Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Desant na wyspie Als

Posted by Marucha w dniu 2016-12-14 (środa)

Morski wyczyn kawalerzystów i dragonów Stefana Czarnieckiego wywołał ogromne wrażenie wśród Sarmatów. Echa tego zdarzenia znalazły się w polskim Hymnie państwowym.


W połowie XVII stulecia w wielu stolicach europejskich z uwagą i niepokojem obserwowano ekspansję Szwecji. Owo mocarstwo, które w okresie wojny trzydziestoletniej znalazło się w ścisłej czołówce potęg militarnych, w roku 1655 rozpoczęło podbój ziem Rzeczypospolitej. Upadek państwa polskiego mógł zachwiać równowagą w tej części kontynentu. Zwycięscy Szwedzi z pewnością nie spoczęliby na laurach i skierowaliby swą agresję przeciw innym krajom nadbałtyckim.

Takiej właśnie sytuacji obawiał się król Danii, Fryderyk III Oldenburg. Monarcha nie zamierzał czekać biernie na rozwój wypadków. Korzystna, jak się wydawało okazja zaistniała na wiosnę 1657 roku, gdy Polacy odparli skoordynowaną ofensywę Szwedów oraz sprzymierzonych z nimi Siedmiogrodzian i Kozaków. 15 czerwca tego roku Dania wypowiedziała wojnę Szwedom, zaś w następnym miesiącu zawarła przymierze wojenne z państwem polskim.

Rzeczpospolita, po fatalnym dla niej pierwszym okresie „potopu” szwedzkiego, zdążyła okrzepnąć i nabrać wigoru. Tym niemniej pomoc duńska okazała się ważna, jako że główne siły Szwedów zostały wycofane z Polski i rzucone na front duński, co niezmiernie ułatwiło walkę. Niestety, Duńczycy doznali srogiej klęski. Większość terytorium ich kraju opanował nieprzyjaciel.

Odsiecz

Władcy Rzeczypospolitej i cesarstwa Habsburgów postanowili ruszyć z pomocą Duńczykom. Do przymierza dołączył elektor brandenburski, wytrwale lawirujący na arenie międzynarodowej (jeszcze niedawno wspierał on Szwedów w agresji przeciw Polsce).

Odsiecz wyruszyła we wrześniu 1658 roku. Elektor Brandenburgii poprowadził osobiście 14 500 żołnierza. Habsburgowie wydelegowali do boju niemal równie pokaźny kontyngent 10 600 ludzi.

Udział Polaków w wyprawie był liczebnie najskromniejszy, wszelako wystawiono zaprawiony w walkach zastęp zabijaków. Składały się nań cztery chorągwie niepokonanej husarii, następnie dwadzieścia osiem chorągwi kozackich, dwie tatarskie, dwie wołoskie, semeńska, dragońska, dodatkowo dziesięć kompanii dragonów. Oddziały polskie liczyły razem 4500 szabel. Nad sobą miały wodza, którego imię zasłynęło w ostatnich latach w całej Rzeczypospolitej – wojewodę ruskiego Stefana Czarnieckiego.

Regimentarz

Czarniecki wykuwał swą karierę wojskową i polityczną na polach bitew stoczonych w niezliczonych kampaniach wojennych, na przestrzeni kilku dziesiątków lat.

Wąchał proch już w 1621 roku, podczas sławnej obrony Chocimia przed Turkami. Potem brał udział w działaniach przeciw Tatarom, Szwedom, Rosjanom, Kozakom… Służył także w armii cesarskiej, prawdopodobnie w szeregach chorągwi lisowczyków. Osobiście odważny, a nawet skłonny do brawury, nie chował się za plecami żołnierzy; w walkach odniósł szereg ran, w tym kilka szczególnie niebezpiecznych postrzałów.

