Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Polska – śpiący olbrzym.

Posted by Marucha w dniu 2017-04-18 (wtorek)

Wszyscy znamy legendę o śpiących rycerzach pod Giewontem, którzy powstaną na pomoc Ojczyźnie, gdy przyjdzie czas.

Legenda legendą, a tymczasem skrzydlaci rycerze śpią ciężkim, narkotycznym snem nie pod Giewontem, tylko w naszych sercach, zaś czas już jest od dawna.

Zastanawiałem się, dlaczego Polską i Polakami nie tylko ośmiela się, ale wręcz ma w zwyczaju pomiatać byle żuk i żaba, zaś nasi pożal się Boże dyplomaci przepraszają za to, że istniejemy, bacząc jedynie by czasem nikogo nie urazić i wręcz nawykowo składają się w scyzoryk przed każdym, kto głośniej mruknie czy zmarszczy czoło, nawet jeśli jest to tylko wydmuszka z państwa U’padłego czy śmiechu wartej republiki kowieńsko-wileńskiej.

Jest w nas bardzo silny syndrom ofiary, ale czy tak naprawdę nie ma w świecie narodów bardziej doświadczonych? Wolno było Mickiewiczowi pisać o Polsce jako o Chrystusie narodów (Dziady cz. III, widzenie księdza Piotra), bo i licentia poetica, i potrzeba racjonalizacji cierpienia oraz nadziei na narodowe zmartwychwstanie i nic nie jest w stanie przyćmić wielkości tej poezji. Ale tworzenie na tej podstawie teologii narodowej i korzystanie z niej po prawie dwustu latach jest nie tylko głupotą, ale i herezją i grzechem pychy. Bo i cierpienia Polaków wcale nie były niezawinione, zaś ich wartość odkupieńcza … taka sama, jak śmiertelnej choroby zawinionej własną głupotą.

[Piszę te słowa akurat w Wielkim Tygodniu i wierzę w odkupienie, które przyniósł nam Chrystus i Jego męka i zmartwychwstanie, ale nazywanie Polski Chrystusem narodów poza kontekstem poetyckim uważam za bluźniercze samoooszukiwanie się.]

Polska nie jest ani nie wolno jej być Wallenrodem narodów (znów Mickiewicz), ani tym bardziej Winkelriedem narodów  (tym razem Słowacki i jego Kordian na Mont Blanc), zaś niemożność odzyskania niepodległości przez 123 lata, mimo podanego jak na tacy Królestwa Polskiego w 1815, to być może właśnie kara dla zadufanego bluźniercy.

Jarosław Marek Rymkowski (którego skądinąd bardzo sobie cenię) napisał w jednym ze swoich poetyckich esejów (przymiotnik „poetyckich” jest tu istotny), że tak jak przeznaczeniem innych narodów jest przemysł czy handel, tak naszym polskim jest ‘walka o wolność’ (por. „walka o wolność gdy raz się zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna” – „Giaur” Byrona w tłumaczeniu Mickiewicza).

Jest pewne, że wolność jak wszystko inne nie jest dane raz na zawsze i sami mogliśmy obserwować, jak „Land of the Free” pod przykrywką „wojny z terroryzmem” (które to sformułowanie ma tyle samo sensu, co ‘wojna z czołgami’ albo ‘wojna z samolotami’) zmieniał się w państwo faszystowskie.

W słowach „pierwszego poety IV RP” pobrzmiewają wprawdzie echa Eneidy („Inni będą wykuwać oddychające spiże i w marmurze rzeźbić żyjące oblicza … Ty, Rzymianinie, pamiętaj rządzić narodami swą potegą”), ale dalibóg, czym innym jest panować, a czym innym stale walczyć o wolność, a już szczególnie „za Waszą y naszą”

Ideałem naszym przodków wcale nie była ani ciągła walka o wolność ani nawet jej świętowanie (stąd moja rezerwa do wszelkich „świąt wolności”, zwłaszcza w szemranym towarzystwie jakichś ludów Kaukazu czy krymskich Tatarów), ale tejże wolności stałe i codzienne ZAŻYWANIE! (jak powiedział kanclerz Jan Zamoyski „państwo mamy po to, byśmy wolności naszych zażywali”).

