Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Manipulacja, prowokacja, dezinformacja

Posted by Marucha w dniu 2017-04-20 (czwartek)

[No to macie całkiem antyrosyjski artykuł, egzemplifikujący manipulacje, dezinformacje i prowokacje wyłącznie na przykładzie Rosji lub ZSRR. W innych krajach dominowała prawda, uczciwość i honor – admin]

Zadanie pozostaje właściwie jedno: nie pozwolić im, żeby złowili nasze dusze.

MANIPULACJA, PROWOKACJA, DEZINFORMACJA czyli KUPCY, INTELEKTUALIŚCI I PREZENTERZY.

Dziedzictwo Dżyngis Chana

W XX wieku w Rosji pojawiła się cała plejada wybitnych historyków i myślicieli, którzy odwrócili zupełnie myślenie o przeszłości Rosji. O ile do tej pory kraj ten uważano za dziedzica Rusi Kijowskiej, którego dziejowym powołaniem było zjednoczenie ziem ruskich, o tyle wówczas pojawiła się myśl, że jest on spadkobiercą imperium Dżyngis Chana, którego zadaniem pozostaje zjednoczenie Eurazji.

Do grona osobistości, które wywarły niewątpliwy wpływ na rosyjskie życie umysłowe, należeli m.in.: książę Nikołaj Trubeckoj, Nikołaj Aleksiejew, Piotr Sawicki, Lew Karsawin czy Lew Gumilow.

Panowanie mongoło-tatarskie nad Rusią Moskiewską trwało ponad dwa wieki i odcisnęło na niej trwałe piętno, tym bardziej, że były to stulecia, w których kształtował się dopiero etnos rosyjski. Od Złotej Ordy przejęło więc państwo moskiewskie struktury i mechanizmy życia społecznego, np. system podatkowy, który funkcjonował w Rosji aż do rewolucji październikowej (i który nakładał podatki nawet na kury). Także podział bojarstwa na rangi, tzw. czyny, opierał się na wzorcach mongolskich (samo słowo czyn było pochodzenia chińskiego), nie mówiąc już o tym, że niektóre rody bojarskie, np. Subarowie, wywodziły się z plemion tatarskich. Władcy moskiewscy przejmowali też z Saraju rozbudowany ceremoniał dworski, mocno kontrastujący z prostymi obyczajami dawnej Rusi.

Podobne wnioski formułował amerykański historyk Michael Cherniavsky, który w swych pracach dowodził, że moskiewska koncepcja władzy i modelu panowania przejęta została nie z Bizancjum, lecz ze Złotej Ordy, innymi słowy: car miał więcej w sobie z chana niż z basileusa. System oparty na podboju i tyranii nie był bowiem pochodzenia bizantyjskiego, lecz azjatyckiego.

Symboliczny pozostaje zwłaszcza fakt, że wśród insygniów koronacyjnych carów moskiewskich znajdowała się „czapka Monomacha” (po raz pierwszy wymieniona w testamencie wielkiego księcia Iwana I Kality w 1339 roku jako „złota czapka”), która według rosyjskich przekazów miała zostać podarowana księciu kijowskiemu Włodzimierzowi przez imperatora bizantyjskiego Konstantyna IX (co oznaczać miało, że Moskwa jest prawowitym sukcesorem Konstantynopola), w rzeczywistości zaś nakrycie głowy było prezentem dla Iwana I od chana Uzbeka.

Kto wie, czy najbardziej symptomatyczna dla omawianych tu spraw nie jest jednak kwestia obszcziny, czyli prarosyjskiej gminy. Dla XIX-wiecznych słowianofilów ta instytucja zbiorowego władania ziemią przez chłopską gromadę była samą esencją rosyjskości i decydować miała o rosyjskiej odmienności wobec krajów europejskich. Instytucja ta, wynoszona pod niebiosa m.in. przez Hercena, Danilewskiego czy Samarina, miała powstać w czasach przeddziejowych jako naturalny przejaw mądrości życiowej rosyjskiego ludu.

Tymczasem badania historyków – Cziczerina, Kluczewskiego i Milukowa – dowiodły, że obszczina była wynalazkiem Tatarów, którzy wymyślili ją i narzucili Rusi w XIII wieku tylko po to, by łatwiej było ściągać daninę z ludności. Także inne badania pokazują, że wiele elementów, które bez zastrzeżeń uznawano do tej pory za wykwint rosyjskiego ducha, jest w rzeczywistości przejęciem wzorów mongoło-tatarskich.

W świetle tego, co zostało wyżej powiedziane, przyjrzyjmy się więc metodzie prowadzenia wojen, a zwłaszcza specyficznemu sposobowi osiągania zwycięstw nad przeciwnikiem.

Misje kupieckie

W dawnych czasach rolę środków masowego przekazu pełniły bazary. Odpowiednikami współczesnych dziennikarzy i publicystów – a więc, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, liderów opinii publicznej – byli kupcy. To oni najlepiej znali świat, podróżowali po różnych krajach, mieli najwięcej informacji. Kiedy docierali do jakiegoś miasta, zjawiali się na targu.

Targ był czymś więcej niż tylko miejscem handlu, kupna i sprzedaży, był centrum informacyjnym, miejscem wymiany poglądów. Św. Grzegorz z Nazjanzu pozostawia nam opisy wielkich sporów teologicznych, toczonych w dobie soboru chalcedońskiego, przez handlarzy i przekupniów na bazarach bizantyjskich. Nowe wieści rozchodziły się zawsze z targów. Przywożone przez kupców, powtarzane z ust do ust przez straganiarzy, były następnie roznoszone po niedalekich wsiach i miasteczkach przez okolicznych mieszkańców.

To kupcy sterowali dyskusją – mogli podrzucać nowe tematy, rozpalać wyobraźnię, mylić tropy, odwracać uwagę. Jeśli więc dostatecznie wielu kupców pojawi się jednocześnie w wielu miastach z tymi samymi informacjami, to mogą oni wręcz narzucić nową wizję świata. I to postanowił wykorzystać Dżyngis Chan.

Mongolski wódz, zanim przystępował do nowego podboju, wysyłał do kraju, który zamierzał podbić, swoich wywiadowców. Najczęściej pojawiali się oni jako kupcy na czele wielkich karawan, zaopatrzonych w tanie i dobre towary. Żeby nie budzić podejrzeń, najczęściej w roli tej nie występowali sami Mongołowie, lecz raczej Połowcy, Chorezmijczycy czy Rusini. Wcześniej przechodzili oni odpowiednie szkolenie, gdzie uczono ich pracy wywiadowczej. Sporządzali np. szkice, na które nanosili każdy zagajnik, bród czy łąkę na popas. Kiedy później hordy przystępowały do ataku, bezbłędnie wykorzystywały znajomość terenu.

Działalność „kupców” nie ograniczała się jedynie do rozpoznania topograficznego, lecz również do rozpoznania stosunków politycznych, społecznych, ekonomicznych i religijnych. Wykorzystując tą wiedzę, manipulowali odpowiednio informacjami, by rozbudzać waśnie plemienne i wyznaniowe, a w ten sposób doprowadzić do maksymalnego osłabienia wewnętrznego swego przyszłego przeciwnika, rozbijając jego jedność i solidarność. Zarazem członkowie karawan w niby dyskretny sposób rozpowiadali wokół o wielkich dobrodziejstwach, jakie przynoszą wszędzie prostej ludności wojska Złotej Ordy.

„Dżyngis Chan miał doskonale zorganizowany aparat szeptanej propagandy, który osłabiał wolę oporu zaplanowanej ofiary” – te słowa nie wyszły spod pióra historyka zajmującego się średniowieczem, lecz jednego z najwybitniejszych sowietologów II Rzeczpospolitej, eksperta Instytutu Europy Wschodniej w Wilnie, Stanisława Swianiewicza. Znalazły się natomiast w jego pracy opisującej metody sowieckiej infiltracji w Polsce przed 1939 rokiem. Nie uprzedzajmy jednak faktów…

Jak zauważył Witold St. Michałowski, „za panowania Dżyngisydów nie zarejestrowano wielu przykładów indywidualnej odwagi i bohaterstwa”. Nic w tym dziwnego – starali się oni bowiem prowadzić swe podboje tak, aby odwaga i bohaterstwo nie były potrzebne. Ich ideałem było osiąganie zwycięstwa nad przeciwnikiem bez używania siły. Ten sposób pojmowania konfliktów został zaczerpnięty z dzieła, które znacznie później, bo w XX wieku, stało się „biblią” sowieckich służb specjalnych.

Zwyciężać bez użycia siły

Sun Tzu był genialnym strategiem wojskowym, żyjącym 25 wieków temu w Chinach. Dowodził wojskami króla Wej, odnosząc same sukcesy. Swoje przemyślenia zawarł w księdze „Sztuka wojny”, która – jak wiemy z przekazów – znana była japońskim władcom już w VIII stuleciu. „Ci, którzy są znawcami sztuki wojennej, pokonują nieprzyjacielską armię bez walki. Zdobywają miasta bez przypuszczania szturmu i obalają państwo bez długotrwałych działań”, pisał Sun Tzu i dodawał: „Waszym celem powinno być opanowanie w stanie nietkniętym wszystkiego, co jest pod słońcem. W ten sposób wasze wojska pozostaną nie zmęczone, a wasze zwycięstwo będzie całkowite. Oto sztuka ofensywnej strategii.”

Jak to jednak osiągnąć? W tym celu Sun Tzu podawał „13 złotych zasad”:

1. Dyskredytujcie wszystko co dobre w kraju przeciwnika
2. Wciągajcie przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze przedsięwzięcia
3. Podrywajcie ich dobre imię. I w odpowiednim momencie rzućcie ich na pastwę pogardy rodaków
4. Korzystajcie ze współpracy istot najpodlejszych i najbardziej odrażających
5. Dezorganizujcie wszelkimi sposobami działalność rządu przeciwnika
6. Zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju
7. Buntujcie młodych przeciwko starym
8. Ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników
9. Wszelkimi siłami wprowadzajcie zamieszanie na zapleczu, w zaopatrzeniu i wśród wojsk wroga
10. Osłabiajcie wolę walki nieprzyjacielskich żołnierzy za pomocą zmysłowych piosenek i muzyki
11. Podeślijcie im nierządnice, żeby dokończyły dzieła zniszczenia
12. Nie szczędźcie obietnic i podarunków, żeby zdobyć wiadomości. Nie żałujcie pieniędzy, bo pieniądz w ten sposób wydany zwróci się stukrotnie
13. Infiltrujcie wszędzie swoich szpiegów.

„Tylko człowiek, który ma do dyspozycji takie właśnie środki i potrafi je wykorzystać, żeby wszędzie siać niezgodę i rozkład – tylko taki człowiek godzien jest rządzić i wydawać rozkazy. Jest on skarbem dla swojego władcy i ostoją państwa” – tymi słowy Sun Tzu podsumowywał kodeks swych wojennych zasad.

Owych „13 złotych zasad” było instrukcją działania dla wysyłanych przez Dżyngis Chana kupców. Ponieważ mogli dotrzeć wszędzie i spotykać się ze wszystkimi, mieli możliwość dyskretnego realizowania, punkt po punkcie, powyższych założeń.

W XX wieku ich rolę przejęli inni „liderzy opinii publicznej”. Dopiero w świetle tych faktów staje się zrozumiała sowiecka szpiegomania, każąca w każdym cudzoziemcu widzieć potencjalnego agenta i starająca się objąć tajemnicą państwową jak najwięcej dziedzin życia – był to efekt przykładania do innych swojej własnej miary.

W innym miejscu Sun Tzu pisał: „Cała sztuka wojenna opiera się na przebiegłości i stwarzaniu złudzeń”. Dlatego też dla powodzenia batalii ważniejsza od siły oręża jest umiejętność stosowania takich technik, jak dezinformacja, manipulacja i prowokacja.

Trzeci Rzym albo Drugi Saraj

Wielcy wojownicy, Dżyngis Chan i Tamerlan, przyswoili sobie nauki Sun Tzu. Ich wojska były niezwyciężone, gdyż wkraczały do akcji – jak pisał rosyjski generał Iwanin w 1875 roku – „dopiero w końcowym etapie, dopiero wówczas, gdy na rzecz armii spadał względnie łatwy obowiązek ostatecznego spacyfikowania kraju, przeznaczonego na opanowanie”.

O prawdziwym sukcesie ofensywy decydowała natomiast podjęta znacznie wcześniej długotrwała akcja rozpoznawcza, dywersyjna i rozkładowa. Armia miała za zadanie postawić tylko kropkę nad „i”. Jak pisał inny rosyjski teoretyk wojskowości, wykładowca w sowieckich szkołach wojskowych, generał Aleksander Swieczin: „większa wyprawa wojskowa była przedsiębrana tylko wówczas, gdy zjawiała się pewność, że w organizmie państwowym sąsiada powstały głębokie szpary”.

Znany XIX-wieczny historyk wojskowości, członek wojennego komitetu naukowego przy sztabie głównym w Petersburgu, książę Nikołaj Golicyn pisał, że system wojenny Dżyngis Chana „był opanowany przez nas [Rosjan – przyp. S.S.], wchodząc w ciągu dwóch stuleci tatarskiej niewoli w nasze wojskowe zwyczaje i obyczaje w okresie przed reformami Piotra I”. Wspomniany już generał Swieczin podkreślał zwłaszcza zapożyczenia w dziedzinie służby wywiadowczej.

