Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Nawrócenie Księcia Westernu

Posted by Marucha w dniu 2017-06-17 (sobota)

Ameryka byłaby dziś inna, gdyby nie pojawił się John Wayne. Ów aktor zawładnął sercami milionów, stał się symbolem patriotyzmu i konserwatyzmu.

Do dziś masoni podnoszą „farmazoński” epizod z życia artysty, ignorując fakt, iż największy kowboj ekranu nawrócił się na łożu śmierci na katolicyzm. Niewykluczone, że ów ostatni, najważniejszy swój sukces Wayne zawdzięczał skrzywdzonej żonie, która latami modliła się o nawrócenie małżonka.

Dobro przeciw złu

Marion Mitchell Morrison, później znany jako John Wayne, już w dzieciństwie przywykł do ciężkiej pracy.

W domu się nie przelewało, więc oprócz codziennej harówki na rodzinnej farmie i w prowadzonej przez ojca aptece, dorabiał roznoszeniem gazet i sprzedażą lodów. Marzył o karierze sportowej, był niezgorzej zapowiadającym się futbolistą.

Z przemysłem filmowym związał się dość wcześnie, już jako 19-latek miał na koncie epizodyczne rólki, choć nie wzdragał się przed wykonywaniem obowiązków również stróża, magazyniera czy montera dekoracji. Pod pseudonimem John Wayne pojawił się w westernie „Droga olbrzymów” (1930). Film nie zrobił furory, ale przydomek przylgnął do młodego aktora na stałe.

Prawdziwa sława przyszła wraz z „Dyliżansem” Johna Forda (1939). Obraz grupki pasażerów tytułowego wehikułu, podróżujących przez tereny niepokojone przez Apaczów, na zawsze wszedł do historii kina. Widz obserwuje, jak w atmosferze stale potężniejącego zagrożenia spadają maski z twarzy bohaterów, jak ujawniają się ich prawdziwe charaktery, wedle ewangelicznego wzorca: „ostatni będą pierwszymi”. Powszechnie szanowany bogacz okaże się tchórzem i aferzystą; na pozór żałosny alkoholik wykrzesze z siebie zdolność do poświęcenia; kobieta upadła z oddaniem opiekuje się maleńkim cudzym dzieckiem i marzy o wielkiej miłości; wreszcie ścigany przez prawo Ringo Kid (grany przez Wayne’a) to człowiek dążący do wymierzenia sprawiedliwości mordercom jego bliskich…

Świetnie opowiedziana, wielowątkowa historia zachwyciła widzów. Przed Wayne’m droga do kariery stanęła otworem. Nie zaprzepaścił tej szansy. Występował w dramatach wojennych, obrazach sensacyjnych, posiadał też talent komediowy, jednak widzowie okrzyknęli go Księciem Westernu.

Grał dzielnych szeryfów, oficerów kawalerii (przeważnie w szacownym stopniu pułkownika), prawych ranczerów, poszukiwaczy przygód, rewolwerowców o niewzruszonych zasadach moralnych. Nie sposób tu wymienić wszystkich obrazów, acz trudno nie wspomnieć o trylogii kawaleryjskiej („Fort Apache”, „Nosiła żółtą wstążkę”, „Rio Grande”), o monumentalnej „Rzece Czerwonej”, o nieco mrocznych „Poszukiwaczach”, o tchnących optymizmem „Rio Bravo” i „El Dorado”, o „Człowieku, który zabił Liberty Valance’a”, wreszcie o nagrodzonym Oscarem i Złotym Globem dla najlepszego aktora „Prawdziwym męstwie”…

Wayne wielokrotnie wygrywał plebiscyty popularności. Przed popadnięciem w samouwielbienie chroniło go ogromne poczucie humoru i dystans do samego siebie. Mawiał, że nikt nie zdołał zagrać w tylu marnych filmach, co on. Stwierdził też, że pod przydomkiem „Duke” (Książę) znany jest od dzieciństwa, a zawdzięcza owo miano… swemu ulubionemu psu, tak właśnie się wabiącemu.

Bywało jednak, że pewne posunięcia aktora wywoływały konsternację…

Bohater i jego spluwy

Podobnie jak atrybutem rycerza był miecz, tak filmowy westman obowiązkowo nosił u pasa rewolwer, zaś do kulbaki miał przytroczoną strzelbę.

John Wayne wykorzystał w westernach całkiem spory arsenał, od kieszonkowego deringera i wielolufowej „pieprzniczki”, poprzez śrutowe dwururki aż po szybkostrzelnego gatlinga. Wszakże w ogromnej większości swych filmów pozostał wierny coltowi w kultowym modelu Single Action Army. W realnym świecie ów, jak go żartobliwie nazywano „rozjemca” (Peacemaker) pojawił się dość późno, w 1873 roku, co nie przeszkodziło Wayne’owi wymachiwać nim nawet w filmach traktujących o czasach przed wojną secesyjną.