Lata drugiej wojny to czas bezprzykładnych zbrodni dokonanych na naszym narodzie, zbrodni niemieckich, sowieckich, ukraińskich i litewskich (szaulisi) oraz hańba zdrady naszych ‘sojuszników’, których dziś znów zdajemy się obdarzać niczym nieuzasadnionym kredytem zaufania … kredytem, który oby nie musiał spłacać krwią cały naród.

Profesor Ryszard Legutko w „Eseju o duszy polskiej” porównuje, że gdyby z człowiekiem zrobiono to, co po wojnie z Polską, człowiek ten nie przeżyłby – nie przeżyłby amputacji połowy swojego ciała i witalnych narządów wewnętrznych.

Chcąc wytłumaczyć powojenny los Polski takiemu Anglikowi należy powiedzieć: wyobraź sobie, że zrównano z ziemią cały Londyn, w tym wszystkie gmachy zaprojektowane przez Wrena, że spalono ze szczętem wszystkie koledże uniwersytetów w Oksfordzie i Cambridge oraz szkoły w Eton i Harrow, wymordowano wszystkich profesorów i absolwentów tych uczelni, zaś większość Anglików przesiedlono do Francji lub do Szkocji …

Dwa spośród najważniejszych ośrodków i ognisk polskości (Wilno i Lwów) zostały nagle odcięte od Macierzy i wydane na pastwę barbarzyńców.

Tymczasem dla łatwiejszego spętania i utrzymania w ryzach Polaków Stalin nasłał nam desant szczególnej mniejszości, mającej pełnić rolę głowy przyszytej do zdekapitowanego przez okupantów polskiego tułowia (taka środkowo-europejska wersja stworu Frankensteina, zwana też dwużydzianem Polaka).

A jednak naród przetrwał.

Nadludzkim wysiłkiem odbudował Stolicę, przemysł, potencjał intelektualny i demograficzny …

Dlatego w latach 90-tych trzeba było poddać Polskę kolejnej kuracji przeczyszczającej.

„W 1988 roku w Stanach Zjednoczonych na zachodnim wybrzeżu koledzy zorganizowali spotkanie z kongresmenem. Jedynym tematem była niepodległość. Gdy to poruszyłem on odpowiedział: ‚My bardzo chętnie poprzemy waszą niepodległość, ale co zrobić z waszym przemysłem?’ Zbaraniałem, a on mówi dalej: ‚Na atak japoński mieliśmy 20 lat czasu, żeby się przygotować i okazało się za mało, byliśmy nieprzygotowani. Wy, z waszym wykształceniem i z waszym przemysłem, w ciągu dwóch lat zdestabilizujecie rynki światowe i my wiemy, że nie mamy na to żadnej obrony. Jak powiesz więc, co zrobić z waszym przemysłem, poprzemy waszą niepodległość’. Zachód nie ostrzegł nas, że tzw. plan Balcerowicza był planem zniszczenia polskiej gospodarki.”
(Andrzej Gwiazda, O tym, jak Zachód z premedytacją niszczył polski przemysł)

[Urągowiskiem nad tragedią jest fakt, iż Balcerowicz, ten partyjny doktryner i słup Sorosa – tym się różniący od Marcina Plichty z AmberGold, że nie siedzi – wciąż zażywa w pewnych środowiskach w Polsce sławy ekonomicznego autorytetu. Jaka szkoda, że obwieściwszy uratowanie u’kraińskiej gospodarki powrócił do Polski, zamiast poczekać na urezanie głowy przez tamtejszych beneficjentów jego reform].

Mimo szybkiego rozczarowania skutkami „reform” czyli postępującej dezindustrializacji Polski, Polacy zaczynali odzyskiwać wiarę w siebie, w swoje możliwości, co rzecz jasna „groziło” poważnymi przetasowaniami na scenie politycznej.