System ten był przejmowany nie w teorii, lecz w praktyce, co rosyjscy historycy wojskowości prześledzili na przykładzie straży rosyjskiej przy dworze Chubilaj Chana (wnuka Dżyngis Chana, cesarza Chin i założyciela panującej dynastii Juan) czy też moskiewskich oddziałów podporządkowanych chanom Złotej Ordy, np. Tochtamyszowi. U Tatarów terminował nawet św. Aleksander Newski, który najpierw bronił Nowogrodu przed Szwedami i Krzyżakami, a później z tego samego Nowogrodu ściągał haracz w ramach tatarskich ekspedycji karnych.

Rosyjski historyk Paweł Milukow pisał, że gdy skończyła się mongolska niewola, wielcy książęta moskiewscy nie byli w stanie „rozwinąć innego programu, oprócz tego dawnego, tradycyjnego, który stał się instynktem: jeszcze więcej zabiegać i zbierać, oszukiwać i gwałty czynić – z jednym celem – zdobycia jak największej władzy i jak największej ilości pieniędzy”.

Typowym przykładem tego rodzaju polityka był car Iwan IV Groźny. Jego reforma wojskowa dokonała się według wzorów tureckich, zaś powstanie słynącej z niesłychanego okrucieństwa gwardii przybocznej cara, tzw. opryczniny, zwanej niekiedy „ciemnością nieprzeniknioną”, nawiązywało do modelu mongolskiego.

Dżyngis Chan dzielił bowiem ludzi na dwie kategorie: tych, których można zastraszyć, i tych, którzy nie odczuwają strachu. Pierwszych utożsamiał z ludami osiadłymi, drugich z koczownikami. Dlatego uważał, że polegać można tylko na koczownikach.

Pewne podobieństwa odnaleźć można też w postępowaniu Iwana Groźnego, który w swoich rządach postanowił oprzeć się na ludziach wykorzenionych, igrających ze śmiercią, nie respektujących żadnych zasad i norm. Z takiego materiału ludzkiego rekrutowała się jego oprycznina – organizacja terrorystyczna umiejscowiona między władcą a klasą uprzywilejowaną. Ten sam model działania wykorzystają później Piotr I i Stalin.

Car popierał politykę dezinformacji. Zachowały się jego instrukcje do posłów moskiewskich na dworach europejskich, nakazujące kłamać na temat potęgi i stanu posiadania władcy. W błąd wprowadzano także cudzoziemców, przyjeżdżających do Moskwy.

Jak pisze biograf Iwana Groźnego, Władysław Serczyk: „Szczególny protokół obowiązywał przy przyjmowaniu książęcych gości przybywających z zagranicy, a zwłaszcza ważniejszych poselstw. By przybysze mieli dobre mniemanie o bogactwie i gęstości zaludnienia państwa, w dniu przyjęcia legacji zamykano wszystkie sklepy, kramy i warsztaty, a ludzi spędzano na trasę przejazdu cudzoziemców. Tłum powiększano gromadząc na ulicy służbę z domów bojarskich i szlacheckich, a nawet z okolicznych osiedli podmoskiewskich.”

Ta tradycja pokazuchy nie tylko zachowała się w czasach późniejszych, lecz nawet została twórczo rozwinięta, by wspomnieć o sztucznych „wioskach potiomkinowskich” w XVIII stuleciu czy też o przyjazdach do ZSRS w latach 30-tych XX wieku zachodnich pisarzy w rodzaju Romaina Rollanda, Andre Gide’a czy Leona Feuchtwangera, którzy podziwiali „socjalizm z ludzką twarzą”. Anegdota mówi, że jeden z owych twórców, George Bernard Shaw zachwycał się po powrocie do Wielkiej Brytanii, że w Związku Sowieckim nawet szwaczki znają na pamięć jego dramaty i recytują między sobą z pamięci podczas pracy w fabrykach – oczywiście po angielsku!

Po kupcach – encyklopedyści

O tym, że rosyjscy władcy wzięli sobie do serca nauki Sun Tzu i Dżyngis Chana, świadczy historia rozbiorów Rzeczpospolitej. Zanim nastąpił podbój militarny, miała miejsce długoletnia akcja dywersyjna, prowadząca m.in. do rozkładu moralnego elit rządzących Polską. Kiedy w ręce powstańców kościuszkowskich wpadło archiwum ambasadora rosyjskiego Igelströma, ujawniono listę 110 najważniejszych osób w państwie polskim, które przez lata pobierały niejawne pobory z petersburskiej kasy. Byli wśród nich m.in. król Stanisław August Poniatowski, ks. Adam Czartoryski, prymasi Łubieński i Poniatowski oraz dziesiątki innych urzędników państwowych i dostojników kościelnych.

Innym zapożyczeniem od Dżyngis Chana był sposób przedstawienia rozbiorów zachodniej opinii publicznej. Raymond Aron stwierdził kiedyś, że geniusz to ten, kto potrafi narzucić swoją wizję rzeczywistości masom. W drugiej połowie XVIII wieku takimi geniuszami byli z pewnością francuscy encyklopedyści, który potrafili narzucić swój oświeceniowy ład całemu światu. Najwybitniejszymi ze wszystkich encyklopedystów byli jednak Diderot i Wolter. Ich też postanowili wprząc do swego rydwanu moskiewscy władcy jako „agentów wpływu”.

Katarzyna II kupiła Diderotowi wielki księgozbiór za 15 tysięcy liwrów i ustanowiła go dożywotnim strażnikiem tej biblioteki z roczną pensją tysiąca liwrów. Nic więc dziwnego, że filozof oddał swoje pióro na usługi Petersburga. Stawiał barbarzyńskiej rzekomo Francji jako wzór do naśladowania Rosję czyli „idealne państwo rozumu”. Na cześć carycy Katarzyny pisał zaś hymny pochwalne, tak serwilistyczne, że dadzą się tylko porównać z XX-wiecznymi peanami na cześć Stalina, pisanymi przez Paula Eluarda czy Johannesa R. Bechera.

Jeszcze bardziej spolegliwy wobec rosyjskich instrukcji okazał się Wolter. Za odpowiednią zapłatę w dukatach, wypłaconą mu przez księcia Woroncowa, usprawiedliwiał rosyjską politykę wobec Polski, zakończoną rozbiorami. Swoje zadanie wypełniał, nie tylko publikując oszczerczą wobec Rzeczpospolitej broszurę, lecz również rozsyłając listy do swoich znajomych, o których wiedział, że mają wpływ na opinię publiczną.

W korespondencji z panią du Deffand pisał: „Semiranda Północy wysyła pięćdziesiąt tysięcy wojska do Polski, by wprowadzić tam tolerancję i wolność sumienia”. W liście do Szuwałowa entuzjazmował się: „Zdarza się to po raz pierwszy w historii świata, że sztandar wojny został podniesiony tylko po to, by dać ludziom pokój i szczęście”. Helwecjuszowi pisał natomiast: „Jest oszczerstwem twierdzenie, jakoby imperatorowa rosyjska wspierała dysydentów w Polsce tylko po to, aby zagarnąć kilka prowincji tej republiki. Przysięgała ona, że nie pragnie ani skrawka tej ziemi, a wszystko, co robi, podporządkowane jest jednemu – ustanowieniu tolerancji.”

Tak więc rozbiory Rzeczpospolitej były usprawiedliwiane przez Woltera koniecznością zaprowadzenia tolerancji, gdyż ciemne katolickie masy polskie nie gwarantowały dysydentom religijnym wolności wyznania. Podobna argumentacja pojawi się w propagandzie filosowieckiej po II wojnie światowej, kiedy zniewolenie Polski przez Sowietów będzie usprawiedliwiane zdławieniem rzekomo odwiecznego polskiego antysemityzmu.

Sam Wolter zresztą wielokrotnie sprzedawał swój talent polemiczny carom rosyjskim. Sprzedawał najzupełniej dosłownie. Najlepszą transakcją było napisanie przez niego „Historii Piotra I”, o którym to dziele d’Alambert wyraził się, że „wywołuje obrzydzenie niskością i plugawością swych pochwał”. Wolter, który na europejskich dworach uchodził za wzór niezależności myślenia i nonkonformizmu działania, zgarnął za swój utwór, pisany przy pomocy rosyjskich cenzorów, 100 tysięcy liwrów.

W swym dziele na temat Piotra I francuski filozof pominął pewną ważną zasługę rosyjskiego cara. Otóż to on jako pierwszy z rosyjskich władców docenił rolę dziennikarstwa i znaczenie opinii publicznej w krajach Europy Zachodniej. Postanowił więc wpływać przez nie na obraz Rosji, kształtowany za granicą. Jak pisze rosyjski historyk Piekarski w swej książce „Nauka i literatura w Rosji”: „Piotr uznał za wystarczające wynająć około tuzina redaktorów naczelnych i dziennikarzy, którzy zobowiązaliby się pisać artykuły o Rosji w pożądanym duchu, zgodnie z wytycznymi rządu. Agenci werbowali więc adwokatów sprawy rosyjskiej wśród europejskich dziennikarzy i literatów ze wszystkich krajów.”

Długa jest lista sprzedajnych pisarzy, wykonujących polecenia Rosji: Fontenelle, Marmontel, Grimm, Falconet, Mercier, Dumas – to tylko pierwsze z brzegu nazwiska. Cały wiek XIX zresztą to okres nieustannego subsydiowania przez Rosję największych gazet europejskich, wśród których znajdował się m.in. „Times”. Pieniądze płacono m.in. za niepodejmowanie na swoich łamach „kwestii polskiej”. [Pierwotnie bohater Juliusza Verne’a, Kapitan Nemo, miał być Polakiem biorącym za stłumienie Powstania Styczniowego odwet na Moskalach, po interwencji ambasady rosyjskiej Verne zrezygnował z narodowości polskiej swojego bohatera — przyp. Grzegorz Rossa]

Największą liczbę ludzi pióra zwerbował rosyjski agent w Paryżu Jakow Tołstoj. W jednej z depesz do szefa rosyjskiej policji, generała Benkendorfa, donosił: „’La Quotidienne’ jest całkowicie oddana interesom Rosji. Panowie Michaux i Lyoranty będą przyjmować do druku wszystko, co zechcemy im dać na temat Rosji.” Ponad pół wieku później, w 1904 roku, inny agent rosyjski w Paryżu Raffałowicz raportował do centrali: „W ciągu pierwszych miesięcy potworna sprzedajność prasy francuskiej pochłonie sumę 600 000 franków”. Według danych rosyjskiego ministerstwa finansów z 1906 roku, jedynie dotacje dla prasy francuskiej w samym tylko roku 1905 kosztowały budżet państwa ponad dwa miliony franków.

Zastanawiające jest, że ci sami zachodni autorzy, którzy tak chętnie wychwalali Rosję, z drugiej strony podkopywali fundamenty tradycji w swoich krajach, często występowali przeciw ogólnie przyjętym normom moralnym, atakowali Kościół, osłabiali rodzinę. Zupełnie jakby realizowali program zawarty w „13 złotych zasadach” Sun Tzu.

Nic więc dziwnego, że w 1856 roku Ludwik Mierosławski pisał: „Czemu przypisać tę nieomal niemoc wszelkich wysiłków materialnych Francji i Anglii przeciwko państwu trzykrotnie słabszemu technicznie, niż każde z nich, jeśli nie temu naczelnemu rozbrojeniu, tej niewidzialnej malarii, którą sączą doktryny rosyjskie poprzez wszystkie szczyty społeczne Zachodu, aż wreszcie przedostają się one do najgłębszych pokładów społeczeństwa zachodniego. Doktryny te mogą być tylko zaprzeczane i to właśnie czyni je tak groźnymi. Idea rosyjska, to w istocie cezarat mongolski starego świata, czyli zaprzeczenie drogą pochłaniania wszelkich praw ludzkości. Ma ona zbyt wiele sprytu na to, by miała wystąpić otwarcie, zadawala się wszczepianiem własnych nienawiści i wstrętów w sercu narodów, po których duszę sięga. Ileż złych instynktów, ileż zawiści mrocznych, ileż zaprzaństwa duchowego, ile, zwłaszcza, słabości dostało się nieświadomie na żołd tego kusiciela, który drugą ręką sieje oszczerstwa przeciwko wszystkiemu, co mu staje na przeszkodzie.”

Po encyklopedystach – intelektualiści

Encyklopedyści nie dożyli już czasów, kiedy ich pojętni uczniowie sformowali nową klasę – intelektualistów. Zdaniem Friedricha Augusta von Hayeka, nigdy nie posiadali oni większej władzy niż w wieku XX, kształtując wyobrażenia mas i modelując opinię publiczną.

Hayek, definiując intelektualistów jako „sprzedawców używanych idei”, zauważał, że „przeciętny człowiek dnia dzisiejszego niewiele dowiaduje się o wydarzeniach czy ideach bez pośrednictwa tej klasy”, tak więc to intelektualiści „decydują, które opinie i poglądy do nas dotrą, które fakty są dość ważne, byśmy je poznali, w jakiej formie i pod jakim kątem powinny zostać ukazane”. Przy tym wszystkim przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy, czy intelektualiści wiernie opisują rzeczywistość, czy też deformują jej opis zgodnie ze swoimi poglądami. Lub zgodnie ze zleceniami mocodawców – mógłby powiedzieć ktoś obeznany w historii kolaboracji XX-wiecznych intelektualistów z reżimami totalitarnymi.

Niewątpliwym sukcesem sowieckich komunistów było to, że nie wszyscy zachodni intelektualiści oddawali się na usługi komunizmu za pieniądze. Niezależnie od tego, czy zaangażowanie tych ostatnich tłumaczyć „ukąszeniem heglowskim”, „zdradą klerków” czy „hańbą domową”, nie zmienia to faktu, że przez samych bolszewików traktowani byli – tak jak nazywał ich Lenin – jak „użyteczni idioci”.

