Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Moje drzewo – moja sprawa? Nie szukaj odpowiedzi ani u korwinistów, ani u zandbergowców.

Posted by Marucha w dniu 2017-03-12 (Niedziela)

Moje drzewo – moja sprawa? Co możemy zrobić z tym, co nasze? Czy wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się twój nos? Nie szukaj odpowiedzi ani u korwinistów, ani u zandbergowców

Jedno z pierwszych zdań, których nauczyła się moja dwuletnia córka, brzmi: „To jest moje”. Jej są lalka, wózek, soczek. Do niej – jej zdaniem – należy wszystko, o czym jasno i wielokrotnie nie powiedziano, że jest mamy bądź taty.

Nie mam pojęcia, czy podobnie wysoko rozwinięte poczucie posiadania mają inne dwulatki, ale w końcu każdy z nas prędzej czy później je sobie wyrabia. Chęć posiadania czegoś na własność mają nie tylko osoby z listy 100 najbogatszych Polaków, lecz także, jak podejrzewam, lewicowcy chcący wszystko dokoła opodatkować. Nawet komunista Fidel Castro musiał mieć coś własnego, czym nie chciał się dzielić.

Nasze codzienne, nie intelektualne, lecz praktyczne podejście do własności celnie podsumowują słowa piosenki zespołu Mr. Zoob: „Mój jest ten kawałek podłogi, nie mówcie mi więc, co mam robić”.

Skąd wobec tego ten cały szum wokół wycinki drzew na prywatnych posesjach, którą od 1 stycznia umożliwiła nowa ustawa? Skąd oburzenie? Czyż nie jest prawdą, że moje drzewo – moja sprawa? Czy ustawa nie przywraca normalności?

Korwin i Zandberg w jednej drużynie

Zależy, kogo zapytać. W Polsce funkcjonują dwa obozy, które w centrum stawiają własność prywatną – korwiniści i zandbergowcy. Partia Wolność Janusza Korwin-Mikkego oraz firmowana przez Adriana Zandberga Partia Razem to oczywiście polityczny margines, ale z punktu widzenia debaty społecznej to właśnie one, a właściwie ci, których myślenie reprezentują, mają w kwestii własności najwięcej do powiedzenia.

Nietrudno zgadnąć, co korwiniści sądzą o wycince drzew.

– Właściciel ma prawo drzewo posadzić albo wyciąć. To jest jego drzewo i rząd nie powinien się do tego wtrącać – zadekretował ich papież, czyli Janusz Korwin-Mikke. Jest to podejście do własności prywatnej rodem nie tylko z Teksasu (Ktoś wtargnął na moją działkę? Napakuję go ołowiem, a dla kaprysu zetnę kilka drzew), lecz także chrześcijańskie. Chrześcijaństwo własności broniło od zawsze jako świętej. Usankcjonował ją przecież sam Bóg w przykazaniach, i to dwukrotnie: „Nie kradnij” i „Ani (nie pożądaj) żadnej rzeczy, która jego (bliźniego) jest”. Ścięcie drzewa może być nieroztropne, ale mam pełne prawo to zrobić. Po prostu mogę nadużyć swojej własności, a nawet ją zniszczyć. Wola Boga jest w końcu święta z definicji i bezdyskusyjnie.

Razemowcy nie uznają takich świętości. Dla nich własność ma więcej odcieni. Drzewa to element natury, a natura to dobro wspólne, które jako takie powinno być chronione. Drzewo rośnie na twojej działce? W porządku, wypoczywaj w jego cieniu, ale zrozum, że nie jest tak samo twoje, jak paczka papierosów czy auto. Z drzewem jak z dzieckiem – powołujesz je do życia, pielęgnujesz i wychowujesz, ale nie możesz zrobić mu krzywdy. Aby zapobiec wycince drzew na prywatnych posesjach, działacze Razem proponują utworzenie mikroplanów zagospodarowania przestrzennego, które miałyby tę kwestię regulować. Co oznacza oddanie władzy urzędnikom.

I możliwe, że cały ambaras tak się właśnie skończy – władza, która omyłkowo została biurokratom zabrana, zostanie im zwrócona. Jest to północnokoreańskie podejście do własności – jest ona prywatna, o ile tak uzna rząd. Jeśli się rozmyśli i zechce ją zarekwirować czy ograniczyć, trudno. Może.

Mimo wszystko, patrząc na problem własności prywatnej całościowo, zarówno korwiniści, jak i razemowcy grają w jednej drużynie – takiej, która uważa, że na pytania o własność można odpowiadać wyłącznie w zerojedynkowy sposób. Nie jest to właściwe podejście. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana – do tego stopnia, że w ciągu ostatnich 60 lat problemy związane z własnością prywatną, a mówiąc dokładniej z tym, jak się nią posługujemy, stały się jednym z najważniejszych i wciąż nie do końca rozwiązanych zagadnień ekonomii.

Mowa o efektach zewnętrznych.

Cuchnące problemy

Gdy sadzisz drzewo na własnej posesji, robisz to być może tylko po to, by cieszyło twoje oko, albo chcąc wywiązać się z wymagań, jakie stawia mężczyznom stare porzekadło mówiące o budowie domu, płodzeniu syna i sadzeniu drzewa. To, że takie są twoje intencje, nie oznacza, że zasadzenie drzewa nie przyniesie innych rezultatów. Być może zacienisz fragment posesji sąsiada albo zasłonisz mu widok z okna. To właśnie koszt zewnętrzny, który na niego narzucasz. Drzewo będzie jednak produkowało więcej tlenu, pochłaniając z atmosfery dwutlenek węgla. To jest korzyść, którą odnoszą twój sąsiad i całe społeczeństwo.

Ale odejdźmy na chwilę od tematyki leśnej. Mieszkańcy podlaskiego Łukowa od ponad roku blokują budowę fabryki pasz dla drobiu w lokalnej specjalnej podstrefie ekonomicznej. Obawiają się, że fabryka będzie – oprócz pasz – produkować także nieprzyjemne zapachy. Takie ryzyko istnieje. Negatywne oddziaływanie na środowisko to efekt zewnętrzny wiążący się z produkcją wielu towarów. Czy mamy się na to zgadzać, ponieważ produkcja ta odbywa się przy użyciu prywatnych środków i na prywatnych terenach? Taki wniosek mógłby wysnuć tylko ktoś zbyt mocno przywiązany do teksańskiego rozumienia własności prywatnej. Należy zakazać takiej produkcji? To z kolei północnokoreański repertuar intelektualny. Co więc robić?

