Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Obiady w PRL

Posted by Marucha w dniu 2017-05-13 (sobota)

Nie będę kłamać, że codziennie mieliśmy na obiad dwa dania i deser, a każdy posiłek był celebracją przy pięknie przystrojonym stole, kwiatach i świecach.

Rodzice pracowali (sześć dni w tygodniu – dopiero w połowie lat siedemdziesiątych wprowadzono JEDNĄ wolną sobotę w miesiącu), więc obie z siostrą byłyśmy klucznicami, które w dodatku szybko musiały opanować haut cuisine 🙂

No więc – najczęściej w tygodniu podstawą wyżywienia były zupy. Najczęściej takie treściwe: kapuśniak, fasolowa, grochowa, krupnik … taki eintop, z wkładką jarzynową, węglowodanową i mięsną. Zupa i drugie danie w jednym. Krupnik zazwyczaj na podrobach, fasolowa i grochowa najczęściej na wędzonych żeberkach lub kiełbasie (w okolicach poświątecznych też i na resztkach wędlin), a kapuśniak najczęściej z jakąś golonką, też żeberkami, kiełbasą … albo resztkami pieczeni czy z rosołu. Bo nic się nie marnowało: aprowizacja była trudna i ktoś, kto by wyrzucał jedzenie, mógłby chyba trafić do psychiatryka!

(To zdumiewające, ale śmieci w czasach mojej młodości wyrzucało się raptem raz na kilka dni – i to wszystkie razem: odpady kuchenne, plastiki, papiery, butelki … po prostu odpadów było wówczas WIELOKRROTNIE mniej, niż obecnie, gdy wszystko jest pakowane na plastikowych tackach. Wówczas mleko kupowało się w butelkach zwrotnych!)

Sobota, kiedy to pracowało się „tylko” do trzynastej, służyła do cotygodniowego gruntowego sprzątania (znów ja i siostra służyłyśmy za służbę pańszczyźnianą, bo lekcje tego dnia kończyłyśmy znacznie wcześniej, niż rodzice pracę), ale też do wstępnych przygotowań do NIEDZIELI.

Właśnie w sobotę trzeba było oskubać i wypatroszyć kupioną kurę (kurę, piszę, nie żadnego tam kurczaka!), a jeszcze lepiej – koguta. Oczywiście, też niemłodego, bo nikt nie pozbywał się kur, dopóki znosiły jajka, i kogutów,, dopóki mogły obsługiwać swój harem (ptak po oskubaniu musiał leżeć w chłodzie co najmniej 12 godzin).

Nie tak dawno, u cioci na wsi, miałam okazję jeść rosół z koguta – takiego domowego, zagrodowego, co to jeszcze dwa dni wcześniej wskakiwał na płot i piał – i muszę przyznać, że jest to smak, którego dzisiejsi młodzi ludzie już nie znają. A szkoda, bo to poezja smaku i zapachu!

No, ale w sobotę robiło się też ciasto na niedzielę – a w gruncie rzeczy: dwa ciasta (dobrze, że rodzice mieli dwa prodiże!), bo jedno bywało zjadane podczas sobotniego seansu filmowego (ach, te westerny … dziś bym już nie strawiła takich filmów, ale wtedy…).

(Gwoli ścisłości: czasem rosół przygotowywano z wołowiny – zresztą mój tata uważał, że najlepszy jest rosół z co najmniej kilku rodzajów wołowiny (zawsze z kością, najlepiej: szpikową), koguta i … kawałka wieprzowiny (mój teść serdecznie nie podzielał tego poglądu, ale rosół moich rodziców zjadał niczym greccy bogowie ambrozję!).

Sobotnie popołudnia, dzięki rozpuście wcześniejszego końca pracy, dawały też możliwość przygotowywania potraw pracochłonnych, które się robiło w wielkich kotłach, a następnie mroziło lub wekowało (albo – przechowywało w lodówce i odgrzewało sukcesywnie), jako to: gołąbków, pyz czy (uwielbianych w naszej rodzinie) szarych klusek.