Jak zauważył emigracyjny znawca problemów ZSRS Michał Heller, „specyfika sowieckiej dezinformacji polega na tym, że czerpie ona swe soki żywotne z postawy Zachodu, który po otrzymaniu impulsu z Moskwy, dezinformuje się już sam”.

Lista nazwisk może porażać: Jean-Paul Sartre, Louis Aragon, Andre Breton, Simone de Beauvoir, Paul Eluard, Henri Barbusse, Romain Rolland, Jean Cocteau, Andre Malraux, Paul Valery, Herbert George Wells, George Bernard Shaw, Ernest Hemingway, Man Ray, Sinclair Lewis, Upton Sinclair, Virginia Woolf, Luis Bunuel, Stefan Zweig, Heinrich Mann, Anna Seghers, Tristan Tzara i inni.

Nie wszyscy byli jednak idiotami i znali swoją cenę. Leon Feuchtwanger zjawił się w Moskwie w 1937 roku akurat podczas apogeum „wielkiej czystki” i procesów pokazowych. Podczas rozmowy ze Stalinem narzekał na panujący w ZSRS kult jednostki, jednak zgodził się napisać książkę wychwalającą zalety państwa sowieckiego, ustroju komunistycznego i wielkiego wodza – Józefa Stalina. Miał tylko jeden warunek: żeby podczas drugiego procesu darowano życie wszystkim oskarżonym pochodzenia żydowskiego. Stalin przystał na to i jeszcze w tym samym roku ukazała się drukiem książka pt. „Moskwa 1937”.

Pierwszą wielką imprezą polityczno-kulturalną, która ściągnęła wiele z wymienionych wyżej sław literackich, był zorganizowany w czerwcu 1935 roku w Paryżu Międzynarodowy Kongres Pisarzy w Obronie Kultury. Myliłby się ten, kto by myślał, że pomysł owego przedsięwzięcia wyszedł od któregoś z owych twórców. Inicjatorem zwołania kongresu był osobiście Józef Stalin, który zadanie to powierzył sowieckiemu pisarzowi, a zarazem korespondentowi „Izwiestii” w Paryżu – Ilji Erenburgowi. O tym dowiedziano się jednak wiele lat później. Dla ówczesnych Europejczyków kongres miał być manifestacją postępowych poglądów świata literackiego. Świata nieświadomie realizującego „13 złotych zasad”.

O skuteczności sowieckiej akcji niech świadczy następujący przykład: w 1933 roku na Ukrainie w wyniku sztucznie wywołanego przez Stalina Wielkiego Głodu zmarło – według różnych szacunków – od 6 do 12 milionów ludzi. Korespondentem „New York Timesa” w Moskwie był wówczas Walter Duranty, który za swe reportaże z Rosji otrzymał nawet Nagrodę Pulitzera.

Duranty pisał, że owszem w ZSRS panuje klęska, ale jest to klęska urodzaju – i rozwodził się długo o „tłuściutkich niemowlakach w żłobkach i przedszkolach” oraz bazarach „pełnych jajek, owoców, drobiu, jarzyn, mleka i masła”. W tym samym czasie wiejskie drogi i ulice miast na Ukrainie zasłane były ludzkimi trupami, obgryzano nawet korę z drzew, a przypadki kanibalizmu nie należały do rzadkości.

A jednak wiedza o Wielkim Głodzie nie przebiła się do świadomości społeczeństw zachodnich. Korespondencje Malcolma Muggeridge’a na ten temat były cenzurowane w redakcji „Manchester Guardian”. Para znanych socjologów Sydney i Beatrice Webb stawiała kolektywizację oraz rolniczy system ZSRS jako wzór „nowej cywilizacji” i przykład do naśladowania dla państw kapitalistycznych. W Hollywood natomiast nakręcono wkrótce potem film „Zorza polarna”, w którym sowiecki kołchoz przedstawiono idyllicznie niczym raj na ziemi.

Jezus – materialista, Stalin – dobra kobieta

Kiedy przed II wojną światową zbiegł do USA agent GPU Walter Krywicki, wśród swoich rozmówców w Ameryce nie znalazł nikogo, z kim mógłby poważnie porozmawiać o ZSRS. Sowietologia amerykańska znajdowała się bowiem w powijakach, a nowojorscy dziennikarze zadawali Krywickiemu naiwne pytania w stylu: czy to prawda, że Stalin wydaje rozkazy Kominternowi?

W owym czasie jeden z krajów, w których refleksja sowietologiczna była najlepiej rozwinięta, stanowiła Polska. Do czołowych znawców problemu należeli m.in. wspomniany już Stanisław Swianiewicz, Ryszard Wraga czy też Włodzimierz Bączkowski. Ten ostatni w 1938 roku opublikował znaczący szkic pt. „Uwagi o istocie siły rosyjskiej”. Podkreślając zapożyczenia Rosjan w dziedzinie wojskowości z tradycji tataro-mongolskiej, Bączkowski pisał: „Głównym rodzajem broni rosyjskiej, decydującym o dotychczasowej trwałości Rosji, jej sile i ewentualnych przyszłych zwycięstwach, nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową.”

Bączkowski zwracał uwagę na „olbrzymie wybrzuszenie w strukturze państwowej Rosji czynników wywiadu, policji politycznej i narzędzi dywersji”, w porównaniu z którymi „armia rosyjska jest de facto drugoplanowym rodzajem broni rosyjskiej”.

Już pierwszy schemat organizacyjny sowieckiej bezpieki – CzeKa – zawierał Wydział Prowokacji, który w ramach kolejnych przekształceń zamienił się w Biuro Dezinformacji, zaś od 1959 roku zaczął działać jako Wydział „D” I Zarządu Głównego KGB, a od 1969 roku jako Wydział „A” Zarządu Zagranicznego. Na skutek każdej kolejnej reorganizacji rosły znaczenie i liczebność struktur dezinformacyjnych w ramach sowieckich służb specjalnych.

Pisząc swój tekst w 1938 roku Bączkowski nie mógł nawet przypuszczać, jakiego rozmachu nabierze akcja dywersyjna ZSRS po II wojnie światowej. Żeby rozkładać od wewnątrz burżuazyjne społeczeństwa świata kapitalistycznego, inspirowano i wspierano działalność wielu najróżniejszych ruchów i ugrupowań.

Jest rzeczą obecnie powszechnie znaną, że aktywność najbardziej znanych organizacji terrorystycznych na świecie sponsorowana i wspomagana była przez Sowietów. Do grup potajemnie faworyzowanych przez Kreml należały m.in.: La Lotta Continua, Czerwone Brygady, Baader-Meinhof, Rote Armee Fraktion, IRA czy ETA.

Najbardziej poszukiwani na świecie terroryści, tacy jak Carlos czy Abu Nidal, korzystali z gościny, szkoleń i pomocy w krajach komunistycznych. Moskwa nakręcała jednak nie tylko terror lewacki, lecz również skrajnie prawicowy. Dopiero po otwarciu archiwów Stasi okazało się np., że „Grupa Sportów Obronnych Hoffmana”, odpowiedzialna za wiele zamachów, m.in. za potworną eksplozję bomby podczas Oktoberfest w Monachium w 1980 roku, była kierowana przez komunistycznych agentów z NRD.

Podobnie infiltrowany i sterowany przez moskiewską centralę był ruch pacyfistyczny, który w krajach zachodnich potrafił gromadzić na ulicach setki milionów ludzi, protestujących najpierw przeciwko wojnie w Korei, później przeciw amerykańskiej interwencji w Wietnamie, w końcu zaś przeciw rozmieszczeniu amerykańskich rakiet „Pershing” w Europie Zachodniej (oczywiście podobnych protestów nie było przeciw rozmieszczeniu rosyjskich rakiet SS-20 w Europie Wschodniej, choć to Sowieci zaczęli, zaś Amerykanie tylko odpowiedzieli na ich krok). Zjawisko to opisał bardzo precyzyjnie Władimir Bukowski w pracy „Pacyfiści kontra pokój”.

Z kolei w książce pt. „Czerwona kokaina. Narkotyzowanie Ameryki i Zachodu” amerykański ekspert ds. handlu narkotykami Joseph D. Douglas ujawnił długofalowe operacje dywersyjne Rosjan i Chińczyków, których celem było rozpowszechnienie narkotyków w krajach zachodnich. Douglas opisał zwłaszcza powiązania największych karteli narkotykowych z centralami wywiadowczymi państw komunistycznych. W tego rodzaju akcjach celował zwłaszcza chiński przywódca Mao Tse Tung, którego ulubioną lekturą była „Sztuka wojny” Sun Tzu, i który powtarzał, że Chińczycy powinni wziąć odwet za XIX-wieczne „wojny opiumowe” i to oni w XX stuleciu powinni wykorzystać narkotyki przeciw swoim wrogom.

Innym rodzajem działalności komunistycznej było eskalowanie nastrojów antysemickich [ujj… światło wyjrzało spod korca… – admin]. Jednym z przykładów może być przeprowadzona na przełomie lat 1959/1960 operacja „Swastyka”, której szczegóły ujawnił zbiegły na Zachód agent KGB Rupert Sigl. Otóż pomiędzy Bożym Narodzeniem 1959 a połową lutego 1960 roku zanotowano w RFN aż 833 wystąpienia antysemickie: profanacje żydowskich cmentarzy, pomników i synagog. Mieszkający w Niemczech Zachodnich Żydzi otrzymywali anonimowe pogróżki telefoniczne i listowne.

Jednocześnie w tym samym czasie antysemickie ekscesy miały miejsce w Londynie, Oslo, Wiedniu, Paryżu, Parmie, Glasgow, Kopenhadze, Sztokholmie, Mediolanie, Antwerpii, Nowym Jorku, Melbourne, Manchesterze, Atenach, Perth, Bogocie i Buenos Aires. Najwięcej było ich jednak w RFN – łącznie, w kilkudziesięciu miastach.

Nic więc dziwnego, że Niemcy Zachodnie zaczęły tracić zaufanie swoich sojuszników z NATO: w niektórych krajach zaczęto ignorować zachodnioniemieckich dyplomatów, zwalniać zachodnioniemieckich pracowników, wycofywać ze sprzedaży niemieckie towary czy też zrywać kontrakty z RFN-owskimi partnerami. Wielki tytuł w „New York Herald Tribune” głosił: “Bonn nie jest w stanie wyeliminować nazistowskiej trucizny”.

Sowieci nie poprzestawali na tego typu akcjach – swoich agentów wpływu usadawiali też w kluczowych miejscach dla dzisiejszych społeczeństw: jako urzędników w ministerstwach, producentów telewizyjnych, agentów literackich a nawet dostojników kościelnych.

Dość powiedzieć, że w latach 1931-1968 Dziekanem Canterbury w Kościele Anglikańskim był Hewlett Johnson – człowiek, który po swej podróży do ZSRS w 1937 roku (w czasie największych czystek stalinowskich) napisał wychwalającą komunizm książkę pt. „Socjalistyczna jedna szósta świata” (przetłumaczoną na 25 języków i wydaną w milionach egzemplarzy), który po spotkaniu ze Stalinem powiedział, że Soso przypomina mu jego matkę: „dobrą kobietę”, który w 1949 roku podczas procesu Krawczenki w Paryżu zeznawał, że w Związku Sowieckim nie ma obozów pracy przymusowej, który w 1950 roku otrzymał Stalinowską Nagrodę Pokoju, który oświadczył w końcu, że „Jezus był materialistą”, za co w Wielkiej Encyklopedii Sowieckiej poświęcono mu więcej miejsca niż Chrystusowi.

Sztuczna negatywność

Oprócz „frontu zewnętrznego” istniał także „front wewnętrzny”. W państwie chanów, a później w państwie carów i komunistycznych sekretarzy nie było miejsca dla opozycji. Pluralizm w sprawach społecznych i politycznych był zakazany. Każdy, kto miał inne zdanie niż władca, stawał się automatycznie zdrajcą ojczyzny. Ponieważ jednak tacy ludzie się pojawiali, musieli być traktowani jak wrogowie. Wobec wroga zaś stosowano wypróbowaną taktykę tataro-mongolską.

Najbardziej znanym przykładem akcji Ochrany była działalność Iwana Azefa – szefa Organizacji Bojowej Partii Socjalistów-Rewolucjonistów, a zarazem tajnego agenta carskiej policji. Jego działalność była jednak o tyle tajemnicza, że kierowana przez niego organizacja dokonała m.in. udanego zamachu na ministra spraw wewnętrznych von Plehwego, który był przecież zwierzchnikiem policji, i to w tym samym czasie, kiedy Azef pozostawał jej konfidentem. Problem „podwójnych agentów” był zresztą stałym ryzykiem w tej pracy, dlatego aktualne pozostawało wskazanie Sun Tzu: „infiltrujcie wszędzie swoich szpiegów”.

W tej dziedzinie sowiecka CzeKa (oraz jej następczynie: OGPU, NKWD i KGB) przebiła jednak Ochranę: o ile carska policja tylko stawiała swoich ludzi na czele organizacji opozycyjnych, o tyle sowiecka bezpieka tworzyła całe takie organizacje. Najbardziej znaną tego typu akcją (dziś można przeczytać o niej jako o wzorcowej operacji wywiadowczej na stronach internetowych rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa) była akcja „Trust” w latach 20-tych ubiegłego stulecia.