Równie ahistorycznie „Duke” potraktował broń długą swych bohaterów. Począwszy od „Dyliżansu” regularnie używał winchestera z magazynem rurowym i dolną dźwignią wahliwą. Niewątpliwie winchestery zapracowały na swą renomę „karabinów, które podbiły Dziki Zachód”. Tyle, że były to modele z 1866 i 1873 roku, podczas gdy „Duke” upodobał sobie nowszą wersję – winchester 1892.

Miłośnicy westernów mogli wybaczyć wiele nieścisłości, w końcu mieli do czynienia z filmem przygodowym, a nie z historycznym dokumentem. Jednak właśnie broń stanowiła dla nich nienaruszalną świętość. Dlatego z początku wydłużały im się miny, gdy widzieli colta „rozjemcę” albo winchestera ’92, dajmy na to w obrazie „W kraju Komanczów”, którego akcja rozgrywała się w Roku Pańskim 1840!

Jakby tego było mało, „Duke”, przecie chłop na schwał, preferował skrócone wersje karabinu, co przy pokaźnej posturze aktora dawało kontrast nieco komiczny; zupełnie jakby największy twardziel Hollywood trzymał w garści dziecięcą zabawkę, albo też (o zgrozo!) jakowąś „damkę”, adresowaną do piękniejszej połowy świata.

Filmowi herosi od zawsze preferowali broń o armatnich gabarytach, nawet mikre konusy dowartościowywały się, chwytając za wielkie „magnum”. Zaś Wayne poszedł pod prąd, nie bacząc na obowiązujące mody. I wbrew lamentom historyków-skrupulantów, publiczność była zauroczona gracją, z jaką operował bronią.

Czas patriotów

Grał bohaterów, ale nie załapał się na udział w wojnie. Kiedy Japończycy zbombardowali Pearl Harbour, liczył sobie już 34 lata i miał na utrzymaniu żonę oraz czwórkę dzieci.

Ameryka nie miała potrzeby strzelania do wrogów diamentami, więc „Duke”, zamiast trafić na front, wykorzystał swe talenty jak mógł najlepiej. Uczestniczył w występach dla żołnierzy, zagrał też w kilku krzepiących obrazach wojennych. Był szczerym patriotą. Mawiał: – Jasne, że kocham mój kraj, ze wszystkimi jego wadami.

Deklarowane poglądy uczyniły zeń żywy symbol konserwatyzmu. Określał się jako antykomunista, co podobno rozwścieczyło samego Stalina. Homoseksualizm uznał za temat „zbyt obrzydliwy nawet dla dyskusji”. Niechętnie odnosił się do filmowej mody na epatowanie wulgarnością i seksem.

Choć w jego obrazach trup słał się gęsto, a w dyskusjach bohaterów siła argumentów wielokrotnie wzmacniana była ciosami pięści, nie sposób oskarżyć Wayne’a o chęć szokowania widza scenami okrucieństwa, nawet gdy grał złożone postaci, zdolne do bezwzględności („Rzeka Czerwona”) czy opętane żądzą zemsty („Poszukiwacze”).

W 1960 roku stanął za kamerą, jako reżyser dramatu historycznego „Alamo”, o wystąpieniu teksaskich separatystów przeciw Meksykowi w XIX stuleciu. Film prezentował racje buntowników z Teksasu, ale nie odmawiał też odwagi i poczucia honoru Meksykanom.

– Zabiłem dziś wielu dzielnych ludzi – mówi jeden z obrońców Alamo po odparciu szturmu. – Mimo że zabijałem, byłem z nich dumny. Dobrze to świadczy o człowieku, że nie boi się zginąć, bo wierzy, ze racja jest po jego stronie.

Szacunek dla dzielnego wroga jest wzajemny. Dowodem poruszająca scena finałowa, kiedy po zdobyciu „teksaskich Termopil” żołnierze meksykańscy prezentują broń przed ocalałą z masakry wdową po poległym obrońcy.

Wewnętrzny front

Wayne naprawdę naraził się sporej części krytyków i widowni obrazem wojennym „Zielone Berety” (1968).

Film traktował o amerykańskich komandosach walczących wówczas w Wietnamie. Wayne wystąpił jako reżyser oraz odtwórca głównej roli – dowódcy „specjalsów” w stopniu (jakżeby inaczej) pułkownika. Obraz może nie był arcydziełem, zawierał przerysowania dość częste w amerykańskim kinie wojennym, ale krytyka rzucała nań gromy przede wszystkim za „wymowę” dzieła. Również pokaźna część publiczności uznała za skandal, że reżyser identyfikuje się z żołnierzami nadstawiającymi głowy za swój kraj.

