Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Pycha demokracji szlacheckiej

Posted by Marucha w dniu 2017-07-08 (sobota)

Nie ma dziś w Polsce warstwy, klasy ani kasty szlacheckiej. Herb nie daje wyłączności przywilejów gospodarczych czy politycznych. Można więc chyba mówić na temat szlachty bez podejrzeń, że się coś szkodliwego knuje. A mówić warto, bo to nie przedawniony temat.

Znamienne jest i nietrudne do sprawdzenia, że aczkolwiek łatwo dziś ludzie na szlachtę wygadują, to jednak w rozmowie w cztery oczy, choćby ktoś był zagorzałym demokratą, gdy go oświecić nagle że „najpewniej” pochodzi ze szlacheckiej rodziny, nie tylko nie zaprotestuje, ale nawet gorliwie zainteresuje się takim odkryciem.

Nie mając upodobania do fałszu demokracji (termin Fouriera) wolę znaleźć się w mniejszości i zamiast modnie obszczekiwać szlachtę, spróbuję spojrzeć na nią z perspektywy sprawiedliwości dziejowej.

Trudno ustalić ścisłą cyfrę ilości szlachty w Polsce królewskiej, czy liczby potomków szlachty rozsianych po wszystkich warstwach zbiorowości polskiej obecnej. Niektórzy utrzymują i uczenie dowodzą że prawie wszyscy aryjczycy zamieszkujący Polskę są potomkami dawnej szlachty. Być może że taki pogląd byłby pożyteczny ze względów polityki socjalnej, mnie jednak nie przekonywuje. Stoję na gruncie poglądu przeciwnego, że nie lud pochodzi ze szlachty, ale większość, i to znaczna, tak zwanej szlachty polskiej wywodzi się z ludu.

Długosz w swej pracy o herbach wymienia i opisuje zaledwie kilkadziesiąt klejnotów polskich, a w parę stuleci po nim liczba herbów wraz z odmianami przekroczyła liczbę tysiąca (Ostrowski).

Od czasu Jagiellonów przybyło do szlacheckiego stanu mnóstwo Litwinów, Rusinów i cudzoziemców, a przy tym bezustannie nobilitowano i do herbów przyjmowano mieszczan i chłopów (a nawet Żydów w XVIII wieku).

Jeszcze Zygmunt August takimi masami mnożył szlachtę, że aż sejm 1578 roku zastrzegł następcy królewskiemu by oględniej „plebei” kreował na szlachectwa. Nie zahamowało to dalszych nobilitacji. Stanisław August dobrych parę tysięcy rodzin herbami obdarzył (ciągnął z tego zyski), a sejm uchwalił takie prawo, iż każdy, kto dojdzie w wojsku do rangi kapitana, a w służbie cywilnej zostanie regentem w sądzie grodzkim lub ziemskim, osiąga automatycznie szlachectwo.

Tak więc stan rycerski pomnażał się wciąż i dopełniał bez przerwy wywyższonymi za mniej lub więcej niepospolite zasługi przedstawicielami warstw nieuprzywilejowanych. Za pierwszych Jagiellonów przedstawiciele szlachty piastowskiej stanowili najpewniej większość, ale z biegiem wieków potomkowie tych rodzin coraz mniejszą liczebnie rolę poczęli odgrywać. Wyszczerbiały się te rody w walkach i dobrobycie, a z wielu sławnych domów pozostało nam ledwie wspomnienie historyczne. Te braki zapełniały z nadwyżką nowe nobilitacje.

Nie twierdzę, że ci „zapiastowcy” mieli być lepsi od Litwinów, Rusinów czy uszlachconego ludu, stwierdzam tylko, że już w epoce saskiej warstwa szlachecka reprezentowała w znacznej mierze selekcyjnie dobrany czynnik ludowy.

Jeśli uwzględnić znane cyfry statystyczne, (choćby te, że liczba elektorów nigdy nie przekroczyła cyfry 14.000 podpisujących, a na elekcje jechał kto żyw, a kogo na to z pełnoletnich mężów nie było stać, to mu w tym pomagali możniejsi, którym na ilości głosów zależało) to sądzę, że obliczenie ilości szlachty dla czasów przerobiorowych na 10% ogółu ludności jest optymistycznie prawdopodobne (Korzon).

Ten stosunek dla dzisiejszych czasów byłby grubo przesadzony, a to z kilku względów. Wiek XIX (a szczególnie jego druga połowa) był dla szlachty klęskowym. Tysiączne rzesze walczące w armiach napoleońskich, lub emigrujące po 1830 roku, a wreszcie wytępione w 1863 roku, i zesłane na Sybir (ca. 50.000) stanowiły nieproporcjonalną szczerbę w stanie szlacheckim w porównaniu z warunkami innych stanów, a przede wszystkim chłopów, których dola poprawiła się znacznie, sprzyjając silniejszej rozrodczości.

Uwzględniając gęste zaludnienie Śląska i olbrzymie zwiększenie się ilości Żydów w Polsce, nie możemy przyjąć dziesięciu procent ogółu ludności jako miernika liczebności potomków szlachty w Polsce dzisiejszej. Pesymistycznie obliczać można by liczbę dzisiejszej szlachty na 5%, a optymistycznie na 7 do 8% ogółu ludności, a więc na ca. 2.000.000 osób. W tym mieści się grupa szlachty ziemiańskiej, nie przekraczającej ilości 8.000 dworów. (Cyfrę tę przyjmuję po zbadaniu pochodzenia właścicieli ziemskich w kilku przykładowych powiatach, w wojew. Warszawskim, Poznańskim i na Wileńszczyźnie. W ogólnej liczbie majątków ziemskich szlachta reprezentuje nie więcej jak połowę dworów).

W Polsce, na 32 miliony ludności żyje zatem około dwa miliony potomków szlachty. Spośród nich około 50 tysięcy osób mieszkających po dworach, reszta zaś to kilkusettysięczna rzesza inteligencji i półinteligencji miejskiej, i z górą milion szlachty schłopiałej i sproletaryzowanej, najczęściej nieświadomej swego pochodzenia.

