Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Klimat, obciach i konwulsje

Posted by Marucha w dniu 2017-06-02 (piątek)

„Kwiecień-plecień, bo przeplata; trochę zimy, trochę lata” – głosi popularne polskie porzekadło. Ale tak jest w Polsce, podczas kiedy w Kanadzie, zwłaszcza w tym roku, za miesiąc-plecień powinien uchodzić maj.

Oto 21 maja w Calgary, dokąd przyleciałem z Toronto, było 21 stopni Celsjusza, a następnego dnia – nawet 22. Co prawda na niebie pojawiła się chmura – a naukowa definicja chmury głosi, że jest to „obłok o groźnym wyglądzie” – ale energiczny wiatr ją przegonił i wieczorem niebo było bezchmurne.

Ale co z tego, kiedy już następnego ranka temperatura spadła do zaledwie 3 stopni, a wicher dmący od samego Bieguna Północnego, napędził chmury z tumanami śniegu. Gałęzie kwitnących jabłoni, wiśni i innych drzew owocowych, a także czeremchy, która w tej dzielnicy Calgary jest bardzo popularna – uginały się pod ciężarem śniegu.

Aliści już wieczorem śnieg stopniał i następnego ranka było już 9 stopni, więc pojechaliśmy z stronę Gór Skalistych, które – chociaż od Calgary w linii prostej dzieli odległość około 100 kilometrów – są doskonale widoczne w ostrym powietrzu. Około 150 km od Calgary rozciąga się jeden z parków narodowych w prowincji Alberta – park Banff. Utworzony w latach 80-tych XIX wieku, rozciąga się na obszarze ponad 6,5 tys. kilometrów kwadratowych i sąsiaduje z Parkiem Narodowym Jasper, utworzonym na początku XX wieku i obejmującym ponad 10 tys. kilometrów kwadratowych.

Obszar obydwu tych parków odpowiada mniej więcej obszarowi województwa łódzkiego. W górach jeszcze leżą śniegi, nie tylko w partiach wysokich, ale i przy biegnącej doliną autostradzie. Przez teren parków przebiega też transkanadyjska linia kolejowa Canadian Pacific Railway, łącząca Montreal – port na rzece Św. Wawrzyńca w pobliżu wschodniego wybrzeża Kanady – z Vancouver na wybrzeżu pacyficznym. Z odgałęzieniami liczy ona sobie ponad 20 tys. km i obsługuje przede wszystkim transport towarowy.

Można podziwiać długie, co najmniej 2-kilometrowe, a może i dłuższe pociągi, ciągnione przez trzy dieslowskie lokomotywy z przodu, podczas gdy dwie popychają je z tyłu. Składają się one z platform, na których ustawione są jeden na drugim kontenery. Jedne idą na zachód, w kierunku Vancouver , gdzie ładowane są na statki płynące do Azji, a inne – na wschód, z kontenerami ze statków, które przypłynęły do Vancouver z Japonii, Chin, Singapuru, czy nawet Rosji.

Kiedy przed ośmioma laty zwiedzałem port w Singapurze, na redzie w zasięgu wzroku naliczyłem 62 wielkie kontenerowce, a okazało się, że za wyspą jest ich co najmniej drugie tyle. Taki widok pomaga wyrobić sobie pogląd na potęgę handlu światowego i jego zasięg.

Kiedy po powrocie z tamtej podróży pojechałem do Trójmiasta i z punktu widokowego spojrzałem za Zatokę Gdańską, to ścisnęło mi się serce; wyglądała ona jak w pierwszym dniu stworzenia: ani jednego statku na redzie obydwu portów: Gdańska i Gdyni. Myślę tedy, że Polska powinna włączyć się w główny nurt tej wymiany, bo jakaż jest alternatywa? „Wróć do domu, gdzie życie proste jest i ciche, mała rybko zgubiona wśród rekinów mnóstwa. Sto tysięcy tancerek rzeźbionych jak bóstwa zdeptało twoje serce i jego złą pychę” – pisała Maria Pawlikowska-Jasnorzewska w poemacie „Paryż”.

