Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Tajemnica „Człowieka z Marree”

Posted by Marucha w dniu 2017-01-11 (środa)

W pierwszych dniach lipca 1998 roku właściciel pubu w William Creek w Australii Południowej, ok. 700 km na północny zachód od Adelajdy, otrzymał faks z informacją, że na pustyni, na południe od słonego jeziora Eyre jest wielki rysunek Aborygena.

Odbiorca uznał to za głupi żart i faks powędrował do kosza.

Jednakże 26 lipca pilot prywatnego samolotu, Trec Smith, zajmujący się lotami czarterowymi z turystami, podał przez radio wiadomość do swojej bazy w Marree, że 60 km. na zachód od tej miejscowości zauważył olbrzymi rysunek Aborygena prawdopodobnie w jakiś sposób „wydrapany” na niewielkim płaskowyżu ok. 8 km od południowej odnogi jeziora. Pilot krążył kilka minut nad rysunkiem i wykonał serię zdjęć, po czym wrócił do Marree.

Ludzie w miasteczku o populacji 80 osób nie bardzo dowierzali, ale kilkanaście osób udało się nad to miejsce paroma samolotami.

Wielkość rysunku jest szokująca wykraczając ponad największe rysunki z Nazca, czyli jest największym artefaktem tego typu na Ziemi. Wzrost Aborygena od czubka głowy do palców stopy wynosi 2,64 km, zaś od końca kija do palców stopy ma 3,45 km. Jego kontur ma długość 28 km, szerokość konturu 35 m., a głębokość 30 cm.

Rysunek jest wyryty w cienkiej warstwie gleby pokrywającej skaliste podłoże w kolorze rudo-czerwonym, dlatego na pierwszym zdjęciu satelitarnym kontur jest ciemny. Choć cały płaskowyż jest gęsto pokryty wielkimi i mniejszymi głazami, na liniach konturu nie ma ich zupełnie, co stwarza podejrzenie, że zostały jakoś usunięte.

Po kilku dniach ten sam faks przyszedł do pubu w miasteczku Marree z załączonym zdjęciem. Dlaczego akurat do pubu? Otóż w tego typu małych osadach pub jest najważniejszym miejscem, bo poza alkoholem posiada agencję bankową, pocztę, fotokopiarkę, komputer i maszynę faksową, a często również stację benzynową i sklep spożywczo-przemysłowy. Połączenie ze światem pozwala na bieżącą informację mieszkańców – tam też skupiają się i rozprzestrzeniają wszystkie plotki.

Treść faksu była podejrzana i wskazywała na to, że autorem był Amerykanin lub ktoś podszywający się pod Amerykanina. Odległości były podane w milach, zaś data i czas w systemie amerykańskiej armii – data została napisana odwrotnie, tzn. najpierw rok, potem miesiąc i na końcu dzień, zaś czas na 24-godzinną modłę. A zatem w ten sam sposób jak to się teraz pisze w Polsce, jednakże tego rodzaju oznaczanie daty i czasu jest w Australii prawie nie znane. Poza tym użyto terminu „rezerwat Aborygenów”, zaś w Australii oficjalnie nie ma rezerwatów, a większość Aborygenów skoszarowana jest w tzw. „misjach” lub „osiedlach dla krajowców” (Indigenous People’s Settlement). W faksie były współrzędne geograficzne wskazujące dokładne położenie miejsca podane w stopniach, minutach i sekundach, czyli dane, których w Australii zwyczajni ludzie nie używają. Była również wzmianka o „kulcie Dawida”, z którym związana jest kompromitująca Amerykę masakra w osiedlu Waco w latach 90-tych.

Wiadomość lotem błyskawicy obiegła najpierw Australię, a następnie cały świat. Mailom, faksom i telefonom nie było końca. W kilka dni po odkryciu ukazał się artykuł na ten temat w wiodącym dzienniku australijskim „The Australian”. Biura podróży we wszystkich miastach zaczęły zapisywać turystów na wycieczki. Miasteczko obudziło się z wieloletniego letargu i co bardziej przedsiębiorczy mieszkańcy zacierali ręce, planując produkcję i sprzedaż koszulek, czapek i innych pamiątek z wizerunkiem Aborygena dla spodziewanego boomu turystycznego. Właściciele pubu, stacji benzynowej i nielicznych sklepików przewidywali zwiększenie dochodów o tysiące procent.

W międzyczasie na miejsce przybyła komisja rządowa i jak się zdaje przedstawiciele wojskowego wywiadu i kontrwywiadu. Po paru dniach grupa odleciała i od tego momentu zapanowała zmowa milczenia. Gazety umilkły tak samo nagle jak się odezwały, większość zdjęć skonfiskowano, zaś na Oodnadatta Track, w miejscu skąd było najbliżej do rysunku postawiono posterunek policji, który bronił dostępu.

 

Wspomniany artykuł w „Australianie” ograniczył się do przedstawienia paru ogólnie znanych faktów oraz kilku ostrożnych hipotez.

Najwięcej miejsca poświęcono protestom „zielonych’, którzy z oburzeniem orzekli, że jacyś wandale dopuścili się gwałtu na „australijskiej ziemi”, tworząc gigantyczne graffiti.

Odezwali się „biali” obrońcy praw Aborygenów twierdząc, że zakpiono sobie z prawowitych właścicieli tych terenów, obrażono ich i zrobiono im niepowetowaną krzywdę. Nb. żaden prawdziwy Aborygen z plemienia zamieszkującego te tereny nie miał możliwości się wypowiedzieć i jak się zdaje, żaden z nich nie uważał rysunku za obrazę.

Odezwali się moraliści, którzy oburzali się na obecność „pornografii” widocznej z wysokości wielu kilometrów.

