Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Para w gwizdek

Posted by Marucha w dniu 2016-12-18 (niedziela)

Zgodnie ze spiżową sentencją wybitnego klasyka demokracji Józefa Stalina, w miarę postępów socjalizmu walka klasowa powinna się zaostrzać. I rzeczywiście! Zaostrza się, jak najbardziej, nie tylko w Ameryce, gdzie normalni, zdawałoby się, ludzie, dzisiaj skaczą sobie do oczu – czy prezydentem „powinna” zostać Hilaria Clintonowa, czy jednak Donald Trump.

Warto zwrócić uwagę, że do tej dyskusji włączył się również niedawny „mędrzec Europy”, były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa, czyli Kukuniek. Na spotkaniu a uczestnikami podhalańskiego KOD w Zakopanem powiedział, że w Ameryce wybory wygrał człowiek, który wygrać „nie powinien”.

Ciekawe, skąd Kukuniek wie, że „nie powinien”? Pewne światło na tę sprawę rzuca okoliczność, że właśnie 10 elektorów, a ostatnio dołączyło do nich następnych 10, uzależniło sposób głosowania 19 grudnia od tego, czy CIA potwierdzi że wybory w USA zostały zmanipulowane przez złego Putina, czy nie.

Kukuniek mógł się o tym dowiedzieć, ale jak to u wynalazcy plusów dodatnich i ujemnych, musiał wyciągnąć z tego wniosek, że Donald Trump nie został wcześniej przez CIA zatwierdzony, a wiadomo, że prezydentem powinien być tylko kandydat zatwierdzony uprzednio przez bezpiekę. Któż może takie rzeczy wiedzieć lepiej, jeśli nie Kukuniek? No i wszystko jasne.

Więc skoro walka klasowa zaostrza się nawet w Ameryce, gdzie prezydent Obama wprowadził tyle socjalizmu, ile tylko mógł, to cóż dopiero w naszym nieszczęśliwym kraju, gdzie już od roku trwa „dobra zmiana”, to znaczy – realizacja programu przedwojennej sanacji, która realizowała program etatystyczny, a w porywach – nawet socjalistyczny, forsując między innymi pełzającą nacjonalizację gospodarki.

Wprawdzie pan wicepremier Morawiecki, który w obecnym rządzie, jako gospodarczy dyktator Polski, ma pozycję nawet silniejszą od pozycji wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego za sanacji, nie mówi wprost o renacjonalizacji gospodarki, tylko o jej „repolonizacji”, ale skoro „repolonizacja” ma się dokonać za pieniądze państwowe, to nietrudno się domyślić końcowego efektu. Głównym organizatorem życia gospodarczego, a może nawet – życia społecznego będzie „państwo”, to znaczy – państwowa biurokracja – jak to było za sanacji: „Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów? Dyć oczywiście pan wojewoda! (…) Hej, tam w Warszawie jest pan minister, siwy i taki miły. Przez okno rzuca spojrzenia bystre… (…) Jeżeli tedy sanki usłyszysz i dzwonki ich tajemnicze, wiedz – to minister w skupionej ciszy nacisnął taki guziczek, że sanki dzwonią i gwiazdki lśnią nad miastem i nad wsią.”

Skoro tedy socjalizm postępuje, to nic dziwnego, że walka klasowa też się zaostrza i 13 grudnia nasz nieszczęśliwy kraj stał się terenem manifestacji anty i prorządowych. Co więcej – 14 grudnia Parlament Europejski odbył debatę poświęconą der polnischen Frage, podczas której deputowani zauważyli, że rząd nie tylko nie wykonał „zaleceń” Komisji Europejskiej, ale nawet na nie nie odpowiedział.