Był uczestnikiem wielu sławnych zwycięskich bitew, takich jak pogromy ord tatarskich pod Martynowem (1624) czy Ochmatowem (1644). Oglądał również porażające klęski, w tym pod Żółtymi Wodami (1648), gdzie dostał się do niewoli kozackiej, czy pod Batohem (1652). Szczególnie ta ostatnia odcisnęła złowrogie piętno na Czarnieckim – stał się bowiem świadkiem rzezi kilku tysięcy rodaków uprzednio wziętych do niewoli przez Tatarów i Kozaków Chmielnickiego. Od tamtej pory działania Czarnieckiego wobec nieprzyjaciół Rzeczypospolitej odznaczały się bezwzględnością, a nawet okrucieństwem.

Gdy ojczyznę zalał „potop” szwedzki (1655), Czarniecki wyróżnił się, najpierw dowodząc obroną Krakowa, potem forsując strategię „wojny szarpanej” (partyzanckiej) przeciw okupantowi. W zmagania angażował nie tylko szlachtę, ale i chłopstwo. Król Jan Kazimierz po swym powrocie ze śląskiego wygnania mianował Czarnieckiego regimentarzem (tymczasowym dowódcą) wojsk koronnych, w miejsce hetmanów, którzy złożyli przysięgę Szwedom.

Regimentarz nie był może militarnym geniuszem, zaś wojska jakimi dowodził prezentowały zróżnicowaną jakość. Dlatego od czasu do czasu zdarzały mu się porażki, z których wszakże każdorazowo podnosił się, zbierając na powrót rozproszone siły. Jednakże odnosił również świetne zwycięstwa, jak pod Warką czy Strzemesznem, a co najważniejsze, jego „wojna szarpana” okazała się zabójczo skuteczna, przyczyniając się do wyzwolenia kolejnych połaci kraju. Taktykę tę z powodzeniem zastosował również przeciw kolejnemu najeźdźcy, armii księcia Siedmiogrodu Jerzego Rakoczego, który w grudniu 1656 roku, w porozumieniu ze Szwedami zaatakował ziemie Korony.

Król Jan Kazimierz dokonał więc trafnego wyboru, mianując Czarnieckiego wodzem polskiej odsieczy wysłanej na Półwysep Jutlandzki. Nasze zgrupowanie kawaleryjskie, choć nie imponowało liczebnością, oddało nieocenione usługi koalicji antyszwedzkiej. Czarniecczycy uczestniczyli w licznych bitwach, ale wyjątkowy rozgłos przyniósł im udział w wyzwoleniu wyspy Als.

als

Jako na Pragę z Warszawy

Decyzję o opanowaniu wyspy Als, leżącej u wschodnich wybrzeży Półwyspu Jutlandzkiego, sprzymierzeni podjęli na naradzie w dniu 11 listopada 1658 roku.

Dysponowali w tym rejonie oddziałami w sile 6000 zbrojnych, z których połowę zamierzali przerzucić na wyspę. Operację przygotowano bardzo starannie. Do transportu wojska zgromadzono flotyllę ponad 100 barek i łodzi. Wsparcie artyleryjskie, a także osłonę przed możliwym kontratakiem floty nieprzyjaciela zapewniały cztery duńskie okręty wojenne.

Wyspa miała dość sporą powierzchnię (321 km²). Stacjonował tam duży garnizon Szwedów wypartych z Holsztynu. Od lądu oddzielała ich cieśnina Als Sund o szerokości od kilkuset metrów do kilku kilometrów.

Choć akcję planowano przeprowadzić w miejscu, gdzie cieśnina mocno zwężała się, atakujący mieli do pokonania wodą niebagatelny dystans blisko 500 metrów. Głębokość morza sięgała tu 10 metrów, z tym, że mniej więcej na środku cieśniny występowała płycizna. Przeprawy nie ułatwiały prąd morski, niska temperatura wody ani też oblodzone brzegi.

Towarzysz pancerny Jakub Łoś ocenił fachowo, że przeprawa odbyła się przez „kanał tak szeroki, że go ledwie z dobrej fuzyjej mógł przestrzelić”. Podobnie Jan Chryzostom Pasek stwierdzał: „Było pływać jako na Pragę z Warszawy, ale w pośrodku tej odnogi było miejsce takie, gdzie koń zgruntował i mógł odpocząć, bo było takiego miejsca z pół stajania.”