Rzecz w tym, że ówczesna pomoc wojskowa USA dla narodów Indochin zaatakowanych przez komunistów stała się jednym z głównych celów rewolty zachodnich lewaków. Tłumy wyzutych z sumienia „obrońców pokoju” wszczynały burdy, żądając wycofania amerykańskich wojsk z Wietnamu (a zatem – porzucenia ofiar agresji na pastwę wroga). Znani celebryci składali bezkarnie „antywojenne” deklaracje, będące w istocie aktem zdrady, za którą w normalnym kraju czekałaby ich więzienna cela albo pluton egzekucyjny.

Na szczęście „Duke” ulepiony był z innej gliny i nie sugerował się opiniami lewackiej hołoty. W ówczesnej sytuacji ważny był każdy głos poparcia dla weteranów oblewanych kubłami pomyj przez „obrońców pokoju”.

Kręte ścieżki

Wayne zwykł mawiać: „Życie jest trudne, ale gdy jesteś głupcem, staje się jeszcze trudniejsze.”

W świecie filmu odnosił sukcesy, jednak świat uczuciowy aktora był mocno wyboisty. Po raz pierwszy stanął na ślubnym kobiercu w wieku 26 lat. Jego wybranka, urodzona w Stanach Hiszpanka Józefina Alicja Saenz musiała przełamać opór swej katolickiej rodziny, aby wyjść za protestanta Johna. Sama głęboko wierząca, starała się wprowadzić męża w życie parafialne. Dała mu czwórkę potomstwa.

A jednak małżeństwo rozpadło się po 12 latach, o co „Duke” obwiniał niezgodność charakterów, ale i swe nadmierne zaangażowanie w obowiązki zawodowe. Porzucona Józefina do końca życia męża nie związała się z innym mężczyzną. Uparcie, przez wiele lat, modliła się o jego nawrócenie.

Drugi związek Wayne’a, z Meksykanką Esperanzą Baur, zakończył się jeszcze szybciej, po 8 latach. Kolejne 22 lata spędził u boku Peruwianki Pilar Palette, po czym para zdecydowała się na separację. Widoczna fascynacja aktora kobietami z hiszpańskiego kręgu kulturowego, o iberyjskim typie urody ponoć stanowiła zgryz dla białych anglosaskich protestantów, nie tak wyobrażających sobie wzorzec „prawdziwej amerykańskości”…

A diabeł nie spał. W 1970 roku Wayne’a zaproszono w szeregi masonerii. „Duke” wychowany w środowisku protestanckim nie miał tak złowrogich skojarzeń z „farmazonami”, jak katolicy. Masonem był jego ojciec, on sam jako nastolatek należał do paramasońskiej młodzieżówki Zakonu DeMolay. Co więcej, wolnomularzami było mnóstwo bohaterów jego ukochanego kraju, począwszy od prezydenta Jerzego Waszyngtona aż do pułkownika Davy’ego Crocketta, sportretowanego przez Wayne’a w „Alamo”. Taktykę werbowania sławnych artystów, traktowanych potem jako wizytówka i reklama lóż, masoneria praktykowała od czasów Mozarta.

Wzrastanie

John zdawał się być letnim chrześcijaninem, nastawionym przyjaźnie do spraw wiary, jednak dalekim od zaangażowania. W rzeczywistości stale szukał Boga w swoim życiu, trochę po omacku. Skrycie pisał do Niego listy. Powoli dorastał do wiary.

Wychował się w rodzinie prezbiteriańskiej, natomiast trzy jego wybranki były katoliczkami, na katolików wyrosła cała siódemka jego dzieci. Wśród swych przyjaciół odkrył wielu wiernych Kościoła. Ogromne wrażenie wywarła na nim śmierć przyjaciela, człowieka który uczynił go sławnym, Johna Forda. Genialny reżyser, a zarazem ojciec chrzestny synów „Duke’a”, Patricka i Ethana, zmarł na raka z różańcem w dłoni, w obecności kapłana.

Wir obowiązków zawodowych nieustannie wciągał „Duke’a”, dawał pretekst do odsunięcia spraw duchowych na dalszy plan. Jednak aktor coraz bardziej przekonywał się do Kościoła katolickiego, choć wzbraniał się jeszcze przed wykonaniem ostatecznego kroku. Szydził sam z siebie, nazywając się „katolikiem zawałowym” – takim, który prosi o księdza w ostatniej minucie życia.

