gmail.com

    Do

    Organizatorów

    Sympozjum Naukowego
    poświęconego historii
    Ligi Narodowo-Demokratycznej

    Wyrażam zdziwienie faktem przygotowywania, planowanego w dniu 26 stycznia 2013 roku, Sympozjum Naukowego poświęconego historii Ligi Narodowo-Demokratycznej, bez porozumienia ze mną jako współzałożycielem LND i autorem jej Programu.
    Jestem też zaskoczony zaproszeniem mnie na Sympozjum o ambicjach naukowych, bez zaproponowania mi wygłoszenia referatu. Jako specjalista z zakresu zagadnień wojny informacyjnej i jej historii, byłem zapraszany na wiele sympozjów naukowych krajowych i międzynarodowych; od wielu lat nie spotkałem się z faktem zaproszenia mnie na sympozjum o takiej tematyce, nie tylko bez zaproponowania mi wygłoszenia referatu, ale nawet udziału w panelu dyskusyjnym.

    Warszawa, 14 stycznia 2013 r. ..……………..
    /-/ Dr Józef Kossecki
    ========================================

    Otrzymałem od mego dawnego seminarzysty
    (nie od organizatorów Sympozjum),
    poniższy program.
    Jako załącznik do tego e-maila posyłam moje pismo do organizatorów Sympozjum.

    Zestawienie faktów podanych w tym piśmie z programem Sympozjum, pozwala zorientować się jak
    „przy wsparciu naukowym i organizacyjnym” BEP IPN na bieżąco fałszuje się najnowszą historię Polski.
    Pozdrawiam
    J. Kossecki

    =====================================================

    Prof. Jan Żaryn –
    Dr Wojciech Muszyński
    Dr Krzysztof Kaczmarski
    Dr Krzysztof Kawęcki
    Jan Łopuszański
    Henryk Klata, Zbigniew Kwiecień, Marian Barański, Przemysław Górny
    ——————————————————————————————
    zapamiętajcie te nazwiska!

    Ciekawi mnie jaka jest różnica miedzy skurwysynem , a sukinsynem?
    Ciekawe :
    Jak sie będą czuć dzieci i wnuki skurwysynów i sukinsynów? „

  15. JerzyS said

    Straszne twarze z Kercelaka
    Rafał Jabłoński 14-07-2011,
    http://www.zyciewarszawy.pl/artykul/615891.html
    Nożem pod żebra, brzytwą obciąć uszy, żelazną laską rozbić głowę, przestrzelić brzuch z rewolweru – to metody gangów z Kercelaka, które przez trzy dekady terroryzowały ten bazar. Po wojnie niektórzy usiłowali mitologizować całe towarzystwo, ale prawda była żałosna – działali tam najgorsi bandyci w mieście. Choć jeden dostał Krzyż Niepodległości z Mieczami.

    Targowisko zwane Kercelakiem powstało wkrótce po powstaniu styczniowym na gruntach Józefa Kercelego, które to dziś lokalizujemy wokół skrzyżowania al. Solidarności z Towarową (dochodziły wzdłuż tej ostatniej do Ogrodowej). W tym czasie był to jedyny bazar w mieście nieznajdujący się między domami, na terenie zamkniętym. A na nim tłum ludzi, bo ceny przystępne, sprzedawcy stali i przyjezdni, no i na koniec cały margines społeczny – drobni złodzieje, prostytutki (wokoło sporo domów publicznych) oraz bandyci wymuszający haracze. Wedle relacji, proceder ten nie był powszechny przed początkiem XX stulecia, bo carska policja (i tak przekupna) starała się trzymać jako taki porządek. Niestety, po I wojnie światowej zaczęły się na Kercelaku dziać straszne rzeczy.

    W ciągu ostatniego półwiecza napisano parę książek o wątpliwych bohaterach tego miejsca, ale o wiarygodności tych lektur krążą różne opinie. Dlatego oparłem się wyłącznie na doniesieniach gazetowych, być może nieco ułomnych, lecz doskonale przybliżających klimat początku lat 30.