Ciekawe, co w związku z tym postanowi w kwestii der polnischen Frage Nasza Złota Pani i jakie w związku z tym BND i Mosad wyda rozkazy starym kiejkutom, którzy z kolei będą musieli uruchomić agenturę zorganizowaną w Komitecie Obrony Demokracji oraz oficjalnych politycznych ekspozyturach – bo na przykład podejrzewam, że taka Nowoczesna, z panem Ryszardem Petru na fasadzie, to wydmuszka Wojskowych Służb Informacyjnych, Stare kiejkuty zorganizowały ją gwoli pokazania bezpieczniakom z CIA, że warto wciągnąć ich na amerykańską listę „naszych sukinsynów”, a skoro już taka wydmuszka jest, no to nie ma innej rady – trzeba ją nadymać.

Na skutek tego nadymania pan Petru strasznie się rozdokazywał i nawet zarzucił prezesowi Kaczyńskiemu „tchórzostwo”. Jaki prezes Kaczyński jest – każdy widzi, natomiast jeśli chodzi o pana Petru, to na razie jest mocny w gębie, a i to nie zawsze, bo ilekroć tę gębę otworzy, to zaraz zdradza się z jakimś nieuctwem. Najwyraźniej i prof. Balcerowicz dobierał sobie współpracowników spośród głupszych od siebie, a i stare kiejkuty też pewnie wolą takich, u których lojalność wyprzedza i to znacznie wszystkie pozostałe zalety.

Dlatego notowania pana Petru powoli, ale systematycznie pełzną w górę, co musi niepokoić przewodniczącego politycznej ekspozytury Stronnictwa Pruskiego pana Schetynę, dla którego ratunkiem może okazać się uruchomienie przez Naszą Złotą Panią tak zwanej „klauzuli solidarności”.

Skoro nawet my, biedni felietoniści, dopuszczamy taki obrót sprawy, to cóż dopiero pan prezes Kaczyński, który przecież musi wiedzieć znacznie więcej? Toteż wprawdzie walka klasowa z jednej strony się zaostrza, ale z drugiej utrzymywana jest w granicach wyznaczonych przez ustanowioną jeszcze w Magdalence niepisaną zasadę konstytuującą III Rzeczpospolitą: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych.

Oto rząd z jednej strony właśnie strasznie się nadął w sprawie „dezubekizacji” i skierował do Sejmu projekt ustawy odbierającej ubekom emerytury, ale z drugiej strony Sąd Najwyższy, w którym – jak podejrzewam – stare kiejkuty musiały starannie uplasować niejednego konfidenta – właśnie wydał opinię, że taka ustawa byłaby niezgodna z konstytucją, a poza tym miałaby charakter „represyjny”.

W rezultacie w środę, 14 grudnia o godzinie 21 projekt wrócił do komisji, która – ano zobaczymy, co z nim zrobi. Najwyraźniej zaostrzenie walki klasowej, która w miarę postępów socjalizmu oczywiście musi się zaostrzać, bo jakże by inaczej – polega na tym, że jeśli nawet nie cała nagromadzona para, to w każdym razie znaczna jej część, idzie w gwizdek.

W rezultacie wyznawcy PiS mają uciechę, że oto wreszcie nadchodzi wytęskniona „sprawiedliwość społeczna”, podczas gdy tak naprawdę ubekom żadna krzywda się nie stanie. Jak bowiem w niedawno ogłoszonym w amerykańskim piśmie „Foreign Policy” artykule przypomnieli jego autorowie, w Polsce trzeba „przywrócić równowagę”, nad której ustanowieniem pracował m.in. pan Daniel Fried, który w latach 80-tych, jako urzędnik Departamentu Stanu, projektował naszą sławną transformację ustrojową, a potem – jako ambasador USA w Warszawie – pilnował prawidłowej jej realizacji. Obecnie, niczym Kościuszko, patrzy na nas, nie tyle może z nieba, bo z Waszyngtonu, gdzie znowu jest dygnitarzem Departamentu Stanu, tylko wyższej rangi.

Skoro tedy Nasz Najważniejszy Sojusznik, słodszymi od malin ustami obydwu autorów przypomina o „równowadze”, to wiadomo, że ubekom włos z głosy spaść nie może, chociaż z drugiej strony pewnie rozumie, że i rozczarowanym transformacją masom też trzeba dać jakąś satysfakcję.