Jeśli ktoś myśli, że wystarczy przywołać słynną sentencję głoszącą, że „wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się twój nos”, myli się. W praktyce bowiem nasza pięść sięga o wiele dalej, a czubek naszego nosa jest o wiele wrażliwszy, niż nam się wydaje. Ocena, gdzie ten graniczny nos leży, jest tym bardziej problematyczna, dlatego że to, co dla jednych jest kosztem zewnętrznym, dla innych może być korzyścią, a jeszcze innych zupełnie nie dotyczyć.

Profesor John Lott, amerykański ekonomista i autor bestsellerowej „Freedonomii”, uważa, że – mimo wolnorynkowego nastawienia – w niektórych sytuacjach efekty zewnętrzne są tak jednoznacznie złe i szkodliwe, że bez regulacyjnej interwencji państwa się nie obejdzie. Zwłaszcza gdy nie ma bezpośrednich bodźców, by ktoś sam z siebie chciał te efekty ograniczać. Przykładem niech będą normy zanieczyszczeń emitowanych przez silniki spalinowe. Gdyby nie odgórny nakaz powiązany z groźbą kary, producenci aut nie skupialiby się na ograniczaniu emisji spalin.

Takie sytuacje są jednak, zastrzega Lott, relatywnie rzadkie. Co więcej, gdy już się zdarzają, mają… cóż… własny ujemny efekt zewnętrzny. Oto konieczne interwencje państwa w sposób nieunikniony pociągają za sobą kolejne – niestety, już te niekonieczne. „Państwo z czasem zaczyna narzucać rozwiązania dalszych problemów, z którymi rynek poradziłby sobie lepiej” – pisze Lott we „Freedonomii”.

Ekonomista przekonuje, że niekonieczną interwencją są np. zakazy palenia w lokalach gastronomicznych. „Palenie nie powinno być traktowane tam jako obszar wspólnego powietrza. Restauracje pozwalają klientom palić nie dlatego, że uwielbiają palaczy, ale dlatego, że odpowiadają na presję konkurencji i swoich gości. Czy można wątpić, że restauratorzy rozwiążą problem palenia zgodnie z preferencjami większości klientów” – pyta retorycznie Lott.

Jego pytanie podszyte jest słusznym przekonaniem, że rynek to najlepsza metoda zbadania naszych realnych preferencji, a także pomiaru kosztów i korzyści danych zachowań. W większości przypadków ludzie samoczynnie rozwiązują problemy efektów zewnętrznych, nawet szczególnie długo się nad tym nie zastanawiając. Nie lubię dymu papierosów, ale zimne piwo wypite w barze jest dla mnie ważniejsze. Koszty i korzyści zbadane. Decyzja podjęta. Sprawa załatwiona.

Co jednak, jeśli po drodze do baru wstąpię do kancelarii premiera, prosząc o wprowadzenie zakazu palenia? Czy po wprowadzeniu takiego zakazu świat nie będzie jeszcze lepszy i piękniejszy, a spożywanie złotego trunku jeszcze przyjemniejsze? W Polsce taki zakaz wprowadzono. Czy mamy się od tego lepiej?

Polityka antynatalistyczna

Profesor David Friedman, syn słynnego Miltona i także ekonomista, zwraca uwagę na pułapkę, jaką na niewprawny umysł zastawia myślenie w kategoriach teorii efektów zewnętrznych. „Bywa ona bardzo użyteczna dla kogoś, kto szuka argumentów za rządową interwencją w rynek. Jednak prawie wszystko, co robimy, ma wpływ na innych ludzi. Jeśli ktoś chce czegoś zakazać albo to opodatkować, szuka negatywnych efektów zewnętrznych. Jeśli ktoś chce coś dotować, na przykład swój zawód, szuka pozytywnych efektów zewnętrznych” – zauważa w „Ukrytym ładzie”. Takie myślenie, jak tłumaczy, pomija fakt, że w teorii efektów zewnętrznych chodzi o rezultat netto danego zjawiska, czyli spojrzenie całościowe. Jak to się ma do zakazu palenia?

To, czy efekty netto palenia w lokalach są negatywne, nie jest takie oczywiste. Do korzyści można by zaliczyć np. dodatkowe miejsca pracy powstające dzięki niemu w koncernach tytoniowych czy uczucie relaksu i wspólnoty, które odczuwają palący. Do kosztów natomiast smród i wdychanie dymu przez osoby postronne, ale już raczej nie nowotwory, bo te wywołane są całkowitą ekspozycją na dym, a pamiętajmy, że mówimy tu tylko o paleniu w lokalach, a nie paleniu w ogóle. Przebywanie w klubach ma dla zachorowalności na raka statystycznie niewielkie znaczenie, chyba że mowa o stałych bywalcach, tyle że oni zwykle i tak palą…

Być może ustawodawca zapomniał o tym i uznał, że zakazując palenia w pubach, zredukuje liczbę chorób nowotworowych, tym samym obniżając koszty funkcjonowania opieki zdrowotnej. Brak jest jak na razie dowodów na istotną skuteczność tej strategii na naszym podwórku (chociaż dane z innych krajów sugerują, że może ona zwiększać liczbę prób zerwania z nałogiem), jednak z całą pewnością po wizycie w klubie ubrania nie śmierdzą nam papierosowym dymem.

Jeśli efekty zewnętrzne palenia w lokalach są netto dodatnie, zakaz palenia należałoby uznać za szkodliwy. Niestety, ze względu na brak odpowiednio rozległych danych (ich zebranie byłoby zbyt kosztowne), trudno to ocenić. David Friedman powiedziałby, że choć często bardzo trudno na pytania o bilans efektów zewnętrznych odpowiadać jednoznacznie, to nie można ich ignorować, ponieważ zwracając uwagę wyłącznie na koszty, dochodzilibyśmy do absurdalnych wniosków. Przykładowo moglibyśmy stwierdzić, że warto dotować politykę antynatalistyczną. W końcu po co nam kolejne dzieci? Każde nowe dziecko to koszt dla rodziców czy państwowej edukacji…

Jest jeszcze jedna rzecz, o której zapominają osoby chcące interwencją walczyć z ujemnymi efektami zewnętrznymi – zapominają o tym, że istnieje coś takiego jak optymalny poziom kosztów zewnętrznych. Wszyscy chcielibyśmy czystego powietrza, ale jedyną drogą, żeby zrealizować w pełni ten postulat, byłoby zaprzestanie jakiejkolwiek działalności ludzkiej. Musielibyśmy dokonać zbiorowej autoanihilacji. Jakiś poziom zanieczyszczeń istnieć zatem musi. Kluczowe jest to, by ustalić, jaki to ten optymalny poziom.