Stąd wielki program duraczenia i depolonizacji Polaków, podjęty przez dwie żydokomunistyczne gwiazdy śmierci, tzn. Wyborczą i TVN.

Ważnym elementem tej akcji jest kariera ryżego wałkonia i folksdojcza, Donalda Tuska, z całym jego diabolicznym dziedzictwem (por. Wawel: Fenomen Tuska i polskie dziedzictwo jego misji).

Uważam, że jednym z bardziej zagadkowych (ciągły brak rzetelnej czy nawet jakiejkolwiek biografii), ale jednocześnie najzdolniejszych i przewidujących aktorów polskiej sceny politycznej był profesor Geremek, którego kariera po 1980 roku (podobnie jak Adama Michnika i Jacka Kuronia) to egzemplifikacja „żydowskiej głowy na polskim tułowiu”.

Wszak to on odpowiadał za szczelną obsadę polskich placówek dyplomatycznych ‘swoimi’, w tym członkami loży Bnai Brit (Geremek zawsze publicznie deklarował lojalność wobec swojego narodu, nigdy nie precyzując, o jaki naród chodzi – jestem przekonany, że był do końca wiernym i wybitnym synem swojego).

Pamiętam też powierzoną mu przez prezydenta Wałęsę (prezydent Wałęsa, no tak … to brzmi dziś haniebnie) nieudaną misję stworzenia rządu (1991) – jednym z trzech filarów niedoszłego rządu miało być „stworzenie państwa neutralnego światopoglądowo” czyli po ludzku mówiąc wyrugowanie KK z przestrzeni publicznej i zamknięcie w kruchcie, co jest wspólnym celem wszystkich inżynierii społecznych inspirowanych przez Eskimosów.

Mająca niezachwiany przez dwie dekady monopol medialny michnikowszczyzna rozpoczęła wielkie dzieło duraczenia Polaków, uwieńczony cześciowym sukcesem, to wszak jej dziełem jest – cytując Jacka Piekarę – ta „zaściankowa, zakompleksiona, ogłupiała Polska, chcąca bezmyślnie naśladować zachodnie wzorce i rozpaczająca nad tym, co powiedzą o nas za granicą?!  to to są ofiary”.

To tylko ‘w tym kraju’ zamieszkałym przez stworzony przez michnikowszczyznę „dwużydzian Polaka” przez dwie kadencje premierem mogła być kreatura o mentalności folksdojcza, dla której polskość to pustka i nienormalność:

„Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu”.

Dziś michnikowszczyzna jest na szczęście już tylko cieniem swojej dawnej potęgi, co nie znaczy, że jej duraczenie jest mnie jadowite, niż wcześniej (warto pamiętać, iż pierwszego wyłomu i nieodwracalnego rozszczelnienia monopolu michnikowszczyzny dokonało być może tracące dziś swój impet, a wciąż stanowiące przedmiot niezasłużonych szyderstw, Radio Maryja).

Tymczasem słabnąca michnikowszczyzna pozyskała czy może wyhodowała nieoczekiwanego sojusznika na „patriotycznej prawicy” (a w istocie lewicy o wątpliwym patriotyzmie) czyli giedroyciowszczyznę (nie przypadkiem Michnik zawsze uważał Jerzego Giedroycia za swojego nauczyciela).

Giedroyciowszczyzna to radosna akceptacja dokonanej na Polsce i Polakach amputacji, to pochwała autokastracji, to niezawodny przepis na najpierw samoograniczanie sie polskości, śwaidome wyrzeczenie się wielowiekowego dziedzictwa, a nastepnie na samolikwidację. Słowem: pasywne konserwowanie polskości przez jej wykruszanie i wspomaganą erozję od wschodu ( SIC! )

A wszystko to w imię czego?