Stąd tyle pary w gwizdek, również w sejmowej komisji badającej aferę Amber Gold. Właśnie przesłuchiwała ona pana Romana Gierszewskiego, biegłego przy słynącym z niezawisłości Sądzie Okręgowym w Gdańsku. Wysunął on przypuszczenie, że prezesa Amber Gold Macieja Plichtę musiał ktoś „wspierać” – ale już nie chciał odpowiedzieć na pytanie, czy przypadkiem nie był on tylko tzw. „słupem”.

Ale dlaczego pan Gierszewski miałby chcieć odpowiadać na takie pytanie, skoro sejmowa komisja, wśród 22 świadków wytypowanych do przesłuchania, nie umieściła nie tylko ani jednego generała, ale nawet ani jednego pułkownika? Gdyby pan Gierszewski na to pytanie odpowiedział, to przecież zaraz jakaś Schwein zadałaby następne – a czyim to „słupem” był pan Plichta? I cóż miałby odpowiedzieć na takie dictum pan Gierszewski, który przecież wie, że wśród 22 świadków nie ma ani jednego generała, ani nawet pułkownika? Nic innego, tylko – „nie wiem, nie pamiętam” – jak to pokazał pierwszy świadek z niezależnej prokuratury.

Ale takie odpowiedzi nie robią na nikim dobrego wrażenia, toteż na pewne pytania lepiej odpowiadać wymijająco, a najlepiej nie odpowiadać wcale, pamiętając o zbawiennym pouczeniu Adama Mickiewicza, że „kto tam, gdzie trzeba, zamilczy roztropnie, a wytrwa choć pod młotem – celu swego dopnie”.

Jakiego celu zamierza dopiąć pan Gierszewski – tego oczywiście nie wiem. Być może tylko takiego, by w nadchodzące świata Bożego Narodzenia spokojnie sobie wypić i zakąsić w gronie rodziny – ale czy w momencie, gdy walka kasowa tak się zaostrza, można pozwolić sobie na grymasy?

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

komentarze 4 to “Para w gwizdek”

  1. RomanK said

    Jak Kukuniek wsadza prawa lape pod lewa pache i sie drapie…to nie znaczy, ze ma parchy….on moze zna figury tarota:

    Polecam pierwsza strone The Economist 2017

    http://kevbakershow.com/eaked-cover-rothschilds-economist-2017/

  2. Jerzy Habdas-USA said

    Ludzieeeeee!
    Z pewnością,nie stało to się
    za pomocą Boską,
    że aż tylu Lechów
    władało Polską?!
    555-Lech I ;Przybłęda;
    728-Lech II ;Bratobójca;
    760-Leszek I ;Spryciarz;
    794-Leszek ;Wyścigowy;
    810-Leszek III ;Jurny;
    906-Leszek IV ;Konsolidator;
    1202-Leszek Biały
    1276-Leszek ;Czarny; (Małopolska)
    1990-Lech Wałęsa ;Elektro-Noblowy;
    2005-Lech Kaczyński ;Katastrofalny; (Lizbona)
    A więc tragedia to,
    czy zwykły pech,
    że od wieków Polska,
    to imię Lech ??? JH.-USA

  3. RomanK said

    1517- 500 lat wystapienia Luthra
    1717- 300 Antycznego I Uznanego
    1917- 100 Wielkiej Rewolucji Lenina
    Demokracja Okultystyczna ma Swoje Zasady .

    … cholera, ciarki chodzą…
    Admin

  4. EyWey said

    To zwykły zbieg okoliczności, ze na literę L zaczyna się słowo LUCYFER, bo jeśli nie, to wytłumaczalne i należy sobie i L-kom współczuć. Ale ale, to fantasmagorie i zabubony. Idź spać !

Sorry, the comment form is closed at this time.