Afera wokół masowej wycinki prywatnych drzew dała wielu ludziom do ręki argument, że własność prywatna rozumiana po teksańsku prowadzi do patologii, więc za ustalenie optymalnego poziomu wycinki musi odpowiadać urzędnik, a nie zwykły proces rynkowy.

To felerny argument. W rzeczywistości do wycinki doprowadziło nie tyle samo to, że można robić, co się chce z drzewami, ile to, że dawniej tak łatwo się nie dało. Nagła zmiana reżimu regulacyjnego sprawiła, że ci, co przez wiele lat chcieli, a nie mogli ściąć drzewa, teraz wreszcie mają swoje pięć minut. To tak, jakby pękła tama, która przez lata wstrzymywała niewielki strumyczek.

Nie wiem, kto doradzał ministrowi Janowi Szyszcze przy projektowaniu prawa, ale najwyraźniej zapomniał sprawdzić, co teoretycy regulacji piszą o nagłych przewrotach legislacyjnych. A wprowadzają one gospodarczy chaos, bywa że o trwałych skutkach. Zwłaszcza gdy prawo jest niestabilne i rozpowszechnione jest przekonanie, że ponowne zaostrzenie przepisów to tylko kwestia czasu. Z tego zaniedbania właśnie wziął się efekt Szyszki, czyli masowa wycinka drzew, której teraz doświadczamy.

Efekt Szyszki

Ekonomiści przekonują, że zanim wytyczaniem długości naszego nosa i ramienia zajmie się urzędnik, warto wykorzystać mechanizmy rynkowe: negocjacje i transakcje. Jeśli tylko prawo jest odpowiednio precyzyjne, mogą one skutecznie rozwiązywać problem efektów zewnętrznych.

Rozumieją to deweloperzy, którzy klientom kupującym od nich mieszkania narzucają obowiązek przynależenia do wspólnoty mieszkańców. To wspólnota decyduje o tym, jak wyglądać ma elewacja bloku, trawnik czy której firmie należy zlecić ochronę budynku oraz ustala ogólne zasady współżycia (np. godziny ciszy nocnej), minimalizując ryzyko, że postępowanie któregoś z mieszkańców narzuci koszty na resztę (muzycy ćwiczący grę na instrumentach będą musieli po godz. 22 znaleźć sobie inne zajęcie).

Przykładów na rynkowe poradzenie sobie z kosztami transakcyjnymi jest sporo. W USA rozwiązano w ten sposób jeszcze niedawno spory problem z dostępem do wody. Dopóki obowiązywała zasada pierwszeństwa przy ustalaniu własności źródeł wody, właściciele nadużywali ich, brakowało jej dla dzikich zwierząt czy na cele publiczne. Dopiero, gdy stany zaczęły ze sobą handlować prawami do wody (niektóre miały jej więcej, inne mniej, różniło je też zapotrzebowanie), sytuacja się znormalizowała.

Ekonomista i laureat Nagrody Nobla Ronald Coase zauważał, że mechanizmy rynkowe rozwiązują problem efektów zewnętrznych wszędzie tam, gdzie odpowiednio niskie są koszty transakcyjne. Rosną one jednak tym mocniej, im większej liczby ludzi dotyczą, co może doprowadzić do rozwiązania nieefektywnego. Czasami więc czekanie, aż rynek znajdzie właściwą ścieżkę, może wydać się stratą czasu. Często jest tak w kwestii zanieczyszczeń środowiska.

Wtedy można pomyśleć o opodatkowaniu zanieczyszczeń w taki sposób, żeby największe podatki płacili najwięksi ich emitenci. Zgodne z tym zaleceniem było stworzenie rynku handlu prawami do emisji CO2. „W ramach tego handlu społeczność określa dopuszczalny stopień zanieczyszczeń na swoim terenie. Następnie wydaje zezwolenia na łączną ilość dopuszczalnych zanieczyszczeń i rozprowadza je wśród przedsiębiorców. To bardzo efektywny bodziec rynkowy” – przekonuje w „Najlepszej książce o rynku” dr Eamonn Butler, dyrektor brytyjskiego think-tanku Adam Smith Institute (zauważa przy tym, że handel emisjami funkcjonuje lepiej w USA niż w Europie ze względu na mniejsze upolitycznienie jego zasad).

Butler nawiązuje także do tematu w Polsce obecnie gorącego: myślistwa. Czy rzeczywiście istnienie myśliwych jest konieczne? Przekonuje on, że istnienie mądrze kontrolowanego rynku pozwalającego na odstrzał zwierzyny zapobiega innemu złu: zwiększonemu kłusownictwu. „W całej Afryce południowej myśliwi mogą przyjechać do jednego z licznych rezerwatów i zapłacić za możliwość polowania. Ilość zwierzyny do odstrzału jest limitowana, a organizatorzy wskazują myśliwym starsze osobniki. Myśliwi słono za to płacą, a ich pieniądze idą na ochronę zwierząt i zachowanie istniejących stad” – pisze. Nie znaczy to, że Butler uważa myślistwo za sensowne i konieczne. Przeciwnie – wskazuje tylko sposób, który zredukuje je i związane z nim efekty zewnętrzne.

Siła wyższa vs Scrooge

Radzenie sobie z efektami zewnętrznymi bez udziału państwa zandbergowcom będzie nie w smak. Ale uwaga! To wciąż nie oznacza, że korwiniści mają rację, uważając własność prywatną za najwyższą wartość. Dobre relacje z innymi ludźmi wymagają samopowściągania się w użyciu tego, co nasze. Mój wzmacniacz gitary jest naprawdę głośny i nawet za dnia mógłbym wkurzyć nim sąsiada. Czy mam prawo grać na niej bez przerwy? Nie. „Wolnoć Tomku w swoim domku” to nie jest właściwe podejście. Użycie własności prywatnej ogranicza przecież nasza moralność.

Z tym że w pewnych sytuacjach własność prywatna nie jest najważniejsza, zgodziliby się nawet średniowieczni teologowie w habitach z hiszpańskiej Salamanki uchodzący za prekursorów wolnorynkowej myśli ekonomicznej.

Jak zauważa argentyński historyk Alejandro Chafuen w książce „Wiara i wolność”, naruszenie własności prywatnej uzasadniają oni wyższą koniecznością, która sprowadza się do obrony życia i wolności. Osoba zagrożona śmiercią głodową może zerwać jabłko z prywatnego sadu i napić się wody z prywatnego stawu. Osoba uciekająca przed złoczyńcami może wykorzystać do tego przypadkowy samochód bez zgody właściciela. Wówczas – św. Tomasz stwierdzał wprost – takie zachowanie „nie jest kradzieżą”, lecz użyciem.