By zorientować się w dziejach szlachty musimy wniknąć w historię państwa polskiego. Bowiem lud, dając podłoże i niewyczerpane źródło sił narodowych, nie tworzył, niestety, w przeszłości politycznej historii Polski. A historia ta jest wielce osobliwa i – nie wstydźmy się wiedzieć, że – wspaniała.

Polacy są prastarymi dziedzicami piastowskich ziem. Zapewne nie zepchnęła ich z tego dziedzictwa powrotna fala Gotów i Wandalów, okrężną drogą zmierzających w V wieku do brzegów Skandynawii. W przedchrystusowych czasach przodkowie nasi budowali grody – stolice w stylu – Biskupina. Bo przed Warszawą był Kraków, przed Krakowem – Poznań, przed Poznaniem – Gniezno, przed Gnieznem – Kruszwica, a przed Kruszwicą, w nieznanej kolejności, stolicą naszych przodków był jakiś gród przypominający odkopany obecnie Biskupin.

Stoję na stanowisku, że Piastowie byli dynastią słowiańską. Gdyby było inaczej, czyż nie wiedziałby o tym Dytmar, świadomy skandynawskiego pochodzenia odleglejszych Rurykowiczów, czyż nie zachowałby się wreszcie ślad w imiennictwie Piastów, o których imieniu „Bolesław” tenże Dytmar pisze, że jest to imię o starożytnym znaczeniu!? (Kronika. Lib. IV. 28).

Pocóż byśmy mieli szukać obcych dynastów albo obcego pochodzenia rycerstwa, jeśli za czasów Chrobrego nasze drużyny gromiły z powodzeniem „Normandów” kijowskich i najprzedniejszych rycerzy Europy zachodniej, a wszak ci gromieni pod Niemczą, Głogowem czy w Bawarii lub Pradze rycerze to wrychle – niezwyciężeni krzyżowcy…

[Jak każde dziecko wie, ród Piastów pochodził z Telawiwu – admin]

Dynastycznie rodzina Bolesława tak rozkwitła, że jego ciotka, Adelajda chrzciła Węgry, i urodziła Madziarom najwspanialszego króla, Sw. Szczepana; siostra Chrobrego, Świętosława – Sygryda, wdowa po Swenie Duńskim urodziła i wychowała takie lwięta jak Harald i Kanut Wielki, pogromca Anglii; zięcia swego osadził Bolesław na stolcu kijowskim, a dla syna wybrał za żonę wnuczkę cesarza Ottona.

Przyjmując chrzest Polska miała już swą wiekową kulturę i zabytki historyczne. Cóż bowiem znaczy niezmierny przepych, który tak zaimponował Niemcom jadącym do Gniezna z cesarzem Ottonem wprost z Rzymu, gdzie „żaden dotąd z cesarzów, na wstępie ani na odjeździe z Rzymu większego blasku wokoło siebie nie rozwinął”?

Kronikarz tego, biskup mersenburski pisze, że Bolesław z taką wspaniałością przyjmował cesarza że „nie jest to do wysłowienia ani do uwierzenia prawie”. Cóż tak zaimponowało i olśniło Niemców wracających z olśniewania Rzymu? Zadziwił ich dorobek materialny i kulturalny kraju, o którym ze słyszenia sądzili, że jest dziki i pogański. Podobnie, w pół tysiąca lat po tym, olśnili Aztekowie najeźdźców hiszpańskich. Niestety, Aztekami nie rządzili Piastowie, toteż zostali wytępieni przez najeźdźców.

O wysokim poziomie własnej tradycji Polan (Poleniorum – Dytmar. L. IV. 35) świadczy ich wielkie poczucie honoru i obyczajność rycerska, która nie zeszła na złe drogi nawet pod wpływem podstępów Niemców. Boć nie dawali dobrego przykładu Germanowie Bolesławowi Wielkiemu, (korzystam wyłącznie ze źródła niemieckiego, nienawidzącego Bolesława biskupa mersenburskiego), gdy dokonano zdradzieckiego zamachu na bawiącego w gościnie u Niemców Bolesława, gdy cesarz zrywał kiedy mu było wygodnie rozejmy ze Słowianami, gdy syna Chrobrego, Mieszka, jadącego w poselstwie uwięziono w Czechach, a następnie w Niemczech i dopiero przekupstwem baronów niemieckich zdołał go wódz Polan (rector Poleniorum – L. V. 18) wyswobodzić, gdy kanonizowany następnie cesarz Henryk wchodził w sojusz z pogańskimi Lutykami przeciwko niekanonizowanemu, lecz jakże arcychrześcijańskiemu Bolesławowi, jedynemu w ówczesnej Europie prawdziwemu misjonarzowi, któremu służyli i miłowali go najpiękniejsi w owych czasach święci; Wojciech i Bruno z Kwerfurtu.

Musiał mieć ten Bolesław nie tylko skarby, ale i charakter królewski, jeśli potrafił tak władać, że niektórzy grabiowie germańscy przekładali jego panowanie nad cesarskie, i jemu służyli jako swemu panu.

Wspominam o tym, by uprzytomnić w perspektywie dziejów klasę naszych przodków w porównaniu z ówczesnymi wielkościami Europy.

Kim byli ci Słowianie, współtwórcy Polski Chrobrego? Tyle mamy pewności, że byli oni przodkami pewnej części warstwy szlacheckiej (rody zapiastowskie) i pewnej części dzisiejszej warstwy chłopskiej, naonczas kmiecej.

Chrobry był tak wielkiego stylu budowniczym rewolucjonistą (bo i pięć ostatnich lat rządów Mieszka było inspirowane przez jego dwudziestokilkoletniego syna Bolesława) iż napewo w układzie socjalnym swego ludu dokonał przewrotu zasadniczego, wydobywając na szczyty hierarchiczne najbardziej wartościowe elementy zbiorowości narodowej. Być może, że w związku z walką o tradycje religijne i kapłańskie przetasował nawet układ rodowy ukształtowany w ciągu wieków pogańskiej kultury, co się zemściło po jego śmierci na państwie.