Antropolodzy i etnolodzy zastanawiali się z jakiego plemienia mógł być ów Aborygen i doszli do wniosku, że prawdopodobnie rysunek jest podobizną mężczyzny z miejscowego plemienia Pitjantiatjara i jest fałszerstwem, bo – jak autorytatywnie stwierdzono – miejscowe plemiona nie używały kija do polowań (sic!).

Różni ‚biali” specjaliści od spraw Aborygenów twierdzili, że mężczyzna zamierza rzucić bumerangiem, ale został on narysowany pod takim kątem, że nie widać jego krzywizny, jednakże ktoś kto na własne oczy widział człowieka rzucającego tym cudownym narzędziem, dobrze wie, że przy takim ułożeniu ręki i dłoni krzywizna powinna być widoczna.

Jeszcze inni byli zdania, że Aborygen właśnie rzucił oszczepem i w dłoni została mu dźwignia, zwana woomera, przyspieszająca lot oszczepu i jego zasięg. Ta ostatnia koncepcja jest oczywiście błędna, bo jak widać na zdjęciu, Aborygen ma dopiero zamiar rzucić kijem. Gdyby wyrzucił oszczep jego lewa ręka byłaby z lewej strony głowy i całe ciało pochylałoby się w lewą stronę, zaś woomera byłaby trzymana w dłoni inaczej. Koncepcja woomery była, jak się zdaje, grubymi nićmi szytą próbą zwrócenia uwagi na miasteczko o tej samej nazwie, w okolicy którego zlokalizowana jest amerykańska baza lotnicza.

Oto w jaki sposób odbywają się zza biurek i komputerowych monitorów naukowe spekulacje akademików, którzy nigdy nie pofatygowali się w australiski „outback”, aby zobaczyć coś na własne oczy, ale oczywiście wszystko wiedzą lepiej.

Tuż przed napisaniem wspomnianego artykułu w ‚Australianie”, odgrzebano w dokumentalnych zbiorach oryginał znanej ryciny zrobionej prawdopodobnie pod koniec XIX, która jest identyczna z rysunkiem na pustyni. Od razu upadła koncepcja celowej pornografii, tzn. twierdzeń moralistów, że odwzorowanie rysunku z jakiegoś starego zdjęcia lub ryciny, było rozebraniem Aborygena, który przecież do oryginalnego zdjęcia lub dzieła sztuki nie mógł pozować w tak nieprzyzwoity sposób.

Wprawdzie Aborygeni w tamtych czasach faktycznie chodzili i polowali nago, ale gdy przychodziło do spotkań z różnymi paniami i panami z organizacji charytatywnych i kół rządowych, wymagano od nich, żeby się ubierali zgodnie z wiktoriańskimi zasadami przyzwoitości tamtego okresu.

Wyśmiano również twierdzenia jakiegoś antropologa upierającego się, że narząd płciowy Aborygena jest nieproporcjonalnie duży… [może w porównaniu z narządem owego antropologa? – admin]

Końcowa część artykułu to spekulacje w jaki sposób wykonano rysunek, kto mógł to zrobić i po co. Przedstawione koncepcje były tyleż naiwne co nieprawdziwe.

Jedna z ciekawszych i nb. najbliższych prawdy mówiła, że amerykański kontygent bazy lotniczej w okolicach miasteczka Woomera miał się zmienić, więc jacyś żołnierze postanowili sobie zażartować na pożegnanie i przy pomocy ciężkiego sprzętu budowlanego wykonali rysunek. Jednakże ich dowódca oprowadził dziennikarzy po bazie, gdzie takich maszyn nie było i nie mogło być, bo Amerykanie zajmowali się działaniami w powietrzu, a nie na powierzchni Ziemi. Podejrzenia były uzasadnione, ponieważ tak idealnego konturu nie da się wytyczyć inaczej jak za pomocą geodezji satelitarnej, do której oczywiście niewielu ma dostęp. Również zdjęcia satelitarne nie były dostępne cywilom, za wyjątkiem być może meteorologów. Google Maps i Google Earth też jeszcze wtedy nie było. A więc to rudo-czerwone zdjęcie na pewno ma pochodzenie wojskowe.

Podejrzenie padło również na Aborygenów. W związku ze zbliżającymi się Igrzyskami Olimpijskimi społeczność aborygeńska zapowiedziała uliczne protesty domagające się uznania ich praw, oddania ich odwiecznych terytoriów oraz przeprosin i rekompensaty za skradzione dzieci. Proceder ten, skrzętnie ukrywany przed światową opinią publiczną i ONZem, trwał nieprzerwanie od wczesnych dekad XIX w. do lat 70tych, a nawet w niektórych stanach do lat 80-tych XX w. Rysunek ‚Człowieka z Marree” uznano za demonstrację obecności i świadomości aborygeńskiej. Jednakże australijscy Aborygeni nie mają ani odpowiedniego ciężkiego sprzętu budowlanego, ani środków transportu, który mógłby przewieźć buldożery, ani dostępu do systemów satelitarnych.

W Melbourne i w Adelajdzie działał artysta plastyk, który zajmował się grafiką naziemną i całkiem nieźle zarabiał wykonując loga różnych firm, których właściciele chcieli, aby były widoczne z powietrza. Robił na ogół mozaiki z różnych kolorowych krzewów i kwiatów. Wyznaczał kontury przy pomocy teodolitu, palików i liny, następnie mała koparka wygarniała ziemię, po czym ogrodnicy przywozili ogrodową glebę, nawóz i sadzonki. Po przyjęciu się roślin zakwitały kwiaty i mozaika była gotowa. Jednakże artysta nie przyznał się do „Człowieka z Marree”, a dowiedziawszy się gdzie to jest i jakiej wielkości, po prostu wyśmiał dziennikarzy. Pokazał im zdjęcia swoich o wiele mniejszych prac, za które brał od 30 do 100 tys. dolarów. „Kto by mi za to zapłacił?” – powiedział ze śmiechem.