Swego czasu, jeszcze jako pracownik geremkowskiego MSZ-tu pan Grzegorz Kostrzewa-Zorbas (skądinąd uczeń „Zbiga” Brzezińskiego) powiedział, że warto poświęcić litewskich Polaków dla współpracy z Sajudisem.

Nie chodzi mi teraz, żeby do końca życia znęcać się nad nieszczęsnym dyplomatołkiem, bo być może od tamtego czasu otrzeźwiał i zmądrzał, ale owo ‘warto poświęcić Polaków dla współpracy z Sajudisem” (zamiast zdroworozsądkowego: „bybys szaulisom w szikinie”) to jest właśnie kwintesencja giedroycizmu.

Kto dał komukolwiek prawo „poświęcać Polaków” w jakimkolwiek celu, zwłaszcza tych Polaków, którzy wbrew wszystkiemu wytrwali w wierności Rzeczpospolitej na swojej odwiecznej ojcowiźnie? Wileńszczyzna to nie Litwa kowieńska, Żmudzini są tam ludnością napływową. I żeby to jeszcze można było uzasadnić w kategoriach jakiejś amoralnej pragmatyki – ale przecież w tym przypadku zarówno moralność jak i sprawiedliwość dziejowa oraz interes Polski nakazują jeden i ten sam kierunek – poświęcić nie tylko pana Kostrzewę-Zorbasa, nie tylko Sajudis, ale całą republikę kowieńsko-wileńską w interesie tamtejszych Polaków!

Do dzisiaj oficjalna polityka wschodnia Polski wygląda dokładnie tak, jak ją zaprojektował profesor Geremek: samoograniczanie i zwijanie polskości, tyle że za jego czasów uzasadniano to „sprawiedliwością dziejową” (mającą swoje korzenie w bolszewickich agenturach KPZB/KPZU tzn. kompartii Zachodniej Białorusi i Ukrainy), a dziś, po wycofaniu armii radzieckiej i przyjęciu Polski do NATO czyli wobec cofania się Rosji uzasadnia się to … strachem przed Rosją. Zupełnie jak ten chłop z pijanego snu woźnego w „Makbecie”, który powiesił się z obawy przed klęską urodzaju – porównanie z pijanym woźnym jest tu jak najbardziej na miejscu, bo takie rzekomo patriotyczne koncepcje mogły się zrodzić jedynie w pijanym widzie.

Żeby pozostać przy Polakach w republice kowieńsko-wileńskiej, który to przykład jest stosunkowo prosty: republika ta nie ma nam NIC do zaoferowania, ani w sferze gospodarczej, ani politycznej, ani obronności i nasz jedyny interes to mieszkający tam od dziada pradziada Polacy, stanowiący prawdziwy skarb tyle demograficzny, co cywilizacyjny i kulturowy (w tym językowy) – akurat dla tych naszych wspaniałych rodaków możemy i powinniśmy (i jest to naszym psim wręcz obowiązkiem) poświęcić wiele, z niepodległością rzeczonej republiki włącznie.

Zgodnie z analizą dr Zapałowskiego, jedyną szansą na zachowanie bałtolitewskiej odrębności i języka („lietuvių kalba” to uratowany od wymarcia przez Polaków jeden z języków dawnej Rzeczpospolitej, należący do jej dziedzictwa i z tego choćby powodu zasługujący na szacunek, co podkreślał swego czasu Roman Dmowski – nie jest zatem prawdą, iż powstał z języka polskiego poprzez dodanie do każdego słowa sufiksu „psikutas”) jest bardzo szeroka autonomia w ramach Rzeczpospolitej.

Polskojęzyczni mikrocefale (wg określenia ukutego przez pana Michalkiewicza) zarażeni giedroyciowszczyzną zarzucają tamtejszym Polakom współpracę z miejscowymi Rosjanami, a tym samym z Putinem (ajajajajaj… wszak „kto powiedział, że Moskale Są to bracia dla Lechitów, Temu pierwszy w łeb wypalę Przed kościołem Karmelitów” ), co jest w ich pojęciu czynem dyskwalifikującym (słynne ajwaje i potrząsanie głowami w Strefie Wolnego Słowa po przypięciu przez Waldemara Tomaszewskiego, jednego z najwybitniejszych polskich polityków dzisiejszej dobry, wstążeczki św. Jerzego – wg mikrocefali pan Tomaszewski powinien dla dobra Polski nabluźnić Putinowi, pogrozić palcem w bucie po czym się wyprzeć polskości i zlituanizować na ołtarzu „współpracy z Sajudisem”).

