Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Gdzie są chłopcy z tamtych lat… czyli 76. rocznica mordu w lesie w Nowej Wsi.

Posted by Marucha w dniu 2017-07-03 (poniedziałek)

„Gdzie mogiły z dawnych lat –
tam gdzie kwiaty.
Gdzie mogiły z dawnych lat –
czas zatarł ślad.
Gdzie mogiły z dawnych lat –
tam gdzie kwiaty posiał wiatr.
Kto wie czy było tak –
kto wie czy było tak?”…

(…)

Zaczął się długi weekend, ale mnie odkąd poznałam tę historię, 30 kwietnia już zawsze będzie kojarzył się z tą straszną, zupełnie bezsensowną tragedią… Dlatego dziś też pojechałam tam na chwilkę. Przede mną też ktoś był, płonęły już dwa znicze…

Wiosna 1940 roku… W tzw.”Kraju Warty” (Wielkopolska, część Kujaw i Łódzkiego) od wielu miesięcy trwał okupacyjny terror – z germanizacją, eksterminacją, prześladowaniami, wysiedleniami i zaborem majątków. Na miejsce wysiedlonych Polaków (do obozów, na przymusowe roboty lub na teren Generalnej Guberni) sprowadzano niemieckie rodziny, głównie ze wschodu, z terenów zajętych przez Związek Radziecki. Wszystkie te działania i ich konsekwencje stały się udziałem również i naszych przodków.

W niedalekim majątku Rycerzew rezydował wówczas Niemiec o nazwisku Kunkiel*, który nadzorował prace polowe w majątku, rozstrzygał wszelkie kwestie sporne dotyczące pracujących tu przymusowo Polaków itd.. Wcześniejsze wysiedlenia dotknęły głównie mieszkańców Piotrkówka.

Zagrodę po rodzinie Marczaków otrzymała wdowa o nazwisku Hajnert [i] . Dziś w tym miejscu nie ma już śladu po dawnej zabudowie, jest okazałe gospodarstwo, ale dla wyobrażenia sobie tamtych wydarzeń, „ułożenia” sobie ich w głowie, postanowiłam pojechać na dzisiejszy Piotrkówek i zrobić kilka współczesnych zdjęć. [B. wiele zdjęć znajduje się w oryginalnym artykule – admin]

W domostwie Tomczaków zamieszkał wdowiec Johann Merk, z córkami, młodymi wówczas pannami.

Filip Kopp, najwyżej wśród przesiedlonych stojący w hierarchii i „najgorszy”, jak wspominali go ludzie, zajął miejsce po rodzinie Kotlińskich. Dom na zdjęciu, wybudowany na początku wojny przez Koppa, pamięta tamte wydarzenia. Zmieniła się tylko elewacja, wtedy był nieotynkowany, zbudowany z czerwonej cegły.

Na niedalekiej Pokrzywni i Kontrewesie mieszkało jeszcze kilka niemieckich rodzin, jednak to nie byli przesiedleńcy, lecz od wielu lat zamieszkujący te tereny. Wśród nich niejaki Sztyba – młody człowiek, urodzony w Polsce, świetnie mówiący w naszym języku. Wówczas członek niemieckiej żandarmerii. Od lat „kolegował” się z m.in. z Władkiem Szymczakiem (28 l.), razem chodzili na wiejskie zabawy. Kilka miesięcy wcześniej pokłócili się na jednej z takich zabaw do tego stopnia, że sprawa zakończyła się bójką, z której zwycięsko wyszedł Władek.

Oprócz Szymczaka w okolicy mieszkali pozostali bohaterowie dramatu mającego się niedługo rozegrać. Najstarszy z nich, ojciec pięciorga dzieci, to Tomasz Baranowski – weteran I wojny światowej, podczas której był poważnie raniony w nogę. Noga nigdy nie wróciła do formy, co sprawiało, że mężczyzna wyraźnie utykał, chodzenie sprawiało mu pewną trudność.

Przed wysiedleniem Baranowski pracując w gospodarstwie Marczaków, schował w stodole zarobione pieniądze. Którejś nocy, być może tej poprzedzającej wydarzenia, postanowił zakraść się do budynku i poszukać tychże. Nie udało się – strach i ciemność to nie były sprzymierzeńcy do takich działań.