Morska kawaleria

14 grudnia 1658 roku o świcie rozpoczęła się akcja desantowa. Pierwsza ruszyła do ataku piechota brandenburska. Zdołała sforsować cieśninę na małych łodziach, wylądować i uchwycić przyczółek, lecz zaraz potem została zatrzymana przez kontratakujących Szwedów.

Ze wsparciem pospieszyli Polacy. Czarniecki stanął na czele wydzielonego oddziału jazdy i dragonów, liczącego razem blisko 800 ludzi. Jak barwnie opisał sprawę Jan Chryzostom Pasek:

„Sam tedy, przeżegnawszy się, Wojewoda wprzód w wodę, pułki za nim, bo jeno trzy były, nie całe wojsko, kożdy za kołnierz zatchnąwszy pistolety, a ładownicę uwiązawszy u szyje. Skoro przypłynął na środek, stanął i kazał każdej chorągwi odpocząć, a potem dalej. Konie już były do pływania próbowane; który źle pływał, to go między dwóch dobrych mieszano, nie dali mu tonąć. Dzień na to szczęście był cichy, ciepły i bez mrozu; już była trochę i rezolucyja poczęła następować, ale zaś potem zima tęgo ujęła.”

Pasek sugeruje, że nasi kawalerzyści pokonali cieśninę wierzchem, na grzbietach swych rumaków. Z kolei Jakub Łoś, uczestnik przeprawy wspominał: „Wojsko nasze […] wpław przy barkach puścili się […] w tak ciężki mróz, że konie w wodzie od zimna nie pływały, ale jako deszczki na płask leżąc przeciągane były, a skoro z wody wyszły, jako w żelazie omarzły…”.

Dziś większość historyków skłania się ku opinii, że żołnierze płynęli na łodziach, barkach i tratwach, holując za sobą konie. Tym niemniej nie sposób wykluczyć możliwości, że dla jakiejś części kawalerzystów zabrakło miejsca w jednostkach pływających i dlatego musieli sforsować cieśninę wierzchem bądź „wpław przy barkach”.

Przeprawa Polaków odbyła się niezwykle sprawnie, zajęła dosłownie kilka minut. Mimo to morska kąpiel dała się we znaki ludziom i zwierzętom. Dlatego zaraz po wyjściu z wody, wedle pana Łosia: „nasi osiodływając chyżo harcowali dla zagrzania koni i śmiele na Szwedów nacierają, których było komunika sześciuset, a ponad trzy tysiące pieszych …”.

Zbliżający się do brzegu Polacy zostali ostrzelani przez nieprzyjacielską piechotę ogniem z muszkietów. Moment wydostania się na ląd i przywrócenia rumaków do stanu używalności mógł okazać się krytyczny. Gdyby Szwedzi natarli wówczas zdecydowanie, sytuacja byłaby trudna. Na szczęście zabezpieczone przed zawilgoceniem broń palna i ładownice pozwoliły utrzymać przeciwnika na dystans.

Znów oddajmy głos panu Paskowi: „Żadna tedy chorągiew nie była jeszcze u lądu, kiedy Szwedzi przypadli i strzelać poczęli; chorągiew też każda, która wyszła z wody, to zaraz na nieprzyjaciela skoczyła. Szwedzi widząc, że choć dopiero z wody, a przecie strzelba nie zamokła, ale strzela i zabija, w nogi; owych też, co przybywali na pomoc, przerznęli nasi końmi, a dopiero w nich jako w dym”.

Nieprzyjaciel wycofał się do dwóch zamków umiejscowionych na wyspie, Sonderborg i Nordborg. Sprzymierzeni niezwłocznie rozpoczęli prace oblężnicze. W następnych dniach do brzegów wyspy przybiły okręty szwedzkie. Wobec zdecydowanej postawy sprzymierzonych wycofały się, zadowalając się ewakuacją załogi Sonderborgu. Otoczony ze wszystkich stron Nordborg skapitulował. Wyspa Als była wolna. Niemały udział mieli w tym Polacy.

Wracał się przez morze

Po kilku dniach czarniecczycy ruszyli na okupowaną przez wroga Koldyngę, dawną siedzibę królów duńskich, i w sam dzień Bożego Narodzenia zdobyli ją.