Zaludnienie kraju Polan nie było zbyt gęste. Kto dostał ziemię, a właściwie komu przydzielono teren, musiał się sam troszczyć o zagospodarowanie go ludźmi. Sprowadzał jeńców z wypraw wojennych, albo też zapraszał na specjalnych prawach cudzoziemców. Jeńcami byli Tatarzy, Litwini, Prusacy, Jadźwingowie, Rusini, a przybyszami osiadłymi na prawie magdeburskim przeważnie sąsiedzi z zachodu. Ci wszyscy z czasem stali się ludem, polskim ludem, choć macierzy, jak zrównani z nimi w rozwoju wypadków kmiecie i nie wywodzili się ze słowiańskiej masy schłopiałej szlachty. (Żydzi, przybysze o specjalnych prawach, ograniczeniach i przywilejach, nigdy nie zlali się z polskim ludem).

Za prawo władania ziemią płacił każdy szlachcic obowiązkiem wojowania. Był to obowiązek kategoryczny. Potwierdził go bezwzględnie jeszcze król Jan Olbracht, za co go później obciążono niepochlebnym przysłowiem „za króla Olbrachta wyginęła szlachta”.

A znaczyło to, że po klęskowej wyprawie wołoskiej, roku 1497, król dekretami zapisanymi w księgach matrykularnych wyzuł z dziedzictwa, czyli wyrzucił z majątków ni mniej ni więcej tylko około dwóch tysięcy rodzin szlacheckich za to, że nie dopisały w pospolitym ruszeniu. Była to niezgorsza reforma rolna, wbrew interesom stanu szlacheckiego, ale w myśl interesów narodu i w celach wychowawczych dokonana.

Na taką reformę rolną bez odszkodowania mógł się zdobyć król pewny swych praw dynastycznych i władzy, a rozumiejący, że Polska bez bojowej armii nie może się utrzymać w środku Europy, bo i nie ma prawa zaskorupić się w swoich granicach, gdyż te granice pękną pod naporem rozrastających się sąsiadów.

Historia Polski to dzieje nieustannych walk. Musieliśmy być waleczni, gdyż mieliśmy napastliwych sąsiadów. Z armiami Cesarstwa Rzymskiego i pod chorągwiami Krzyżaków walczyło z nami rycerstwo całej Europy, Niemcy, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie i Włosi.

Przez Dzikie Pola wpadały do nas hordy tatarskie, ciągnąć za sobą drapieżców z głębi Azji, potomków Dżingis-Hana.

Od Południa szarpali nas Wołosi i zalewała nawała turecka.

Od Wschodu biła rozpędzoną falą Moskwa, a od Północy, z najdawniejszych czasów, wgryzali się w bałtycki brzeg Skandynawowie.

Prowadziliśmy krwawe wojny i walki z Jadźwingami, Pieczyngami, pogańską Litwą, z Rusią Kijowską, ze Żmudzią, z Prusakami, Lutykami, Obodrytami, Węgrami, Czechami, Tatarami, Turkami, Wołochami, z Kozaczyzną, Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego, Moskwą a potem Wszechrosją, Brandenburgią, Rakoczym, Austrią, Niemcami, Czechosłowacją, Bolszewią, Ukrainą, Litwą…

Mało który z narodów miał taką krwawą historię i ostał się przy wielkości. Bezustannie brocząc krwią na swych granicach Polska spełniała przy tym największą misję chrześcijańską w Europie. Piastowie ochrzcili wszystkie księstwa Polan, olbrzymi kraj od Odry po Dniestr, od Gdańska do Karpat. Polska chrzciła Węgry, Litwę, Prusy i Żmudź.

Aby uniknąć zarzutu przesady, sięgnijmy do historycznych danych. Porównajmy się z najbardziej wojowniczym okresem dziejów najbardziej wojowniczego narodu. A więc z Francją podczas najdłuższego panowania jej wielkiego króla, Ludwika XIV. Król Słońce pod swym berłem w latach 1643-1715, przez swych sławnych wodzów (Le grand Condé, de Turenne, Luxemburg) i sam dowodząc zwycięsko prowadził siedem wojen i stoczył trzydzieści cztery bitwy, mniej lub bardziej krwawe licząc od Rocroy w 1643 r. do Denain w 1712 roku. Trzydzieści cztery bitwy w ciągu siedemdziesięciu dwóch lat jednego panowania to zaiste nie mało.

A Polska?

W tym samym czasie Polska prowadziła dwanaście wojen i stoczyła pod wodzą swych królów i wodzów, takich jak Arciszewski, Jarema Wiśniowiecki, Czarniecki, Lubomirski, Rewera-Potocki, Sobieski – sześćdziesiąt bitew.

Wśród nich tak krwawe rozprawy jak: Żółte Wody, Korsuń, Piławce, oblężenie Zbaraża, Beresteczko, Batoh, Szkłow, Ochmatow, Częstochowa, trzydniowa bitwa o Warszawę, najazd Rakoczego, wyprawa Lubomirskiego do Siedmiogrodu, dwukrotne wyprawy Czarnieckiego do Danii, Warka, Cudnów, Szkłow, Podhajce, rokosz Lubomirskiego, oblężenie Kamieńca Podolskiego, obrona Lwowa, Chocim, obrona Trembowli, najazd Ibrahima na Ruś, wyprawa Sobieskiego pod Wiedeń – aż do Połtawy i konfederacji tarnogrodzkiej.

Licząc od czasów Chrobrego, przez siedem wieków krwawych zmagań Polska przeprowadziła sto wojen i zniosła mnóstwo najazdów i napadów, postradała dziesiątki tysięcy ludności w niewoli i jasyrze i setki tysięcy poległych w boju. Tysiącami poległych rycerską śmiercią szlachta składała okup za posiadaną ziemię.

Śmierć księcia Henryka Pobożnego pod Lignicą, Spytka z Melsztyna pod Worsklą, Władysława Jagiellończyka pod Warną, Żółkiewskiego pod Cecorą, Chodkiewicza w chocimskim obozie, księcia Józefa pod Lipskiem, jenerała Sowińskiego na Woli. Traugutta czy Montwił-Mireckiego na szubienicy niech symbolizują osobistą i bezpośrednią ofiarę setek tysięcy niezapamiętanej braci szlacheckiej, prowadzącej za sobą lud do walki o Polskę.