Czekiści stworzyli mianowicie fikcyjną organizację antykomunistyczną o nazwie Monarchistyczny Związek Rosji Środkowej i kierowali nią przez pięć lat: od 1922 do 1927 roku. Owa formacja istniała rzeczywiście w latach 1919-20, ale została rozbita przez czekistów, a następnie przez nich reanimowana – co ciekawe, z tymi samymi ludźmi co przedtem, ale teraz zwerbowanymi już przez Sowietów. Kierowali nią carscy generałowie Brusiłow, Zainczkowski i Potapow, którzy w rzeczywistości wykonywali bolszewickie rozkazy.

Dzięki nim Moskwie udało się skłócić rosyjską emigrację, rozbić opozycję i dostarczyć zachodnim wywiadom fałszywych informacji. Przekonano mianowicie kraje europejskie, aby nie interweniowały zbrojnie w ZSRS, gdyż komunizm w tym kraju dogorywa, a konflikt militarny skupi jedynie naród rosyjski wokół sowieckiego rządu, który jeśli zostanie pozostawiony sam sobie, to niechybnie upadnie. Dzięki operacji „Trust” zostali też podstępnie ściągnięci do ZSRS, a następnie aresztowani liderzy antykomunistycznej opozycji emigracyjnej, m.in. Borys Sawinkow, który następnie zginął, wypadając z okna więzienia na Łubiance.

Ten sam schemat został zresztą wykorzystany po II wojnie światowej do spacyfikowania polskiego podziemia niepodległościowego, kiedy to Urząd Bezpieczeństwa stworzył fikcyjną Komendę WiN-u. Jadwiga Staniszkis na ów sposób działania wymyśliła określenie „sztucznej negatywności”.

Po intelektualistach – telewizja

Zawrotną karierę w terminologii postmodernistycznej robi dziś słowo simulacrum. Najkrócej mówiąc, oznacza ona kopię bez oryginału. Takimi kopiami, które nie miały nigdy swojego oryginalnego wzorca, były wielkie medialne spektakle związane z tzw. Jesienią Ludów w 1989 roku, np. Okrągły Stół w Polsce czy Rewolucja Grudniowa w Rumunii lub też obrona Białego Domu w Moskwie w sierpniu 1991 roku. Właściwie wszystkie one były pomyślane nie jako realne wydarzenia, ale jako wielkie widowiska telewizyjne.

Okrągły Stół odwoływał się do istniejącej w Polsce tradycji polityki symboli, a jego celem – by znów użyć sformułowania Jadwigi Staniszkis – było to, by „przełom służył zakamuflowaniu ciągłości”.

Obrona Białego Domu z bohaterskim Borysem Jelcynem na wieżyczce czołgu była jedynie faktem wirtualnym, gdyż żadnej obrony nie było, a to z tego prostego powodu, że nie było żadnego szturmu na Biały Dom. Wydarzenie to zaistniało jedynie na dziesiątkach milionów ekranów telewizyjnych na całym świecie.

Dość dużo wiemy już dziś – m.in. z badań przeprowadzonych przez Radu Portocala – o obaleniu rządów Nicolae Caeucescu w Rumunii. W rzeczywistości doszło tam do przewrotu pałacowego, ale po to, by nowa ekipa uzyskała legitymację społeczną, zorganizowano rewolucję. Nieprzypadkowo jej centrum znajdowało się w głównym gmachu państwowej telewizji w Bukareszcie. Była to bowiem „rewolucja telewizyjna”.

Jak na rumuńskie warunki rozegrano ją z iście hollywoodzkim rozmachem. Kiedy 21 grudnia 1989 roku uczestnicy demonstracji w centrum stolicy uciekali przed atakiem czołgów, telewidzowie mieli wrażenie, że ledwie uniknięto masakry. W rzeczywistości chrzęst pancernych gąsienic był emitowany z wielkich głośników na dachach domów, toteż wystarczyło kilkunastu wmieszanych w tłum agentów, którzy krzyknęli „czołgi jadą!” i rzucili się do ucieczki, by ludzie wpadli w panikę. Telewidzowie mieli wrażenie autentyczności wydarzenia, ponieważ demonstranci nie grali, lecz przerażeni byli naprawdę.

Podobnie z głośników na dachach bloków puszczano nagrania magnetofonowe z seriami karabinów maszynowych. Broniąc dzielnie rewolucji, żołnierze wierni Frontowi Ocalenia Narodowego odpowiadali ogniem karabinowym, w wyniku czego zginęło więcej ludzi niż zastrzelono ich za panowania Ceaucescu.

Zachód przymknął oczy na mord sądowy na byłym dyktatorze po tym, jak francuska telewizja nadała reportaż o tysiącach ofiar zamordowanych przez Ceaucescu, których zbiorową mogiłę odkryto w Timisoarze. Po raz kolejny mieliśmy do czynienia z simulacrum, gdyż żadnej egzekucji nie było, a trupy ze śladami sekcji zwłok zwieziono z różnych kostnic i prosektoriów. Spektakl się jednak udał, gdyż telewidzowie weń uwierzyli.

Najlepiej udokumentowana została jednak akcja dezinformacyjna w Czechosłowacji, związana z tzw. Aksamitną Rewolucją. Czechy były bowiem jedynym krajem, w którym powołano oficjalną komisję (tzw. Komisja 17 Listopada) zajmującą się wyjaśnieniem wszelkich okoliczności tzw. Jesieni Ludów. Dzięki otwarciu milicyjnych archiwów udało się ustalić, że w czerwcu 1987 roku czeskie służby specjalne rozpoczęły akcję o kryptonimie „KLIN”. Jak stwierdził odpowiedzialny za jej przebieg wysoki oficer owych służb Miroslav Chovanec: „celem tej akcji było hamowanie jednoczenia się opozycji i zyskiwanie wpływu w jej szeregach, by możliwe stało się regulowane przejście do systemu pluralistycznego”.

Rok później czeska StB (Bezpieka Państwa) zaczęła tworzyć „nielegalne grupy” i wydawać „konspiracyjne wydawnictwa”, a także powołała do życia nowy rodzaj agenta, czyli „zawodowego” dysydenta antykomunistycznego. Jak wykazała Komisja 17 Listopada, jedną z najbardziej naszpikowanych agentami organizacji „antykomunistycznych” był Klub Obroda (Odrodzenie), wchodzący w skład Karty 77. „Agentura, którą mieliśmy w opozycji, po prostu szła z tą opozycją w górę”, zeznał później Chovanec.

Jednocześnie w samej partii komunistycznej zaczęto awansować działaczy, mających opinię „niepokornych liberałów”, zwolenników „demokratyzacji” i przeciwników „ortodoksyjnego betonu”. Najlepszym przykładem może być postać Josefa Bartonczika, w latach 1971-1988 płatnego agenta StB, sekretarza partii komunistycznej w Brnie, późniejszego lidera ludowców.

Dr Pavel Żaczek, który już po upadku komunizmu w Urzędzie ds. Dokumentacji i Badania Działalności StB zajmował się operacją „KLIN”, pisze: „Chodziło o stworzenie jakiegoś mechanizmu kontrolnego dla zakładanych negocjacji okrągłego stołu, dokładnie według modelu polskiego”. Celem operacji służb specjalnych było więc najpierw stworzenie „antykomunistycznej” opozycji, a później podzielenie się z nią władzą przy „okrągłym stole”. Opinia publiczna miała to przyjąć oczywiście jako porozumienie dwóch stron reprezentujących całe społeczeństwo.

„Aksamitna rewolucja” w Czechach rozpoczęła się 17 listopada 1989 roku od brutalnie rozpędzonej przez milicję studenckiej demonstracji w Pradze. O terminie tej manifestacji funkcjonariusze StB wiedzieli wcześniej niż jej oficjalni organizatorzy – studenci z ruchu STUHA. Demonstracja 17 listopada zapoczątkowała ciąg antyrządowych wystąpień, który doprowadził w końcu do ustąpienia władz. Iskrą, która spowodowała wybuch niezadowolenia społecznego, była rzekoma śmierć studenta idącego na czele antykomunistycznego pochodu.

W rzeczywistości prowadzący demonstrację porucznik StB Ludvik Zifczak-Rużiczka udawał martwego i został natychmiast zabrany przez karetkę MSW. Tymczasem plotka o jego śmierci zaczęła zataczać coraz szersze kręgi i prowokować do otwartych wystąpień przeciw reżimowi.

Warto nadmienić, że porucznik Zifczak-Rużiczka był parę miesięcy wcześniej aresztowany przez milicję jako dysydent (co miało uwiarygodnić go w kręgach opozycji), zaś podczas samej demonstracji dążył do tego, by skierować przemarsz studentów trasą zakazaną przez władze, co zakończyć się musiało starciem z milicją.

Jak zeznał jeden z głównych organizatorów operacji „KLIN”, generał StB Alojs Lorenc – na nowego przywódcę państwa kreowany był jeden z przywódców Praskiej Wiosny w 1968 roku, zwolennik Gorbaczowa i „socjalizmu z ludzką twarzą”, Zdenek Mlynarz. Przebywał on na emigracji, ale został przywieziony do Pragi przez funkcjonariuszy czeskiego wywiadu. Okazało się jednak, że przybył już za późno – sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Władimir Bukowski opisuje to następująco: „Wszystko szło bardzo dobrze, zgodnie ze scenariuszem – aż do ostatniej chwili, kiedy wśród wszystkich tych niepokojów, tuż po upadku rządu, w Pradze pojawił się nagle Mlynarz. Miał bardzo wiele wystąpień telewizyjnych, wygłosił przemówienie na Placu św. Wacława. Ludzie jednak buczeli i gwizdali, ponieważ rzucał tylko stare slogany z 1968 roku. Na tym etapie nie chcieli już Czechosłowacji, nie chcieli ‘socjalizmu z ludzką twarzą’, nie chcieli żadnego socjalizmu z żadną twarzą. Wygwizdany Mlynarz wycofał się z gry. Ponieważ reakcja ludzi była inna od tej, której oczekiwał, po prostu obrócił się na pięcie i powrócił do Wiednia. I nagle ten bardzo staranny, bardzo precyzyjny spisek wszedł w impas. Sowieci nie mieli na miejscu żadnego swojego kandydata. Sprawy bardzo szybko wymknęły się spod kontroli. Havel ze swoimi przyjaciółmi byli na miejscu i to oni zgarnęli całą pulę.”

Zwróćmy uwagę, że Władimir Bukowski stwierdził: „Sowieci nie mieli na miejscu żadnego swojego kandydata”. Ten znany rosyjski dysydent, tuż po nieudanym puczu w Moskwie w sierpniu 1991 roku i po objęciu władzy przez Borysa Jelcyna, wykorzystał moment politycznej zawieruchy i dostał wgląd do archiwów Kremla. Z materiałów, z którymi się zapoznał, wynika jasno, że proces upadku komunizmu był zdarzeniem wcześniej zaplanowanym w Moskwie i przebiegał według określonego scenariusza – a właściwie kilku różnych scenariuszy w zależności od specyfiki danego kraju (np. wariant węgierski różnił się znacznie od rumuńskiego). Według Bukowskiego, jedynymi krajami, w których plan całkowicie zawiódł, były NRD i Czechosłowacja.

Wyniki swojej kwerendy w kremlowskich archiwach zawarł Bukowski m.in. w książce „Moskiewski proces”. Jej polskie wydanie zostało w 1999 roku ostro skrytykowane na łamach „Gazety Wyborczej”. Autorowi najbardziej dostało się oczywiście za rozpowszechnianie teorii spiskowych. Recenzent gazety radził Bukowskiemu, aby zajął się raczej „bardziej pożytecznym zajęciem – pisaniem thrillerów politycznych w stylu Roberta Ludluma”. Owym recenzentem był Lesław Maleszka, zdemaskowany dwa lata później jako wieloletni płatny agent SB.

W swoim tekście Maleszka obśmiewał m.in. przedstawioną przez Bukowskiego wersję „aksamitnej rewolucji” w Czechach. Tymczasem wystarczy wejść na oficjalne strony internetowe czeskiej policji (Policie Ceske Republiky), by w katalogu tamtejszego Urzędu Dokumentacji i Badania Zbrodni Komunizmu odnaleźć teksty dotyczące szczegółów operacji „KLIN”, potwierdzające prawdziwość faktów podawanych przez Bukowskiego.
Wiedza ta jest w Czechach powszechnie dostępna od roku 1994, kiedy to po raz pierwszy opublikowano wyniki badań komisji. Co ciekawe, wiedza ta nie została upowszechniona w polskich mediach, chociaż w Pradze akredytowanych było wielu korespondentów, a tak sensacyjny temat powinien stanowić łakomy kąsek dla każdego dziennikarza. Dzięki temu widzowie polskiej telewizji i czytelnicy polskiej prasy zostali uchronieni jednak od snucia niepotrzebnych porównań z wydarzeniami w Czechach.

Dopiero w świetle przedstawionych powyżej faktów staje się jasne, dlaczego Czechom bardzo szybko udało się przeprowadzić lustrację i dekomunizację. Gdyby zwyciężył wariant „okrągłego stołu”, do którego zasiadłaby „konstruktywna opozycja”, zapewne mielibyśmy tam do czynienia z filozofią „grubej kreski”.

Warto dodać, że uchwalenie ustawy lustracyjnej spotkało się z gwałtownym atakiem dużej części czeskich mediów, których publicyści wyczuwali już swąd palonych na stosie czarownic. Ataki umilkły nagle w maju 1992 roku, kiedy dwa konserwatywne dzienniki: „Telegraf” i „Metropolitan” opublikowały legitymacyjne fotografie wraz z danymi osobowymi 400 czeskich dziennikarzy, którzy byli niewątpliwymi agentami bezpieki. Niewątpliwymi, czyli takimi, którzy fakt współpracy z StB potwierdzili własnym podpisem, często na pokwitowaniu honorarium.