Niektórzy myśliciele szli tak daleko, by stwierdzić, że kradzieżą nie jest nawet sytuacja, w której mężczyzna bez środków do życia, a mający na utrzymaniu wielodzietną rodzinę, zwija z kieszeni portfel bogaczowi! Osoby w typie Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” nie musiałyby się jednak obawiać. Ci, którzy w stanie wyższej konieczności zabierają im własność, zobowiązani są zrekompensować straty właścicielom, gdy tylko będzie to możliwe.

Z ekonomicznego punktu widzenia obstawanie przy takim twardym, choć niekoniecznie sakralnym rozumieniu własności prywatnej ma głęboki sens. Prawa chroniące własność prywatną i zezwalające na swobodne korzystanie z niej to klucz do bogacenia się. To banał, ale ludzie naprawdę bardziej dbają o to, co ich, niż o to, co czyjeś albo wspólne. Bardziej efektywne wykorzystywanie zasobów prowadzi zaś naturalnie do szybszego wzrostu gospodarczego.

Gerald P. O’Driscoll Jr i Lee Hoskins w pracy „Własność prywatna: droga do rozwoju gospodaczego” zauważają, że gdy weźmiemy pod uwagę PKB per capita 150 państw świata mierzone parytetem siły nabywczej (tzn. tym, ile realnie towarów można kupić za dany dochód), okaże się, że w krajach z mocną ochroną praw własności jest ono średnio dwukrotnie wyższe niż w państwach chroniących własność umiarkowanie.

W państwach skorumpowanych bądź nie chroniących własności wcale PKB per capita jest 5-, a nawet 8-krotnie niższe. Rozstrzygając dylematy, kto ma decydować o wycince drzew i podobnych sprawach – rząd czy właściciel – warto zastanowić się, do którego klubu chcemy należeć.

Sebastian Stodolak
http://www.msn.com

komentarzy 41 to “Moje drzewo – moja sprawa? Nie szukaj odpowiedzi ani u korwinistów, ani u zandbergowców.”

  1. Jeśli drzewo jest wspólne i nie mogę go wyciąć, to proszę, niech służby miejskie zgrabią mój trawnik.

  2. Mocno wynurzyłem głowę zza krzaka said

    To z tym PKB to pierdolenie prywaciarzy i totalne kłamstwa. W Peru PKB za rządów kapitalistów wzrosło, wzrosła też średnia płaca. Ale żaden kapitalista nie powiedział, że wzrost średniej płacy był efektem wzrostu zamożności bogaczy, podczas gdy biedota gówno z tego miała, a nawet znalazła się w gorszym położeniu niż za rządów poprzedniej władzy (socjalistów).

  3. Siekiera_Motyka said

    Tyle lat był spokój z tym i teraz nagle Polak się obudził ze ma Prawo.

    A co dla mnie jest jak najbardziej śmieszne to słuchać tych (sąsiedzi moi ) co wycinają ze musimy walczyć ze „Smogiem”.

  4. NICK said

    Szyszko dość pojechał. Powiedzmy po bandzie.
    Właściciel drzew natomiast będzie prowadził rozsądną gospodarkę. Polski właściciel.

    Szyszko poszedł zanadto do przodu?
    Może.
    Może było trzeba etapy pośrednie… .
    Może.

    Rozróżnijmy.
    Żyda warszawskiego. Dawida.
    I Polaka. Na resztkach włości, na prowincji.

  5. Archer said

    Jest w Polsce tyle nieużytków należących do państwa, niech tam zalesiają. W takich Bieszczadach jest tyle ziemi po byłych PGR-ach najgorszych klas i w terenach górzystych, których nikt nie chce. Powinni to dawno zalesić, a tak stoją te pola odłogiem od prawie 30 lat i co najwyżej jakieś samosiejki tam rosną oprócz trawy i chwastów. To samo jest na Mazurach i w innych częściach kraju.
    Ludzie co kupują działki i budują domy, sadzą na swoich małych posesjach drzewa i krzewy, żeby było ładnie, cień, a także jako ochrona przed widokiem i kurzem z ulicy. Jak drzewo się za 30-40 lat rozrośnie i ogranicza w użytkowaniu działki, to dlaczego tego nie można wyciąć, tylko trzeba mieć zgodę jakiegoś urzędasa? Tak samo jak drzewo rośnie krzywo, lub jest na tyle duże że zasłania okno.

  6. Siekiera_Motyka said

    Ad. 5 – „Powinni to dawno zalesić, a tak stoją te pola odłogiem od prawie 30 lat i co najwyżej jakieś samosiejki tam rosną oprócz trawy i chwastów. ”

    Ja od 5 lat obserwuje jak rzad swój las nie daleko mnie wycina I NIC NIE SADZI !!! To znaczy „polski” rzad.

  7. Moher49 said

    Posadziłem w swoim życiu ponad 100 drzew, ładne brzozy, dęby, klony, ładnie rosną. Teraz dzięki Szyszce wyciąłem moją lipę, która bruździ sąsiadce, bo liście lecą na jej grządki i się na mnie drze, wyciąłem topolę bo jest stara i wysoka, może się przewrócić i bałaganu narobić.
    Jakoś obrońcy drzew nie widzą, jak lasy trzebi IKEA wpuszczona do naszego kraju. Dlaczego tępi się konopie, które zawierają celulozę, z której może być papier, olej i wiele innych wyrobów, nawet karoserie samochodów. Setki hektarów leży odłogiem, może konopne pyłki dodały by rozumu tym co światem rządzą.

  8. NICK said

    Siekiera. (6).
    Statystyki są nieubłagane. Procent lasów coraz większy. We areale. Państwowych i prywatnych.
    Lasy Państwowe i prywatni ciągle, jeszcze, gospodarują.

  9. Halszka said

    Jaka „rozsądna gospodarka”? Może z perspektywy jednej ulicy w miasteczku, gdzie wycięto 6 czy 7 drzew, tak to wygląda.

    Mieliśmy pecha przejechać parę dni temu przez Mazowieckie tam i z powrotem (inną trasą), w sumie jakieś 200 km. Chyba nie było ani jednego kilometra, gdzie nie sterczałyby świeże pieńki po zdrowych, wielkich drzewach. Albo nie warczałyby piły. Albo nie stałaby ciężarówka, na którą właśnie ładowano świeżo ścięte drzewa. Albo wśród resztek lasu nie dogasałyby ogniska po obciętych, niepotrzebnych widać gałęziach. To jest teraz polski krajobraz. Jak po przejściu tajfunu.