Lepiej od szlachty polskiej któż chciał i umiał walczyć w ciągu tych siedmiu wieków? A przecież umiała ona nie tylko walczyć ale zasymilować dla kultury polskiej olbrzymie masy plemion: Litwinów, Żmudzinów, Prusaków, Rusinów, Tatarów, Karaimów i wielkie ilości Niemców w miastach i wsiach osadzanych; umiała zapłodnić oryginalną kulturą cały wschód słowiański i wychować dla narodu takich uczonych i artystów, jak choćby z pośród pisarzy: wymienieni Janko z Czarnkowa, Długosz, Rej z Nagłowic, Łukasz Górnicki, A. Ogończyk, Jan Kochanowski, Sęp Szarzyński, Sarbiewski, Orzechowski, Modrzewski, Skarga, Marcin Bielski, Paprocki, Stryjkowski, Wacław Potocki, Samuel Twardowski, Wespazjan Kochowski, Andrzej Morsztyn, biskup Piasecki, Pasek, Załuscy, Ossoliński, Konarski, Naruszewicz, Kajetan Węgierski, Trembecki, biskup Krasicki, Karpiński, Kniaźnin, Niemcewicz, Bohomolec, Bogusławski, Zabłocki, oraz plejada gwiazd pierwszej wielkości z XIX stulecia, z Mickiewiczem, Słowackim i Krasińskim na czele.

W końcu jednak wyczerpały sę nerwy wojowniczej szlachty, warstwy tak strasznie wykrwawionej w XVII stuleciu. A gdy nie stało szlachty bojowej – nie stało armii w ogóle, boć szlachta uchwalała podatki, utrzymywała skarb wojenny i swymi synami zapełniała kadry wojskowe. Widomy brak armii i wojennego animuszu w narodzie ośmielił królika saskiego, że się odważył dokonać oszustwa elekcyjnego i sięgnąć z powodzeniem po koronę Piastów.

Gdy słabnie duch bojowy, słabną i cnoty narodowe, honor i męstwo, a państwo narodu nie ożywionego tymi cnotami staje się pastwą wojowniczych sąsiadów.

Ale czym wytłumaczyć to załamanie się szlachty? Ci sami ludzie nie szczędzili dla ojczyzny krwi i mienia przez długi ciąg wieków do epoki saskiej, a i po rozbiorach szaleli z rozpaczy i krwawili najofiarniej. Czemuż więc właśnie w XVIII wieku tak zmizernieli?

Ponieważ wiek XVIII był najwyższym nasileniem choroby która toczyła organizm Polski od czasu upadku ostatniej dynastii.

Rozwój Polski skaziły jady demokracji. Jady te poczęły działać trująco, gdy piastowska szlachta polska dopuściła do swego stanu, honorów i przywilejów całą rzeszę rwących się do władzy, a wychowanych despotycznie sąsiadów ze wschodu i tych, „adoptowanych” zrównała ze sobą w dziedzictwie państwa polskiego.

Nie wyszłoby to na złe gdyby dziedziców i adoptowanych zcementowała niezachwianie silna władza dynastyczna mogąca zniwelować nieprzewidziane niebezpieczeństwa demokracji. Demokracja szlachecka, wzrastając w sile po każdej elekcji obniżyła lot polskiego Orła do poziomu prywaty stanowej, poniechała misję dziejową i wytrąciła Polskę z szeregu twórczych mocarstw Europy. Bierna Polska została skazana na protekcję zmilitaryzowanych sąsiadów, którzy nie poddali się działaniu demokratycznej trutki.

Zamiast tworzyć nową Europę i dążyć do władania zamorskimi krajami, szlachta, napęczniała demokratyczną dumą, panowała nad swymi poddanymi. Demokracja szlachecka zburzyła hierarchię władzy dynastycznej i wznieciła pożar pychy w szlacheckich sercach. A im mniejsze te serca tym większa bodła je pycha, a wielkie serca niestety zawsze i wszędzie stanowią rozpaczliwą mniejszość.

Ten kto się czuje równy lepszemu od siebie, ten nie uszanuje wyższości i nie znajdzie w sobie równania dla niższych hierarchicznie. Ludzkie to, arcyludzkie i demokratyczne.

Szlachcic na zagrodzie wmawiał sobie, że jest równy wojewodzie po to, by czuć tym większy dystans i pogardę dla chłopa. To było wstrętne kłamstwo, niechrześcijańskie kłamstwo szlacheckiej demokracji. Bowiem demokracja szlachecka wyrosła z pychy, nie z miłości, a przede wszystkim z pychy tych, którzy zostali dopuszczeni do godności prastarego szlachectwa na kredyt ich zasług dla Polski, pochodząc z plemion sąsiedzkich, despotycznie rządzonych, a chcący pychą nadrobić rzeczywistą różnicę dzielącą ich kulturalnie i tradycyjnie od zapiastowskich rycerskich rodzin.

Niezależnie od tego czy ci „adoptowani” byli zdolniejsi czy dzielniejsi, w każdym razie byli oni pyszniejsi, boć pychą wieje od wschodniej granicy. (Polski język stopniuje jedno uczucie jako: godność, dumę i pychę).

Jedynym usprawiedliwieniem pychy szlacheckiej była dobrowolna ofiara krwi w służbie ojczyzny. Bez tej ofiary krwi Polska najpewniej nie dotrwałaby, mimo rozbiorów, do dziś, boć lud nie dźwigał jej w dobach upadku. Jęczałaby Polska ziemia w obcym jarzmie tak beznadziejnie, jak jęczą dziś oniemiali wiekową udręką potomkowie naszych dziadów, bracia nasi na Pruskich Mazurach.

Polski nie stać było na rozbrojenie, a rozbrojenie zdało się być koniecznym skutkiem przerostu demokracji.

Niektórzy twierdzą że winą Polski było to, iż szlachta uciemiężała lud. Jest to tylko częściowa prawda, w tym, że dobrobyt ludu pogłębiłby poczucie narodowe i wtedy Polska mogłaby łatwiej przeciwstawić się potęgom militarnym sąsiadów.