No a już w niedzielę przygotowane wcześniej mięso wrzucało się do gara, dorzucało hojnie włoszczyzny (prawie przez cały rok z własnego ogródka), gotowało rosół i można było się zastanowić, co podać do rosołu i dlaczego ziemniaki 🙂

A przez calusieńki rok absolutnie obowiązkowym garnirunkiem i do rosołu, i do każdej zupy, i do drugiego dania była natka pietruszki i koperku oraz szczypiorek – bo począwszy od końca lata aż do pełni wiosny skrzynki z takimi uprawami rodzice mieli na parapetach.

Mięso z rosołu albo się jadło do drugiego dania bez zbędnego ambarasu, po prostu – ugotowane w cudownie aromatycznym rosole, albo – czasem, dla odmiany, naprawdę rzadko, bo to rosołowe mięso było naprawdę najlepsze na świecie – obsmażało się je na patelni na rumiano. Dodatkiem bywała mizeria z ogórka lub sałaty – z wiejską śmietaną słodko-kwaśną – albo to, co wyrosło w ogródku lub udało się kupić (sezonowo – wyłącznie sezonowo … takie to były czasy!).

Zimą – buraczki zasmażane lub takaż kapusta, marchewka z groszkiem, grzyby „na słodko” ze słoika, kiszona kapusta, kiszone ogórki, kiszone lub marynowane grzyby, papryka marynowana, pikle ogórkowe, korniszony, fasolka szparagowa ze słoika .. Lubiana była zimą surówka z jabłek, ogórków kiszonych i cebuli albo, to już specjalnie dla dzieci, marchew i jabłko tarte na tarce o drobnych oczkach.

Latem, jak już mówiłam, sałata albo ogórek, młody kalafior w wody z masłem i bułką (niestety – wówczas to było połączenie nierozłączne). Albo rzodkiewka ze szczypiorkiem, albo patioson z wody. Albo młodziutkie warzywa, prosto z warzywnika, pieczone razem z niedzielnym kurczakiem – takim prawdziwym, kilkutygodniowym, który po półgodzinie pieczenia w piekarniku dosłownie rozpływał się w ustach ….

A przecież mamy jeszcze majowy rabarbar i majowe pierwsze truskawki, z których robiło się napój schładzany w lodówce (ale owoce też się wyjadało, a jakże – po przednówku wszyscy byli złaknieni każdego kawałeczka świeżych owoców i warzyw! No i desery na bazie owoców: galaretki, ciasta, bita śmietana …

I niech mi ktoś powie, że wszystko w PRL było złe!

8 maja 2017 r.
Animela
http://polityka-od-kuchni.salon24.pl

komentarzy 37 to “Obiady w PRL”

  1. Wełna said

    Panie gospodarzu – kto tak pięknie potrafi wspominać?

  2. Wełna said

    Zagadał mnie szwagier – Gospodarzu!

  3. Boydar said

    A co Szanowna cierpi do westernów, hę ?

  4. Greg said

    @Wełna.
    Każdy potrafi wspominać, kto żył w tamtych czasach.
    Wszystko było smaczne, zdrowe i pachnące.
    Pamiętam wygląd i smak chrupiących bułek ze sklepów GS-u, lat 70-tych.
    Fantazje Louis de Funes-a w filmie ,,Skrzydełko czy nóżka” wydawały się tylko komedią, lub niedorzecznością.
    Nikt wtedy nie przypuszczał, że to kiedyś stanie się rzeczywistością, tym bardziej w Polsce.
    I te, czerwone maki w zbożu.

  5. rysiek w swetrze said

    Wiem bo widziałem ,syf był totalny kaszanka salcesony i inne podroby tfu ,szczury w masarni to standard

    … i Pan to wszystko musiał jeść?
    Czy paczki z Ameryki Pan dostawał?
    Adminm

  6. Stan said

    Pani Animela pięknie to wszystko opisała, z sercem i wielkim uczuciem do przeszłości w PRL-u.
    Wszystko prawda.
    W tamtych czasach do chleba nie dodawano enzymów, fosfatów, środków konserwujących i innych chemicznych
    dodatków po to, aby wyprodukować szybciej i taniej, a technologia produkcji i składniki były pod ścisłą kontrolą
    SENAPID-u i były naprawdę zdrowe.