A tymczasem jest zupełnie odwrotnie – znakomita współpraca AWPL z miejscowymi Rosjanami mogłaby być przyczólkiem czy platformą (ups, ryży wałkoń ze swoimi folksdojczami skuteczie ob-żydził to słowo) odbudowy jakże koniecznej współpracy z Rosją!

W tym kontekście warto przypomnieć wypierany z naszej świadomości fakt, iż w roku 1991 była realna szansa na historycznie i dziejowo uzasadniony powrót polskiej jurysdykcji państwowej na zrabowane Polsce tereny wschodnie. Praktycznie miało się to odbyć w ten sposób, że wydzieleni żołnierze stacjonujących na tamtych obszarach oddziałów wojsk radzieckich mieli w ściśle określonym momencie założyć biało-czerwone opaski na rękawy mundurów, deklarując tym samym zmianę przynależności państwowej.

Pomysł ten, podważający koncepcję Judeopolonii na etnicznej resztówce nad Wisłą do tego stopnia przeraził środowisko Geremka, Kuronia i ich braci w wierze, że mieli pojechać na kolanach błagać Jelcyna o nieczynienie im tej dziejowej krzywdy – wszak nie po to tate Adama Michnika, Ozjasz Szechter walczył w ramach bolszewickiej agentury KPZ-U o oderwanie tych terenów od „burżuazyjnej Polski”, żeby teraz syn miał być swiadkiem ich powrotu do Macierzy.

W historii tej warte odnotowania jest nie tyle zachowanie żydokomuny, co do której nigdy nie było żadnych złudzeń, ile Rosjan. Bez niczym nieuzasadnionej, a zadekretowanej z góry, apriorycznej nienawiści najpewniej wzbogacilibyśmy się o tysiące polskich patriotów rosyjskiego czy ukraińskiego pochodzenia pokroju pana Romualda Szeremietiewa, Polska współpracowałaby i handlowała z Rosją bez wiszącego nad naszymi głowami niczym miecz Damoklesa strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, zaś w Belwederze zamiast chanuki obchodzonoby dodatkowo Boże Narodzenie 13 stycznia

(Nie wiem, jak Państwo, ale ja w odróżnieniu od naszych prezydentów w każdej chwili zamienię Chanukę na prawosławne Boże Narodzenie – a może to tylko kwestia małżonki?)

Co więcej, współpracując z Rosją, zamiast pełnić rolę antyrosyjskiego dywersanta, nawet popłuczyny po Giedroyciu nie znajdowałyby uzasadnienia, żeby poświęcać żywotne interesy Polski i Polaków na wschodzie na rzecz wyimaginowanych przyjaciół.

Jedyną stratną osobą mógłby się okazać red. Tomasz Sakiewicz, który albo poszedłby z torbami na tułaczy chleb … albo też przeorientował Strefę Wolnego Słowa na zoologiczną germanofobię, piętnując nawet naukę języka niemieckiego … Byłoby mu nawet łatwiej, bo miast corocznego przypominania rzezi Pragi 1794, miałby pod dostatkiem rocznic niemieckich zbrodni na Polakach na każdy dzień roku, łącznie z przestępnym.

No ale próżno płakac nad rozlanym mlekiem, choć z drugiej strony nie miejmy za stracone, co może być wrócone.

Czego zatem potrzeba, by obudzić śpiącego olbrzyma, któremu dziś nie przerywają zatrutego snu ani lewatywy, ani przeprowadzane na nim resekcje, amputacje i upusty krwi?