    Niejaki „Tasiemka”

    Wieści o bandach na Kercelaku i krwawych porachunkach krążyły po mieście, jednak traktowano je trochę jak romantyczne – jak wówczas mówiono – „apaszowskie” ballady. Kubeł z pomyjami wylał się wiosną 1932 r. Stołeczne gazety zaczęły pisać o gangu terroryzującym handlarzy. Żeby podkręcić temat, szukano amerykańskich powiązań. – Spójrzmy na tytuł z „Robotnika” – „Warszawski Al Capone – Niesamowita historia o „dyktaturze” p. Tasiemki na Kercelaku”. Inkryminowany, o nazwisku Siemiątkowski, miał być nawet radnym miasta Warszawy, a przypisywano mu stworzenie wielkiej sieci przestępczej pobierającej od wszystkich kupców, właścicieli budek oraz straganów haracz miesięczny.

    Opornych bito, niektórych katowano („z głowy zrobiono „nóżki w galarecie”, jak mówili potem w jednej z knajp wykonawcy wyroku”), a bywało, że i mordowano. „Robotnik”, najszerzej opisujący te zdarzenia, wspomniał, że banda wymyślała opłaty od byle czego, m.in. od zamknięcia stoiska. Jeden z opornych nie chciał zapłacić, więc „uderzeniami kolb rewolwerowych i żelaznych lasek zmasakrowano kupca”.

    A policja? Cierpliwie przyjmowała skargi i nic nie robiła. Nic więc dziwnego, że krążyły legendy o znajomościach Łukasza Siemiątkowskiego i to sięgających czasów Organizacji Bojowej PPS.

    Siemiątkowski zwany Tasiemką rzadko kiedy zajmował się brudną robotą, bo od tej miał kilkudziesięciu ludzi.
    Sam urzędował w knajpie na rogu Kercelaka i Ogrodowej, do której znoszono mu pieniądze.
    Możliwości rozrywki były w onych czasach niewielkie
    – albo upijano się w okolicznych lokalach, albo odwiedzano prostytutki; i głównie na to szły zrabowane pieniądze.

    Kiedy prokuratorzy, a za nimi dziennikarze, zaczęli wgłębiać się w gangsterski świat Woli, okazało się, że macki „Tasiemki” sięgały dalej – wymuszano pieniądze od okolicznych sklepikarzy, ze wszystkich domów publicznych, z innych targowisk, a nawet z podwarszawskich miejscowości, w tym Pruszkowa i Grodziska Mazowieckiego.

    Banda nie miała uprzedzeń społecznych, więc byli w niej katolicy, prawosławni i wyznania mojżeszowego.

    Kiedy jeden z nich, niejaki Rozenfeld, postanowił zrobić wielki interes w Otwocku, wyprawiono się tam i rozbito posiedzenie lokalnej gminy żydowskiej. Szło o wydzierżawienie mykwy – miejsca, gdzie odbywały się rytualne kąpiele – dającego bardzo duże zyski. Więc Rozenfeld z chłopcami „Taty Tasiemki” (bo i tak go zwano) wymusił wydzierżawienie sobie mykwy – bezpłatnie! Protesty, jak zwykle, zdały się na nic.

    Zagramy?

    Banda Siemiątkowskiego opanowała hazard na Woli. A grano wtedy w: oko, pasek, trzy karty, blaszkę, cukierki, ruletkę i loteryjkę. Stawki nie były duże – po dwa czy pięć złotych, ale gdy tylko komuś lepiej poszło i wygrywał większe sumy, to dostawał w łeb, po czym ordynarnie obrabowywano go przy innych graczach. Banda „Tasiemki” miała też swoje domy gry, m.in. przy Krochmalnej 73 czy też Pańskiej, gdzie policja znalazła 61 talii kart.