Wróćmy jednak do Banff – miasteczka o tej porze jeszcze sennego, bo sezon turystyczny jeszcze się nie rozpoczął, chociaż pionierzy, ot tacy, jak my, już tam się zjawili. O tym, że sezonu jeszcze nie ma świadczy choćby to, że restauracje przy głównej ulicy wczesnym popołudniem są jeszcze pozamykane i swoje podwoje otwierają dopiero o 16, albo o 17. Za to bez przerwy – sezon, czy nie sezon – czynne są gorące źródła. Temperatura wody wynosi 39 stopni i napisy wokół basenu zachęcają do wychodzenia z wody co 10 minut, no i częstego popijania – wody, ma się rozumieć.

Ale bywają momenty, kiedy lepiej z wody nie wychodzić. Oto zza gór wyłania się chmura, czyli obłok już nie o groźnym, ale bardzo groźnym wyglądzie i po chwili sypie gęsty grad. Wszystkie golasy chronią się w ciepłej wodzie, ale po chwili niebo się przeciera, wychodzi słońce. Widać, że klimat jeszcze nie rozpoczął nieubłaganej wojny z ludzkością i tylko się z nią ostrzegawczo przekomarza – ale jeśli ludzkość ulegnie cwaniakom, którzy na walce z klimatem chcą powypłukiwać sobie trochę złota z powietrza, to może być niedobrze.

Tedy wracając z Banff do Calgary otwieramy okna samochodu, żeby klimat mógł sobie tamtędy swobodnie wchodzić i wychodzić, zwłaszcza, że na horyzoncie, który w miarę oddalania się od gór i zbliżania do Calgary, otwiera się coraz szerzej i szerzej, nie widać żadnego obłoku o groźnym wyglądzie. Mam tedy nadzieję, że zanim 30 maja dolecimy do Vancouver, który będzie ostatnim naszym przystankiem w Kanadzie, wiosna, a właściwie lato – no bo jakaż to wiosna w czerwcu – a tak naprawdę – ani wiosna, ani lato, tylko stary, poczciwy, kochany, przewidywalny klimat – wreszcie zatriumfuje.

W oczekiwaniu na triumf klimatu z niepokojem odnotowujemy inwazję „obciachu”. To, że w naszym nieszczęśliwym kraju „obciach” hula niczym tornado od Bałtyku po gór szczyty, oczywiście starannie omijając enklawy światowości i wykwintu („redaktor pierze bieliznę swą w chemicznej pralni i wszyscy śliczni tacy są i kulturalni”) w rodzaju siedziby Judenratu „Gazety Wyborczej” przy ulicy Czerskiej, czy siedziby telewizji TVN przy ulicy Wiertniczej, dokąd resortowa „Stokrotka”, jak tylko coś się dzieje, zaprasza pana generała Marka Dukaczewskiego z Wojskowych Służb Informacyjnych, albo pana generała Gromosława Czempińskiego, albo – gdy sytuacja jest naprawdę poważna – obydwu naraz, a oni mówią, nie tylko – jak jest, ale również, a może nawet przede wszystkim – jak będzie – do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Oczywiście mikrocefale z tego powodu wiją się ze wstydu, niczym „brzuchate kobyły” z wiersza Juliana Tuwima „Wiosna” („Ha! Będą ze wstydu się wiły dziewki fabryczne, brzuchate kobyły, krzywych pędraków sromne nosicielki…”) i dlatego preferują światowe i eleganckie formy zapładniania w szklance, bo jeśli nawet nie natrafią na plemnik Rodryga Podkowy z pierwszej wyprawy krzyżowej, tylko wybrakowane semina jakiegoś handełesa, to i tak mogą pokazać się w najlepszym towarzystwie i zaprezentować się z najlepszej strony.

Inna rzecz, że nawet wśród przedstawicielek awangardy pokutują jeszcze resztki jakichś przesądów światło ćmiących, bo zdjęcia jednak robią sobie w majtkach, podczas gdy wiadomo, że wyzwolenie kobiety zaczyna się właśnie od zdjęcia majtek.