Ostatnie lata były pełne bólu. Do dość wcześnie zdiagnozowanego raka płuc dołączył nowotwór żołądka. Na ekranie znalazło to odbicie w ostatnim filmie Wayne’a, „Rewolwerowcu” (1976), w którym stworzył przyjmującą kreację umierającego bohatera Dzikiego Zachodu.

*                        *                         *

John Wayne zmarł 11 czerwca 1979 roku po ciężkiej chorobie, w wieku 72 lat. Przed śmiercią poprosił o katolickiego kapłana. Ten przyjął od niego akt nawrócenia, udzielił Johnowi warunkowego chrztu i ostatniego namaszczenia. – Nie znam się na szczegółach konwersji – wspominał syn „Duke’a”, Michael. – Ale wiem, że mój tato umarł w Kościele.

„Duke” szedł ku wierze powoli, czasem błądząc po bezdrożach. Ale zmierzał wytrwale, niczym tropiciel. Warto tu przywołać dialog, jaki kiedyś w „Alamo” włożył w usta swych bohaterów oczekujących na ostateczną bitwę:

– Zrobiłem całą masę rzeczy, których nie powinienem. Mam sporo grzechów, za które odpowiem, i czuję, że święty Piotr zatrzaśnie mi bramę przed samą gębą.
– Nie ma żadnych niebiańskich bram! Po śmierci jesteś żarciem dla robaków, tylko tyle.
– Nie wierzysz w żadne przyszłe życie?
– To tylko bajki dla dzieci. Bujdy same!
– A ja wierzę. Nigdy was do tego nie przekonam. Ale wierzę w Boga Wszechmocnego, Wszechwiedzącego i Miłosiernego. I wierzę, że dobro w końcu zwycięży, a zło zostanie pokonane.

Andrzej Solak
http://www.pch24.pl

komentarze 3 to “Nawrócenie Księcia Westernu”

  1. Maćko said

    Bardzo interesujace.

    Mala dygresja a propos (***)
    Sprawa ataku USA na Wietnam ma malo znane podloze zwiazane z narkotykami. Do tej wojny, Imperium Brytyjskie Narkotyków nie mialo sukcesu w masyfikacji spozycia narkotyków w USA. Mimo wielu prób srodki psychotropowe nie chwytaly. Dopiero tysiace mlodych narkomanów wracajacych z Indochin nauczyly oporne, protestanckie i purytanskie spoleczenstwo „przyjemnosci” palenia i wstrzykiwania, co wreszcie podniosly zyski brytyjskiej mafii narkotykowej.
    Drugim ulatwieniem byl staly most powietrzny z regionem produkujacym narkotyki – Zlotym Trojkotem.
    http://www.whale.to/b/dopeinc.html

    ***..pokaźna część publiczności uznała za skandal, że reżyser identyfikuje się z żołnierzami nadstawiającymi głowy za swój kraj.

    Rzecz w tym, że ówczesna pomoc wojskowa USA dla narodów Indochin zaatakowanych przez komunistów stała się jednym z głównych celów rewolty zachodnich lewaków. Tłumy wyzutych z sumienia „obrońców pokoju” wszczynały burdy, żądając wycofania amerykańskich wojsk z Wietnamu (a zatem – porzucenia ofiar agresji na pastwę wroga). Znani celebryci składali bezkarnie „antywojenne” deklaracje, będące w istocie aktem zdrady, za którą w normalnym kraju czekałaby ich więzienna cela albo pluton egzekucyjny.

    Na szczęście „Duke” ulepiony był z innej gliny i nie sugerował się opiniami lewackiej hołoty. W ówczesnej sytuacji ważny był każdy głos poparcia dla weteranów oblewanych kubłami pomyj przez „obrońców pokoju”….

  2. RomanK said

    Panie Macko…na samym poczatku tzw , Contrkulturalnej Rewolucji”
    jaka rozpoczeto na campusie Uniwersytetu Berkeley ( niech pan sprawdzi procenty ethnicznosci studentow) pierwsze dzialki LSD rozdawano za darmo…
    Fundowala to rodzina Melon…i DuPointe….poszlo na to min 18 mln dollarow, o sile nabywczej z roku 1960….( 1 oz zlota -$32),
    Rozluznienie moralne bylo bardzo drogie…. w Polsce dla porownania wystarczylo ze ..Ruskie poszli:-)))
    Ale panie Macko po co komu znajomosc historii…w tym USA..

    Jak pan widzi tu na Gajowce expertem dla rodowitych Polakow -mozna byc nie wiedzac nic:-))) wystarczy znalezc winnego..i :

    jesli w stranie niet wody
    Wodu wypily …… Zydy:-))))

  3. Boydar said

    A kto upilnuje strażników, Panie Romanie ?

Sorry, the comment form is closed at this time.