    Dzisiaj w systemie kapitalizmu wszystko obraca się o pieniądz, zyski, szybko wyprodukować i szybko sprzedać.
    Kurczaki są faszerowane hormonami wzrósł, a każda świnia na fermach jest hodowana wg specjalnych
    receptor,aby jej nic nie brakowało z białka, witamin, soli mineralnych, a po kilku miesiącach po
    dawkach hormonalnych ląduje na stole ludzi, którzy cierpią na brak witamin i nie wiedzą
    ile trzeba spożywać białka, a to wszystko cala machina, aby przemysł farmaceutyczny miał dobre zyski.

    Polska dzisiaj jest jednym z przodujących w Europie w zakupie i używaniu tabletek i innego
    świństwa chemicznego z aptek robionych bardzo dobre interesy.

    Wszystko to jest wynikiem nieprawidłowego odżywiania, stylu życia w nowym systemie
    w którym tak naprawdę większa część społeczeństwa nie była przygotowana.

    Możemy sobie teraz tylko pomarzyć o starych dobrych czasach w kuchni PRL-u i mamy
    jeszcze do tego pełne prawo,tylko pozostaje pytanie jak długo jeszcze???

  7. Rob said

    Pamiętam te zakupy na tzw. rynku na który zjeżdżali się chłopi z okolicznych wiosek: można było kupić wszystko, od jajek, mleka i śmietany po kury, mięso, swojskie kiełbasy itp. Wszystko było „organic” i nawet nie wiedzieliśmy, że może być inaczej. Dzisiaj już wiemy, może!

  8. snag said

    Cacy !

    Ino że przeciętna wzrostu i wieku 1/4 krótsze niż na zachodzie a zez, wrzody, przedwczesna próchnica zębów, krwawiące dziąsła czy ‚sucha’ noga były codziennością ,…

    Nie przesadzajmy ,..

  9. Maciek said

    Zawsze starzy wspominaja dobrze swoja mlodosc.

  10. Miet said

    Re. 8.
    Tak jest Panie Maciek, to najlepsze podsumowanie tego tematu.

    Ja też pamiętam, że za PRLu nigdy nie miałem żadnej arytmii a i o problemach z prostatą to nawet nie słyszałem – a w dzisiejszych czasach i tutaj w tej Hameryce – szkoda gadać.😪

  11. adsenior said

    ad8, Panie Maćku, ja w Pana wieku już byłem, a czy Pan będzie w moim i wspominał swoje młode lata? JAK BÓG DA! ps. idzie mi już ósmy krzyżyk.

  12. Pinxit said

    W PRL- rzadko kto byl opasly, rzadko kto chorowal na cukrzyce; i Alzaheimera tez nie bylo bo narod byl oczytany i szare komorki do konca „na biegu”.
    Tabletek od stresu, od zlego samopoczucia, od niechcianej ciazy, od nadwagi, niedowagi, cud -diety, na chcice i inne viagry tez nie bylo.

    I takich okropnie szkodliwych toksycznych kosmetykow tez nie bylo. Dlatego rak skory byl raczej nieznany, rak macicy, jader, pluc czy mozgu- tez byly nieznane.

    I nie bylo silikonowych cyckow ani botoxu i baby byly zdrowe i jedrne. Dzieci nie rodzily sie okaleczone.
    Nie bylo niezdrowych pomieszczen jak silownia gdzie brak tlenu a za to jest nadmiar potu i glupoty.

    Nasze panie nie udawaly specjalistow od jogi i buddyjskich medytacji – za duze pieniadze.

    Nikt sie nie wyglupial z mata japonska made in China pod pacha, zeby pokazac wszystkim plastikowy stroj sportowy z materialu z przerobki wtornej z markowymi sportowymi butami (od jogi, na spacer, do joggingu, od tenisa i …do dupy).

    Snobizm antypolski i prozachodni zrobil z nas niewolnikow zydowskiego kapitalizmu, ktory na snobizmie debilnych Polek i jeszcze glupszych Polakow ubija ciezki majatek robiac z nas pajacow od markowych trampek.

    Bo nasze panie koniecznie chca wygladac jak degeneratki z Holywood a panom sie marzyly merce (moga byc kradzione) i ufarbowane wlosy.(nie tylko na glowie)
    Stracilismy poczucie smaku; reagujemy na nazwe a nie na jakosc towaru. Dostajemy slinotoku na erzace, ktore maja nam zapewnic szczupla sylwetke i zapobiec rakowi, zapaleniu jader i wypadaniu wlosow..
    Reklama zydowska zrobila z nas bezmozgich debilow reagujacych na blichtr i etykietke na towarze: nazwa sie liczy i ladne opakowanie.