    W tym czasie w mieście, według wyliczeń funkcjonariuszy, działało 25 000 prostytutek, w większości indywidualnie albo pod „opieką” alfonsa. To był żywioł nie do opanowania, ale na wesołych domkach „Tasiemka” mógł położyć łapę.

    Kiedy wszedł w kontakt ze słynną „ciocią Kujawską”, mającą kilka „przedsiębiorstw”, wszystko wydawało się w porządku. Lecz „ciocia” naraz zmarła i chodziły wieści, że w niezbyt naturalny sposób. Pozostawiła po sobie podobno ćwierć miliona złotych w biżuterii, ciężkich monetach i w gotówce.

    Reporterzy „Robotnika” dotarli do „cennika” „Taty Tasiemki”
    – otóż miesięczny haracz od jednego bajzlu, jak to wtedy mówiono, wynosił 200 zł,
    natomiast od każdej pracownicy po 150 dodatkowo.
    Ludzie „Tasiemki” mieli wizyty za darmo,
    a szefostwo gangu prawo oceny nowych pensjonariuszek.

    W latach 30. „Tasiemka” prowadził też kilka takich interesów, między innymi dwa przy Pańskiej; jeden pod numerem 19.

    Ku końcowi

    Stołeczne gazety zaczęły opisywać wyczyny bandytów i w końcu znaleźli się świadkowie. 8 lutego 1932 r. gang napadł na mieszkanie rodziny Ochników przy Ogrodowej 62, którzy sprzedali budkę na bazarze. Ochnik leżał chory w łóżku i odmówił procentu od sprzedaży. Wówczas to główny wykonawca wyroków, niejaki Leon (Panteleon) Karpiński, wraz z dwoma komilitonami zaczęli lać chorego. W obronie stanęło dwóch będących w mieszkaniu znajomych z Konotopy, którzy spuścili Leosiowi łomot. Ten wrócił w towarzystwie 12 bandytów i nie dość, że pobili wszystkich w domu, to jeszcze go doszczętnie zdemolowali.

    Innym opornym kupcom niszczono stoiska albo podrzucano komunistyczną bibułę, zawiadamiając potem policję. W tym czasie na Kercelaku zaczęły powstawać konkurencyjne grupy, m.in. Zubowicza, a nawet odprysk gangu terroryzującego stołecznych tragarzy (zakładano w tym czasie niby-związki zawodowe) doktora Łokietka.

    W końcu powstał taki skandal wokół Kercelaka, że policja przymknęła „Tasiemkę” i 17 jego ludzi, w tym Leona Karpińskiego (pod podłogą budki jego rzekomej żony znaleziono skład broni palnej, naboje, kastety oraz żelazne laski), a także Judkę Steinwolfa, Aleksandra Bocheńskiego, Cieślika („Stasiek – Żyd”), Jakóbczyka („Stasiek – Sztywniak”), Ch. Kantora i G. Lipszyca. Gdy ci siedzieli, to rozbestwiona banda Romualda Zubowicza zaczęła obcinać uszy różnym „opornym”, a drukarza Walczaka („Ostroroga 33”), podejrzanego o kapowanie, zadźgała nożami, zadając ciosy w brzuch, dla pewności jeszcze „dostrzeliwując”. Zubowicz i 25 ludzi poszło do aresztu, ale 12 wypuszczono pod rygorem nadzoru policyjnego.

    Same zagadki

    Tymczasem warszawiacy dowiedzieli się ze zdumieniem, że „Tata (Papa) Tasiemka” dostać miał rzekomo Krzyż Niepodległości z Mieczami.
    Wtedy nie wiedziano, czy to prawda, ale bezkarność Siemiątkowskiego zaczęto łączyć z jego działalnością w PPS w okresie rewolucji 1905 r.

    Istotnie, „Tasiemka” dość szybko wyszedł z aresztu, dostał niski wyrok, który mu jeszcze obniżono, i znalazł się na wolności.