Wspomniana komisja rządowa nie puściła pary z ust, ale… ktoś zaczął rozpuszczać różnego rodzaju plotki na temat jej ustaleń, prawdopodobnie w celu przykrycia prawdy.

Jedna z nich głosiła, że kontur został wyorany wieloskibowym pługiem ciągniętym przez traktor. Ponieważ taki pług ma ca 2 metry szerokości, zaś wyorany pas ma 35 metrów, więc trasę 28 km trzeba było pokonać 17 razy, czyli przejechać 476 km. Z jaką szybkością jedzie traktor orzący skamieniałą glebę, glinę i kamienie? Jeżeli jechał z prędkością 1 km/godz. jego praca musiałaby potrwać 476 godzin, czyli ponad 20 dób non stop. Ale nikt nie pracuje non stop. Jeśli ten „oracz” pracował powiedzmy 10 godzin na dobę, to w ciągu dniówki powinien zaorać teoretycznie 10 km (co jest mało prawdopodobne). Dzieląc 476 km przez 10 km dziennie otrzymujemy 47,5 dniówki, czyli półtora miesiąca.

Inaczej mówiąc, „oracz” byłby przywiązany do miejsca pracy jak pies do budy i musiałby tam mieszkać, gotować sobie jedzenie itd., bo plotka mówiła, że w pobliżu płaskowyżu były tylko dwa tropy kół – jeden na płaskowyż, a drugi z powrotem do drogi, czyli tak, jakby robotę rozpoczęto rano, a skończono wieczorem.

Nie stwierdzono również żadnych śladów stóp, jak gdyby „oracz” w ogóle nie zsiadał z traktora przez te półtora miesiąca. Jak w takim razie został wytyczony kontur? Czy „oracz” był śledzony przez stacjonarnego satelitę i miał w każdym momencie polecenie radiowe „skręć teraz 2 stopnie, 3 minuty i 15 sekund w prawo lub w lewo”?

Trzeba tu dodać, że w rejonach pustynnych Australii ślady kół zwykłego samochodu terenowego utrzymują się przez wiele miesięcy. Deszcze są rzadkością, czasami nie ma żadnego przez parę lat. Wiatry też niewiele szkodzą śladom, bo powierzchnia nie jest piaszczysta lecz składa się z mieszanki gliny, żwiru i grubego piasku o dużej zawartości żelaza (magnetytu), które „kleją” się do siebie nawzajem zachowując wyciśnięty wzór opon, a nawet butów. Jeżeli więc jakieś pojazdy jechały bezdrożem pomiędzy drogą publiczną Oodnadatta Track wiodącym z Marree do William Creek a płytą płaskowyżu, ich ślady powinny być dobrze widoczne w dniach po odkryciu rysunku. Byłby to zapewne szlak kręty, kluczący pomiędzy przeszkodami terenowymi, o czym wie każdy, kto próbował wycieczki samochodem terenowym po australijskich bezdrożach.

Koncepcja pługu zrodziła się prawdopodobnie pod wpływem jednego ze zdjęć zrobionych ze stosunkowo niskiego pułapu ok. 1500 m. Reprodukcja ma bardzo niską jakość, bo skopiowałem ją z gazety, ale w koku na tylnej części głowy Aborygena widoczne są ciemniejsze ślady na konturze. Podobne ślady widać dość wyraźnie w prawym dolnym rogu zdjęcia.

Inna plotka mówi, że kontur ma głębokość 30 cm. Ponieważ nikt z miejscowych ludzi nie był na powierzchni płaskowyżu zadowalając się oglądaniem rysunku z powietrza, to ustalenie wydaje się być czystą spekulacją. Na zdjęciach pod różnymi kątami widać, że krawędzie konturu są ostre, co wskazywałoby na działalność nie traktora z pługiem, lecz spychacza o lemieszu długości 2,5 m ustawionym skośnie, co redukuje jego długość do ca 2 m. O ile jednak przy użyciu pługu gleba zostałaby tylko naruszona i pozostałaby w tym samym miejscy, o tyle w przypadku użycia spychacza warstwa gleby jest usuwana.

Co się stało z glebą, której nie ma po bokach? Spychacz odgarnia glebę na boki tak samo jak robi to pług śnieżny, a więc poza krawędzią konturu powinna być szeroka na co najmniej 2 m. hałda ziemi o wysokości pomiędzy 40 a 60 cm., co niewątpliwie byłoby widoczne z powietrza jako ciemniejsze obramowanie, a kontur byłby podwójny. Pamiętajmy jednak, że szerokość konturu ma 35 m. i że operator musiał przejechać ten sam odcinek 17 razy.

Według prostego rachunku z każdego metra bieżącego konturu spychacz zepchnął ponad 10 m³ ziemi, czyli na obrzeżach każdego metra bieżącego, po obu stronach powinien być wał ziemny o wysokości 2 m. zawierający 5 m³ ziemi. Jeżeli tej hałdy nie ma, oznacza to, że spychacz współpracował z koparko-ładowarką i wywrotkami, bo z każdych trzech metrów bieżących konturu uzyskiwano 30 m³ ziemi, czyli ładunek dużej wywrotki. Z tych 28 km. konturu wywieziono w nieznane miejsce, w nieznanym kierunku i w nieznany sposób 28.000 m³ gleby. Im dalej wywożono ziemię, tym więcej musiało być wywrotek; im więcej sprzętu, tym więcej ludzi, co oznacza, że w tamtym miejscu przez półtora miesiąca musiał być swego rodzaju camping z kuchnią polową i toaletami (obowiązkowe zgodnie z australijskim prawem pracy i BHP). Ziemia powinna być zryta dokładnie w promieniu co najmniej 2 km.