Ta sytuacja pokazuje zaniedbania i niedociągnięcia na niektórych odcinkach frontu ideologicznego, ale nie o tym chciałem pisać, tylko gwoli pocieszenia mikrocefali – że nie ma powodów do aż takiego wstydu. Oto pan Aleksander Kwaśniewski, podobnie jak pan Bronisław Komorowski, byli prezydenci naszego nieszczęśliwego kraju, a także posągowa pani Małgorzata Kidawa-Błońska oraz Ludwik Dorn zaproponowali, by „z kłamcami i oszustami nie rozmawiać” – zwłaszcza o konstytucji.

Takiej samokrytyki ze strony naszych Umiłowanych Przywódców się nie spodziewałem, ale to jeszcze nic – bo na przykład czy o konstytucji można będzie rozmawiać z byłym prezydentem Lechem Wałęsą, który jak dotąd takiej samokrytyki nie złożył? Czyżby nasz nieszczęśliwy kraj stawał u progu jakiejś moralnej rewolucji, skoro nawet Aleksander Kwaśniewski…?

Zatem na razie lepiej aż tak ostentacyjnie się nie wstydzić tym bardziej, że na festiwalu filmowym w Cannes żaden z polskich filmów nie zdobył nagrody, chociaż przecież powinien, bo tylu reżyserów tak strasznie chłostało mniej wartościowy naród tubylczy – a tu nic. Pokazany został tylko „Człowiek z żelaza” – ale niestety nie wiadomo, czy ze względu na niezapomniane zasługi Kukuńka, czy ze względu na rolę Krystyny Jandy, którą choćby z powodu utraty alimentów warto było zaprezentować na czerwonym dywanie w charakterze ascetycznej męczennicy faszystowskiego reżymu, czy wreszcie ze względu na złoto, jakim sypnęła pani Dominika Kulczyk.

Gdyby tak właśnie było, to znaczy – za przyczyną złota – to byłoby to znakomitą ilustracją trafności starożytnego rzymskiego porzekadła, że „nie ma takiej bramy, której by nie przekroczył osioł obładowany złotem”. Okazuje się, że między „obciachem”, a wytwornością wcale nie musi być jakiejś wyraźnej granicy, co zresztą już dawno zauważyli wymowni Francuzi mówiąc, że „du sublime au ridicule il n’y a, qu’un pas” – co się wykłada, że od wzniosłości do śmieszności jest tylko krok.

Ale to jeszcze nic, to wicie się ze wstydu naszych mikrocefalów, w porównaniu z konwulsjami, jakie targają przeciwnikami prezydenta Donalda Trumpa z Partii Demokratycznej. Jak tak dalej pójdzie, to chyba się przewiną na drugą stronę.

Takie rzeczy się zdarzały i wcześniej, na przykład w przypadku Juliana Tuwima, który – zdaniem Stefana Żeromskiego – tak się wgryzł w język polski, że aż przegryzł się na druga stronę. Zdaniem tych dygnitarzy, prezydent Trump jest wcieleniem i ukoronowaniem „obciachu”, w związku z czym coraz częściej taki jeden z drugim dygnitarz już nie wie, gdzie schować oczy.

W takiej sytuacji nasze mikrocefale nie muszą popadać w kompleksy, bo coraz wyraźniej widać, że świat składa się z Pipidówek, a każdy wytworniak ma swoje wstydliwe zakątki – jak to w swoim czasie opisał w książce „Wojna i sezon” Michał Kryspin Pawlikowski, wspominając deklarację jednego ze złotych warszawskich młodzieńców po wizycie u pewnej damy. – Ona mówi: niech się chłopczyk rozbierze – a u chłopczyka kalesony dziurawe i w piernikach.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Komentarzy 7 to “Klimat, obciach i konwulsje”

  1. Kail1410 said

    Ciekaw jestem ile się czeka na przejeździe na taką dwu Kilometrową Kawalkadę Kolejową?

    A co do redaktora i jego majtek to u Gałczyńskiego o pianiście było 🙂 .

  2. Marucha said

    Re 2:
    Zakladając, że taki pociąg jedzie z prędkością 80 km/godz, czekanie na przejeździe to póltorej minuty plus pewien margines bezpieczeństwa.