Gdy wysiedlano ludzi z zagrody Marczaków, babci Marczakowej nie było wtedy w domu. Córka zdążyła zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy, ale w pośpiechu pierzyny babcinej nie wzięła…

Babcia razem z wnukiem, młodziutkim wówczas Mieczysławem Chojnackim (ojcem dzisiejszego sołtysa – Bogdana Chojnackiego), postanowiła udać się do Hajnertowej i poprosić o wydanie nieszczęsnej pierzyny.*

Mieszkańcy okolicznych wsi, należących przed wojną do majątku Rycerzew, z nakazu okupanta zobowiązani byli do wykonywania w nim wszelkich prac.

10 kwietnia 1940 roku dzień był ciepły, słoneczny, prawdziwie wiosenny. Na polach Nowej Wsi od rana trwała orka. Wyznaczeni na ten dzień chłopi, posiadający konie, stawili się rano do pracy. Jako, że majątek posiadał sprzęt o wiele cięższy niż ten, którym dysponowali ówcześnie chłopi, prace z jego użyciem organizowano w ten sposób, że zaprzęgano po cztery konie razem a do obsługi skibowca potrzebnych było dwóch mężczyzn. Dwaj pozostali z każdej czwórki mieli w tym momencie przerwę.

Tego dnia „odpoczywali” akurat oprócz T.Baranowskiego i Wł. Szymczaka Józef Niewiadomski (30 l.), Stanisław Pyszka (20 l.) i najmłodszy z nich, zaledwie osiemnastoletni Marian Zduńczyk.**

Nowo sprowadzone niemieckie rodziny budziły naturalną ciekawość okolicznych mieszkańców, w związku z tym młodzi ludzie postanowili przespacerować się przez Piotrkówek, popatrzeć na zagrody zajęte przez Niemców – trzy córki Merka były ponoć pannami dość urodziwymi, więc chłopcy chcieli po prostu troszkę „popodglądać”, może nawiązać znajomość…?

Tomasz Baranowski postanowił pójść z młodymi i przy okazji wynegocjować od Hajnertowej odebranie swojego „skarbu”. Mietek Chojnacki wraz z babcią Marczakową wybrali się po pierzynę. Było południe.

Szli niespiesznie, ciesząc się słońcem i chwilą odpoczynku. Pierwsza była zagroda Hajnertowej. Trudno dziś dociec jaki był przebieg rozmów z Niemką. W każdym bądź razie babcia Marczakowa odzyskała pierzynę a mężczyźni doszli do końca ubitej drogi, tuż za gospodarstwem Koppa, gdzie po prawej stronie była wydzielona przed wojną działka, na której miała powstać szkoła i zawrócili.

Wrócili do Nowej Wsi, by przejąć konie i dalej trwała orka.

Co zaniepokoiło albo zezłościło do tego stopnia wdowę Hajnert, że poskarżyła się na Polaków sąsiadowi, tego nie dowiemy się już nigdy…

Filip Kopp udał się konno na posterunek żandarmerii znajdujący w Chodowie, skąd sprowadził dwóch konnych żandarmów. W niedługim czasie dołączyli do nich kolejni dwaj. Z relacji świadków tamtych dni wynika, że jedni pojechali prosto na pole, na którym pracowali Polacy, drudzy sprowadzili staruszkę Marczakową i jej wnuka, Mieczysława Chojnackiego w pobliże budynków ich dawnego gospodarstwa. Oboje pytano o to kto był w Piotrkówku i po co. Chodzono wówczas w takich drewnianych klapkach, babci trudno było w nich szybko iść, więc żandarmi ciągle jej „pomagali”, poszturchując, uderzając co chwila lufą karabinu lub następując na nogi. Gdy doszła na miejsce, całe nogi miała zdarte do krwi…

Wśród żandarmów, którzy pojechali na pole był Sztyba, który od razu zapytał o Szymczaka. Dowiedziawszy się, że jest wśród pracujących tego dnia, kazał go przywołać. Ukaranie niedawnego kumpla wydało mu się świetną okazją do zemsty za wydarzenia na zabawie. Można sobie jedynie wyobrazić zaskoczenie Szymczaka, gdy ujrzał kolegę w otoczeniu innych żandarmów, pytającego kategorycznie:

– Kto był z tobą na Piotrkówku?! Mów!!!