Ale z drugiej strony u naszych sąsiadów – zaborców, szczególnie wschodnich, ludowi nie powodziło się lepiej niż u nas, lecz gorzej. Mimo to umieli się zdobyć na stworzenie potrzebnej im potęgi militarnej.

W Polsce nie było właściwie nigdy prawdziwych buntów ludowych. Gdy brakło szlachty chłopi potrafili niezgorzej ją zastąpić, jeśli przypomnimy choćby Pyrza z Nowosielec, lub górali Jana Kazimierza. Wszak warstwa szlachecka składała się przynajmniej w połowie z uszlachconego przez miecz, pióro czy koligacje ludu, to jest warstwy nieuprzywilejowanej.

Jeśli się mówi o winie szlachty pomyślmy i o ludzie, jego winach i zasługach. Czemuż to nobilitowani chłopi i mieszczanie nie gardłowali o prawa stanu z którego wyrośli? Dlatego, że pycha demokratyczna zarażała ich myślą, iż równi są wojewodom? Pamiętajmy też, że w tym samym czasie gdy Rewolucja Francuska skrzyknęła pod broń kilkaset tysięcy chłopów i mieszczan, w Polsce Kościuszko uzbroił w kosy zaledwie parę tysięcy sukman.

Obwinianie szlachty – ludu nie wywyższy, bynajmniej. Najwyżej obniży poziom wartości narodu polskiego, którego treść obecna składa się z treści historycznej godzącej w twórczą przyszłość.

Za wcześnie porwał się Kościuszko do zbrojenia ludu. Za późno książę Józef Poniatowski ruszył do ratowania ojczystego honoru. Za późno ocknęła się szlachta i rzuciła się w wojenną zawieruchę, ucząc napoleońskich wiarusów jak się zdobywa – niezdobyte.

We wszystkich wojnach XIX stulecia bluzgała polska krew, a już najobficiej broczyła krew szlachecka w czasie powstań. W niewoli Polska zbroiła ducha. Takich walk nie znają państwa niezatracone. Walka ze śmiertelnym wrogiem, zaborcą, walka z bronią w ręku, to nie to samo co uczestnictwo w szeregach państwowego wojska w czasie regularnej wojny. W razie śmierci nie ma pochwał, odznaczeń, i odszkodowań dla rodziny „bohatera”, a w razie niewoli czeka powstańca stryczek lub Sybir, konfiskata majątku i terror, ucisk najbliższych, zabraniający mowy i modlitwy w ojczystym języku.

Szlachta w niewoli, buntując się i powstając, na siebie, na swą kastę, warstwę czy jak kto chce, brała zemstę i wściekłość zaborców. Po siedmiu wiekach bohaterstwa, po XVIII stuleciu hańbiącego bezwładu, szlachta w XIX stuleciu, stawiając ponad wszystko wolność Ojczyzny zniszczyła się jako stan uprzywilejowany, lecz niesplamiony honor sztandaru Polski przekazała swym spadkobiercom: bezstanowej Polsce dzisiejszej.

Jeśli chodzi o winę szlachty w stosunku do ludu, to niewątpliwie, za późno potomek kanclerza Zamoyskiego, w imieniu braci szlacheckiej zorganizowanej w Towarzystwie Rolniczym, pisał w 1862 roku memoriał do cara domagający się oczynszowania włościan w Polsce. Za późno, bo car kazał Wielopolskiemu rozwiązać Towarzystwo Rolnicze, by po zgnieceniu szlacheckiego buntu samemu stać się oswobodzicielem włościan.

Trzeba było aż klęski rozbiorów, wydrwienia demokracji i pychy szlacheckiej przez płatnych żołdaków „światłego absolutyzmu”, trzeba było upokorzenia i niewoli, by szamocząca się bezowocnie szlachta zrozumiała że dla Polski więcej jest wart ożywiony patriotycznym duchem chłop, pracą zahartowany robociarz, niż sfora arystokratycznych lizusów, szukających odznaczeń na zagranicznych dworach.

Choć szlachta zrozumiała to za późno, choć uprzedzili ją w reformach zaborcy (a zaiste czynili to nie w interesie Polski, lecz w swoim własnym, by skłócić ze szlachtą lud i odciągnąć go od Ojczyzny), szlachta, tępiona przez zaborców nie zrezygnowała z walki. Car kreował się na dobroczyńcę włościan „Priwislańskawo Kraja”, a dziesiątki tysięcy polskiej szlachty wysyłał na Sybir.

Ci, co pozostali rozpoczęli walkę o lud dla Polski. Walka ta rozgorzała na wszystkich frontach. Księża, nauczyciele, studenci, inteligencja miejska, co lepsi ziemianie, światlejsi włościanie, łącznie i samodzielnie budzili uśpioną w instynktach ludu – Ojczyznę. Rozdmuchane w sercach chłopskich iskierki zapłonęły jasno Polską. Wyzuci z ziemi chłopi – robotnicy, pierwsze kadry proletariatu, garnęli się do idei narodowej.

Najbardziej bojowy element młodej szlachty, któremu nie wystarczała konstruktywna praca oświatowa i gospodarcza, a raziło ją krytykowanie zbrojnego czynu powstańców, rzuciła się w wir ruchu rewolucyjnego. Nienawiść do zaborców zaślepiła ich tak, że w walce z wrogiem stali się głusi na głos rozsądku narodowego i weszli w sojusz z partnerami mającymi w rozgrywce z caratem cele całkowicie obce interesowi Polski.  [Tak jak dziś nienawiść do Rosji zaślepia resztki zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego u polactwa – admin]

Żydzi, partnerzy szlachty polskiej robiącej w Polsce socjalizm podsunęli się do ludu ze słodką trucizną demokracji międzynarodowej i usiłowali nienawiść do zaborców skierować na nienawiść klasową do „panów” a „panów” uosobić w szlachcie. Zapaleńcy rewolucyjni nie dostrzegli kreciej roboty „braci liberałów” i brnęli w swej ofiarnej i szaleńczej pracy coraz głębiej.