  3. Kail1410 said

    Niewątpliwie tak, choć to retoryczne pytanie było, bo inaczej się „czeka” licząc to na kalkulatorze, a inaczej patrząc na skład załadowany piętrowo kontenerami.

    Pozdrawiam.

    Ps. Jako smarkacz uwielbiałem liczyć wagony na przejazdach i każdy kto ma podobnie, wie o czym piszę 🙂 .

    ——
    Jasne!
    Admin

  4. Rick said

    Ten człowiek nigdy nie dorośnie do stworzenia wizji działania. Zresztą co tu narzekać, czy ktokolwiek z normalnych Polaków posiada taką wizję ?
    Dosyć opisów rzeczywistości wrogiej normalności. Czy nie wiemy wystarczająco dużo ?

    Fala powodziowa

    Jakieś dwa lata temu przedstawiłem pewnemu gronu taki oto opis naszej sytuacji:
    Znajdujemy się wobec zbliżającej się wielkiej fali powodziowej. Dokładnie wiemy jaka jest jej wysokość, prędkość zbliżania do miejsca w którym mieszkamy. Mamy nawet komputerowe wizualizacje tego niebezpiecznego zjawiska. Z każdym dniem stwierdzamy, że oto nasze przewidywania zgodne są z tym co widzimy.
    Wreszcie fala powodziowa jest tak blisko nas, że powinniśmy coś zrobić. Ale nie, my dalej mierzymy jej parametry informując wszystkich o wielkim niebezpieczeństwie.

    Fala w końcu nas zalewa. W końcu niektórzy biorą worki z piaskiem i próbują coś zrobić. Ale jest już za późno.
    Taka jest – mam wrażenie- mentalność współczesnych normalnych Polaków.
    Tak, dobrze, że są przynajmniej ci, którzy biorą te worki z piaskiem. Zawsze jest jakaś nadzieja, że powódź nie zniszczy wszystkiego. Ale czy o to chodzi ?

    Moją myślą jest to, aby zatrzymać tę falę powodziową, a tak naprawdę zmienić jej kierunek. To, jak przeczuwam, wiąże się z jakimś wielkim przełomem w postrzeganiu celu swego życia.
    Wiąże się też z wielką pracą umysłową połączoną z uzasadnieniem psychologicznym. Gdyż znaleźliśmy się w stanie, gdy odłączamy się od dziedzictwa Narodu. Znaleźliśmy się w sytuacji, gdy jakieś siły starają się przeobrazić Naród Polski w naród bez poczucia wielkości celu do którego zmierzamy. Jakiś naród jałowy, bezosobowy, społeczeństwo kierowalne, któremu ktoś inny wyznacza cel przeciwny pierwotnemu.

    Zasady obrony

    Zatem zadaniem na dziś dla Polaków jest wyznaczenie sobie precyzyjnego planu obrony, planu który winien być opracowany jak z największa starannością, w oparciu o całą wiedzę dotyczącą naszych wrogów, ich celów i ich planów działania. Ten plan wynikać powinien z doświadczeń historii Polski negatywnych i pozytywnych, winien wynikać z logiki i zdrowego rozsądku, a przede wszystkim rozumnie i trzeźwo pojętej miłości bliźniego.

    Winniśmy stworzyć spójny plan obrony adekwatny do stanu zagrożenia. Zapoznać się z metodami walki naszych wrogów, stworzyć ich hierarchię antywartości, poznać nazwiska, organizacje i źródło finansowania. Wyszczególnić dziedziny, w których wróg jest szczególnie aktywny.

    Winniśmy opracować następnie własne metody walki, kierując się historią, własnymi możliwościami, analizą potencjalnych zysków i strat. Opracować to w kontekście doktryny katolickiej przedsoborowej.
    Wyselekcjonować naszych sprzymierzeńców, metody przekonywania i psychologicznego oddziaływania. Stworzyć organizację, kierownictwo, być może stopnie wtajemniczenia i określić stopień jej jawności wobec wrogiego otoczenia.