    Juz nie produkujemy bielskiej welny, bo sie nie oplaca,. Robocizna za duzo kosztuje.
    W kapitalizmie tylko kapitalista moze sie bogacic. Robotnikowi nie wolno.

    Co za czasy ! Schorowane spoleczenstwa na sztucznym toksycznym zarciu pakowanym w toksyczne plastiki wychwalaja pod niebo swoje tabletkowe niewolnictwo.
    I ciezko zarobione pieniadze poslusznie oddajemy szarlatanerii finansowej.

    Kapitalizm nie zna nadbudowy.
    Dlatego kultura i sztuka marnieje. Bo sie nie oplaca!
    Zastapiona pedalskimi programami w TV.
    Teatr, filharmonia, klasyczne koncerty juz sa niemodne.
    Nasze dzieci juz nie graja na pianinie.
    A dorosli przeszli na organy…plciowe.

  13. Zbyszko said

    Pinxit w pełni się zgadzam. Wiele razy to już pisałem, ale Polacy nie wprowadzają się już masowo (ok 1mln i więcej, rocznie) do nowych mieszkań budowanych za Gierka. Polska edukacja nie polegała na rozwiązywaniu amerykańskich testów typu :
    1. czy widzisz 4 kwadraty?
    2. Trzy są czerwone, czwarty żółty, który z nich nie pasuje do reszty?
    3. Ile jest kwadratów jednakowego koloru?
    …Do specjalisty nie szło się po 10 latach od otrzymania skierowania (znam taki przypadek) tylko tego samego dnia….
    Nię będę dalej pisać, bo juz mnie korci żeby rozwalić klawiaturę…

  14. Marcin said

    Podobno za sanacji żywność była lepszej jakości niz za PRLu.

  15. Boydar said

    Bo wtedy IG Farben koncentrowało się na pasoży(t)ach.

  16. Joannus said

    Ad 11
    ”Snobizm antypolski i prozachodni zrobil z nas niewolnikow zydowskiego kapitalizmu, ktory na snobizmie debilnych Polek i jeszcze glupszych Polakow ………”

    Całkowita racja, ponadto dał wrogom pożywkę i otwarte pole do niszczenia Polski, stąd mamy to co mamy dzisiaj.
    Ad 13
    Podobno za Mieszka I żywność była także lepszej jakości. jak za sanacji.

  17. […] https://marucha.wordpress.com/2017/05/13/obiady-w-prl/ […]

  18. andzia said

    Szczytem chamstwa jest wciskane ZA DARMO opakowania wprowadzanego na rynek erzatzu – wystarczy tylko wrazić zgodę na przesyłkę śmiecia. Pazerność odbiera rozum.

  19. xyz said

    „Wówczas mleko kupowało się w butelkach zwrotnych!”

    Po mleko chodziło się również do mleczarni z takimi kankami 🙂

    .https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQ-r8RInjbzqM02qEcYhzKTtuBbGerdtHnWUjn3IO4Q7xmSMgn4

  20. osoba prywatna said

    http://demotywatory.pl/3844080/Wolac-mi-tu-Gesslerowa

  21. osoba prywatna said

    Tabu spożywcze. Ciekawostki o jedzeniu
    http://romualdkalwa.neon24.pl/post/138263,tabu-spozywcze-ciekawostki-o-jedzeniu

  22. Boydar said

    @ Xyz (19)

    w mordę jeża, pamiętam, i pamiętam te takie śmieszne nalewadła; półlitrowe do śmietany i litrowe do mleka, aluminiowe, walcowate. I ten zapach … Boże … niech to wróci, proszę …

  23. Jazzik said

    ha ha ha mleko pamietam z pomarańczową czy tam niebieską folią… kisiel z rabarbaru, też tęsknię…
    Dodam tylko że miałem lat naście wtedy. Dlatego tęsknię, za wiekiem, siłą, zdrowiem…
    Kto broni gotować rosół z kury+ łopatka wieprzowa, przypalane cebulka, por ? W sobotę do szkoły to chodziłem raptem 2 lata po 4 lekcje były w tym basen

  24. Jacek said

    Aż łezka mi się w oku zakręciła gdy czytałem ten tekst.Tak było, pewne rzeczy były sto razy lepsze niż teraz i nie piszę tylko o jedzeniu.Kultura,szkolnictwo,szeroko pojęte sprawy socjalne(wczasy, kolonie dla dzieci,zajęcia pozalekcyjne,naprawdę darmowa nauka itd.itd.)A najbardziej brakuje mi tego spokoju o przyszłość moją i moich dzieci.Naprawdę szkoda tych obiadów PRL-u.