Wydarzenia 1989 roku potwierdzają spostrzeżenia Rogera Mucchielliego, który już w 1971 roku w swej pracy pt. „Dywersja” pisał, że bez prasy, radia i telewizji dezinformacja jest dziś bezsilna, gdyż „mass media są idealnym nowoczesnym narzędziem manipulowania opinią publiczną”.

Marshall McLuhan zapytał kiedyś swoich słuchaczy: „W jaki sposób łowi się dzisiaj ludzkie dusze? Wędką czy siecią?” Kiedy milczeli, odpowiedział: „Ani wędką, ani siecią. Wędką łowiono w czasach Apostołów, siecią – w epoce Guttenberga. Dzisiaj natomiast wymienia się wodę. I robią to media elektroniczne.”

Gdyby przenieść to porównanie na nasz grunt, to okazałoby się, że wędką łowili kupcy na starożytnych bazarach, siecią intelektualiści w swoich książkach i broszurach, dzisiaj natomiast media wymieniają nam wodę – zmieniają nam nasze środowisko naturalne, gdyż naszym środowiskiem w coraz większym stopniu jest przestrzeń informacyjna.
Wobec manipulacji, dezinformacji i prowokacji zadanie pozostaje właściwie jedno: nie pozwolić im, żeby złowili nasze dusze.

http://www.eioba.pl

Odpowiedzi: 31 to “Manipulacja, prowokacja, dezinformacja”

  1. RomanK said

    Jedno pytanie do autorow i zwolernikow owej teorii..owszem Rus przez dwa wieki zniosila jarzmo tatarskie.. Rus Kijowska…kiedy miala dosc zapakowal juki i dokonal ostatniej Wielikj Puti…wynoszac z Kojowa wszystko..obrazy swiete, naczynia liturgiczne, sprzety i zboze dzieci starcow i chorych i poszla na Zalisie..na ziemie Wiatyczy… na Ziemie Praojaca Moskwy! W Kijowie zostalo 150 domow zamieszkalych…Tatarzy patrzyli na to ze zgroza…. I Po tych 200 latach jarzma..jakie tak gleboko przoralo kulture i swiadomosc slowianska Ludu Ruskiego…. i powstaje mocarstwo o nieprzerwanej historii do…dzis…a cala Azja gada po rusku i nalezy do Rosji:-)))))
    Tartaria Magna stala sie Rosja…..

  2. AlexSailor said

    Ciekawe, czy ktoś tak to napisał:

    „1. Dyskredytujcie wszystko co dobre w kraju przeciwnika”
    Wynajdujcie i eksponujcie wszystko co jest choć trochę pozytywne w bronionym kraju.

    „2. Wciągajcie przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze przedsięwzięcia”
    Bezwzględnie karzcie i traćcie przedstawicieli warstw rządzących za najmniejsze przestępstwa a nawet
    wykroczenia i to tak surowo, żeby sama myśl o uczestnictwie w przestępstwie napawała ich paraliżującym
    przerażeniem.

    „3. Podrywajcie ich dobre imię. I w odpowiednim momencie rzućcie ich na pastwę pogardy rodaków”
    Budujcie dobre imię i zaufanie do rządzących i przełożonych przez ich wzorową postawę, nieposzlakowaną opinię
    oraz dokonania. I w odpowiednim momencie stawiajcie ich jako przykład w świetle reflektorów.

    „4. Korzystajcie ze współpracy istot najpodlejszych i najbardziej odrażających”
    Istoty najpodlejsze i najbardziej odrażające eliminujcie bezwzględnie przez osadzanie w więzieniach, publiczne
    egzekucje, systematyczne i okrutne tropienie i tępienie.

    „5. Dezorganizujcie wszelkimi sposobami działalność rządu przeciwnika”
    Wypełniajcie możliwie precyzyjnie i wyczerpująco wszelkie zarządzenia i pomysły rządu własnego.

    „6. Zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju”
    Budujcie powiązania, szacunek i współpracę między współobywatelami. Sprawiedliwie wprowadzajcie zgodę i
    skłonność do wyrzeczeń i ofiar dla zgody i wspólnych celów.

    „7. Buntujcie młodych przeciwko starym”
    Budujcie i wymagajcie szacunku oraz posłuszeństwa w żony wobec męża, rodziców wobec dzieci, młodych wobec starszych, podwładnych wobec przełożonych.

    „8. Ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników”
    Własne tradycje i korzenie traktujcie z pietyzmem, szacunkiem, podziwem i dumą, a tych, którzy je obrażają lub z
    nich szydzą każcie bezwzględnie i srodze.

    „9. Wszelkimi siłami wprowadzajcie zamieszanie na zapleczu, w zaopatrzeniu i wśród wojsk wroga”
    Wszędzie wprowadzajcie ład i porządek, pracowitość, staranność, odpowiedzialność, szczególnie
    w zapleczu wojska i jego organizacji.

    „10. Osłabiajcie wolę walki nieprzyjacielskich żołnierzy za pomocą zmysłowych piosenek i muzyki”
    Propagujcie i wprowadzajcie wstrzemięźliwość, ład moralny, budujące piosenki i pieśni, ład w rodzinach,
    stosunkach między kobietami i mężczyznami.

    „11. Podeślijcie im nierządnice, żeby dokończyły dzieła zniszczenia”
    Opodatkujcie srodze, piętnujcie, każcie nierządnice, wprowadźcie kary za demoralizację i rozbijanie rodzin,
    piętnujcie i obrzydzajcie pozamałżeński seks rozrywkowy przez wskazywanie jego skutków w postaci chorób,
    rozbicia rodzin, cierpień dzieci, szpetoty „używanych” kobiet, itp.

    „12. Nie szczędźcie obietnic i podarunków, żeby zdobyć wiadomości. Nie żałujcie pieniędzy, bo pieniądz w ten sposób wydany zwróci się stukrotnie”
    Za przyjęcie jakichkolwiek korzyści lub podarunków przez warstwy rządzące od wrogów w postaci dopłat, stypendiów, płatnych wykładów, nagród nie wynikających z rzeczywistych osiągnięć, uprzywilejowania, czy jurgieltu, bezwzględnie karajcie śmiercią, a w przypadku głupoty więzieniem.

    „13. Infiltrujcie wszędzie [przez] swoich szpiegów.”
    Niedopuszczajcie obcych do żadnych tajemnic, nie pokazujcie im niczego, nie dostarczajcie im żadnych informacji,
    a osoby pracujące na odpowiedzialnych stanowiskach sprawdzajcie wielokrotnie darząc 100% zaufaniem i zaszczycając 200% kontrolą.
    Gdyż kontrola takich osób jest najwyższą formą zaufania.

  3. JerzyS said

    Vladimir Volkoff – Dezinformacja. Oręż wojny eBook PL

    Podstawowe prace Volkoffa w zakresie propagandy to:
    Dezinformacja – oręż wojny
    oraz
    Traktat o dezinformacji. Od Konia Trojańskiego do internetu.
    Volkoff jest dla obserwatorów mediów szczególnie cenny, bowiem nie tylko niezwykle ciekawie opisywał zjawiska dezinformacji nawet na masową skalę, ale stworzył też przejrzysty aparat teoretyczny, który pozwala nazwać i ująć w ramy fenomen manipulacji medialnych i propagandy.
    Teoria Volkoffa zasadza się na kilku podstawowych założeniach.
    Dezinformacja, czyli wprowadzanie w błąd, persfazyjna próba przekonania grup, mas społecznych ma zawsze charakter celowy.
    Stoją za nią grupy, instytucje, osoby, które na rozpuszczaniu nieprawdziwych, zmanipulowanych informacji mogą sporo zyskać.

    http://docslide.pl/documents/vladimir-volkoff-dezinformacja-orez-wojny-cz-1.html

    ——
    Bywał w gajówce…
    Admin

  4. Alina said

    Z http://www.dakowski.pl :
    https://rozowypanther.blogspot.com/2017/04/kresowiak-rotfeld-i-jego-eberhardt.html

  5. Kowalski said

    Najlepsza dezinformacja .Jest milosc I wieczne przebaczanie ;Naszym wrogom.
    Najlepszym wrogiem naszej planety ;JEST IGNORANCJA mas ludzkich slepota lenistwo duchowe.Milosc do pieniedzy ;;;uluda bogactwa.itp.A na tym wlasnie zeruja
    ludzie ;;;zydowskiego pochodzenia Ktorzy maja niebagatelny wplyw na losy SWIATA I NAS WSZYSTKICH.to onie robia wojny kryzysy napiecia miedzy narodami.

  6. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/84743/psychosocjotechnika-dezinformacja—orez-wojny//
    Vladimir Volkoff, PSYCHOSOCJOTECHNIKA, DEZINFORMACJA – ORĘŻ WOJNY. Od Konia Trojańskiego do Internetu.

    Dezinformacja jest najtańszą bronią – ze skutkiem OŚLEPIENIA. PROFESOROWIE Balcerowicz i Geremek WYTŁUMACZYLI np. polskim robotnikom, że KAPITAŁ NIE MA NARODOWOŚCI, co Wywłaszczyło Polaków. Mnie np. żadna gazeta z kapitałem niemieckim nie wydrukuje. Zawsze przejmowania gazety przez kapitał niemiecki zaczynało się od WYPĘDZANIA MNIE, żeby karmić polaczków fekaliami hitlerowskimi.
    Pierwszą rzeczą jaką zrobił PREZYDENT KOMOROWSKI było zdjęcie z wokandy Oskarżenia Balcerowicza o spowodowanie STRAT 53 bilionów złotych na szkodę Narodu Polskiego oraz zawieszenie śledztwa w/s zamordowania mojej ciotki Olgi Moniuk przez żołnierzy Szymona Wiesenthala alias Aleksandra Skotnickiego-ZEMSTY, komisarza Stalina tajnych kont szwajcarskich, które sygnował odciskiem palucha u nogi, więc gdy Niemcy złapali go to mu ten paluch ODCIĘLI bez znieczulenia.
    Dezinformacja wojskowa ma efekt OŚLEPIENIA. Wg doktryny konserwatyzmu angielskiego to kapitał historyczny RZĄDZI kapitałem finansowym i politycznym, toteż MSW Leszek Miller wywożąc podczas Powodzi Tysiąclecia 1997 dolnośląskim metrem fortecznym olbrzymie archiwum Prowincji Śląskiej, gdzie były akta UB i SB, DŹGNĄŁ Polaków w oczy.
    Teraz to próbuje się powtórzyć ze skarbcem Hitlera w Wałbrzychu, gdzie jest użytkowane przez Armię Sowiecką do r. 1984 metro forteczne do Niemiec przez podziemny dworzec przy ulicy Gwarnej we Wrocławiu oraz do Mezimesti, gdzie Patton dostał od generała Waltera pociąg Pełen Złota. Za złoto w Wałbrzychu odpowiadają GŁOWAMI Macierewicz i Misiewicz.
    Wg doktryny konserwatyzmu angielskiego to Żelazny Kanclerz OTRUŁ Troją Schliemanna Rosję i Francję a Córka Hitlera rzucając mi w twarz NIE BĘDĘ JADŁA TWOICH FEKALIÓW Wywłaszczyła Amerykanów, bo Amerykanie MUSIELI jeść fekalia Hitlera, które są BARDZO Drogie. Zamki Nadreńskie, które są Kapitałem, są wg Hitlera Wczesnośredniowieczne, gdy wg mnie musiały istnieć w Hallsztacie, a teraz okazuje się, że niektóre istniały już 12 tysięcy lat temu – wobec czego FEKALIA HITLERA ZWYCIĘSTWEM NIE SĄ. To zdyskontował Trumpf UZNAJĄC tylko 11 bilionów $ Długu Amerykańskiego.
    Żydowski Kapitał Seksualny – który ZABRAŁ babom złoto – został zbudowany na Umiejscowieniu Świątyni Salomona na Wzgórzu Świątynnym, gdzie było Pretorium Rzymskie z przebudowy PAŁACU Salomona – bo Rzymianki WOLAŁY Żydowski Seks od Złota. Żydzi zaś – dzięki Kapitałowi Kryminalnemu – mają pieniądze na Najładniejsze Gojki, które rodziły Masonów do Powielania spermy jerozolimskiej, która Stroiła się i Stroi Krwią Aryjską.

  7. Boydar said

    Panie Kowalski, Pan, z całym szacunkiem, nie rozumie tego pojęcia, przebaczania. Przebaczyć to znaczy nie żywić chorobliwej dla własnego organizmu i duszy nienawiści. Uczynić co się należy, ale bez zapiekłości. Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie, a bandytom co prawo przewiduje. Tu nie ma miejsca ani potrzeby na nienawiść.