Szymczak wymienił nazwiska pozostałej czwórki. Zabrano ich wszystkich na Piotrkówek, nieludzko traktując po drodze. Szczególnie „upodobali” sobie Tomasza Baranowskiego.

Zaprowadzono ich do obejścia Hajnertowej.

Tu, gdzie dziś jest parkan okalający gospodarstwo, stał niewielki budynek gospodarczy, obok był głęboki dół z wapnem. Tu ich wszystkich spędzono i ustawiono. Tu odbył się sąd.

„Składowi sędziowskiemu” przewodniczył prawdopodobnie zarządca Rycerzewa – Kunkiel. Sprowadzono również gajowego, Polaka, o nazwisku Ratajczyk bądź Ratajski – czas zatarł w pamięci ludzkiej dokładne brzmienie – pewnie po to, by wskazał w lesie miejsce dogodne dla egzekucji.

Przesłuchanie było bardzo brutalne. Choć nikt z nich niczego nie ukrywał i spójne były ich zeznania, Niemcy działali jak w amoku – tłukli ich kolbami gdzie popadło. Najpierw skatowali Szymczaka, upadł w końcu tuż obok dołu z wapnem. Baranowski nie miał tyle szczęścia – kolejne z uderzeń kolbą karabinu, prosto w twarz, pozbawiło go przytomności, wpadł do dołu. I tam został. Następnym, którego przesłuchiwali był Mietek Chojnacki – również musiał stracić przytomność, gdyż kilku ( kilkunastu?) następnych minut nie pamiętał…

Wyrok „sądu” brzmiał krótko : kara śmierci!

Gdy Chojnacki się ocknął, Baranowskiego wyciągnięto już z wapiennego dołu i przywiązano za ręce do konia. Podobnie postąpiono z Szymczakiem. Babcia wraz z Mietkiem oberwała jeszcze kilka razów i kazano im się wynosić do domu. Ojciec nie pamiętał jak doszedł do chałupy, tak strasznie się bał – opowiada mi dziś Bogdan Chojnacki. Konie ruszyły wlokąc Baranowskiego i Szymczaka, pozostała trójka trzymała się jakoś na nogach, więc poganiani przez Niemców szli o własnych siłach. Po drodze nie szczędzono im szturchańców, uderzeń kolbami lub lufami karabinów. Tu, w tym miejscu, była wtedy droga, którą doszli do lasu…

Wiedzieli, że idą na śmierć, że nic ich nie uchroni przed egzekucją – kątami zapuchniętych, zakrwawionych oczu musieli widzieć przemykającego z boku Niemca ze szpadlami pod pachą…

Las, a właściwie wówczas młodnik, do którego ich zaprowadzono zwano „radzyńskim”. Oczywiście, poza wymienionymi, nikt z mieszkańców okolicznych wsi nawet nie próbował zbliżyć się do lasu, choć wieści o całym zajściu szybko rozeszły się po okolicy.

Pognano ich leśną ścieżką jakieś 200m w głąb lasu. Tam , pod młodymi, jak oni, może 20-30 -letnimi sosnami polecono im wykopać dwie mogiły. Stali (?), leżeli (?) w promieniach zachodzącego słońca, patrząc w lufy karabinów a może w korony sosen – niemych świadków kresu ich krótkiego życia.

Pracujący w polu czy obejściach usłyszeli strzały, wyraźne. Liczyli : jeden, dwa, trzy… To wyrok wykonany na pierwszych trzech. Pozostali dwaj, pewnie najsilniejsi, musieli pogrzebać kolegów…

Kolejna seria: jeden, dwa… Tych pogrzebał gajowy…

Włożyli dużo trudu, żeby zamaskować miejsce mordu – wyrównali ziemię na mogiłach, starannie ułożyli darń. Z niemiecką precyzją. Zakaz zbliżania się choćby w okolice tego miejsca obowiązywał odtąd wszystkich mieszkańców okolicy. Pod groźbą kary śmierci.