Wyzuci ze wszystkiego, bez nazwisk, bez chleba, szczuci jak psy, zdradzani, wieszani, zsyłani na Sybir, wracali do podziemi i harując bez tchu, najbardziej bohaterscy i szczerzy obrońcy ludu, spłacali nieświadomie winy swych pysznych przodków. Rozsądniejsi z pośród nich wrychle spostrzegli, że walkę ich wrogie międzynarodowe czynniki starają się zdyskontować dla celów obcych niepodległości Polski.

Pierwszym znakiem tego otrzeźwienia było częściowe wyemancypowanie się z międzynarodówki przez stworzenie pierwszego na wielką skalę w Europie ruchu narodowo socjalistycznego; założenie Polskiej Partii Socjalistycznej. Niestety w ramach nowej organizacji, walcząc nadal z zaborcami, nie uwolnili się od krajowych sojuszników – Żydów, którzy wspierając rewolucyjną szlachtę w walce z caratem, jednocześnie zakuwali Polskę od wewnątrz w kajdany nowego zaboru: polityczno-finansowej niewoli żydowskiej.

Nie wielu z pośród tych tragicznych szlachciców – rewolucjonistów spostrzegło w czas do czego Polskę socjalizm prowadził. Ci co oprzytomnieli mają tę olbrzymią zasługę, że zorganizowany w bojowych kadrach rewolucyjnych lud uratowali dla Polski, że idea Polski zdystansowała w sercach proletariatu ideję socjalistyczną, czego dowiódł on w 1920 r. w zwycięskiej wojnie Polski Zjednoczonej z potęgą Związku Socjalistycznych Republik Rad.

Proletariat nie zdradził Polski, dlatego godzi się wymienić choć w skrócie listę głównych twórców socjalizmu w Polsce, Polaków – szlachciców: i tych, którzy się opamiętali z czasem, i odrodzoną Polskę budowali i tych którzy zaślepieni – dla Polski przepadli. Zastanawiająca to lista: Bolesław Limanowski, Montwiłł-Mirecki, Abramowski; w młodości swej: Balicki, Hłasko, Popławski, Józef Piłsudski, Stanisław Wojciechowski, Stanisław Grabski, Sulkiewicz, Józef i Kazimierz Pławińscy, Dębski, Dąbrowski, M. Abramowicz, St. Baruński, Wasilewski, Malinowski, Fakir-Pietkiewicz, M. Bielecki, W. Laskowski, T. Rechniewski, Wł. Kunowski, Dominik Rymkiewicz, Kaz. Stefanowski, Jędrzej Moraczewski, Daszyński, Bukowiecki, Krzywicki, Niedziałkowski, i ci proletariatczycy: Waryński i Kunicki; i ci – wrodzy swej macierzy, przyjaciele rosyjskiego szlachcica: – Dzierżyński, Marchlewski, Leszczyński, Pestkowski, a nawet czerwony generał Kotowski – to potomkowie elektorów królów polskich… Wśród najwybitniejszych literatów socjalistami lub sympatykami socjalizmu byli szlachcice: Stefan Żeromski, Wacław Sieroszewski, Gustaw Daniłowski, Stan. Przybyszewski, Strug-Gałecki, Maria Dąbrowska i inni.

Na szczęście olbrzymia większość szlachty i uświadomiony lud, w szczególności zaś rolnicy przesiąknięci ideą narodową stronili od socjalizmu. Chłop poznański, pomorski czy śląski nie potrzebował socjalizmu, by w sobie odnaleźć pragnienie walki o wolną Polskę. Religia i narodowa tradycja były dlań najpewniejszą ostoją.

Chłopi tacy jak Reymont, Kasprowicz, Orkan, Witos, Kiedroń, Rymar, Korfanty, Karol Miarka, czy profesor Rybarski, a przecież i Dmowski wywodzi się ze wsi, ze sproletaryzowanej szlachty, że tylko tych wspomnimy, nie potrzebowali socjalizmu by na najwyższy poziom wprowadzić twórcze poczucie narodowe. Wśród tych, którzy utrwalili i rozbudowali ideologię czysto narodową, wśród organizatorów którzy pierwsi pojęli niebezpieczeństwo obcych agentur i walcząc z czwartym zaborem: międzynarodówką masońsko – żydowską odrabiają błędy swych braci zapaleńców-rewolucjonistów, udział szlachty godny jest jej twórczych tradycji.

I w ostatniej, wyzwoleńczej wojnie szlachta nie zawiodła Ojczyzny. Dając bezwzględnie największy procent ofiar i najbardziej wartościową dań intelektualną w dowództwie, spełniła swój obowiązek wzorowo.

By nie być gołosłownym, spróbujmy rozpatrzyć jakieś cyfry przekonywające, a więc na przykład statystykę ofiar lotnictwa, czyli służby wymagającej szczególnych kwalifikacji i ochoty wojennej. Otóż na czterysta dwadzieścia osób, które w latach 1918-1934 zginęły śmiercią lotniczą, mamy szlachty 270 osób, a w reszcie 100 chłopów i 50 Polaków niemieckiego pochodzenia, mieszczan przeważnie. Żyda ani jednego.

Szlachta, która stanowi nie więcej jak 8% ogółu ludności kraju dała 60% procent poległych lotników, a Żydzi, stanowiący 14% ludności nie dali ani jednego życia w ofierze obrony powietrznej w czasie zdobywania niepodległości, choć mają pretensje do korzystania z pełni praw tej niepodległości, a przeciwko szlachcie gdzie mogą – insynuują złe… Taka jest rzeczywistość.

Statystyka procentowa pochodzenia ochotników z roku 1920 niewiele by się różniła od statystyki lotniczej, z tą tylko poprawką, że procent szlachty umniejszyłby się na korzyść większego procentu Polaków mieszczan.

Państwo nowoczesne musi mieć stałą armię na poborze opartą, ale dobrze jest czasami wiedzieć na kogo można liczyć „w razie potrzeby”, gdy dobra ochota jest niezastąpiona, jak to było w ostatniej wojnie we Lwowie, na Śląsku i w całej Polsce w chwili wypędzania zaborców, jak to było w przeszłości, że wymienię przykład nieszlachecki, gdy Samuel Chrzanowski z garstką szlachty i 200 uzbrojonymi chłopami i mieszczanami dał odprawę w Trembowli głównym siłom tureckim Ibrahima, za co w roku 1676 otrzymał szlachectwo i był przyjęty do herbu Poraj.