Tymczasem nie ma żadnych śladów spychacza, ciężarówek, koparki, campingu oraz śladów ludzkich. Nie ma również nigdzie hałd świeżo nawiezionej ziemi. Zdjęcia lotnicze z niewielkiej wysokości pokazują, że poza 35-metrowym wyrobiskiem o głębokości 30 cm. reszta krajobrazu jest nietknięta. Rzadkie krzaki nadal rosną pomiędzy kamieniami, niektóre tuż nad krawędzią konturu.

Tak się składa, że po przyjeździe do Australii w 1982 roku pracowałem parę lat na budowie elektrowni mniej więcej w podobnymi terenie, mogę sobie zatem wyobrazić trudności, z jakimi musiałaby się borykać brygada od samego początku oraz jak mógłby wyglądać przebieg prac.

Z tego co widać na zdjęciach wynika, że do „Człowieka z Marree” nie ma żadnego dojazdu, z żadnej strony. Płaskowyż jest otoczony rumowiskiem skał i głazów oraz pomniejszych kamieni, tu i ówdzie poprzerastanych skąpą pustynną roślinnością. Pełno jest głębszych i płytszych wąwozów i wyschniętych koryt potoków. Teren jest absolutnie nieprzejezdny nawet dla wielkich ciężarówek na olbrzymich kołach i maszyn na gąsienicach, jednakże takie maszyny nie przyjeżdżają same na budowę, lecz przewozi się je na specjalnych lorach, które mają niskie zawieszenie i nie mogą jeździć po bezdrożach. Gdyby tam można było wjechać, ślady sprzętu byłyby widoczne przez kilka miesięcy po wykonaniu rysunku, a być może do dzisiaj, zważywszy nieliczne deszcze w tamtym rejonie. Poza tym, wjazdu na płytę płaskowyżu bronią wysokie i strome skarpy, co wyraźnie widać na zdjęciach robionych rano lub po południu. Gdyby faktycznie pracowały tam maszyny i wielkie wywrotki, trzeba by było najpierw zniwelować skarpę przynajmniej w jednym miejscu.

Tajemnicy może dochować jeden człowiek i następnie zabrać ją ze sobą do grobu. Jednakże już w przypadku dwóch ludzi, sprawa zachowania tajemnicy staje się problematyczna. Gdyby faktycznie przy żłobieniu „Człowieka z Marree” uczestniczyła grupa robotników, którzy są na ogół prostymi ludźmi nieprzejmującymi się durnymi zakazami władz, przez ostatnie 11 lat powinien być jakiś przeciek informacji.

Ciekawą sprawą jest hipotetyczny koszt takiego przedsięwzięcia. W tym miejscu możemy jedynie spekulować, bo nie znamy szczegółów. Wiadomo jedynie ile w przybliżeniu kosztuje godzina pracy spycharko – ładowarki – jest to suma olbrzymia i waha się w granicach 1800 do 2000 australijskich dolarów. Pomnóżmy tę sumę przez 47 dniówek po 10 godzin każda, a otrzymamy 470 godzin a 1800 lub 2000 $, czyli 862.200 lub 940.000 $. Prawie milion, a gdzie pozostały sprzęt, wywrotki oraz płace ludzi? Na pokrycie takich kosztów mogłyby sobie pozwolić jedynie wielkie spółki kopalniane wydobywające uran, węgiel, złoto i inne minerały. Jeżeli zatem przyjmiemy scenariusz spychacza, kogo było stać na tak kosztowny „żart”?

Na zdjęciach linie są idealnie czyste, bez żadnych zakłóceń przebiegające przez wszystkie przeszkody terenowe w całkowitej zgodzie z wzorcowym rysunkiem.

Jeżeli to był spychacz lub traktor z pługiem, grunt w miejscu jego trasy musiałby najpierw być oczyszczony z kamieni i głazów jako następny etap po wytrasowaniu konturu metodami geodezji opartej na GPS.

Jednakże w niektórych miejscach widać wyraźnie, że krawędź konturu przecina skałę, jakby była z masła i tej jej części, która powinna być na wyrobisku, po prostu nie ma. Tego faktu nie da się wytłumaczyć inaczej niż działalnością lasera kierowanego ze stacjonarnego satelity. Do takiej technologii nie mają dostępu cywile, szaleńcy, entuzjaści, żartownisie, a tym bardziej Aborygeni.

Wynika z tego zatem, że musiała to być próba sprawności amerykańskiej broni laserowej, użytej w tym przypadku w celach pokojowo-eksperymentalnych. Na razie, bo jeżeli można było narysować „Człowieka z Marree” na skalistym płaskowyżu, bez wątpienia można przy pomocy takiego urządzenia zrobić coś brzydkiego i śmiertelnego z taką samą lub większą precyzją. [Ależ jak można o to podejrzewać miłujących i szerzących pokój Amerykanów! – admin]

Wskazuje na to zmowa milczenia mediów w ślad za milczeniem rządowo-wojskowej komisji. Nie wiemy nawet kto wchodził w jej skład, jak długo działała, nie mówiąc już o wnioskach, których nikt poza nimi nie zna. Sprawa oparła się o pewne instancje rządu federalnego i powstał nawet pomysł, żeby rysunek zatrzeć przy pomocy buldożerów, ale okazało się, że takie przedsięwzięcie byłoby zbyt trudne i zbyt kosztowne (sic!).

Tak było w ciągu pierwszych dni po odkryciu rysunku, ale rządowi w sukurs przyszła przyroda. Przez dwa dni padał ulewny deszcz rozmywając w wielu miejscach brzegi konturu, a następnie wiejące tam wiatry przez następne lata dokonały dalszych zniszczeń.