    To znaczy, przepraszam – oczywiście mijaliśmy też kilometry, gdzie nie widać było rzezi drzew. To tam, gdzie w przemysłowym krajobrazie drzew i tak nie było. Albo gdzie cały krajobraz zasłaniały olbrzymie, w większości niepotrzebne ekrany akustyczne ( efekt poprzednich rządów Szyszki, też ktoś musiał zarobić).

    Do czego potrzebne są w skali kraju setki tysięcy ściętych naraz drzew? Trudno uwierzyć, że to przypadek. Czy taki był czyjś plan? Eksport, dokąd? Albo z przeznaczeniem na „biopaliwo”, żeby zastąpić węgiel i na taką poronioną „ekologiczną” działalność uzyskać dotację Brukseli?

  10. NICK said

    P. Halszka. Jak się osadzisz, bez przejeżdżania, to przestaniesz pindolić.

    Nie masz prawa i wiedzy. Jestem tu i teraz. Na bieżąco a Pani?

    Podbipiętka?

    Byle zaistnieć? Na Gajówce?

  11. Mocno wynurzyłem głowę zza krzaka said

    Siekiera_Motyka @

    Jest ustawa wedle której po wycince lasu może przez pięć lat lasu nie być. Potem już leśnicy muszą sadzić. Stąd zanim wytną las a urośnie porządny młodnik mija jedno pokolenie.

  12. Zdziwiony said

    …chcąc wywiązać się z wymagań, jakie stawia mężczyznom stare porzekadło mówiące o budowie domu, płodzeniu syna i sadzeniu drzewa, w czym nikt dziś nie przeszkadza w nabyciu działek budowlanych, gdzie też mogliby mieć drzewa.

    Zamiast tego mamy tych, którzy sprzeciwiają się wycięciu mojego drzewa, które zasadziłem.

    Kto to taki, ano jest tzw plankton z boxów czyli mieszkańcy osiedli z wielkiej płyty. Często są to ludzie, którzy sprzedali działki rolne poza miastem.

    Są tam trzy kategorie mieszkańców. Młode rodziny które nie mają na nic czasu przewożąc dzieci i zakupy z miejsca na miejsce i tyrając za jakimiś pieniędzmi na kredyt. Druga grupa to dzisiejszy odpowiednik bananowej młodzieży czyli single pracownicy korporacji, wolne zawody żyjace od zlecenia do zlecenia kupujące iPody ale żrące obiady od mamy dla oszczędności. Ci mają sporo czasu i najczęściej rower. I trzecia grupa społeczna polskich osiedli z wielkiej płyty czyli emeryci. I dzisiejsi emeryci to już zupełnie inni emeryci. Oni jedzą sałatki nie tylko że jest taniej ale dlatego że zdrowiej, na leki wydają połowę emerytury uprawiają nordic walking i dożywają 90tki nawet nie stękając na serio. Bo tak na niby to stękają non stop. I oni też mają mnóstwo czasu.

    Nowa droga? Nie ma mowy! Może parking. A gdzie będę chodził s*ać z pieskiem? No to może centrum handlowe to tym tyrającym z dzieciakami będzie bliżej? Nie – bo centrum handlowe to samochody i parkingi, a to już ustaliliśmy, że nie!

    Są nimi też, którzy urodzili się w bloku, żyją tam nadal z rodzicami, a jedyną perespetywą jest widok tej samej katki schodowej przez najbliższe kilkadziesiąt lat. To pokolenie ludzi upokorzonych, którzy cokolwiek wybiorą, i tak zostaną ukarani. Blokersów łączy pytanie: „co zrobić ze swoim życiem?” i odpowiedż: „nic nie mogę z nim zrobić, bo nie mam zasobneggo domu, lekceważy mnie pracownik społeczny, nauczyciel i minister.

  13. Halszka said

    Skąd tyle agresji panie Nick?
    Jaki to ma w ogóle związek z tym co napisałam?
    Byle zaistnieć na Gajówce? Biega taki przy płocie i obszczekuje obcych?
    A w przerwach duka głupawe pseudo wierszyki, bo „ma wiedzę”?

    A może zły humor, bo przy piłowaniu drzewa drzazga weszła pod paznokieć, a kolejnej ćwiartuchny zabrakło?
    Ubawił mnie pan.

  14. Piskorz said

    re 5..” lub jest na tyle duże że zasłania okno. TO TRZEBA RUSZYĆ KIEPEŁĄ…I POOBCINAĆ KORONĘ ZE WSZYSTKICH STRON…SĄ OD TEGO FACHOWCY..!! PS MIAŁEM PROBLEM TAKI ZGŁOSIŁEM W SP-NI I OBCIĘLI KORONĘ, WG PRZEPISÓW OKOŁO 25/30%..I PO PTOKACH…WYSTARCZY NA 2/3 LATA..MOŻNA.?! BO ZASŁANIA DRZEWO OKNO..TO JE WYCIĄĆ..?! LUDZISKA TO MAJĄ DOBRZE NAJEBANE W TYCH CZEREPACH..

  15. Siekiera_Motyka said

    Ad. 11 – „Jest ustawa wedle której po wycince lasu może przez pięć lat lasu nie być. Potem już leśnicy muszą sadzić. ”

    Pisze to co widzę tam gdzie bywam. Minęło więcej niż 5 lat i NIC !!!!!

  16. Isia said

    … od siebie mogę powiedzieć, że kto musiał usunąć drzewo na swojej posesji, najczęściej robił to po „cichu”, nie biegał za stosownym „papierkiem” po urzędach – taka była do niedawna praktyka … oczywiście, ścinano drzewa tylko w razie konieczności, zwykle kiedy rozrosły się i przez to powodowały szkody etc. … np. spadające z drzewa igliwie zapychało rynny na dachu, powstawały zacieki na elewacji …

  17. revers said

    re1,re12
    tu nie chodzi o prywatne drzewo zdziwionego Franka, czy Krzysia tylko o tzw skwery, parki miejskie lub rezerwaty przyrody.

    jak ktorys z panow nie dotnal wtorny anlafabetyzm to bardzo prosze podano na tabliczce do przeczytania ze zrozumieniem, moze bez dodatkowych glochomazow o gajowym.
    .https://s11.postimg.org/e1sc7dtj7/rezerwat.jpg

    Zarowno parki miejskie jak i lesne rezerwaty przyrody podlegaja tzw. dzikiej zenberg-korwino podobnej prywatyzacji po ktorej okazuje ze jakis baron srul nagle zjawia sie z powietrza lub cylindra od krolikow i potrafi caly park miejski zajac i wyciac tak bylo np. w Nakle.