Streśćmy wnioski które nam się nasuwają pod wpływem tych luźnych uwag:

Pamiętajmy więc że dzisiejsze ziemiaństwo to nie to samo co szlachta, a to dlatego, że przynajmniej połowa właścicieli ziemskich nie jest pochodzenia szlacheckiego, a nawet szlachta-ziemianie to w znacznej większości „nowonabywcy”, którzy nie mogą się wykazać dłuższym czasem dzierżenia posiadanego majątku, jak latami trzech pokoleń.

Tych, co siedzą na tym samym majątku dłużej, niż przez pięć pokoleń można by zliczyć na palcach. Dlatego nie wolno ziemian nazywać ogólnie szlachtą, ani też widzieć w nich spadkobierców win i zasług szlacheckich.

Niestety ziemiaństwo polskie nie ma nawet prawa reprezentować kultury i obyczajów dawnej szlachty, której resztki przechowywały się raczej w domach światłej inteligencji miejskiej i w chałupach wiejskich, a nie we dworach, coraz częściej opanowywanych przez ziemian pochodzenia żydowskiego.

Jeśli ziemiaństwo jest wrogie reformie ustroju rolnego, to nie winimy za to szlachty, bo, nie szukając długo, wśród szlachty znajdziemy najwybitniejszych teoretyków i reformatorów naszego ustroju rolnego.

Pamiętajmy, że ilość szlachty Polskiej obecnie nie przekracza dwóch milionów osób, a w tych ilość szlachty żyjącej w dostatku „dworskim” nie przekracza zapewne pięciu procent ogółu szlachty. Cyfry te wobec ilości 3,5 miliona Żydów i ich przeciętnie wysokiej zamożności powinny nam zawsze tkwić w pamięci ilekroć na łamach prasy żydowskiej, czy też folksfrontowej ukazują się ataki lub insynuacje pod adresem szlachty.

Z przeszłości szlachty polskiej może być dumny każdy Polak znający nie tylko historię Polski, ale orientujący się i w dziejach innych narodów, nawet tak dumnych, jak Francja, które też miały epoki hańbiące, że je aż kobieta – bohater, święta Joanna d’Arc wybawiać musiała z potopu.

Szlachta polska miała dla utrzymania i rozrostu swego państwa warunki cięższe, niż jakikolwiek inny zwycięski naród w Europie. Winą jej, odkupioną krwawo szaleństwem w czasie wojen napoleońskich, powstań przeciw zaborcom i olbrzymią pracą oświatową wśród ludu i dla ludu, winą szlachty polskiej było to, że mając najwyżej rozwinięte w Europie prawa i wolności warstwy uprzywilejowanej, nie umiała podzielić się tymi przywilejami ze swym ludem, i odgrodziła pychą demokratyczną ten lud od Ojczyzny.

Wnioskiem najważniejszym, jaki się nam z tych myśli narzuca jest konieczność jak najpełniejszego związania ludu z Ojczyzną, gdyż to jest droga do najpełniejszego wzrostu potęgi narodowej. Oby nie powtórzyła się ponura historia z końca XVII wieku, że gdy zabrakło aktywności warstwy uprzywilejowanej, zbrakło godnych zastępców… Jest to memento dla piłsudczyków.

Gdy uprzytomnimy sobie ile stanowisk kulturalnych, naukowych, wojskowych, urzędniczych, gospodarczych i politycznych, posterunków niezwykle ważnych i wymagających twórczych zdolności obsługują w obecnej chwili potomkowie szlachty, gdy te liczby porównamy ze znikomą liczbą tej szlachty w stosunku do ogółu ludności w Polsce, to musimy się naprawdę zaniepokoić ze względu na przyszłość Polski.

Nie szlachty jest za dużo, ale inteligencji z ludu zbyt mało. A potrzeba nam jej na gwałt. Natychmiast musimy przeorać warstwy ludowe by z nich wydobyć skarby konieczne dla rozrostu Polski w głąb. Szlachta, jako warstwa krwi, jest procentowo wyzyskana ponad swoją normę, i nie wystarczy jej dla spolszczenia handlu, adwokatury, medycyny, na spolszczenie Polski w głąb. Tu Polska czeka jeszcze na dziedziców ginącej szlachty, na naród pełnię ludu świadomego reprezentujący.

Nie ma już warstwy szlacheckiej, jest tylko krew, która płynie, nierozróżniona, w żyłach inteligencji, ziemian, rzemieślników, robotników i rolników. Zdobądźmy się na tyle rozsądku, by przyznać, że ta krew jest bardzo poważnym kapitałem narodowym, jakby drożdżami zarodowymi, którymi należy w interesie Polski i tylko Polski najroztropniej gospodarować.

Jednym z naczelnych wniosków, wypływających z dumań historycznych jest pewność, że Polsce, tak dawnej jak i obecnej, nie wolno było i nie wolno dziś mieć słabego wojska, nie wolno poniechać aktywnej, bojowej postawy. Jedynie niezawodnym sojusznikiem Polski, jedynie uczciwym jej gwarantem, jest własna armia. Bez niej nie utrzymają się: ani dorobek kulturalny, ani wolności polityczne, ani zdobycze socjalne ludu. To jest prawda bezwzględna i kto przeciwko tej prawdzie działa -działa przeciwko Polsce i musi być traktowany jako zdrajca lub wariat.