    Zaczęto przebąkiwać, że on oraz tzw. Towarzysz Łokietek (gazety podawały, że podobno był lekarzem) wykonywali brudną robotę dla dawnych kolegów, a w latach 30. prominentnych członków władz, w tym i rządu. Obu łączono ze słynnym zabójstwem gen. Zagórskiego.

    Po wspomnianym wyroku bandyckie działania na Kercelaku nieco osłabły, ale wymuszenia haraczy (głównie na Żydach) trwały do wojny. „Tasiemka” został aresztowany przez Niemców, trafił na Pawiak, a potem do obozu na Majdanku, gdzie stracił życie w 1944 r. Jedni twierdzili, że dostał się tam za nielegalny handel, inni, że za działalność konspiracyjną. Kercelak niemal cały spłonął podczas sowieckiego nalotu w 1942 r., a potem był drugi raz zniszczony podczas Powstania. Pozostała po nim tylko nazwa i legendy o ludziach, którzy byli zwykłymi bandytami.
    =====================================

    A więć patrząc na to „Banda nie miała uprzedzeń społecznych, więc byli w niej katolicy, prawosławni i wyznania mojżeszowego.”

    Mamy jasność
    Ani masa , ani rasa , tylko kasa!

  16. JerzyS said

    INSTYTUCJA NIEZNANYCH SPRAWCÓW
    Na kogo powołują sie dziś politycy
    W 1926 roku II RP cofnęła się do cywilizacji turańskiej!

    Tak było w II RP, a dziś?
    ========================================================================================================