Rząd odetchnął z ulgą, za to zaprotestowały koła kulturalno-artystyczne, które uznały rysunek za dzieło sztuki, wprawdzie bezimienne, ale wartościowe, wskazując na istnienie wielu geoglifów na świecie, jak rysunki na pustyni Nazca oraz starożytne rysunki na terenie Wysp Brytyjskich. „Człowiek z Marree” jest zdecydowanie największy z nich.

Powstał więc następny projekt, żeby zacierający się rysunek podkreślić posadzeniem żywopłotu wzdłuż obu krawędzi konturu, jednak od razu upadł ze względu na koszty z jednej strony, zaś niechęć władz z drugiej. Uznając rysunek za dzieło sztuki rząd musiałby ogłosić ten teren parkiem narodowym, stworzyć miejscowy oddział ochrony zabytku oraz zatrudnić ludzi do utrzymywania obiektu. Wprawdzie część kosztów niewątpliwie pokryłaby turystyka w tamtym rejonie – na co zresztą liczyli mieszkańcy obu miasteczek i miejscowe plemiona Aborygenów – ale sprawa się jakoś rozmyła wraz ze stopniowym zacieraniem się artefaktu.

Zresztą, choć rząd nie chciał się do tego przyznać, bez wątpienia zależało mu na jak najszybszym pozbyciu się rysunku, a nie na jego upowszechnieniu. Jeśli hipoteza laserowa jest trafna, uznano że miejsce powinno pozostać niedostępne dla turystów, dziennikarzy, amatorów przygód, radiestetów i innej gawiedzi. I tak też się stało – sprawie po prostu ukręcono łeb.

Po odkryciu rysunku przez kilka dni funkcjonowała niewielka witryna internetowa zawierająca strzępki wywiadów reporterów z mieszkańcami Marree, którzy widzieli rysunek z powietrza. Z niej m.in. pochodzą takie szczegóły jak brak śladów sprzętu budowlanego na płaskowyżu i w jego okolicy oraz nieobecność śladów w terenie pomiędzy płaskowyżem a Oodnadatta Track.

Jeden z miejscowych Aborygenów powiedział, że kilka osób z plemienia zauważyło „nocne światła” w tamtym rejonie. Jakaś kobieta spotkała na Oodnadatta Track konwój składający się z kilku terenowych samochodów pilotujących maszynę do robót ziemnych w tamtym okresie, ale jak się okazało, konwój przez dwa dni jechał i dojechał do odkrywkowej kopalni uranu zlokalizowanej jakieś 200 km. dalej na północny zachód nie zatrzymując się nigdzie po drodze.

Szczególnie cenne były wywiady z pilotami, którzy podali dokładne wysokości, na których krążyli oraz ich szacunki co do szerokości i głębokości konturu oparte na osobistym doświadczeniu. Jeden z nich porównał kontur ze znaną szerokością różnych okolicznych dróg widzianych z tej samej wysokości. Mieszkańcy twierdzili, że poza komisją rządową, która wylądowała helikopterem wojskowym na płaskowyżu, nikt inny nie postawił stopy na terenie rysunku. Gdy następnego dnia otworzyłem internet, aby skopiować te wypowiedzi, witryny już nie było.

Piszę ten tekst kilkanaście dni przed 11 rocznicą odkrycia rysunku i nie wiem nawet czy jest jeszcze widoczny. Opublikowane tu zdjęcia zostały wykonane w 2007 roku i wcześniej, a film wysłany do YouTube (można oglądać via moja witryna http://www.za-prog.com.au), stworzony w ostatnich dniach też się na nich opiera.

Film nie przedstawia obecnego stanu. Ujęcia pochodzą z Google Maps i Google Earth, gdzie cały ten teren został celowo pokazany tak, żeby niewiele dało się zobaczyć – nie można też zrobić większego zbliżenia, bo gubi się ostrość i kontrast obrazu, czego nie ma kilkanaście centymetrów dalej. Mamy zatem następny dowód, że „Człowiek z Marree” jest tematem tabu i sprawą o znaczeniu militarnym.

Do czasu odkrycia rysunku płaskowyż był „ziemią niczyją”, czyli tzw. „crown land”, który każdy mógł zasiedlić i wziąć w dzierżawę na 99 lat pod warunkiem, że wypełnił i podpisał odpowiedni formularz. Po wyjeździe komisji badającej rysunek in situ, płaskowyż został od razu włączony do sąsiadującej Woomera Prohibited Area, czyli mówiąc prościej, do poligonu rakietowo – lotniczego amerykańsko-australijskiej armii obejmującego ca 200.000 km2 i znanego z kilku prób broni jądrowej w latach 50-tych. Teren prawdopodobnie ogrodzono zasiekami z drutu kolczastego, a na pewno obstawiono ostrzegawczymi tablicami.

Trudno mi powiedzieć jak jest obecnie, ale wtedy wszystkie tamtejsze lotniska oraz agencje turystyczne zostały ostrzeżone, że istnieje zakaz przelotu nad tamtymi miejscami, czyli pomiędzy Oodnadatta Track a południową odnogą jeziora Eyre. Równocześnie, w ciągu tych paru dni zamknięto policyjne śledztwo w tej sprawie, tłumacząc to tym, że trzyosobowy posterunek w Marree „miał dosyć telefonów, faksów i odwiedzin reporterów”, co jest faktem absolutnie bezprecedensowym i oczywiście świadczy o odgórnych ustaleniach władz federalnych.

Tekst i film mają na celu ocalić od zapomnienia rysunek „Człowieka z Marree” na australijskiej pustyni. Myślę, że nie jest ważne kto go wykonał, jak i po co. Z jednej strony jest niewątpliwie dziełem sztuki, z drugiej zaś dziełem zaawansowanej technologii satelitarnej i laserowej.

Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach człowieka stać na robienie rzeczy, które kiedyś nie były możliwe. Czy na pewno nie były możliwe? Rysunki na pustyni Nazca, Biały Koń, Wysoki Człowiek i Olbrzym z Cerne na Wyspach Brytyjskich i inne starożytne artefakty tego typu mówią coś wręcz przeciwnego. Nie znamy ani ich wieku, ani ich twórców, ani ich motywacji. Lecz istnieją od niepamiętnych czasów, udowadniając że obecna cywilizacja nie jest ani pierwsza na naszej planecie, ani nie jest najbardziej zaawansowana. Ktoś już kiedyś był przed nami – ktoś, kto nie tylko pozostawił po sobie ślady w postaci piramid, petroglifów na Syberii, rysunków Nazca i innych artefaktów, lecz również i przede wszystkim wykończył swoją cywilizację dokładnie tymi samymi środkami, jakimi dzisiaj dysponują szaleńcy w mundurach po obu stronach nadal istniejącej „żelaznej kurtyny”.

Paradoksalnie współczesna nauka nie chce uznać i badać tego faktu, chowając głowę w piasek, wierząc w darwinowski dogmat i neandertalczyka. „Człowiek z Marree” powinien być poważnym memento tak dla nas, ostrzegając co może nas spotkać w niedalekiej przyszłości, jak i dla nauki, zwłaszcza tej obsługującej koła militarne, żeby – jeśli już chce się bawić – wykorzystywała swoje zabawki w celach pokojowych.

Zdaję sobie sprawę, że takie słowa są wołaniem na puszczy, ale trzeba je powtarzać. Im częściej i głośniej, tym lepiej.

Obejrzyj film pt. „Tajemnica Człowieka z Marree”: http://www.za-prog.com.au

Piotr Listkiewicz
http://www.kryminalistyka.fr.pl

Poglądy autora niekoniecznie muszą być zgodne z poglądami gajowego Maruchy – i na odwrót.
Admin

Odpowiedzi: 26 to “Tajemnica „Człowieka z Marree””

  1. Wimar said

    Zrobiła to chyba największa drukarka laserowa na świecie. Model HP GIGANT ?? 😉 No, ale skoro już wcześniej wykorzystywano laser do grawerowania napisów, kodów, rysunków na drobnych przedmiotach codziennego użytku to czemu nie zrobić czegoś w skali MAKRO i przetestować z dala od czujnego oka Rosjan i Chińczyków.

  2. wanderer said

    Prosze pomyslec nad potencjalnymi mozliwosciami takiej technologii. Jesli istnialaby taka technika, wiele spraw z niedalekiej historii niewyjasnionych i delikatnie mowiac dziwnych moznaby rozwazyc pod katem potencjalnego urzycia takiej technologii.

  3. Boydar said

    Jak dla mnie to „kity z satelity”. W ’98 się pojawiło a teraz było zniknęło. Znaczy się mało prawdopodobne, że było bardzo stare. Po drugie, wcale dowody „że było” przekonywujące nie są. Sama figura (takie pierwsze wrażenie) wskazuje raczej na „wypier.dalać !” a nie na żadne oszczepnictwo. Przekaz poparty dysponowana techniką o ile to nie jest totalny fake. Jedyne co mnie zastanawia, to że ów „aborygen” jest najwyraźniej obrzezany, choć mogę źle widzieć czy interpretować. Ale to już tylko Pan Siggi mógłby coś więcej w temacie.

  4. Tadeusz said

    Wygląda to na kompletną fałszywkę. Ktoś prawdopodobnie miał niezłą zabawę. „Australijski Aborygen” bardzo przypomina grecką rzeźbę Zeusa (lub Posejdona) z 460 r. p.n.e. z Muzeum Narodowego w Atenach. Link: .https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Athens_-_National_Archeological_Museum_-_Zeus_(or_Poseidon)_statue_-_20060930.jpg

  5. wanderer said

    Czy Pan Boydar dokladnie przeczytal artykul czy tylko przelecial po lebkach w celu pozniejszego skomentowania? Przeciez o to wlasnie chodzi ze to nie bylo stare 🙂

  6. Marucha said

    http://www.atlasobscura.com/places/marree-man
    https://en.m.wikipedia.org/wiki/Marree_Man
    https://www.theguardian.com/australia-news/2016/aug/20/giant-marree-man-makes-a-comeback-in-south-australian-outback

    Etc.

  7. Boydar said

    Że nie było to nie ma najmniejszej wątpliwości. Z drugiej strony, zdjęciem wcześniejszym „bez” też nie dysponujemy. Ale sugerowane tropy donikąd nie prowadzą, przeczytałem dokładnie; laser ODPAROWUJĄCY skałę w takiej skali to nie jest technika lat tamtych. Czyli fakt/przekaz li tylko medialny.

  8. Greg said

    A jak wytłumaczyć to.
    .https://www.youtube.com/watch?v=TZTwVZqRStU
    Czy istnieje taka technologia?

  9. Wimar said

    Technologie wojskowe o dziesiątki lat wyprzedzają to z czym potem maja do czynienia zwykli cywile.

  10. NICK said

    Dokładnie. Wimar. (9).
    Są jeszcze wyższe; technologie.

    Ponad. No co , ponad?
    Matrioszka był ponad Breżniewem???

    http://www.tekstowo.pl/piosenka,kult,hej__czy_nie_wiecie.html

  11. NICK said

    Greg. (8). Uspokój się?

  12. Peryskop said

    Re 4
    BINGO !

    Podobnych fałszywek jest cała masa.