Jeżeli demokracja ma rozbrajać ducha i szerzyć pacyfizm, to w imię Polski precz z taką demokracją. Nie wolno nam ryzykować tego co nas już raz pognębiło. A demokratyczna pycha pokazuje różki. Tylko, że dziś nie u szlachty. Przykład taki świeży: na zjeździe Wici uchwalono rezolucję protestującą przeciwko tworzeniu na kresach Związków Szlachty Zagrodowej. Komu ten protest potrzebny? Tym, którzy się szlachty boją. A któż się może bać tej dzisiejszej szlachty zagrodowej, nie bogatszej wszak ani bardziej wykształconej od protestujących wiciowców? Klasowo są oni wszak chłopami, ludem najprawdziwszym. Więc o co chodzi? Nie można przecież przypuszczać że rezolucje podszepnęli wrogowie Polski, którzy boją się że taki związkowy szlachcic na kresach nie da się wynarodowić i pierwszy, w razie potrzeby, za karabin chwyci. Więc o co chodzi? O demokratyczną pychę? Jak to? Można być dumnym chłopem, robotnikiem, ale wara być szlachcicem? Wara być dumnym ze swego pochodzenia od najdzielniejszych w narodzie przez tyle wieków? Bodzie demokratyczna pycha? Niech se ta bogacz bedzie szlachcicem, ale nie chłop. Chłopy mają być wszyćkie równe i basta! Bo albo Polska jest demokratyczna albo jej nima! Czego nima? Polski, czy demokracji?

A bogdaj Was, mili wiciowcy! Bądźta se dumne, jak ta polska szlachta, ale pamiętajcie, że nie wolno wam być od niej mniej rycerskimi. Nie zazdrośćcie tym zagrodowcom pochodzenia, ale pokażcie im, że nie jesteście od nich gorsi, a gdy okażecie się lepszymi to skorzysta na tym tylko nasza jedna Ojczyzna.

Władysław Jan Grabski
Prosto z Mostu 06.03.1938 Warszawa Rok 4, Nr 13 (179)
Prosto z Mostu 13.03.1938 Warszawa Rok 4, Nr 14 (180)

Komentarzy 5 to “Pycha demokracji szlacheckiej”

  1. junkers bez iskry ale z bruxelcom said

    Rok 2019 War-saw Poland -bisurman przejal 80 % handlu bizuteria i bursztynem,w samej warszawie bisurman ma 98 punktow skupu zlota,w mopsie-jedzie na minusie,,,,,,w 80 % lombardow siedza bisurmanie ,pala szisze,smieja sie w glos,,,,4-6 chlopa…nie experymentuja,doswiadczenie przywiezli z west-best,chetnie zatrudnia sprzataczke do 30-lat na 4 kamery,po zmowie w nocnym cloobie-polla-lolla-loda, umowili sie na ceny na stolice, haslo= wmow ! tylko 8 caratow i kup za psi grosz,,,A POLAK CHCAC NADROBIC BRAK PIWA Z LAT 70 – 80 tych JEZDZI PO SUPERMARKETACH I SZUKA PROMOCJI NAPOJI PIWOPODOBNYCH, PISZAC I CZYTAJAC PO DRODZE DZIESIATKI sms-ow….najpopularniejszy sms polaka =witam gdzie jestes ? ja w biedaporonce…..

  2. Joe said

    A dzis szlachta to politycy i prawnicy. A ich sponsorzy to magnateria. Wladcow mamy z obcych dynastii, ktorzy obsadzaja swoich namiestnikow w roli rzadu.
    Masy musza ich utrzymywac ciezka praca. Od czasu do czasu jakas dodatkowa strzyza jak np. Amber Gold.

    Jakas wieksza roznica?

  3. Dziadzius said

    Nie mam zadnych dowodow – i nie moge znalezc zadnego poparcia ale swego czasu w mojej tulaczej wedrowce po emigracji slyszalem ze tak gdzies w latach 1926 Polska przeprowadzila spis ludnosci z tym ze w tych zapisach nadawala ludziom NAZWISKA bo chlopi nazwisk nie mieli ( oprucz Jan syn Jana) ale i szlachta jak nie miala patentow to tez dostwala „nowe” nazwiska .
    Czy jest w tym cos prawdy???
    Czy ktos cos o tym slyszal ???

  4. RomanK said

    Nie nie ma zdzbla prawdy panie- Dziadzius.
    W tych latach owszem zmieniono wiele nazwisk- Rzad Daszynskiego..ludziom- ktorym nazwiska przezwiska nadawane przez Panow panszyznianym nie licowaly z godnoscia czlowieka.
    Roznie to bylo w roznych regionach Polski. Np na Podkarpaciu- Rusi Czerwonej, gdzie najwiecej zachowalo sie wolnych kmieci nazwiska zwiazane byly z nazwami starych klanow slowianskich…to nazwiska takie -jak Bizonie, Muronie, Staronie, Gazdy, Giemzy, Siuty, etc….te nazwiska znajdziecie rozsiane po terenach pradawnej Moravii Magna,,,i ludzie je noszacy traktowali sie- jak rodzina, mimo ze dzielily juz ich i granice i etniczne podzialy bez wgledu na to czy byli Horvatami, Czarnogorcami, czy Slowakami, Czechami slyszac nazwisko uwazali za rodzine i tak traktowali ze wszystkimi obyczajami i prawami!
    Te nazwiska zostaly utrzymane pod zaborami, bo wlasnie zaborcy uporzadkowali sprawy zapisow nazwisk…wlasciwie zydowskich..bo oni nie mieli zadnych nazwisk.
    Pozostaly nazwiska przezwiska, jakie nadawali glupie i ciemne szlachcice swoim parobkom i fornalom..w wielu przypadkach obcym etnicznie…i brzmialy onie.. podaje autentyczne nazwiska z ok Rzeszowa: Trzesidupek, Wypierdek, Pierdziel.Pizdus, Dupek.Gnojek, etc….
    Sw p, pan Grabski nie chcial pamietac , ze oceniamy zjawiska po ich skutkach…a nie po intencjach. O czym i dzis wielu zapomina.

  5. Zenon K. said

    „Niech księżna nie zapomina, że świat istnieje tysiące lat, a nasze wielkie rody zaledwie po kilkaset, że przedtem wszyscy byliśmy chłopami i że między moim rodem a księżny jest tylko ta różnica, że moi przodkowie może o sto lat później, niż przodkowie księżnej, świnie paść przestali — a i to jeszcze wielkie pytanie, którym wcześniej zajęcie to się sprzykrzyło”. 😀

Sorry, the comment form is closed at this time.