Po pierwsze imponderabilia.

Jak pisze jeden z moich ulubionych publicystów, pan Mirosław Kokoszkiewicz:

„Uważamy, że już teraz powinniśmy naciskać na władze i domagać się zastąpienia dzisiejszego „wystraszonego orła” tym z 1919 r. z zamkniętą koroną i zwieńczającym ją krzyżem, ponieważ takiego orła otrzymali Polacy po odzyskaniu niepodległości sto lat temu. Krzyż na koronie musi symbolizować chrześcijańskie korzenie naszej państwowości, co jest zgodne z historyczną prawdą i ma także heraldyczne uzasadnienie ( … ) orła pozbawionego raz na zawsze masońskich i satanistycznyc symboli”

[nie zapominajmy o szyderczym epizodzie z „morzełem” z czekolady, pod patronatem samego Szczynukowycza, a który mógł powstać tylko – parafrazując Andrzeja Niemojewskiego – ze skojarzenia żydowskiego kpiarza z polskim kpem:

„Nie mogę z tobą nic wspólnie kochać, czcić, uwielbiać, nad niczym wspólnie
cierpieć i do niczego wspólnie dążyć – ale możemy wspólnie drwić ze
wszystkiego. Wydrwię ci twego Boga, twą Ojczyznę, twą tradycję i twe Ideały, twe pragnienia i twe wysiłki i obaj będziemy wyżsi ponad to wszystko”. ]

To samo dotyczy hymnu – obawiam się, że jeśli nadal ‘dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy’, to daleko na tym przykładzie nie zajdziemy. Bylibyśmy innym państwem i narodem, gdybysmy zamiast o zapłakanym ojcu Basi śpiewali „Bogurodzicę”.

Po drugie odblokowanie potencjału narodowego poprzez zastąpienie kapitalizmu kompradorskiego zwykłym – nie będę przykładał żabiej łapki tam, gdzie pan Michalkiewicz konie kuje, do którego odsyłam.

Po trzecie – jeden naród ponad granicami.

Polacy w republice kowiensko-wileńskiej to nie jest coś, co można poświęcać dla sojuszu z kimkolwiek – kto sądzi inaczej, niech poświęci wpierw swoją rękę, nogę, płuco i na końcu serce. To jest ten sam polski naród, ta jego część, która przeszła próbe ognia i w nim została oczyszczona, ta część, która może uczyć nas patriotyzmu, umiłowania języka (w cudownej, wileńskiej odmianie), ale także pragmatyzmu, rozsądku, organizacji i skuteczności … mimo zdrady warszawskich POP-ów ( = Pełniących Obowiązki Polaków)

Jest nas razem co najmniej 60 milionów i jedyną, rzeczywistą przyczyną naszej słabości jest … nieświadomość naszej własnej potęgi. 60 milionów to bez mała cała Grupa Wyszehradzka. Zbyt długo trwalismy w narkotycznym śnie, zbyt długo słuchaliśmy nieproszonych doradców, nieproszonych znachorów, których jedynym celem jest, żeby ten sen trwał i pozwalał nam marnieć.

Czas powstać!

A jako że piszę to w Wielkim Tygodniu, to pozwole sobie zakończyć fragmentem mojej ulubionej pieśni wielkanocnej:

Chrystus zmartwychwstan jest,
Nam na przykład dan jest,
Iż mamy z martwych powstać,
Z Panem Bogiem królować.Alleluja!

http://macgregor.neon24.pl

Odpowiedzi: 21 to “Polska – śpiący olbrzym.”

  1. Marek said

    Dziękuję!

  2. La Reine Toronto said

    kto jest autorem tego eseju? ktoz to jest macgregor? Macko Grzegorzewski? material dobry i wiele nowych faktow; rzeczywiscie ten szkodnik 1000 lecia to jest przeciez Balcer ‚owicz’ i nalezy zakuc go w dyby gdyby to byly to cudowne wieki srednie…ale coz ta kreatura dalej szkodzi i ma zwolennikow?
    dzieki za material

  3. NICK said

    MY.
    Dziękujemy.