    Także tu wśród nas, bo na przykład Greg = NICK

    #11 „Człowiek z KULu” aż do bulu bez nadzieji 🙂

    Razem z nickiem @Listwa przypodłogowa
    tworzy Trujcę Nieświentą + 300 nicków-mycków !

    Na Monitorze małoPolskim ostatnio jako @Rick.

    Buhahahaha !

    ——-
    Panie Peryskop, byś się Pan nie ośmieszał…
    A zresztą – ośmieszaj się Pan.
    Admin

  13. Mis z Okienka said

    A czy ktos wie czy ten rysunek „Człowieka z Marree” jest widziany z ksiezyca?

    To by bardzo duzo wyjasnilo.

    Nie wiem, nie byłem tam…
    Admin

  14. Mis z Okienka said

    re 13

    https://www.google.ca/imgres?imgurl=http%3A%2F%2Fclipart-library.com%2Fimages%2Fpi7KR9dMT.jpg&imgrefurl=http%3A%2F%2Fclipart-library.com%2Fimages-of-smiling-faces.html&docid=BN7p-4CiqmHG5M&tbnid=wH7sKXeVgmXYpM%3A&vet=1&w=1300&h=1390&bih=732&biw=1414&q=smiling%20faces&ved=0ahUKEwjKz-b07rrRAhUGzWMKHf8NCPIQMwhgKCQwJA&iact=mrc&uact=8

  15. Greg said

    Rurka, czy ty widzisz poza horyzont?
    Mózgu swojego.
    M.P. to twój blog!
    Tylko tam znajdziesz zrozumienie.
    Z Majestic..kiem.

  16. Peryskop said

    Re 15
    Wolę być rurka niż KIEPska dziurka.

    Re 13
    Myszu z Windowsenka
    – oczywiście że widać GO z Księżyca !

    Niestety w nowiu tylko z odwrotnej jego strony.

    Ale widać tak wyraźnie jak Wielki Chiński Mur.

    Stąpałem po jego atrapie w Badaling koło Bejing, dokąd zawieźli Nixona, potem Thatcherową…
    No i mnie tam dopuścili dopiero w grudniu 2003.

    A że byłem bez peletonu oficjeli i ochroniarzy,
    to miałem możliwość zapuszczenia oka na jego fragmenty dorobione przez ekipę tow. Mao.

    Więc w pełni potwierdzam tezę Tomasza Gabisia :
    http://www.tomaszgabis.pl/2011/11/14/mur-ktorego-nie-bylo/

    ===

    Re 12
    Dzięki za pozwoleństwo.

    Bo śmiech to zdrowie 🙂 🙂 😀

    A ośmiech to narzędzie przetrwania oraz oręż :
    „Pokaż mi, co wyśmiewasz a powiem ci, kim jesteś…”

    Ten Andrzej Niemojewski herbu Rawa to był jednak niesamowity facet.

    więcej:
    https://marucha.wordpress.com/2017/01/10/wolne-tematy-4-2017/#comment-644100

  17. maniek said

    http://beforeitsnews.com/conspiracy-theories/2017/01/a-huge-pyramid-in-antarctica-built-more-than-50000-years-ago-2479381.html

    …pery…siano_czujesz?…

  18. Greg said

    Rurka.
    Poskrob się po rogach.
    Zastanów się.
    Potem PISZ.

  19. Peryskop said

    Re 16
    Erratum: Andrzej Niemojewski herbu Rola

    Re 17
    Maniek_drugi, dzięki za siano z klawiaturką 🙂

    Jako młodzieniec marzyłem i o podróży do Egiptu, lecz w porę mi przeszło. Bo z piramidami mam nienajweselsze wspomnienia.

    Bowiem onegday jako adept ezoteryki wyczytałem boday u Hoimara von Ditfurtha, że ich kształt ma niezwykłe właściwości – ostrzy żyletki, balsamuje i zabezpiecza mięso przed zepsuciem.

    Więc zgodnie z podanymi wymiarami i z zachowaniem proporcji przyciąłem z lakierowanej na biało płyty spilśnionej 4 trójkąty równoramienne, starannie skleiłem wikolem krawędzie, a na 1/3 wysokości (która miała ok 70 cm) zamocowałem półeczkę zgodnie z instrukcją i umieściłem na niej 2-kilogramowy kawał wołowego bez kości.

    Po ok. dobie próbka zaczęła wydzielać smrodliwy zapach i piękny połeć wołowego diabli wzięli, za co uzyskałem od mojej właśnie poślubionej żonki wygawor oraz pierwsze punkty dodatnio-ujemne.

    Takie były początki końca mojej fascynacji ezoteryką. Ale tamtą cenę pozbycia się mrzonek uważam za korzystnie niewielką. Bo inni brną znacznie głębiej, i nie tylko małoPolski Marek Podlecki jest takiego zakręcenia przykładem.

    Po tamtej przygodzie przypadają mi do gustu bardziej wyrafinowane kompozycje strukturalne.

    Pewnie to dlatego choć ur. w Warszawie jeszcze nie byłem na czubku PKiN i nie mam w planach.

    W dodatku przekonał mnie Ernst Friedrich Schumacher, że „małe jest piękne” i pozbyłem się zainteresowania w gigantomanii na zawsze.

    Bo pociągi do najnajnaj i superduper są zgubne.

  20. Boydar said

    Zagięta Rura nie doczytał; albo nie umiał albo nie chciał. Do konserwującego wpływu na cztery funty wołowiny, potrzebna jest piramida o wysokości ok. 30 metrów. Ustawiona bynajmniej nie w przypadkowym miejscu, spozycjonowana i nie z płyty wiórowej tylko materiału o odpowiednio wysokim mi oraz e. Piramida nie ma „cudownego” wpływu na żywność tylko osuszający. W dwóch kilogramach krowy jest półtora litra wody, w żyletce na ostrzu – kilka mikrogramów. Jest różnica w niezbędnej wydajności. Na ch. było tyle czytać jak prostej arytmetyki nie potrafi się pojąć i zastosować.