    Znaleźć osoby z predyspozycjami do występowania publicznego, do określania strategii, specjalistów w poszczególnych dziedzinach.
    Wszystko to robić z myślą o zwycięstwie i wielkości.

    Problem Woli

    Jeśli to wiemy, to jak spowodować, aby mieć WOLĘ takiego działania ?
    Myślę, że wielu zgodziłoby się z takim krótkim opisem obrony.
    (cytuję mniej więcej):
    „Duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”
    „Ziarno padło na skałę, szybko wzeszło i uschło”

    Jak wyzwolić wolę? Jak ją pobudzić, aby to ona mając za drogowskaz intelekt zmusiła Polaków do działania ?
    Jak przekonać siebie samego do bezinteresownej miłości do Narodu? Gdzie znaleźć uzasadnienie ?

    Tak, hierarchia kościelna mogłaby wiele w tej kwestii zdziałać, ale oni są gnuśni i nic nie robią. Mają przecież uczelnie z filozofią i teologią, zaplecze uniwersyteckie. Czy te kwestie nie mogłyby być dyskutowane?
    Świeccy natomiast mają rodziny, swoje zobowiązania, trudno jest zostawić to życie nie mając bezpośrednio jakiegoś przewodnika. Nie ma już Jezusa ani Apostołów, hierarchia zaś odeszła od wiary. Za kim pójść ?

    Niepewność i niejasność, zwodnicza pewność

    I tak to samotnie błąkamy się intelektualnie i duchowo po tym świecie. I czekamy aż jakaś pewność w nas wstąpi i będziemy gotowi. Ale pewność nie wstępuje, a tak jej czekamy, ciągle brakuje nam jakiegoś elementu, aby stwierdzić: za tę sprawę jestem gotów zostawić wszystko i oddać swoje życie. Ale wszędzie mamy niejasność. I tak żyjemy w niepewności, niejasności i słabości swych przekonań. Czujemy się źle w tej zniewieściałej i niemęskiej niepewności.
    Czasem widzimy gdzieś u kogoś jakąś pewność. Ale wyczuwamy w niej jakiś fałsz, groteskę, małość, ograniczenie, grę. Jesteśmy jakoś oszukiwani, ale nie wiemy w którym elemencie i momencie, nie potrafimy tego opisać.

    Jak się skończy ta nasza słabość ?
    Być może musi się wydarzyć jakaś rzecz duża, która wymusi na nas zaprzestanie bycia letnimi. Rzeczywistość się spolaryzuje, zamiast jak teraz być mętną i nieokreśloną. Ktoś lub coś zmusi nas do opowiedzenia się jesteś za albo przeciw.
    I mimo być może jakichś strasznych konsekwencji będzie łatwiej- będziemy mieć jasność.

    Ale czy nie jest możliwe osiągnięcie pewności naszych przekonań już dziś , gdy cena za te przekonania nie jest jeszcze tak wysoka ?

  5. RomanK said

    Ile sie czeka/// ok 20 minut….jesli jedzie przez teren zabudowany zwalnia….do 30 mil na godz,,, Swobodnei mozna wyjsc z smochodu zapalic i pogadac z innymi czekajacymi…
    Lokomotywy z tylu nie pchaja ,ale sa do pomocy w hamowaniu…

  6. Nic się nie czeka. Są wiadukty i tunele. Ja naliczyłem bliżej 4 km. W Pickering pod Toronto.

  7. Linia kolejowa przecina wielką autostradę W-Z. Na tym zdjęciu widoczne są dwa miejsca w których mieszkałem, trzecie nie jest. Blisko była moja praca. Po ulicy chodziły dzikie gęsi. Kiedyś nawet niedźwiedź zawitał do miasta, był alarm. Po drodze piechotą z pracy (miałem 5 minut) natknąłem się na wielkiego węża. Boss wyjaśnij mi następnego dnia, że to nie była żmija. Tuż tuż obok (ale na zdjęciu nie ma) jest wielka elektrownia atomowa chłodzona jeziorem Ontario. W oddali na horyzoncie jest Toronto.

Sorry, the comment form is closed at this time.