  8. JerzyS said


    Wpływ tajnych organizacji na dzieje Zachodu od Renesansu po wiek XX
    rok wydania: 2010
    liczba stron: 448

    W swojej całkowicie autorskiej wizji historii Nicolas Hagger koncentruje się
    na przełomowych momentach dziejów cywilizacji północnoamerykańskiej i europejskiej: rewolucjach.
    Pokazuje, że za każdym z tych wydarzeń w rzeczywistości stały tajne organizacje najpierw heretyccy kabaliści i katarzy,
    potem masońscy różokrzyżowcy, syjoniści, templariusze i Zakon Syjonu tworząc w ten sposób
    podziemną sieć przygotowującą rewolucję światową, która jest ambicją wolnomularstwa od setek lat.
    Wbrew powszechnym przekonaniom dzisiejsza cywilizacja Zachodu nie jest produktem ciągłego procesu.
    Przez ponad pół milenium jedna rewolucja następowała po drugiej niczym potężne fale.
    Książka Nicholasa Haggera jest chronologiczną opowieścią o tych rewolucjach, począwszy od renesansowej,
    a na bolszewickiej kończąc,
    pokazującą w oparciu o bogatą faktografię i niemal sensacyjnym stylem
    jak utopijne wizje idealnego świata kończą się masakrami i gilotyną.
    Okazuje się, iż wszystkie bez wyjątku rewolucje, i te prawicowe, i te lewicowe,
    zaczynają się od ezoterycznych marzeń, a kończą horrorem.
    Czy dziejami Zachodu steruje jakaś niewidzialna siła Kto stał za reformacją i rozpadem zachodniego kościoła
    Jaki jest związek pomiędzy rewolucją Cromwella w Anglii a rewolucjami w Ameryce, Francji i Rosji
    Czy istnieje jakaś tajemna organizacja, która stoi za wszystkimi ważnymi przewrotami w historii świata

  9. Listwa said

    @ 5 Kowalski

    Dezinformacja jest to przekazywanie fałszywych lub półprawdziwych informacji, a nie uczucia i nastawienie do innych ludzi.
    Czy pan nienawiścią i brakiem przebaczenia broni się przed dezinformacją? To pan sie nie obroni.

  10. Bendin said

    … i ani słowa o tym, że Iwan Groźny byłby kompletnie nieszkodliwym czubem z zapadłej dziury gdyby nie góry złota (2-letni budżet wojskowy Rzeczpospolitej w pierwszej transzy!!!) dostarczone przez Londyn.

  11. RomanK said

    Full me once , shame for you
    Full me twice shame for me….
    Roznice wyborow we wlasciwym czasie przez elit ruskie a lechickie pomiedzy…
    a) Dzicz Turanska

    B) Cywilizacja Lacinska

    ogladamy dzis na wlasne oczy i odczuwamy na wlasnej d…skorze.

  12. RomanK said

    Desinformacja…to tylko..obrobka informacji!

  13. RomanK said

    Panie Jerzy S polecam najnowsza ksiazke ,,,

  14. JerzyS said

    This title is not currently available for purchase

  15. Waldek said

    Świetny tekst!

  16. Zerohero said

    Nie raz miałem przyjemność słyszeć od nadwiślańskich kołtunów, że Polacy to Słowianie czystej krwi, a Rosjanie to „mongoły”. Celują w tym szczególnie kołtuny o w 100% zażydzonych mózgach. Zatem przedstawiam typowy efekt mongoloizacji Rosji.

    ciekaw jestem natomiast jakie efekty do zmieszanie zachodnich Europejczyków z bliskowschodnimi i afrykańskimi genami. Przypuszczam, że powstaną paszczury których człowiek kijem by nie dotknął. Szalom!

  17. Listwa said

    @ 11 RomanK

    To zależy gdzie chce się dążyć. Można było też wybrac kierunek anglo-saski z domieszką prawniczego. Wtedy w ogóle bez większych problemów zdawałoby się .

  18. Wasyl said

    Śmieszy mnie niechęć narodowców do wszystkiego co germańskie, jak i wiara w istnienie jakiejś wspólnej “słowiańskiej duszy”, szczególnie kiedy czytam o okrucieństwach lub wręcz bestialstwie bolszewików lub słowiańskich ukraińskich rezunów w stosunku do Polaków na Wołyniu.

    Historycy zajmujacy sie tym tematem opisuja ponad dwiescie rodzajow wyrafinowanych tortur stosowanych przez Ukraincow na Polakach.
    http://www.lwow.com.pl/semper/wolyn.html

    Wokol umierajacych w meczarniach Polakow wiesniacy (wlaczajac w to ich dzieci) wiedli horowody przy spiewach i muzyce. Trudno ignorowac fakt, ze na wschodnich Slowianach olbrzymie pietno wywarlo
    przyslowiowe azjatyckie okrucienstwo. Kozacy na codzien mieli do czynienia z Azjatami, trudno wiec aby nie przejeli od nich okrutnych zwyczajow. Zreszta nawet polska szlachta z kresow „stosowala” pewne okrutne metody
    jak wbijanie na pal, co tak swietnie opisal Sienkiewicz.

    Niemcy zabijali z rozkazu w zdyscyplinowany sposob, ale nie dla zabawy czy perwersyjnej przyjemności. Mieli zreszta wyspecjalizowane sluzby, ktore zajmowaly sie eliminowaniem wrocgow Rzeszy. Wydaje się, że we wschodnich Słowianach jest więcej azjatyckiej niż słowiańskiej duszy. Prof Pogonowski napisał kiedyś ciekawy artykuł pt. “Co ukształtowało Rosję – Bizancjum czy służba u Mongołów.” Wniosek może być chyba tylko jeden. Na wschodnich Slowianach pietno wywarly wplywy mongolskie I hazarskie.

    http://www.fronda.pl/blogi/polpatriot/wschodni-slowianie-a-niemieccy-nazisci,7372.html

  19. Stan said

    „oglądamy dzis na własne oczy i odczuwamy na własnej d…skórze.”
    i słyszymy własnymi uszami, a tu nowy STAR Kabarecista wyrasta z ambicjami ho,hO,ho !!!!
    może na przyszłego prezydenta? albo premiera???

    „MANIPULACJA, PROWOKACJA, DEZINFORMACJA, czyli KUPCY, INTELEKTUALIŚCI I PREZENTERZY”
    Proszę posłuchać – naprawdę warto.
    Nowe Wiadomości. Kabaret ciąg dalszy.

    Marek znowu błyszczy. Tą wpadką przebił słynną „carycę Katarzynę”
    Wersja skrócona. Sejm — transmisje archiwalne:

    .http://wp.tv/i,marek-suski-znowu-blyszczy-ta-wpadka-przebil-slynna-caryce-katarzyne,mid,2001311,cid,4051,klip.html?ticaid=61902c

    Wersja oryginalna wydłużona z archiwów Sejmu:

    .http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/transmisje_arch.xsp#B77324FF2A2AA4C6C1258101003AFA00

    Proszę niezwlekań, przedstawienie może być wkrótce zamknięte.

  20. Marucha said

    Re 18:
    Po pierwsze, Panie Wasyl, Germania była, jest i będzie wrogiem Polski, na co dowodów mamy aż nadto i nie będę powtarzał tego, o czym wielokrotnie pisaliśmy, bo trzeba być albo durniem, albo progermańskim kundlem, żeby tego nie widzieć.

    Po drugie, „Ukraińcy” czyli banderowcy, to naród o genach chazarskich albo chazarszczyzną przesiąknięty. Zaliczanie ich do wspólnoty słowiańskiej to nadużycie i ignorancja. Co innego plemiona rusińskie, spokrewnione z nami. Jakie Pan zna plemiona rusińskie bez zaglądania do wikipedii?

    Po trzecie – bolszewicy to nie Rosjanie, lecz głównie żydzi. Ci sami, którzy wymordowali miliony Rosjan. Czy Pan tego nie wie? Czy przychodzi Pan prowokować?

    Po czwarte, narodowcy NIGDY nie wspierali w żaden sposób „Ukrainy”. Wie Pan, co Dmowski napisał o ewentualności utworzenia państwa ukraińskiego? Nie wie Pan? To niech Pan się dowie, zamiast bredzić.

  21. Wasyl said

    Nie badzmy smieszni. Ukraincy to Chazarzy? Przeciez na Ukraine uciekali tez polscy chlopi przed panszczyznianym uciskiem. Solzenicyn pisal o narzuceniu polskiego panszczyznianego porzadku na terenach zamiszkanych przez Rusinow (pozniej Ukraincow). Ten ucisk doprowadzil do powstan Chmielnickiego kiedy to w okrutny sposon wymordowano okolo pol miliona polskiej szlachty i poskich zydow. Okazuje sie, ze pamiec o „polskich panach”
    przetrwala kilka wiekow, bo w czasie rzezi wolynskiej Ukraincy mordujac polskich chlopow nazywali „polskimi panami”‚

    Ukraińcy-banderowcy to nie Rusini.
    Admin

  22. NICK said

    bo w czasie rzezi wolynskiej Ukraincy mordujac polskich chlopow nazywali „polskimi panami”‚
    Te, ‚wasyl’.
    Ponieważ czas to jest imaginacja. To się usuń. Tzw. Wasyl. (21).
    A, jeżeli, Gajowy dopuści? To pisz. Jełopie. Po Polsku.

  23. Hans said

    A propos Rosjan i Niemcow. Rosja w duzym stopniu zawdzieczala swoja potege przyjeciu pruskich (niemieckich) wzorcow w wojsku, administracji, na dworze carskim itd. Dzialo sie to w czasie kiedy polska szlachta nie chciala wybrac pruskiego elektora na krola Polski. Pamietamy jak wygladalo polskie wojsko oparte o pospolite ruszenie. Szlacheckie „swawolne kupy” pierzchaly przd zdyscyplinowanym rosyjskim lub pruskim wojskiem.
    Z drugiej strony, kozacy zostali wlaczeni do carskiej armii, stajac sie jej trzonem. Polska szlachta odrzucila kozackie propozycje, bojac sie konkurencji.

    A propos niemieckich wplywow w Polsce. Granica polsko-niemiecka byla przez wiele wiekow granica pokojowa. Polskie miasta powstawaly na niemieckim prawie. rzemioslo i handel przejelo wiele niemieckich wzorow.
    Nawet nazwy wielu narzedzi rzemieslniczych maja niemieckie korzenie. Pierwsze drukowane czassopismo wydawano w polskim Gdansku po niemiecku.

  24. Wasyl said

    Dla pelni obrazu rosyjskiego okrucienstwa warto przypomniec zachowanie krasnoarmiejcow na wyzwolonych terenach pod koniec II wojny swoatowej.. Dochodzilo tam do masowych gwaltow na polskich i niemieckich kobietach.
    Czego nie mozna powiedziec o zdyscyplinowanych zolnierzach Wehrmachtu.

    Prosze sobie poczytac dla uzupelnienia wiedzyl

    https://www.wprost.pl/tygodnik/533211/Zbiorowy-gwalt-na-Polkach.html

    ——
    Pierdu, pierdu…
    Akurat żydowskie „Wprost” będzie dla mnie autorytetem. Kurwa mać.
    Admin

  25. JerzyS said

    JAWNA I TAJNA POLITYKA
    (Przegląd Wszechpolski, sierpień 1902)