    Mysz podawana jako klasyczny przykład (zdechła oczywiście) ważyła pi razy oko trzydzieści gram, a piramida miała ponad sto metrów. Doświadczenia opisywane, mówiły wyraźnie o SKRAWKACH, PRÓBKACH, po kilka gramów każda, a nie o ćwiartce rąbanki. Indianie cieli mięso na paski albo rozcierali na drobno i kładli na słońcu. Woda odparowywała zanim rozwinęły się bakterie. Pemikan trzymano potem całymi miesiącami w woreczkach przy siodle. Ja sam mam rezerwę dwupętowo kiełbasianą wiszącą już chyba trzeci rok pod kalenicą; nic jej nie jest co regularnie sprawdzam.

  21. Peryskop said

    Re 20

    Autor książki (Ditfurth lub Erich von Däniken – świerszczyków już wtedy nie czytałem) zwracał uwagę na zachowanie nie gabarytów ale PROPORCJI piramidy Cheopsa, oraz podkreślał konieczność właściwego ustawienia jej modelu, ze sztywnego materiału, względem osi N-S.

    Nie pisałem, że piramida ma wpływ na żywność „cudowny”, ale że ma „niezwykłe właściwości – rzekomo ostrzy żyletki, balsamuje i zabezpiecza mięso przed zepsuciem.”

    „Cudowne” to są cuda wianki… na kiju…

    Bo wpływ osuszający ma nie piramida, ale powietrze.

    A w tym jego temperatura, wilgotność, obecność mikroorganizmów. W gorących pustynnym rejonach zwłoki w ziemi nie rozkładają się, lecz schną na wiór i proch – i do tego nie potrzeba piramidy !

    Więc CELOWO w ramach experymentu podałem mojemu modelowi piramidy świeży połeć mięsa, bo wysuszone boczki i kiełbasy wieszałem bez piramidy i bez kłopotów były one przydatne do konsumpcji długo – aż do zjedzenia.

    Myk z uschniętymi w piramidach myszami, czy ptakami, jest kiepskiego sortu, bo widziałem wiele takich artefaktów także w kraju – zwłaszcza na strychach, pod dachami bez kształtów piramidy. Tu istotnym czynnikiem chroniącym przed gniciem jest niska wilgotność i ciepło oraz sierść/upierzenie, odstręczające owady – zdolne do roznoszenia drobnoustrojów i grzybów.

    Więc to są bajki – także o samoostrzeniu żyletek.
    Spotkałem kilku amatorów, którzy kupili takie gadżety i część z nich uczciwie przyznała, że to bleff, a kilku uśmiechało się zachęcając do własnej weryfikacji. Ale wyczułem sekciarski mechanizm : – wdepnąłem jak głupek, to niech i inni wdepną.

    Jedyna piramidka, która mi działa id lat, to reklamowy trzymacz spinaczy by MACROVISION Inc – ale ona trzyma dzięki magnesowi w środku 🙂

    A skoro pasjonujesz się w Zagiętej Rurze, to podrzucę na wolne autentyczną przygodę z patentami, w której pokazałem, że nie tylko zagiętą rurkę, ale i prostą arytmetykę potrafię pojąć i zastosować.

  22. Boydar said

    Czy Obywatel Peryskop wie jak działa szczepionka ?

    Uprzedzając odpowiedź – właśnie tak. Ośmieszenie tematu jest najskuteczniejszym sposobem na zniechęcenie do jego drążenia. Mnie to wcale nie przeszkadza, postęp i szczęście społeczności nie zasadza się na technice tylko na mentalności. Osiągnięcie zaś pewnego poziomu wykorzystania praw fizyki, mentalność tą może w niektórych przypadkach jeszcze bardziej zepsuć. Jak np. telewizja czy wszechobecne „komórki”. Problem polega na tym, że owych „niektórych przypadków” jest przytłaczająca większość. Niech więc się dzieje jak się ma dziać.

    Gdyby bowiem choć w jednym miejscu okazało się, że sprawy i rzeczy nie wyglądają tak jak nakazuje wierzyć oficjalna linia, wielu choć zapewne nie wszyscy, zadaliby pytanie – gdzie jeszcze nas orżnęli ? I to zachwiałoby śmiertelnie tą piramidą z plastikowych klocków; tak starannie budowaną od bardzo dawna.

    To nie jest polemika z (21), mam na względzie jedynie ocenę reprezentowanych postaw.

  23. Peryskop said

    Nareszcie Towarzysz Boydar porzucił styl oparty na andre na linie i kor ty zolu.
    Widocznie już wie nie tylko jak działa szczepionka, ale i piramidy – zwłaszcza finansowe.

  24. Boydar said

    Wielbłąd; „jak Kuba Bogu tak Bóg Fidelowi”.

  25. NICK said

    „jak działa szczepionka, ale i piramidy – zwłaszcza finansowe”
    Zatem jak działa? Nanorurko?

    Najgorsze jest to, że ignoranci czepiają tematów wszelakich.

  26. Peryskop said

    Zarówno piramidy, jak i szczepionki – nie działają.
    Służą tylko do omamiania i cyckania naiwnych.

    Nie dla nanouepka frykasy Pierwszej Klasy :
    https://marucha.wordpress.com/2017/01/14/wolne-tematy-5-2017/#comment-644895

    pozdro dla Fidela !

Umieść kropkę albo > bezpośrednio przed linkiem do obrazka lub filmu, aby go na razie nie wyświetlać. Rób akapity w dlugich tekstach. Zobacz też https://marucha.wordpress.com/cenzura/ odnośnie cenzury, pisania komentarzy etc.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s