    Niełatwo zawrzeć i zewrzeć. Wątki. Tak liczne. Jednym artykułem.
    Bardzo dziękujemy.
    Bez odzewu.

    ——
    Gdyby tylko w tekście było mniej tych nawiasów…
    Admin

  4. Boydar said

    Ja tylko króciutko do Pana Przemysława; no i co Pan ma przeciw Bogurodzicy ?

  5. Isia said

    … Czy autor tekstu nie pomylił poety Jarosława Marka Rymkiewicza z jakimś Jarosławem Markiem Rymkowskim ? …
    … treść artykułu, choć, moim zdaniem, trochę chaotyczna, ale warta przemyślenia …

  6. Józef Piotr said

    Wielkie uznanie dla autora.
    Tym można młodzież nauczać!

  7. ojojoj said

    Zlikwidowano Bogurodzice i nie ma Polski
    Zlikwidowano Roma Aeterna i nie ma Rzymu

    .https://www.youtube.com/watch?v=fyhRBgWCqd4

    oraz wiele innych:

    .https://www.youtube.com/watch?v=U4i_b9hO5Uo

    .https://www.youtube.com/watch?v=VUrA50FSU0I

  8. Marcin said

    Dlaczego żydostwo tak sie boi tych kresowych Polaków? Odpowiedź moze być tylko jedna bo tamci Polacy noszą więcej polskiego pierwiastka od nadwiślańskich pseudo juz Polaków. I tego się boja. To samo z Polakami z Kazachstanu, których przyjmowanie tak opornie szlo i idzie a upaincy z KP mają drzwi otwarte na roścież.

  9. Boydar said

    Wstrętny Stalin; zamiast zostawić Polaków na pożarcie sympatycznym żydoszkopom, całe miliony (podobno) wsadził do zamrażarki.

  10. Yah said

    Ad 8

    100% PRAWDY Panie Marcinie !!!

  11. Re 4:
    Wróciłeś Pan. Mam nadzieję, że sporządniony po Czterdziesiątnicy A. D. 2017.
    A co mam niby mieć do naszego pierwszego hymnu?

  12. Boydar said

    No jak to co, tam stoi jak byk i zawsze stało – Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja! U twego syna, Gospodzina, matko zwolena Maryja! Zyszczy nam, spuści nam. Kirielejson.

    Imię Maryja w co drugim wersie.

  13. Wimar said

    Co bardziej rozumni w środowiskach żydowskich sami dostrzegają grozę przebudzenia się nieobliczalnego Olbrzyma, chwilowo pogrążonego w letargu za pomocą sprytnie zorganizowanego przemysłu rozrywkowego, zawłaszczenia mediów i opanowania kluczowych stanowisk w państwie. Ciekawe świat;lo na ten watek rzuca relacja Albina Siwaka z dyskusji z Panią Bauer, matką Michała Boniego vel Jakuba Bauera TW „Znak”. Więcej tutaj: .https://konwentnarodowypolski.wordpress.com/2013/09/24/146/