  25. veri said

    Czytajacy tamten blog chyba nie przeoczyli takiego tekstu :

    2 My, urodzeni w latach 50-60-70-80 tych, wszyscy byliśmy wychowywani przez rodziców patologicznych.
    Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominamy z nostalgią lata 60-70- 80. Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy). Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
    Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna. Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za smarowanie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce skutkował bezwzględnie karami.
    Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo – jak zwykle. Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą już do niej wracać. Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
    Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy trochę się baliśmy. Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a Milicja zajmowała się sprawami dorosłych.
    Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka. W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać. Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na sznurku i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas później na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
    Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie obsikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył po tej czynności rąk. Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić Dzień Dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień Dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień Dobry wymusić. Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka. Za to potem robił nam bańki mydlane z dymem fajki w środku. Fajnie się dym później rozchodził po podłodze jak bańka pękła.
    Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo. Do szkoły chodziliśmy półtora kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów. Musieliśmy znać tabliczkę mnożenia, pisać bezbłędnie (za 3 błędy nie zdawało się matury z polaka). Nikt nie znał pojęcia dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i kto wie jakiej tam jeszcze dys… Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot. Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
    Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść. Jedliśmy też koks, szare mydło, Akron z apteki, gumy Donaldy, chleb masłem i solą, chleb ze śmietaną i cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, trawę, dziki rabarbar, mlecze, mszyce, gotowany bob, smażone kanie z lasu i pieczarki z łąki, podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, plastry słoniny, kwasiory/szczaw, kogel-mogel, lizaliśmy kwiatki od środka. Jak kogoś użarła przy tym pszczoła to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię.
    Ojciec za pomocą gwoździa pokazał, co to jest prąd w gniazdku. To nam wystarczyło na całe życie. Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz. Jak się ktoś skaleczył, to ranę polizał i przykładał liść babki. Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi, ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę, czasami syropy na alkoholu za śmietnikiem żeby mama nie widziała, lizaliśmy zaparowane szyby w autobusie i poręcze w bloku. Nikt się nie brzydził, nikt się nie rozchorował, nikt nie umarł. Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
    Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd. Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem. Bawiliśmy się w klasy, podchody, chowanego, w dwa ognie, graliśmy w wojnę, w noża (oj krew się lała ), skakaliśmy z balkonu na kupę piachu, graliśmy w nogę, dziewczyny skakały w gumę, chłopaki też jak nikt nie widział. Oparzenia po opalaniu smarowaliśmy kefirem. Jak się głęboko skaleczyło to mama odkażała jodyną albo wodą utlenioną, szorowała ranę szczoteczką do zębów i przyklejała plaster. I tyle. Nikt nie umarł.
    W wannie kąpało się całe rodzeństwo na raz, później tata w tej samej wodzie. Też nikt nie umarł. Podręczniki szanowaliśmy i wpisywaliśmy na ostatniej stronie imię, nazwisko i rocznik. Im starsza książka tym lepiej. Jak się poskarżyłeś mamie na nauczyciela to jeszcze w łeb dostałeś. Jedyny czas przed telewizorem to dobranocka. Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością. Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie, koledzy ze starszej klasy, pani na świetlicy albo woźna jak już świetlica była zamknięta. Nasze mamy rodziły nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego – codzienne obowiązki im na to nie pozwalały. Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.
    Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani. My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze” wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
    A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
    Łezka się w oku kręci .
    ___________________

    Kiedys wstawilem go na blogu ” pink panther ” na s24.
    _______________________” ____