    Stanisław Głabiński Wspomnienia Polityczne
    ROZDZIAŁ VII
    INSTYTUCJA NIEZNANYCH SPRAWCÓW
    Obok policji, sądów i prokuratury istniała w całym okresie rządów sanacyjnych w Polsce osobna tajemnicza instytucja, którą można nazwać „instytucją nieznanych sprawców”. Powierzchownie instytucja ta podobna była do gangsterów amerykańskich, miała bowiem zbliżoną do nich technikę pracy. Ale różniła się od nich tym, że miała za sobą cichą aprobatę sfer rządowych, ze prokuratura rządowa nie mogła się wtrącać do jej zbrodniczych czynności, a w niektórych przypadkach nie wolno było pod surową karą głosić o jej postępkach. Skąd się wzięła ta instytucja, nieznana zupełnie w okresie przed majowym?
    Prawdopodobnie wylęgła się ona w czasach konspiracji rewolucyjnych piłsudczyzna jako kara za niewiernych lub nieposłusznych członków konspiracji i została w innych warunkach zastosowana w wolnym państwie polskim w stosunku do ludzi niemiłych lub niewygodnych dla tej organizacji, chociaż wobec obowiązującego prawa niczego złego nie popełnili. Była to więc karygodna, a niekiedy zbrodnicza samowola, sprzeczna z elementarnymi podstawami państwa nowożytnego. Była ona tak ściśle związana z niektórymi organami państwowymi, że o ściganiu jej nie było mowy.
    Już jako minister wyznań i oświaty w r. 1923 dowiedziałem się o działalności bezkarnej tajnej mafii. Gdy raz wyjeżdżałem z mego mieszkania do biura w ministerstwie, zobaczyłem jadącego ze mną obok szofera jakiegoś towarzysza. Na moje zapytanie, kim jest i po co ze mną jedzie, odpowiedział, że robi to z nakazu władzy, ponieważ mają informacje o planowanych zamachach na mnie i niektórych ministrów. Wskutek mego sprzeciwu opuścił samochód, ale pilnował mnie pieszo z innym towarzyszem. W nocy miałem zwyczaj pracować w biurze i pieszo powracać do swego mieszkania. Zawsze wbrew mojej woli towarzyszyli mi z oddali dwaj detektywi, powołując się na rozkaz władzy. Władza ta jednak nie śmiała niczego przedsięwziąć przeciw planom zamachowców o których wiedziała.
    Tak samo mafia nieznana kontrolowała rozmowy telefoniczne moje i innych ministrów. Minister poczt i telegrafów zainterpelowany przeze mnie zbadał tę sprawę i na posiedzeniu Rady Ministrów przyznał mi, że istnieje podsłuch za pomocą jakiegoś aparatu umieszczonego pod miastem na Wiśle. Nie miał jednak odwagi wystąpić przeciw mafii i zniszczyć jej urządzeń. Mówiono mi poufnie, że mafia ta znajduje się w drugim Wydziale Wojskowym, mającym cele wywiadowcze.
    Byłoby zapewne więcej zgodne z obowiązkami tego wydziału gdyby działalność wywiadowczą rozwinął raczej za granicą i w kraju wśród żywiołów podejrzanych, zamiast służyć partyjnym celom mafii przez kontrolowanie rządu i śledzenie tajemnic rządowych. Bardzo gorliwą działalność rozwinęła tajna instytucja nieznanych sprawców po zamachu majowym.
    Szerokiego rozgłosu nabrała sprawa zniknięcia generała Zagórskiego, którego po wypuszczeniu z więzienia na Antokolu w Wilnie i przyjeździe do Warszawy, zaproszono do samochodu Naczel¬nego Wodza i wywieziono w nieznane miejsce, skąd już więcej nie wrócił. Nie tylko pozbawiono go życia, ale rzucono na niego publicznie potwarz, że był zdrajcą kraju, że uciekł do Francji, a potem do Ameryki itp.
    Zakazano wspominać o Zagórskim w prasie pod groźbą konfiskaty. Nawet w sejmie i w senacie nie wolno było o nim wspominać bez narażenia się na hałaśliwe okrzyki sanatorów i na surową naganę przewodniczących marszałków. W tym wypadku prokuratura milczała, a instytucja nieznanych sprawców święciła triumfy. Wielki wódz i faktyczny zwycięzca z r. 1920, szef sztabu Tadeusz Rozwadowski umarł po zwolnieniu go z więzienia na Antokolu, a głos publiczny wskazywał na zatrucie jako przyczynę śmierci. Nikt nie śmiał badać właściwych przyczyn.
    Później znane były publiczne napady na znakomitego pisarza Nowaczyńskiego, którego dotkliwie pobito i raniono oraz pozbawiono jednego oka, na publicystę Mostowicza, na ministra skarbu Zdziechowskiego, którego we własnym mieszkaniu gromadnie napadnięto, obito do utraty przytomności i pozostawiono prawie martwego na podłodze. Wszystkie te napady były znane i piętnowane publicznie, ale prokuratura nie miała odwagi zająć się nimi z respektu dla instytucji nieznanych sprawców.
    Z czasem nastąpiła decentralizacja tej instytucji z Warszawy na cały kraj. Poparciem tej instytucji wsławili się niektórzy wojewodowie, jak np. wspomniany już M. Kirtiklis, wojewoda pomorski, a później białostocki i niektórzy starostowie. Główne wypadki w Brześciu potępione przez wszystkie warstwy niezależne, odbiły się ponurym echem w procesie sądowym, ale proces ten nie był skierowany przeciw sprawcom gwałtu, lecz przeciw jego ofiarom.
    Między ofiarami znaleźli się ludzie, którzy z odezwą lewicy nie mieli nic wspólnego, jak
    Wojciech Korfanty i b. wojewoda A. Dębski, ale prokuratura nie śmiała ścigać istotnych złoczyńców, a nawet miała wielki rozpęd do oskarżania ofiar o zamiary antyrządowe. Proces ten i wyroki sądowe były kulminacyjnym triumfem nieznanych sprawców.
    Bóg wynagrodził Korfantego za krzywdy doznane od prześladowczej mafii, bo powołał go do siebie, zanim mógł oglądać straszliwe skutki 13-to letnich rządów takiej „sanacji” moralnej. Mieliśmy także we Lwowie występy nieznanych sprawców, z których najgłośniejszym był napad uzbrojonej w hełmy i gazy łzawiące policji lwowskiej, dokonany o północy w kilkaset ludzi na bezbronny dom techników zbudowany częściowo ich własną pracą. Policja w nocy bez uprzedzenia władzy akademickiej wtargnęła do domu, podrzuciła dla stworzenia pozorów jakieś rewolwery, czy inną broń, pobiła niewinnych techników zrywających się z łóżek, znieważyła oficerów rezerwowych i skonfiskowała im rewolwery jako swoje trofea, mimo interpelacji poselskiej, nikt za ten niesłychany napad nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Tak jak za Sasów, tak za rządów sanacji Polska „nierządem stała”, z tą różnicą ze za Sasów winną nierządu kraju była szlachta licząca kilkaset tysięcy osób, mających zasługi i tradycje historyczne, w sanacyjnej Polsce zaś rządzącą elitą była mafia pretensjonalna, która bratnią krwią niegodziwie przelaną dostała się do steru państwa .Instytucja nieznanych sprawców, osłanianych przez władzę państwową, bezkarnych i nieodpowiedzialnych za swe zbrodnie, nie ma przykładu w dziejach Polski, ani w dziejach innych kulturalnych narodów. Nie można jej porównywać z „prawem pięści” w średniowieczu w Niemczech, ponieważ to prawo było wyrazem nieuporządkowanych stosunków państwowych, instytucja zaś nieznanych sprawców cieszyła się tolerancją władzy państwowej. Była ona specjalnością rządów sanacyjnych, które z gwałtu się zrodziły i na gwałcie się opierały. Sanacja deklamowała nieustannie o potrzebie silnego rządu, ale ten silny rząd był jej potrzebny tylko dla ścigania i tępienia przeciwników politycznych, a zgoła nie w tym celu, aby wprowadzić w kraju sprawiedliwe rządy i zniszczyć samowolę w życiu prywatnym i publicznym. Była to kasta uprzywilejowana, żądna władzy bez odpowiedzialności, dla której prawo i praworządność były czczym frazesem. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że przywódcy sanacji tolerowali tę instytucję, nigdy nie oburzali się na jej zbrodnie i traktowali ją jako uzupełnienie działalności sądów i innych władz państwowych.