    Za to przy rezerwatach przyrody dzialaja rozne rowniez koszerne organizacje ekologiczne ktore potrafia kazda grzondke lesna podzielic w gwiazdy i pierscienie z nazawami typu ewolucyjne, rozwojowe, etc. i podobna pseudo ekologiczna nowomowa, nomenklatura slowna po ktorej wycina sie legalnie setki arow i hektarow zdrowych lasow, czy w Puszczy Bialowieskiej, czy w Puszczy Bukowej-Zdroje.

    A tak wygglda las po ekologicznej wycince typu tu grzadka, tam gwiazdka, tam sferka widokowa do wyciecia w pien i gotowe.

    A z tymi statystykami GUS-u to niech p. NICK w zad sobie wsadzi statystyki, takie same dane statystyczne z lasow bilansu, jak statystyki srednich plac z ktorych wiadomo ze p. NICK juz 4000 tysiace na reke dostaje, a za 2 lata 13 tysiecy dostanie – bedzie zarobiony.

  18. Piskorz said

    re 7..”wyciąłem moją lipę, która bruździ sąsiadce, bo liście lecą na jej grządki ALE QUŹWA TRAGEDIA..BO LIŚCIE JEJ LECĄ…I TRZEBA DRZEWO WYCIĄĆ..!! LUDZISKA TO MAJĄ DOBRZE NAJEBANE W TYCH CZEREPACH. DO TAKIEGO BABSKA TO TRZEBA OSTRO, Z MORDĄ, A NIE LIPĘ WYCINAĆ.!!!

  19. RSA said

    Panowie, kilka efektów się nałożyło:
    – część ludzi rzuciła się do wycinki, żeby skorzystać z łagodnego prawa, zanim być może władzy się coś odmieni
    – na dużą skalę wzięło się za wycinkę budownictwo: zarówno indywidualne jak i deweloperka, oraz właściciele działek budowlanych przeznaczonych do sprzedaży

    Jeśli nowe prawo się utrzyma dłużej, jakieś 2-3 po następnych wyborach, to efektem ubocznym będzie duży wzrost liczby sadzonych drzew na działkach prywatnych – bo właściciel NIE BĘDZIE SIĘ BAŁ POSADZIĆ DRZEWA. Tak naprawdę każdy woli mieć działkę zadrzewioną niż pustą – pod warunkiem że będzie miał swobodę decydowania o tym gdzie posadzić drzewo i kiedy je wyciąć. Dzielnice domków jednorodzinnych same z czasem zamienią się w mini-lasy.

  20. Alina said

    Oczywiście, że wprowadzenie zakazu palenia polepszyło jakość mojego życia, bo mogę wreszcie wejść do restauracji, zjeść i wyjść nie śmierdząc ohydnym dymem.

    W mojej okolicy też jest prowadzona wycinka drzew. Dotyczy pasa przy drodze, wygolone są nieliczne drzewka i mnóstwo krzewów, które ograniczają widoczność. Drewno jest układane w pryzmy, które na pewno będą wykorzystane jako ekologiczny opał. Sama wycięłam duża tuję, która rosła tuż przy oknie, kiedyś ładniutka malutka, teraz zasłaniała 3/4 okna i tamowała dopływ świeżego powietrza. Wreszcie można oddychać. Na jej miejsce posadziłam kwiatki, w innym miejscu ogrodu posadziłam kilka drzewek owocowych głównie czereśni. Przez kilka lat masa drzew i krzewów rośnie bardzo, i w ogrodzie przydomowym na działkach 4-10 arów po prostu trzeba dokonywać cięcia lub wycięcia drzew i krzewów, żeby posadzić nowe, ładniejsze,
    Przepis o bezpłatnej wycince drzew jest potrzebny, szczególnie dla domów jednorodzinnych, gdzie to przeważnie właściciel, lub jego rodzina sadziła i pielęgnowała krzewy i drzewa. Bo niby dlaczego nie-właściciel ma decydować co mi wolno wyciąć, a co posadzić. Odnoszę wrażenie, że przeciwnikami wycinki drzew na posesjach prywatnych 1 właściciela są ludzie, którzy sami nigdy i nigdzie nie posadzili żadnego drzewa ani kwiatka.

    Problem z wycinką może być gdy posesja ma wielu właścicieli, np w spółdzielniach mieszkaniowych i wspólnotach, oraz kiedy grunt jest własnością firmy, np obcej firmy, która nabyła grunt z roślinnością posadzoną przez poprzednich właścicieli, albo jest własnością publiczną, państwową i samorządową i nie podpada pod ustawę o lasach. To jest trudne do rozwiązania, ale konieczne. nie może być tak, że jakiś cwaniak np prezes spółdzielni, wytnie co mu się spodoba i sprzeda na lewo.
    Co do starodrzewu, to o ile wiem jest jeszcze instytucja „pomnika przyrody”, czyli szczególnej ochrony drzew tak oznaczonych.

  21. Lara said

    Drzewa są w jeszcze trudniejszej sytuacji niż zwierzęta. Nie mają nóg. Nie uciekną.

    Bo. ciekawa analiza. W tej konkretnej sprawie kluczowy jest akapit:
    „Nie wiem, kto doradzał ministrowi Janowi Szyszce przy projektowaniu prawa, ale najwyraźniej zapomniał sprawdzić, co teoretycy regulacji piszą o nagłych przewrotach legislacyjnych. A wprowadzają one gospodarczy chaos, bywa że o trwałych skutkach. Zwłaszcza gdy prawo jest niestabilne i rozpowszechnione jest przekonanie, że ponowne zaostrzenie przepisów to tylko kwestia czasu. Z tego zaniedbania właśnie wziął się efekt Szyszki, czyli masowa wycinka drzew, której teraz doświadczamy”.

    Co to za minister, jak nie umiał przewidzieć takiego efektu.
    Wcześniej pisaliśmy o bażantach.
    Nie ma co zbierać.

  22. ikarek said

    Racja. Te statystyki można sobie włożyć wiadomo gdzie. Z moich obserwacji wynika, że wycinki w prywatnych ogródkach to mały pryszcz. Za to odwiedzając państwowe lasy, nie ma dnia, żeby nie było słychać spalinowej piły. Las w mojej okolicy jest już tak przerzedzony, że aby bloki na osiedlu przestały być widoczne, trzeba iść coraz dalej. Zresztą poza lasami jest nie lepiej. Na osiedlach czy w parkach gęstość drzew jest coraz mniejsza, poza tym zlikwidowano prawie wszystkie krzewy. Wszędzie golizna, wróble i inne ptaki nie mają gdzie zakładać gniazd.