Pognani przez żandarmów mężczyźni nie wrócili, pod wieczór członkowie rodzin poszli przyprowadzić do domów ich konie. Jasne było, że stało się najgorsze. Nikt nie mógł ot, po prostu, pójść tropem wydarzeń sprzed kilku godzin – każda próba odkrycia miejsca i rekonstrukcji wydarzeń mogła kosztować kolejne życia… Z kolei prawdę, choćby najgorszą, należało poznać.

„Nie pamiętam jaki to był dzień tygodnia (dzień mordu – przyp. mój) wspominał w 1988 roku p. Stanisław Zduńczyk – ale zaraz w najbliższą niedzielę ja i mój wujek, również noszący nazwisko Stanisław Zduńczyk, mieszkający we wsi Podgajew, pojechaliśmy do tego lasu i odnaleźliśmy to bolesne miejsce (…)”

Zduńczykowie wykorzystali fakt, że to była niedziela i Niemcy mieli dodatkowo jakąś okazję do świętowania, więc prawdopodobieństwo patrolowania lasu uznali za mniejsze niż w dzień powszedni. Mozolnie, metr po metrze, przeszukiwali teren wzdłuż leśnego duktu. W końcu baczne oko zauważyło resztki włosów, ślady krwi, kulę tkwiącą potem przez lata w korze drzewa. Gołymi rękami zdejmowali darń, potem leśną ziemię, aż dokopali się do ciała. Bali się, a świadomość, że odkryli miejsce mordu, które Niemcy chcieli ukryć na zawsze, powodowała, że mimo to działali niezwykle racjonalnie – za pomocą nożyka wycięli po prostu fragmenty z ubrania odkopanego ciała. Miejsce ponownie zamaskowali , a fragment ubrania rozpoznała rodzina jednego z zamordowanych. Od tej chwili nikt nie miał już złudzeń – młodzi ludzie zostali zamordowani a w cieniu sosen są ich mogiły.

„Tak pozostali do końca wojny… A – chyba to było w maju (1945r.- przyp .mój) – wspominał po latach Stanisław Zduńczyk – za zezwoleniem władz zostali przewiezieni na cmentarz grzebalny w Rdutowie i pochowani we wspólnej mogile.

P.S. W lesie mogiły były dwie.”

Ciała przeniesiono, pochowano zgodnie z katolickim obrządkiem.

W miejscu zbrodni, na jednej z sosen, ktoś wyrył znak krzyża. Na pamiątkę…

Jednak, jak w starej piosence „czas zatarł ślad”… No, może jednak nie do końca – co jakiś czas odwiedzali to miejsce uczniowie ze szkół w Rdutowie i Kadzidłowej ze swoimi nauczycielami. Jedną z nauczycielek była Pani Teresa Bylewska, ucząca w Szkole Podstawowej w Rdutowie. Wnuczka, ale którego z zamordowanych? Odgrzebaliśmy rękami ciało właśnie pani dziadka, bo wyrżnęliśmy ubranie i w wywiadzie jaki przeprowadziliśmy – to właśnie był pani dziadek – pisał 2 marca 1988 roku p. Stanisław Zduńczyk. Ale nie podał nazwiska…

Próbowaliśmy dziś z sołtysem Chojnackim wysnuć jakieś wnioski, ale czy prawdziwe?

Pani Bylewska, nazwisko panieńskie – Pyszka. Jej Mama: Anna Baranowska – Pyszka. Tylko jeden z zamordowanych miał dzieci – Tomasz Baranowski… Żałuję, że nie dopytałam potomków p. Baranowskiego, po Mszy w lesie, ale gdy rozmawialiśmy, nie znałam jeszcze całej historii, no i czasu na taką rozmowę nie było… Ale może przeczyta i odezwie się do mnie?

W każdym razie pod koniec lat osiemdziesiątych p. Bylewska postanowiła spisać zeznania świadków (pośrednich i bezpośrednich), przynajmniej tych, do których udało jej się dotrzeć:

– Stanisława Zduńczyka (mieszkającego w Łasku – Kolumnie, brata zamordowanego),
– Anny Baranowskiej – Pyszka ( mieszkanki Rycerzewa, córki zamordowanego),
– Józefa Stegenta( zamieszkałego w Radzyniu, sąsiada zamordowanych),
– Mieczysława Chojnackiego (sąsiada i przez chwilkę uczestnika tych wydarzeń, zamieszkałego w Nowej Wsi),
– Stanisławy Tomczak ( mieszkanki Rdutowa, wysiedlonej z Piotrkówka),
– oraz Eugeniusza Trzaskalskiego (zamieszkałego w Rdutowie, syna jednego z oraczy),

To te zapiski z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, uzupełnione współcześnie przez Bogdana Chojnackiego stały się kanwą niniejszego opowiadania.