  14. Andrzej BR said

    Imię Matki Bożej w języku polskim.
    Każdy może sprawdzić,
    jak było pisane w najstarszym znanym nam współcześnie
    zapisie Hymnu „Bogurodzica”: MARIA.
    Co jest oczywiste, bo tak pisze się po łacinie.
    Niech sobie każdy sprawdzi w jakim czasie w pisowni polskiej
    pojawiła sie litera Y jako zapis litery „i”.
    Potem niech sobie każdy zainteresowany, a zwłaszcza
    uważających się za „ekspertów od A do Z” ,
    Kiedy w pisowni pojawiła się wogóle litera „j”!?
    Potem niech przejrzy np. roczniki „Rycerza Niepokalanej” tak między 1920 do 30,
    Albo choćby kalendarze ówczesne – wtedy sam zobaczy,
    kiedy pojawia się dorabianie „ryja” Matce Bożej.
    Dlaczego nie nakazano odwrotnie:
    nadawać dziewczynkom imię Maryja – DLACZEGO?!
    (już widzę ile to rodziców nadało by imię swej córce na jej
    dozgonne pośmiewisko, ale Matce Bożej to jak najbardziej . . .)
    I na koniec, niech się „eksperci” zwrócą do
    Ekspertów z Instytutu Maryjnego na Jasnej Górze, i zapytają:
    Kiedy i Kto dokonał tego Aktu nadania Bluźnierczego Imienia Bogurodzicy?!
    Czy ktokolwiek z Was ma problem z
    wypowiedzeniem imienia Matki Bożej w oryginale?!
    Czy można mieć problemy z wypowiedzeniem
    Imienia aramejskiego: M a r i a m ?!
    (Biblia 1000-lecia: Mt 13,55 z przypisami).
    Zanim zaczniecie się bawić w ekspertów, postarajcie się chociaż
    odrobinę poznać podstawy „materii”,
    której chcecie dorabiać jakieś kolejne „ryje” – proszę . . .

  15. Marucha said

    Re 14:
    Pisano „Maria” ale zapewne wymawiano coś w rodzaju „Marija” (na wzór łaciny), podobnie jak do dziś ma to miejsce w różnych językach, np. włoskim, niemieckim, rosyjskim etc.
    Nie ma z czego robić problemu i doszukiwać się spisków.

  16. Andrzej BR said

    Tylko, że w żadnym innym języku

    nie ma nawet namiastki bluźnierstwa.

    Zadałem kilka pytań, a Pan chce je zbyć

    takim pryncypialnym: nie bo nie – to zbyt poważna sprawa.

    Takiej zmiany nie dokonuje się dla fasonu,

    za tym stoją „głebokie, pejsate” przemyślenia.

    ——
    Panu chyba coś jednak odbija…
    Admin

  17. […] Tekst wzięty z  https://marucha.wordpress.com/2017/04/18/polska-spiacy-olbrzym/ […]

  18. Andrzej BR said

    Ma Pan tyle milionów wkliknięć . . .

    chce Pan te miliony

    rozczarować?

  19. Czy to właśnie Pan Andrzej BR jest autorem tekstu „Załgana historia tworzy załganą rzeczywistość”? Bo z niej dowiedziałem się o tych przytykach do imienia NMP i się ku nim skłoniłem, ale z drugiej strony, jak się wymawia dwusylabowo MA-RIA, to większość pieśni o Matce Bożej nie da się wykonać, bo tam wyśpiewuje się trójsylabowo MA-RY-JA. Poza tym Pan Andrzej przekonuje, że najwłaściwiej to nazywać Matkę Bożą Mariam. A może za chwilę będzie domagał się nazywać Matkę Bożą Miriam. A tutaj już czuć judaizm, a nie chrześcijaństwo. Jak Maryja jest bluźniercze, a Maria nie pasuje do pieśni, to trzeba dokonać konsensusowej syntezy. Zapisywać „Maria”, a odczytywać „Marija”, tak, jak to jest w łacinie.

  20. Boydar said

    Nie zawiódł mnie Pan Przemysław. Tak właśnie, – „… to większość pieśni o Matce Bożej nie da się wykonać …”. Miałem to podnieść na samym początku, ale czekałem aż kogoś ruszy rozum i sumienie.

    Bo to jest język POLSKI, i transkrypcja dźwięku na znaczki pisane.

  21. Boydar said

    I spróbujmy jeszcze powiedzieć ‚nabożeństwo mari(?)ne’.

    Uny powiedzą „Nabożeństwo Mariowe”.
    Admin

Umieść kropkę albo > bezpośrednio przed linkiem do obrazka lub filmu, aby go na razie nie wyświetlać. Rób akapity w dlugich tekstach. Zobacz też https://marucha.wordpress.com/cenzura/ odnośnie cenzury, pisania komentarzy etc.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s