    W Polsce istnieje ponadto pewien idiotyczny kolejowy przepis, który mówi, że w odległości mniejszej niż 15 metrów od torów nie ma prawa nic rosnąć oprócz trawy. Do tej pory ten przepis był olewany, ale gdzieś tak od roku zaczął być rygorystycznie egzekwowany przez wszelkiej maści urzędasów na wysokich stołkach. Ostatnio miałem nieprzyjemność przejechać pociągiem odcinek Katowice-Kraków. Trasa wygląda jak po przejściu tajfunu. W pasie o szerokości autostrady leżą tysiące drzew. Dżentelmeni z piłami nie przepuścili nawet małym krzaczkom. Słowo klucz to oczywiście bezpieczeństwo. Wiadomo, że dla władzy bezpieczeństwo to sprawa najważniejsza, drzewo może przecież spaść na tory, albo co gorsza na łeb. Zresztą w przypadku każdej wycinki okazuje się, że drzewo komuś śmiertelnie zagrażało. A na bezdrzewnej pustyni co najwyżej słońce przygrzeje na dekiel.

  23. Zdziwiony said

    Re. 17.
    Rewers nie odwracaj kota ogonem.
    Ile miał zapłacic rolnik za wycinkę chwastów leśnych (samosiejek) na użytku rolnym, który był poddany pod ugór lub odłóg, do czego został rolnik sprowokowany przez ARiMR, czy też zaprzestał działalności rolniczej bo go przegnano zagranicę i po kilku latach wraca i ponownie chce przywrócić grunt pod uprawę rolną. Czasami dochodziło grożby zapłaty setek tysięcy złotych z tytułu wycinki, przy czym stale płacił podatek rolny, a nie leśny.
    Widzi Rewers lewym okiem, a nie widzi prawym. Normalne u wykształciuchów.

  24. Boydar said

    Panie Zdziwiony, Pan Revers może się mylić, ludzka rzecz. Ale na miano „wykształciucha” z pewnością sobie nie zasłużył.

  25. Trak said

    Gdyby oni chociaż wiedzieli, kto im dupę zasrał nie zajmowaliby się cudzymi drzewami.
    Niech pomyślą, czy dożyją do następnej wiosny, bo może być nieciekawie a drzewa same zostaną.

  26. revers said

    Re. 17.
    Rewers nie odwracaj kota ogonem.
    Ile miał zapłacic rolnik za wycinkę chwastów leśnych (samosiejek) na użytku rol

    Panie zdziwiony ja o Krymie, a pan o Rzymie – nawiazalem do ustaw o rezerwatach przyrody z roku 1991, i z 16 kwietnia 2004, na co skladaja sie wyznaczone lasy, parki miejskie, parki narodowe skwery lesne.

    Ustawa jak w linku ponizej, moze jednak zajrzec do ustwy o rezerwatach przyrody i zorientowac sie co to jest i czego dotyczy bo jest nawet dolaczony do ustwy maly slownik pojeciowy.

    https://mojepanstwo.pl/dane/dziennik_ustaw/9645,ustawa-o-ochronie-przyrody

  27. revers said

    Lub jak na obrazku leniwym w klikaniu i w mysleniu, takze o wyksztalciuchach.

  28. […] Tekst wzięty z  https://marucha.wordpress.com/2017/03/12/moje-drzewo-moja-sprawa-nie-szukaj-odpowiedzi-ani-u-korwini… […]

  29. revers said

    dodam jeszcze jesli idzie o indiwidua i pojedyncze drzewa to panowie zdziwieni lacznie z JMK, Zandbergiem, wolnosciowcami, liberalami moga nie tylko scinac swoje drzewa bo do tego potrzeba pily, sikeiry, ale nawet uzyc przenosnego tertaku-deskownicy, a pozyskane deski uzyc na trumny, urny, po korzeniach loch zamienic w grobowiec swoj i rodzinny.

    Zaraz po czynnie wycinka mojego drzewa udac sie koniecznie do pobliskiego szpitala zdrojowego chorob pluc-pulmologicznego i pisemnie zrezygnowac z leczenia jakilchkowiek chorob pluc w tym gruzlicy, pylic weglowych, piaskowych, virusowych chorob pluc.

    Dalej byc przygotowanym na to ze po ministrze Szysce moze nastapic minister Parkowiec i zamienic najblizsze w.w. panow grunty , te bliskie w.w panow a ulamkowo wchodzce w ich grunta i nieruchomosci na Park Narodowy im. Zdziwionego, co umozliwi prawnie przesiedlenie z doplata tych panow wg. ustawy o parkach narodowych do apartamentow przy koksownaich-cynkownaich-stalowniach-siarkowniach jakie jeszcze pozostaly sie na gornym slasku by dalej pozyc dlugo i szczesliwie zamiast tych 90 lat, 9 lat z wykluczeniem leczenia chorob pluc i nowotworowych.

    Tak sie sklada ze w zasiegu parku zdrojowego ze zdjecia 27 znajduja sie 2 szpitale miejskie w tym jeden jeszcze z czasow niemieckich gdzie praktycznie w lecznicy-senatorium wyleczono do za czasow Hitlera i zaraz po wojnie tysiace ludzi chorych na gruzlice, pylice, astme inne choroby plucne ze wzgledu na wyjatkowe mikrobiologiczne klimaty i flore przylagajacyh do szpitala lasu.

    Po dzialnosci Szyszki i wolnosciowcow nihilistycznych takze tu produkujacych sie takie lecznince sa juz na wymarciu, wiec sami panowie zostawcie sobie w bogatych zyskach wolnosciowy i wolnorynkowy grob, bo tego to nawet socjalistyczny raz dla JKM Hitler, raz porzadny Hitler dobrodziej w podatkach nie wymyslil, zeby wszystko wyciac w pien i w zdrojach.

  30. gostek said

    ciekawa rzecz. mnie drzewa ściąć nie wolno bo to jest dobro narodowe nas wszystkich. jednak po przeliczeniu jego obwodu na złotóweczki znajduje się właściciel i już wiem, że to dobro narodowe nie należy do mnie bo kasę za nie weźmie kto inny.

  31. NICK said

    Jednoznacznie stwierdzam, że większość z was o tym co się dzieje w lasach pojęcia bladego nie ma.
    Tyle.
    Lasy polskie znam jak własną kieszeń a Bory Tucholskie we szczególności.
    Ciągle jest prowadzona normalna gospodarka, podobnie jak 5,20 czy 40 lat temu.