Zaraz potem umazani krwią żołnierze udali się na Mszę świętą. Wspominał pan Pasek: „Poszliśmy nazad, każdy do swego stanowiska, bo trzeba było w tak wielką uroczystość mszy świętej słuchać […]. Tak tedy stanęło wojsko; nagotowano do mszy na pniaku ściętego dębu, i tam odprawiło się nabożeństwo, napaliwszy ogień do rozgrzewania kielicha, bo mróz był tęgi. Te Deum laudamus śpiewano, aż po lesie się rozlegało. Klęknąłem księdzu Piekarskiemu służyć do mszy; ucieszony ubieram księdza, aż wojewoda rzecze: »Panie bracie, przynajmniej ręce umyć.« Odpowie ksiądz: »Nie wadzi to nic; nie brzydzi się Bóg krwią rozlaną dla imienia swego.«”

Czarniecki poprowadził swych żołnierzy do nowych zwycięstw. Wojowali na duńskiej ziemi aż do lata. Niebezpieczeństwo zniewolenia sojuszniczego państwa zostało oddalone. W sierpniu 1659 roku, w porozumieniu ze sprzymierzeńcami, Polacy postanowili wracać do ojczyzny. Czarniecki zdecydował pozostawić jeszcze na tym froncie oddział jazdy w sile 1000 pancernych i dragonów, pod wodzą pułkownika Kazimierza Piaseczyńskiego. Żołnierze ci wzięli udział w decydującej na tym teatrze działań wojennych bitwie pod Nyborgiem, z której wyszli opromienieni chwałą, ale i w wielkim strapieniu, stracili tam bowiem poległego dowódcę.

Przewagi Stefana Czarnieckiego zostały należycie docenione. Papież Aleksander VII oraz cesarz Leopold I wystosowali doń listy pochwalne, zaś król Danii Fryderyk III nagrodził go złotym łańcuchem. Nie zaszczyty były jednak najważniejsze. Wysiłek zbrojny podjęty na różnych frontach nie poszedł na marne. Szwecja przystąpiła do rozmów pokojowych, które sfinalizował traktat oliwski podpisany 3 maja 1660 roku.

Czarniecki i jego żołnierze nie zaznali odpoczynku. Niemal natychmiast ruszyli na nowe wojny, przeciw Moskwie i zbuntowanemu Kozactwu. Zaś prawie półtora wieku później, w lipcu 1797 roku, pewien żołnierz-wygnaniec wspomniał epizod morski polskiej jazdy we własnoręcznie napisanym utworze, który w sercach Polaków zyskał rangę wyjątkową:

Jak Czarniecki do Poznania
wracał się przez morze,
dla Ojczyzny ratowania
po szwedzkim rozbiorze.

Andrzej Solak
http://www.pch24.pl/

Odpowiedzi: 5 to “Desant na wyspie Als”

  1. Ar said

    http://historia.wp.pl/title,Dunska-wyprawa-Stefana-Czarnieckiego,wid,18639809,wiadomosc.html?ticaid=118439&_ticrsn=3 Polskojęzyczne mendy ze szwancowego portalu tez maja swoją opinie.

  2. Joannus said

    Treść musi budzić co niektórym niesmak, bo jakby nie było przypomina o zasługach szlachty, rzekomo nic nie wartej.

  3. Peryskop said

    Re 2

    Część szlachty ma zasługi, a część ich nie ma :
    https://marucha.wordpress.com/2016/12/12/luter-to-ojciec-wszystkich-rewolucji/#comment-637031

  4. Zenon K. said

    Re:2 Wszak to szlachty obowiązkiem -jedynym!- jest Ojczyzny bronić. A jednak większość żołnierzy Czarneckiego była plebejuszami, gdzie zatem ta „zasługa szlachty”? Proszę przestać dzielić Polaków na lepszych i gorszych. Żołnierze Czarneckiego siedzieli razem przy ogniskach- szlachcice z plebejami, towarzysze z pocztowymi. Razem.

  5. Gościo said

    Szlachty było w tym czasie ok 7% populacji narodu

Sorry, the comment form is closed at this time.