Nazwiska niemieckie zapisane fonetycznie, tak jak zapamiętali je świadkowie

*                        *                         *

XXI wiek dopisał dalszą część historii. Miejsce egzekucji zmieniło się przez lata nie do poznania. Młodnik przerodził się w całkiem „dorosły” las, wyrosły jeżyny, polanka zarosła trawą i dziczkami, w leśnym gąszczu tylko krzyż na drzewie przypominał o tragedii.

W 2007 roku Nadleśnictwo przeznaczyło ten obszar lasu do wycinki i kolejnych nasadzeń. Wówczas to p. Zygmunt Krupiński, nasz leśniczy, wystąpił do wójta Ryszarda Kostrzewskiego z niecodzienną propozycją – inspiracją. Mianowicie zobowiązał się uzyskać pozwolenie od swoich zwierzchników na pozostawienie w stanie niezmienionym małego fragmentu lasu z sosnami pamiętającymi tragedię, jednocześnie sugerując, by może jakoś upamiętnić to miejsce.

Pomysł uzyskał pełną akceptację, tak w Nadleśnictwie jak i w Urzędzie Wojewódzkim w Łodzi, dokąd udał się wójt Kostrzewski, szukając sojuszników do wprowadzenia słów w czyn. Pracownicy leśni zgrabnie przeprowadzili wycinkę, nie naruszając stanu historycznego miejsca, nieco je jedynie porządkując. U p. Trzeciaka zamówiono obelisk z tablicą upamiętniającą zamordowanych.

Gdy pomnik stanął w lesie, z inicjatywy Wójta Gminy Grabów p. Ryszarda Kostrzewskiego, zorganizowano uroczyste poświęcenie, z udziałem rodzin pomordowanych. Ceremonię poprowadził ks. Andrzej Sałkowski z Rdutowa przy udziale ks. Bogdana Stanisławczyka ze Starej Sobótki.

W roku 2011 z inicjatywy p. Tadeusza Baranowskiego, wnuka Tomasza, odprawiono pierwszą z rocznicowych Mszy Świętych w intencji pomordowanych.

30 kwietnia 2015 roku , dokładnie w 75 rocznicę mordu księża Bartłomiej Szost z Rdutowa i Bogdan Stanisławczyk ze Starej Sobótki celebrowali kolejną Mszę, z której relacja poniżej.

Tadeusz Baranowski zapowiedział, że zrobi wszystko, by każdą okrągłą rocznicę upamiętniać w ten sposób.

P.S.

Zdaję sobie sprawę, że w tekście mogły wystąpić nieścisłości, proszę mi je wybaczyć, ale gdy nie istnieją teksty źródłowe w postaci dokumentów, a jedynie ustne przekazy, to wtedy jak to zwykł mawiać ks. Józef Tischner: „Prawda jest jak dupa – każdy ma własną”.

Jeśli zaś ktoś dysponuje wiedzą mogącą uzupełnić tę historię o istotne szczegóły – proszę do mnie pisać: malgorzatamatusiakrg@gmail.com

http://starasobotka.pl  [Tamże dużo więcej zdjęć – admin]

komentarze 4 to “Gdzie są chłopcy z tamtych lat… czyli 76. rocznica mordu w lesie w Nowej Wsi.”

  1. Birton said

    jeden nabój jeden Niemiec

  2. RomanK said

    Ile w Polsce jest takich miejsc????
    Kazdy ma prawo do istnienia…a gwarantem jest samoobrona.

  3. Sebastian said

    Cieszy mnie niezmiernie fakt, że są jeszcze w Polsce ludzie, którzy starają się ocalić od zapomnienia świadectwa przeszłości

  4. justyna said

    Miejmy nadzieje ze ciapate pomszcza smierc tych niewinnych Polakow rozjebujac ta wybrakowana nacje na strzepy.

Sorry, the comment form is closed at this time.