    A P. zdjęcie, Reversie to o czym poświadcza? (17)
    A jak Pan wkleisz jeszcze 100 takich to co to będzie oznaczać?
    Demagogię?
    No i gdzie napisałem o GUS-ie? To są obserwacje własne, znajomych z róznych stron Polski (…).
    Eee, tam.

  32. revers said

    p. NICK ja znam takich co prawie na codzien biegaja, jezdza gorskimi rowerami po nie miejszych obszarach lesnych i to grupowo nie ra, nie jeden NICK na 10 hektarow lasu i jednoznacznie stwierdzaja ze byl las nie bylo nas, teraz bedzie nas wiecej NICK-ow, zdziwionych a nie bedzie lasu az 30 lat jak pan sadzonke bedzie liczyl jako las, ja tez mam w doniczkach kilka drzew sadzonek i podwyzszam dane GUS i pana NICKA i nie tylko z Borow Tucholskich ale doniczkowych.

  33. NICK said

    Bravo P. Revers. (32).
    Co klasa to klasa. Błysk!
    Więcej Pronto i suchej szmaty.
    Do nie przeczytania.

  34. Siekiera_Motyka said

    Ad. 31 – „Jednoznacznie stwierdzam, że większość z was o tym co się dzieje w lasach pojęcia bladego nie ma.
    Tyle.”

    No to Pan naprawdę wie wszystko i mnie przekonał że Nic nie wiem. Ewidentnie spie jak idę przez swoje sąsiednie lasy i ta zdewastowana ściółka odrodzi się za rok. Już lepiej oddycham.

  35. revers said

    hehe
    no poakzal pan NICK kopyta, rozmowa jak z koniem nie am celu, to juz p. Waldek N. z Borow Tucholskich i wlasciciel tartaku zarazem z ktorym mieszkalem pod jednym dachem w Berline byl bardziej blyskotliwy nawet po pol litrze alkoholu od p.Nicka.

    Mam nadzieje ze odrozni pan jeszcze dab od topoli, buk ok od brzozy i zna ich okres wegetacji lub chwasty, a kilka drzewek to musialm wyrzucic z donicami bo zajely jej mszyce i zadna chemia nie pomogla, ani reczne usuwanie mszyc.

  36. revers said

    https://legislacja.rcl.gov.pl/docs//2/12287464/12364992/12364993/dokument230566.pdf

    a i poprawki do ustawy z 2004 roku, stan na dzien 31.07.2016, tylko dla pismiennych nie demagogow.

  37. marrkerr said

    Dzięki ustawie wyciąłem 4 drzewa, które miałem zamiar usunąć już wcześniej. Żona w październiku wydrukowała formularz i zaczęliśmy zastanawiać się, co napisać, jak zrobić plan , jakie powody, co opłacić itp. Ale w międzyczasie usłyszeliśmy o nowej ustawie. Wprawdzie nie wierzyłem, że będzie kompletnie bez zezwolenia, ale … Zaczekałem miesiąc, co się będzie działo, co robią sąsiedzi, czy rzeczywiście można.
    Gdyby nie było takich ceregieli wcześniej to już dawno nie byłoby tych drzew. Było kilka powodów: puste w środku, niszczenie elewacji, spadające gałęzie i niszczenie chodnika, niebezpieczeństwo itp.
    Nie musiałem się nikomu prosić, składać formularzy.
    Sąsiedzi też robią porządki. Wiem, że niektórzy wcześniej pisali nawet o pozwolenia w sprawie drzewek owocowych.
    Ja swoje sadziłem akurat grupowo,żeby mieć różne piętra i żeby rosły wolniej. Jednak po latach to był tylko duży kłopot.
    Wiem, że wycinają pod inwestycje np. w Poznaniu. Ale czy twarde prawo, by temu zapobiegło? Wątpię. Opóźniłoby inwestycje, kilku urzędników wzięłoby łapówki za „przyśpieszenie sprawy”. A jeśli gdzieś ktoś widzi możliwości nadużycia to zgłaszać do urzędów i niech wszczynają sprawy. Pewnie coś tam trzeba poprawić w ustawie i niech poprawiają.

  38. revers said

    a tnij pan ile chcesz, moj kuzyn na dzialce rekracyjnej w zeszlym roku przed Szyszka latem wyrznal cala nowonabyta dzialke z drzew i drzewek i spalil na miescu w beczce 200 litrow z plominim i ciagiem powietrza po niebo.

    Ale nie rob pancio gnoju na miejskiej zalesiu w jakies bryczce, ktory malzenstwu z dzieckiem grozi pewnie psami i srutuwa i kaze uciekac z lasu miejskiego lub swiezo zawlaszczonym

    Zreszta wczoraj mialem podobny przypadek z bosem nickusiem w BMW byszczacym lakierem i od pasty, wosku w srodku lasu o nie ustalonej wlasnosci, ale rabunkowej gospodarce lesnej.

    Nickus z galareta w glowie i zebami juz w kierownicy po trzesawisku na BMW z h.wym zawieszeniem, h.owymi stabzatorami robil kolka wokol mojej trak sciezki , ze trzeba bylo
    go zgubic. Dotkniesz takiego typa to moozg sam sie rozplynie, zeby same wyleca i bedzie ajwah.

    O nickusiowych Pinbalowcah ktorzy 10 km dalej namierzali mnie i przeladowywali swe zabawki lepiej nie wspominac, bedzie konsulatcja z Wloch, a i tak latwi byli do geodanych namierzenia jeszce przed ich zajeciem pozycji ogniowych, wiecej udanego pinballu na poligonach wojskowych i przylegajacych kompleksach lesnych..

  39. Mocno wynurzyłem głowę zza krzaka said

    Nick zna Bory Tucholskie jak własną kieszeń.

    Ciekawe jakie Bory ma na myśli.

    Bory Tucholskie to są na wschód i północ od Tucholi, ale też i na północ od Chojnic, na północ od Koronowa, a nawet pod Starogardem Gdańskim i Świeciem.

    Czy Nick zna całe te lasy w 100%? U mnie w Borach na pewno jeszcze nie był.

  40. marrkerr said

    re 38 to jakiś ciężki przypadek

  41. NICK said

    Słuchaj!
    Słuchaj rewersie!

    Dajesz fałszywe świadectwo o lasach polskich. Póki co. Fałszywe.
    A Pana (38) ? Komentarz???
    Nie napiszę, żeś się pan NAJEBAŁ.
    Gdybym tak napisał? Ho,ho.

    Zatem sobie przypisuję spostrzeżenie.
    Revers nie jest.
    Nasz.

Sorry, the comment form is closed at this time.