    Skargi na tajne organizacje narodowe i wogóle na tajną pracę polityczną brzmią nie od dzisiaj. Stańczycy, jako odkrycie historjozoficzne, obnoszą zdanie jednego ze swoich mistrzów, powiedziane przed laty, że „Polskę przed rozbiorami gubiło liberum veto, po rozbiorach liberum conspiro”. Od czasu, gdy Liga Narodowa ujaw¬niła aktem publicznym istnienie i charakter swojej orga¬nizacji, w obozie zachowawczym i wiernopoddańczym rozległy się głośniej zarzuty dwojakiego rodzaju: z jednej strony podnosi się tajność organizacji, a więc nieodpowie¬dzialność wobec społeczeństwa, z drugiej zaś zarzuca się zbyt otwarte wystawianie celów stronnictwa, które tym sposobem alarmuje wrogów i dostarcza argumentów ministrom pruskim. Nie o przekonanie złej woli chodzi nam w roztrząsaniu tych kwestyj, bo to rzecz daremna i niewykonalna, lecz o wyjaśnienie kwestji tym, co mimowoli ulegają pozornie słusznym argumentom, a przede wszystkiem o zdanie sobie samym sprawy z istoty zagadnienia.
    Kwestją jawności i tajności w życiu społecznem nie możemy się tutaj zajmować; zbyt jest ona szeroka i zawiła, jeżeli traktować ją ze stanowiska psychologji zbiorowej, staje się zaś zadaniem scholastycznem ograni¬czona jedynie do strony formalnej. Jeżeli chodzi o rolę i udział tajnych stowarzyszeń w akcji politycznej, w sprawie dźwignięcia narodów, które dobijają się bytu niezależnego, to w naszym wieku odegrały one na prze¬strzeni całej Europy za wielką rolę, aby na załatwienie się z niemi wystarczył stary frazes Szujskiego. Tugend-bund, karbonarzy włoscy, Heterja grecka, Liga irlandzka i wiele innych stały się pierwszorzędnemi czynnikami historji, bez względu na to, czy działalność ich w szcze¬gółach lub w całości była dodatnia czy ujemna. W sprawie głębokiego przeobrażenia opinij, panujących w spo¬łeczeństwie, stowarzyszenia tajne do dziś dnia odgry¬wają rolę pierwszorzędną, i to właśnie w krajach wolnych i demokratycznych, gdzie są one tajnemi, po¬zostając jednocześnie „legalnemi”.
    „Nie uwzględniając działań i wpływu tajnych związ¬ków, można być może, zrozumieć historję dynastyj i rządów, ale nie historję ludów, z towarzyszącemi jej wielkiemi przeobrażeniami dziejowemi, które urzędowa historja kładzie zwyczajnie na karb jakiegoś nieokreślo¬nego fermentu[1]”.
    Co się nas tyczy, działalność tajna w zaborach ro¬syjskim, a w części i w pruskim jest jedyną drogą, na której możemy pracować bezpośrednio dla interesu na¬rodowego, i najwięksi przeciwnicy „tajności” zmuszeni są w praktyce ciągle się do niej uciekać, nawet w orga¬nizowaniu akcji wiernopoddańczej, o ile ma ona posia¬dać jakiś charakter wystąpień ludności polskiej, nie zaś żandarmerji i policji.
    Tajność akcji politycznej obejmuje dwa pytania, bynajmniej nie identyczne i, jak zobaczymy następnie, częstokroć znajdujące się w sprzeczności: 1) kto pro¬wadzić chce społeczeństwo; 2) dokąd chce prowadzić.
    Bezwzględnie nie można potępić związków nawet takich, które pod obydwoma względami pozostają tajnemi; mogą one przecież dążyć do celów pożytecznych dla społeczeństwa, jakkolwiek jest zupełnie zrozumiałą rzeczą ze strony ostatniego pewne zaniepokojenie i nie¬ufność względem organizacji, która ani osób ani celów odsłonić nie chce; aż nadto pozostaje powodów do po¬dejrzeń, że dąży ona do celów samolubnych i wrogich społeczeństwu, do opanowania go i wyzyskiwania. O ta¬kich stowarzyszeniach nie mamy jednak potrzeby mówić. Przypatrując się rozwojowi nowoczesnych społe¬czeństw, dostrzegamy, że legalnie uznana władza pań¬stwowa coraz więcej z władzy narodu staje się jego pełnomocnikiem i wykonawcą tych dążeń, które w opinji narodu znalazły sankcję. Jest to tendencja ogólna, jak ogólnym jest fakt powszechny demokratyzacji, chociaż zależnie od warunków znajduje się ona w rozmaitych państwach na niejednakowym stopniu rozwoju. Wszę¬dzie, nawet w Anglji i w Stanach Zjednoczonych, rząd obdarzony jest pewnym zasobem kredytu moralnego, który pozwala mu utrzymywać pewne rzeczy w tajemni¬cy przed narodem — dzieje się to zwłaszcza w polityce zagranicznej, gdzie tajemnica do czasu jest rzeczą ko¬nieczną — ale o ogólnym charakterze polityki swojej obowiązany jest on informować opinję i od niej odbie¬rać ratyfikację swoich aktów. Jakkolwiek np. tekst aljansu francusko-rosyjskiego nie został zatwierdzony przez izby, nie ulega wątpliwości, że został on zawarty za zgodą narodu francuskiego, który i przez usta izb i innemi sposobami zatwierdził ten akt swojej dyplomacji. Coraz mniej może rząd postanawiać jedynie na mocy swojej władzy i autorytetu, coraz więcej musi apelować do opinji i, przygotowując zwrot w polityce, nawet w po¬lityce zagranicznej, musi pracować nad odpowiedniem przerobieniem opinji, o ile zresztą właśnie zmiana tejże nie podyktowała jemu samemu tego zwrotu.
    Dawniej człowiek ambitny musiał przedewszystkiem wspiąć się na wyższy stopień hierarchji urzędniczej lub innej, pozyskać łaskę monarchy, aby zdobyć wpływ i znaczenie, dzisiaj zaś w społeczeństwach najdojrzalszych musi on wystąpić jako przedstawiciel jakiejś ży¬wotnej, mniej więcej nowej myśli; jako taki osiąga on tekę ministerjalną i rozszerzone środki przeprowadzania swych idej. Chamberlain zajął np. bez porównania wyższe stanowisko, niż daje jego urząd ministra kolonij, na mocy tego, że naród uznał w nim jednego z najwy¬bitniejszych i najzdolniejszych pionierów idei imperjalistycznej, związanej z całą przyszłością Anglji. Stosow-nie do warunków historycznych, spotykając na swej drodze to lub inne zagadnienie, społeczeństwo powołuje ludzi, oddanych myśli odpowiedniej, ale w dzisiejszej fazie rozwoju żaden szerszy prąd nie może powstać jedynie na mocy władzy lub autorytetu jednostki. Za¬równo imperjalizm amerykański i angielski, jak prąd wszechniemiecki, o wiele przerastają te rozmiary, jakie by mogła im nadać najwyżej położona i najgenjalniejsza jednostka. Jeżeli więc znakomici mężowie stanu są ra¬czej przedstawicielami nowych prądów i w służbie ich pracownikami, to któż właściwie wytwarza te istotne sprężyny dziejów, kto właściwie prowadzi społeczeń¬stwo? Może być mowa o warstwach, w których biorą początki szerokie prądy społeczne i polityczne, ale w żadnym razie nie o jednostkach: wszelka idea wtedy staje się prawdziwą dźwignią rozwoju, gdy jest bez¬imienną, nie związaną z tem czy owem nazwiskiem, gdy tem samem staje się dziedzictwem mas. Organem, któ¬ry rozprowadza po ciele społecznem nowe idee, jest prasa: otóż większość słynnych organów europejskich stanowią jednostki publicystyczne, w których indywidu¬alność piszących zaciera się niemal zupełnie. Jeżeli czytelnik pyta, kto wskazuje drogę, to nawet nie myśli o sobie, lecz o stronnictwie, przedewszystkiem zaś pyta: dokąd dąży. W tem przejściu od „kto” do „dokąd” streszcza się poniekąd cała ewolucja rządu państw no¬wożytnych; wprawdzie rządy składają się z ludzi zna¬nych i kontrolowanych, ale są oni tylko wykonawcami, a rzeczywiści reżyserowie stoją za kulisami historji, roz¬proszeni w bezimiennej masie narodu. Cesarz Wilhelm przez usta brata swojego przyrównywał dziennikarzy amerykańskich do generałów niemieckich i w tem nienajgorzej scharakteryzował różnicę między dwoma ustro¬jami politycznemi. Generał lub dygnitarz działa na mocy autorytetu, przywiązanego do urzędu, dziennikarz na mocy tego, że ludzie idą za nim. Nikt mu nie dał upo¬ważnienia; jest on częstokroć prawie zawsze bezimien¬nym, jest więc niejako uzurpatorem władzy. Kiedy jednak autorytet zwolniony jest od obowiązku wylegi¬tymowania się, dokąd dążyć zamierza, ten drugi władca demokratyczny, upostaciowany w dziennikarza, tylko na mocy tego wpływ wywierać może.
    Stronnictwu demokratyczno-narodowemu niejedno¬krotnie ze strony partji wiernopoddańczej w Królestwie oraz obozu konserwatywnego w Galicji i w Poznańskiem zarzucano bezimienność jego przywódców i tajność organizacji. Widzieliśmy z powyższego jak dalece zarzut ten jest anachronicznym wobec nowoczesnej ewolucji społeczeństw wszystkich i naturalnie naszego. Racją bytu stronnictwa jest idea, jaką ono wnosi i przeprowadza, a miarą znaczenia to uznanie, które otrzymuje z postępem rozwoju swojej działalności i tych nadziei, jakie z roz¬wojem tym łączy opinja. Tajność odnosi się tylko do organizacji, do osób i do szczegółów technicznych wyko¬nania, nie zaś do celów i do polityki partji; ta, pragnąc zwrócić dążenia mas w kierunku, który za słuszny uznaje, tem samem wznosi się wysoko nad poziom quasi-dyplomatycznych intryg w drobnych kółkach, które w oczach przeciwników właśnie uchodzą za prawdziwą politykę.
    Zarówno stronnictwo rządzące w Galicji, jak i złą¬czone z niem wielu węzłami stronnictwo wiernopoddańcze w Królestwie, żądając dla siebie posłuchu w społe¬czeństwie, nie uważa za konieczne informowania ogółu, dokąd jego polityka zmierza i jakie widoki wskazuje. Osobliwie w Królestwie, gdzie kultura polityczna spo¬łeczeństwa stoi niezmiernie nisko, różnym „poważnym mężom” i kołom zdaje się, że skoro ich dostojne ręce wzięły ster spraw publicznych, to tem samem szeroki ogół cierpliwie i biernie czekać powinien do nieokreślo¬nego czasu rezultatów ich zabiegów. Akcja wiernopoddańcza, zwana niewłaściwie ugodową, miała właśnie ten charakter: mając wszystkie rysy koteryjności, nie uwa¬żała za właściwe informować ogółu o istotnych swych celach i dążeniach, lecz pociągała go chwilowo tak de¬moralizującym politycznie środkiem, jakim było rozpuszczanie najniemożliwszych tendencyjnych bajek. „Cóż panowie przywozicie z Petersburga?” zapytuje w po¬wieści Weyssenhoffa Dołęga. „Przywozimy… wiatr nowy”, odpowiada dyplomata z klubu myśliwskiego, hr. Szafraniec. Właściwie kierownicy tej akcji, nie dając odpo¬wiedzi na najważniejsze pytanie: „dokąd?”, niezupełnie jasno mogą się wylegitymować z pytania „kto?”, bo poza widomymi figurantami, żądnymi rozgłosu i pozorów znaczenia, stoją właściwi działacze, którzy inspirują tam¬tych. Pozostaje więc tylko, jako gwarancja, pewność, że należą do tego „ludzie poważni”.
    W artykule „Nielegalność”[2] zwrócono uwagę, że propaganda lojalności wobec rządu rosyjskiego ma na celu między innemi rzeczami zabezpieczenie przywile¬jów, jakie mieć chce wobec społeczeństwa nieliczna garstka, mająca wstęp na salony generał-gubernatora i innych dygnitarzy rosyjskich. Orędownikami życzeń narodu byliby ci, co mają znajomości z wysokiemi figurami rządowemi. Stosunki te przybierają postać wprost karykaturalną, jak to widzimy na przykładzie pomnika Szopena, wyjednanego przez śpiewaczkę opery peters¬burskiej. W tych warunkach protest przeciw robocie nieodpowiedzialnych tajnych stowarzyszeń jest tyleż obroną adwokacką nieodpowiedzialnej władzy wysokich figur, co anachroniczną pretensją przeciw wymogom społeczeństwa nowożytnego.
    To też, wbrew rozpowszechnionemu szeroko zda¬niu, w Galicji stronnictwo rządzące, chociaż dalekie jest od pojmowania właściwej swojej roli, nie odważa się zajmować wobec kraju tego stanowiska, co odpowiednie żywioły w Królestwie, ośmielone opieką władzy rządo¬wej, cenzurą i innemi środkami ochronnemi. Pojmują zachowawcy, że bądź co bądź są odpowiedzialni przed krajem za swoją politykę, ale odpowiedzialność tę trak¬tują w sposób, nie napotykany w Europie. Nasza „am¬basada w Wiedniu” — bo tak nazywa się Koło polskie, gdy chodzi o dogmat solidarności — pozostawia stale swoich mocodawców w niepewności zarówno co do szczegółów, jak i co do ogólnego kierunku polityki. Nawet w sferach konserwatywnych powtarza się często, że Koło wszystkie ważniejsze posiedzenia urządza poufnie i bardzo skąpo informuje opinję kraju o tem, co w istocie zamierza zrobić. Parlamenta¬ryzm zaś w zasadzie polega na udziale w prawodawstwie i rządach ogółu ludności, wobec której posłowie są tylko reprezentantami, a siła ich, znaczenie i powaga zależy od stopnia spójni, łączącej ich z rzeszami wy¬borców. W przeciwnym razie posłowie stają się szcze¬gólnego rodzaju urzędnikami, a udział narodu w prawodawstwie fikcją, która nie wyłącza zupełnej apatji i bezmyślności tak, jak pod absolutyzmem.
    Stosunek naszych stronnictw zachowawczych do zagadnień politycznych nigdy może nie ujawnił tak do¬bitnie charakteru polityki „poważnych osób”, jak w pro¬wadzonej energicznie do niedawna i dzisiaj jeszcze nie zaniechanej agitacji moskalofilskiej. Od samego początku nosiła ona charakter akcji zorganizowanej; wiemy dzi¬siaj, że kierowały nią sfery wpływowe, acz nieliczne, w Królestwie, w połączeniu ze znanymi politykami z Ga¬licji i Poznańskiego. Przypuśćmy, że w kołach tych uznano za potrzebne w interesie polityki narodowej wywołać zmianę opinji względem Rosji. W takim razie należało przede wszystkiem wyjaśnić ów cel polityczny i w imię jego można było słusznie zażądać ofiary z te¬go, co sprawia, że myśl sama pojednania się z odwiecz¬nym wrogiem budzi nieprzezwyciężoną odrazę. Niczego podobnego nie zrobiono: w dziennikach, służących tej robocie, nie wystąpiono nawet otwarcie, lecz sączono stale i konsekwentnie kroplami truciznę moskalofilską, wywołując bierne nastroje w czytelnikach, głównie za pomocą bajek z za kordonu. Już niezależnie nawet od celu właściwego, agitacja ta, przez swój antydemo¬kratyczny charakter, była niezmiernie szkodliwa, nie dążyła bowiem do wytworzenia zdrowszych, realnych zapatrywań wśród ogółu, lecz przeciwnie, działała na jego ciemnotę polityczną, wrażliwość nerwową na pożą¬dane nowiny, przeciwników zaś obrzucała niewyszukanemi potwarzami, jakoby byli na żołdzie pruskim. Wie¬my, kto brał w tem udział, ale nie wiemy, dokąd właś¬ciwie dążyli ci, co ciągnęli ogół na pasku rosyjskim.
    Z tego samego obozu, który uważa za możliwe i pożądane prowadzić naród na oślep, jedynie na wiarę w powagę i kompetencję przewodników, padają oddawna oskarżenia względem Przeglądu Wszechpolskiego i orga¬nizacji demokratyczno-narodowej, iż w celach swych i dążeniach jest tak otwartą, że nie ukrywa niebezpie¬czeństwa, jakie płynie dla Prus ze wzmagania się ruchu narodowego w ich zaborze i t. d. Jak gdyby sprawy tej wagi dały się w ogóle ukryć. Nieuchronnym zresztą skutkiem demokratyzacji polityki, t. j. udziału w niej mas jest jawność w omawianiu kwestyj, mających dla narodu żywotne znaczenie, nawet w tej dziedzinie, w której tajemnica byłaby najbardziej pożądaną, a mia¬nowicie w polityce zagranicznej, w dążeniach zabor-czych. Czyż ruch wszechniemiecki nie jest alarmującą groźbą względem Austrji, Szwajcarji, a nawet innych państw? Czyż nie wzbudza on tam obaw i nie każe z podejrzliwością patrzeć i na sojusze i na przyjaźnie niemieckie? Jeżeli tak, to dlaczego rząd niemiecki nie zatyka ust krzykliwym agentom pangermanizmu, którzy szerzą trwogę naokoło przed przyjaźnią niemiecką i sie¬ją nieufność? Oto dlatego, że rozszerzanie ducha wszechniemieckiego jest konieczne dla samego narodu niemieckiego, o ile ten dąży w swej najbardziej świadomej części do celów właściwych. Zadanie to przekracza kompetencję i siłę rządu, o ile naród nie poprze go ca¬łą mocą, a na to, aby poparł, musi sam być głęboko przejęty tą ideą i zapragnąć jej urzeczywistnienia. Wzra¬stająca siła tych aspiracyj budzi zaniepokojenie tu i ów¬dzie, ale któryż polityk zechce zrzec się tego, co przy¬sparza siły narodowi, dlatego tylko, aby uśpić podej¬rzliwość wrogów i wątpiących przyjaciół? To też rząd niemiecki, o ile tylko pozwala na to przyzwoitość dy¬plomatyczna, daje do zrozumienia wszechniemcom, że idzie z nimi, chociaż zmuszony jest od czasu do czasu wypierać się zbyt już kompromitujących wynurzeń, ja¬kich mówcy tego stronnictwa nie szczędzą w stosunku do Austrji.
    Jeżeli istnieje na świecie rząd dostatecznie silny, aby nie potrzebował urabiać w sposób powyższy opinji w sprawach polityki zagranicznej, to jest nim chyba rząd rosyjski. Przypatrzmy się jego praktyce w chwili, gdy uwagę jego pochłaniają olbrzymie zadania azjatyckie. Książę Uchtomski, znany towarzysz podróży Mikołaja II, jeszcze jako następcy tronu, na Daleki Wschód, powier¬nik cara, nadzwyczajny poseł do Chin, wydaje książkę, w której zupełnie otwarcie i stanowczo stawia za cel polityki rosyjskiej opanowanie całej Azji, nie wyłączając nawet posiadłości holenderskich na Wyspach Sundzkich. Rząd rosyjski miał naturalnie zupełną możność niedopuszczenia tej publikacji, która politykę rosyjską kom¬promituje zarówno wobec potęg współzawodniczących, jak i wobec Francji, i wreszcie wobec samych Azjatów. Ale, chociaż jedno słowo z zarządu prasy wystarczało, aby dzieło to nie ukazało się wcale, rząd nietylko nie przeszkadzał, owszem, pośrednio popierał autora i jego myśli. Nasi politycy osądzić by to powinni jako wybryk żakowski. Lecz rząd rosyjski nie jest nowicjuszem w po¬lityce zagranicznej. Stając przed rozległemi zadaniami, rozumie on, że musi użyć całej siły materjalnej i ducho¬wej narodu; tę drugą chce on rozbudzić i wytężyć w imię wielkich celów, a więc te cele musi odsłonić. Na to, aby myśl wielka potrafiła wyżłobić w świadomości ogól¬nej łożysko dość głębokie, musi ona znaleźć wytrwałych rzeczników, więcej jeszcze — musi tak przesycić atmo¬sferę ogólną, aby w niej i dla niej wychować się mogło nowe pokolenie. Jakże żakowską rzeczą byłoby chcieć zrobić z tego tajemnicę!
    Czy z ubolewaniem, czy z zapałem, trzeba się na to zgodzić, że wielkich rzeczy w naszych czasach doko¬nać mogą tylko masy. Można je wszędzie wprawdzie na krótką metę pociągnąć chwilowem popularnem ha¬słem, głośnem nazwiskiem, wreszcie zręcznie rozpowszechnionem kłamstwem, ale trwałą budowę wznieść można tylko na tem, co głęboko wryło się w uczucie i umysły szerokich warstw. Tę prawdę zrozumiało stron¬nictwo demokratyczno-narodowe, które zarówno co do ducha jak i co do środków swojej akcji wprowadza me¬todę działania demokratyczną. To też w zarzutach, które na siebie ściąga, znać niezadowolenie tych sfer, które uważały dotychczas politykę narodową za sprawę ciasnych koteryj, wysokich osób i względów osobistych.