    Gdy w komisji budżetowej senatu sędziwy ks. Bolt, mąż zasłużony około narodowego odrodzenia Pomorza, wskazał na anarchię szerzoną przez niektórych starostów na Pomorzu np. przez starostę Twardowskiego i przytaczał jaskrawe przykłady nadużyć i korupcji tych urzędników, obecny w komisji minister Kościałkowski zgromił w sposób gwałtowny i nieprzyzwoity ks. Bolta nazywając bez sprawdzenia zarzuty jego kłamstwem i oszczerstwem. Później dopiero rozprawy sądowe wykazały, że ks. Bolt we wszystkiem miał rację, ale pan Kościałkowski nie uznał za swój obowiązek wynagrodzić krzywdy moralnej wyrządzonej sędziwemu kapłanowi i wielkiemu patriocie. Wstrzymywała go od tego instytucja nieznanych sprawców związana tradycyjnie i organizacyjnie z systemem rządów piłsudczyzny.

  17. Boydar said

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Dintojra

    http://www.slownik-online.pl/kopalinski/144A655757B51451412565B8001D6D4D.php

    I to wszystko prawda; tyle że niecała. Środowiska żydowskie grasowały w Warszawie, Łodzi, Lublinie czy innych miastach znacznie przed epoką Ziuka. Gdyby nie one, wiele spraw nie mogłoby potoczyć się tak jak się potoczyło, i zapewne dzisiaj nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy. A Ziuk i jego ekipa plasował by się w strefie bytów opcjonalnych i równoległych historii naszej biednej Ojczyzny.

Sorry, the comment form is closed at this time.