  26. Sebastian said

    Powspominać dobra rzecz, ale najgorsze jest to, że to wszystko straciliśmy bezpowrotnie, okradziono nas, nawet wieś już nie ta co kiedyś.
    Umyte butelki wystawiało się za drzwi i mleczarz wymieniał na pełne zamykane folią aluminiową, chociaż wolałem te ciepłe prosto od krowy pić przez słomkę z żyta. Po kawę w ziarnach odstało się w kolejce, każdy miał młynek i sobie sam mielił – to była kawa. młynek służył również do mielenia cukru w kostkach na puder. Chleb był taki dobry, że do domu napoczęty przynosiłem, smakował ze smalcem czy ze śmietaną z cukrem. Był syfon do gazowania wody, albo grodziska w sklepie lub oranżada z zamykaniem jak np. piwo grolsch albo w mieście z saturatora. Ogródki działkowe były obok bloków, każdy siał co chciał.. A kto miał rodzinę na wsi to miał mięso jajka, masło, twaróg itd. Całą rodziną chodziło się na grzyby, na jagody. Z ojcem chodziłem na ryby, a za zanętę służyły resztki z obiadów ( głównie ziemniaki czy makaron albo kasze) oraz niepsujący się wysuszony chleb. Jak ryby nie dopisały to się przywiozło pieczarek, jabłek czy szczawiu. A teraz ? szkoda słów.

  27. Rob said

    @25
    Rodzice pili prawdziwą kawę a my po wypiciu wyjadaliśmy ten kawowy osad. Pyszota!

  28. witek said

    …a jak ” przypełzło nowe” to od naszych niemieckich przyjaciół, zakładowa solidarność otrzymała puszki mięsne, które rozdawali po jedną na głowę.
    Robotniczą bo ile sami zeżarli nie wie nikt 🙂
    i moja Mama radośnie przyszła z niemiecką puszeczką do domu
    …a ojciec kazał ją dać PSU!
    naszemu milusiowi ze schroniska
    jak powiadał, tu nikt nie zna niemieckiego a une za darmo to pewno żarcie dla psów nam podarowali
    Takie to było zaufanie przedwojennych Polaków!

  29. NICK said

    Jechać na resztki wsi polskiej.
    Proste.
    Jak konstrukcja CEPA.

    P.S.
    Zupa ciężka i t.d..

  30. Pinxit said

    U babci za domem byla polana i staw z zabami, ktore wieczorami sie darly. Pod lasem, z wiejskimi chlopakami paslismy krowy i palilismy ognisko. Pieklismy ziemniaki i skakalismy przez ognisko. Byly to cudowne wakacje. W dzien plywalismy w Rabie i umoczeni, umordowani lecielismy do domu na obiad. Babcia miala zagon warzywny za domem. Zarlismy taka brudna marchew prosto z ziemi wytarta o spodnie. Zbieralismy w trawie szczaw i pieczarki. Pachniala macierzanka i rumianek.
    W ogrodzie pod jablonia czytalem najpiekniejsze ksiazki przygodowe.
    Siadywalem z dziadkiem na progu i dziadzus opowiadal jak to dawnie bywalo… oczywiscie, ze dawniej, to zawsze lepiej.
    Dziadek pamietal jeszcze czasy „Matki Austrii.”.

    Obowiazkowo musialem wypic szklanke mleka z wieczornego udoju, bo mialem zawsze „blada cere” .

    W Niedziele babcia sprawdzala uszy i szyje, wkladalem wyprana, wyprasowana koszule, koniecznie biala, i taki wylizany, uczesany szedlem z dziadkami do kosciola. Kosciol byl za Raba, przechodzilismy na druga strone rzeki przez „hustany most” – drewniany na linach.
    Babcia kazala pamietac co mowil ksiadz na kazaniu.

    A ja przewaznie pamietalem, ze babcia upiekla ciasto na niedziele i po przyjsciu z kosciola bedzie pyszne sniadanie.
    I w niedziele bez jajka na surowo bo takie mi kazali pic ze skorupki prawie codziennie.

  31. Stan said

    Kiedy przyszły żniwa szliśmy do sąsiada pomagać wiązać snopki pszenicy i żyta.
    Była to ciężka praca, słońce grzało ostro, na rękach były rany, ale nikt z nas nie narzekał.
    Przynosili zawsze smaczne obiady, a do picia kompot z rabarbaru, ale największą frajdę mielismy, kiedy
    przyszła rodzina 16:00 i biegliśmy do sali telewizyjnej, jegierowskiej oglądać „Wyścig Pokoju”.
    Byliśmy spoceni, ale bardzo szczęśliwi.