    —————————
    [1] Z. Halicki — Niepodległość wewnętrzna.
    [2] Patrz rozdział: „Nielegalność” – w: Przegląd Wszechpolski, kwiecień 1902.

  26. Czolgista said

    @24
    „Czego nie mozna powiedziec o zdyscyplinowanych zolnierzach Wehrmachtu.”

    Celowo brali Polki z łapanki z ulicy do wojskowych burdelów. Tacy kulturalni byli.

    „Od początku okupacji zadbali o potrzeby seksualne swoich żołnierzy. Już 9 września 1939 r. z rozkazu Reinharda Heydricha zaczęto organizować w Warszawie i innych dużych miastach Polski domy publiczne dla Niemców. Było to o tyle pragmatyczne, że Niemcy za wszelką cenę chcieli uniknąć zarażenia swoich żołnierzy chorobą weneryczną.”
    Zaremba nie powie, że oczywiście Niemcy nie brali Niemek do burdelów, ale za to inni cytat jest ciekawy:

    „Mniej więcej do końca 1944 r. Armia Czerwona była jednak w miarę karna. Gwałty, owszem, się zdarzały, ale – jakkolwiek makabrycznie to zabrzmi – nie było ich jakoś zaskakująco dużo. Prawda jest taka, że w czasie walk wszystkie armie gwałcą. W kwietniu i maju 1945 r. żandarmeria amerykańska odnotowała około 500 takich napaści dokonanych na Niemki przez swoich żołnierzy. Także polscy żołnierze dopuszczali się przemocy seksualnej w stosunku do Niemek, zachowały się na ten temat świadectwa dotyczące głównie II Armii Wojska Polskiego.”

    Sam prof. Zaremba najpierw przyznaje, że Armia Czerwona była w miarę karną. Za „akty zemsty” na Niemcach była u Ruskich czapa. Także za gwałty na Niemkach. A za chwilę:

    „Żołnierze radzieccy czuli się natomiast bezkarni.”

    Armia Czerwona była karna. Żołnierze radzieccy byli bezkarni. Profesor musi się zdecydować. 🙂

    „Dla pelni obrazu rosyjskiego okrucienstwa warto przypomniec zachowanie krasnoarmiejcow na wyzwolonych terenach pod koniec II wojny swoatowej.”

    Skala przestępstw była taka sama jak w innych armiach aliantów. Był to margines, ale został rozdmuchany przez propagandę Goebbelsa. Był nawet w Gajówce artykuł na ten temat. Statystki podawane obecnie są brane z sufitu.
    Mam wrażenie żeś Wasyl nawet nie przeczytał ze zrozumieniem źródła, które podajesz, bo nie dowodzą w ogóle postawionej przez Ciebie tezy.

  27. krzysztofm said

    Ad. 18

    Narodowcy mają do Germanów tylko jedno – to odmienna cywilizacja (bizantyjska). I ta odmienna cywilizacja zagraża Słowianom. Turańszczyzna nie ma nic atrakcyjnego do zaproponowania dla Lacjum (dla Polaków). Ale już Bizancjum, owszem, ma. Ja to nazywam za Frommem „ucieczką od wolności”. Jednym z takich przejawów takiej ucieczki są Jugendamty.
    Germanie żyją dla państwa. A nie państwo istnieje dla Germanów. Warto o tym pamiętać.

  28. krzysztofm said

    Ad. 21

    Ukraina cała składa się z potomków ludzi, którzy mieli jedną cechę wspólną – niechęć do jakiejkolwiek dyscypliny, niechęć do zwierzchnictwa… I tak im zostało.

  29. Boydar said

    Pomijając wszystkie inne aspekty, tak pomiędzy Renem a Odrą to też Słowianie, tylko wybitnie chujowi (przymiotnik, od jaki ? – chujowy). I bardzo starannie wymieszani z żydowską spermą. Kiedy za damski ch. Ain rezał Kabla, braterstwo krwi zupełnie mu nie przeszkadzało.

  30. NICK said

    Kain.
    Raczej.

  31. Filomena said

    Jesli chodzi o okrucienstwo, to na nie nie ma nikt monopolu. Istnialo ono w wiekszosci dawnych cywilizacji. Nawet tak wysoko cywilizowane narody jak Rzymianie znani byli z niesamowitego okrucienstwa. Wystarczy przeczytac sobie losy roznych chrzescijanskich meczennikow. Mimo to uwazamy Rzymian za wspaniala cywilizacje. W koncu takie to byl czasu. Inni tez byli nie lepsi. I to prawda.. Nie znaczy to, ze wszystkie spoleczenstwa byly pod tym wzgledem takie same. Bywaly mniej okrutne i bardziej okrutne spoleczenstwa. Zalezalo to czasami od tradycji a czasami od epoki, od ogolnej sytuacji.

    Jesli chodzi o Europe zachodnia to mozna sobie powiedziec, ze okres sredniowiecza byl duzo mniej okrutny niz pozniejsze okresy czyli renesans i okres nowozytny. Jest na ten temat mnostwo materialow. Jest tez ciekawa niemiecka ksiazka pt. „Teatr horroru” gdzie opisana jest historia tortur i brutalnych egzekucji i ta ksiazka pokazuje, ze okrucienstwo nasililo sie wraz z koncem sredniowiecza i nadejsciem okresu nowozytnego. Czesi i Slowacy w ogole uwazaja wiek siedemnasty za najbardziej okrutny i destruktywny w swojej historii.

    Swiat germanski byl duzo okrutniejszy pod wieloma wzgledami od swiata slowianskiego. Na niemieckich czy germanskich terytoriach spalono najwiecej tzw. wiedzm. Na terenach Polski palono czarownice tylko tam gdzie byly silne wplywy niemieckie. Tam gdzie wplywy niemieckie byly slabe wiedzm nie palono. Nie palono wiedzm na wschodzie Polski czy na ziemiach ruskich wlacznie z moskiewskimi i w ogole terytoriach prawoslawnych. Rowniez nie palono wiedzm w krajach typowo romanskich: Wlochy, Portugalia itp.

    Kozacy potrafili byc okrutni wzgledem polskiej szlachty a polska szlachta wzgledem Kozakow, ale przeczytajmy sobie z jakim okrucienstwen rozprawila sie szlachta wegierska ze swoim zbuntowanym chlopstwem w XVI wieku.

    W Panstwie Moskiewskim nie bylo szubienicy w kazdym jednym miasteczku a w ogole egzekucje mozna bylo przeprowadzic tylko w stolicy i tylko za zgoda cara. W ogole w historii Rosji za okrutnych carow uznac mozna Iwana Groznego i…Piotra Wielkiego. W przypadku Piotra wielkiego nalezy dodac, ze inspirowal go porzadek niemiecki wlacznie z jego ekstremalnymi karami. To mu zarzucali jego przeciwnicy. Jego corka zas Elzbieta w ogole zniosla kare smierci za swego panowania.

    A jak zachowala sie armia Napoleona, ktorej to glowna rola bylo rozprzestrzeniac plody Oswiecenia i „postepu” po calej Europie? Wojacy Napoleona znani byli z tego, ze rabowali i bezczescili wszystkie koscioly i gwalcili wszystkie zakonnice jakie im wpadly w rece. A karac potrafili tez okrutnie mimo, ze walczyli przeciw starym instytucjom. Wystarczy sobie poczytac o ich wyczynach w Hiszpanii czy we Wloszech. Horror. Zupelnie inaczej zachowaly sie carskie wojska, ktore walczac z tymi bezboznikami dotarly az do Francji.

    Co do krasnoarmiejcow to powstalo o nich wiele mitow, ktore nie zawsze zgodne sa z rzeczywistoscia. Trzeba tez wziac pod uwage, ze nie byla to typowo profesjonalna armia – byla to zbieranina roznych ludzi, czesto na sile wciagnietych do armii. Co jeszcze – nie nalezy tez zapominac, ze rosyjskie spoleczenstwo wczesniej uleglo strasznej brutalizacji. Krwawa rewolucja, wojna domowa, represje. Jak wiemy w takich warunkach czlowiek czesto traci wrazliwosc i empatie. Mimo to krasnoarmiejcy w wiekszosci przypadkach zachowywali sie poprawnie i po ludzku. Byly czasami brzydkie incydenty, ale byly one rowniez ostro karane.

    Armia niemiecka znana byla z qurestwa. Niemcy lubieli sie balowac w podbitych nimi krajach. Podobnie zreszta ja Amerykanie.

    A jak bylo w najnowszej historii? Najlepszym przykladem moze byc wojna w Afganistanie. Jaka jest opinia o Sowietach (Rosjanach) a jaka o Amerykanach? Juz nie kto inny, ale byli wrogowie Rosjan mudzahadini wspominaja Rosjan z wielkim respektem. Chwala ich walecznosc i dobre maniery, ktorych to tak bardzo brakuje Amerykanom.

Umieść kropkę albo > bezpośrednio przed linkiem do obrazka lub filmu, aby go na razie nie wyświetlać. Rób akapity w dlugich tekstach. Zobacz też https://marucha.wordpress.com/cenzura/ odnośnie cenzury, pisania komentarzy etc.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s