    Pamiętam jak wszyscy się cieszyli, kiedy Ryszadr Szurkowski wjeżdżał pierwszy na metę.
    Co to była za radość i duma być Polakiem. Pamiętam wywiady z Szurkowskim, był zawsze bardzo skromny
    i nigdy się nie wywyższał. W niedziele graliśmy w piłkę na pegierowskim boisku aż do upadłego.
    Nikt nam niczego nie bronił i nie kontrolował.

    W zimie z siekierka w reku szliśmy na zamarznięte rowy i kanały na ryby.
    Kiedy zobaczyliśmy szczupaka mój straszy brak uderzał siekierka w lod, zrobił przeręble i siatka
    szukajmy zagłuszonej ryby. Nikt nie miał karty rybackiej i nikt o taką kartę nie pytał.
    Nie było też W PRL-u specjalnych kursów na kartę rybacką.
    Były to czasy dla nas całkowitej wolności robienia wszystkiego, czego człowiek chciał.
    Mile wspominam te czasy i nie chciałbym zamienic mojego dzieciństwa spędzonego w PRL-u
    na jakieś tam zachodnie.

  32. NICK said

    Bieda-czyny wspominają.
    Bieda-szyby…

  33. kiedyś ,zimą grałem w hokeja z kolegami na Barańcu (obok ujścia Przemszy do Wisły) ,zaczynaliśmy zaraz po lekcjach ,po południu była odwilż ,potem mróz ,spodnie zamieniły się w sztywny lód .Ide do domu a tam pali się na całego wędzak ze świniobiciem .
    Z kolegami przewracamy go ratując nasze wyroby na święta i zimę .Ojciec pijany w sztok o niczym nie wie ,ja po przyjściu do domu dostaję takiego bicia serca i gorączki że umieram .matka z sąsiadkami ,robi okłady z jajek i takie tam inne zabiegi ratują mnie jak mogą – Bóg Wam zapłać ! .Temperatura mija ,wszystko wraca do normy do dziś (72 goda).
    To był cudowne lata ,beztroskie w otoczeniu natury i przyjaciół .Zimą były wyskóbki czyli dzierżanie pierza gęsiego ,przez nasze matki i babcie i przy tym opowiadanie o utoplcach i innych tam ognikach i zdarzeniach . Klucze od domu były zawsze na wręgu albo pod wycieraczką o ile taka była .W domu nie było czego ukraść bo zegary i rowery „ukradli Ruskie” i taszczyli do Berlina a pieniądze pod siennikiem .
    Piękne ,cudowne czasy ;często opowiadam to moim wnukom ……….. wiele z tego nie mogą zrozumieć .

  34. RomanK said

    Obiod w PRL..czyli ziemnioki z kwasnym mlikiem..okraszone slonina!
    Te delicyje mozna bylo miec- jakie opisuje paniusia- jesli obydwoje rodzice „pracowali” w Komitecie i tam, albo w Consumach robili zakupy.
    Kiszka z kapusta i ziemniokami…. i raz , dwa razy w roku sznycle -jak baran zlamal noge ,albo padla krowa i kupowalo sie od sasiada „mieso wypadkowe” , zeby sasiad kupil rodzinie nowa krowe.

    Kuzden ma swojego PRL”a..i jeden go zaluje, a drugi nan pluje…

  35. Miet said

    Tak, właśnie Panie Romanie tak!!!

    Kto to pojmie????

  36. Bogusz said

    Panie Gajowy, czy Pan nie może wyp……….lić z Gajówki tego Snag’a, któremu mózg przenicowały amerykańskie dobrodziejstwa???

  37. Rokitnik said

    A ja dodam, że w Polsce nadal wokół większyc miast bywaja” jarmarki ” gdzie sprzedawne jest nie tylko rękodzielnictwo ale także lokalna ż y w n o ś ć . I kto chce NIE musi kupować w Lidlu czy osławionej Biedronce. Ba, fenomenem polskim są nadal DZIAŁKI przy domowe…i mimo zamachu na nie, ostały się, by żywic przebywających przy okazji w przyjaznym( ludziom ) środowisku !!

Sorry, the comment form is closed at this time.