Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

26 lat temu nagle umiera Michał Falzmann. Kilka miesięcy wcześniej odkrył aferę FOZZ

Posted by Marucha w dniu 2017-07-18 (wtorek)

Michał Falzmann był 38-letnim inspektorem NIK. W 1991 roku jako pierwszy odkrył i oficjalnie opisał mafijny mechanizm działania Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ), dzięki któremu setki postkomunistów kosztem polskiego państwa dorobiło się gigantycznych majątków.

Falzmann, znając mechanizm przekrętu, w dniu 16 lipca 1991 r. zażądał od NBP ujawnienie informacji (objętych tajemnicą bankową) o obrotach pieniężnych na rachunkach FOZZ. Niemal natychmiast został odsunięty od postępowania, a 2 dni później nagle zmarł. To był początek serii.

Czym był Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, w skrócie FOZZ? Został powołany jako jednostka budżetowa w 1989 roku. Formalnie miał się zajmować „cichym” wykupem polskiego długu po atrakcyjnych cenach za pośrednictwem podstawionych spółek. Należy pamiętać, że pod koniec lat 80-tych i na początku lat 90-tych polski dług był jak rozgrzany kartofel. Nikt nie chciał być wierzycielem Polski, bowiem uchodziliśmy za kraj niewypłacalny i gospodarczo niewydolny. Doszło nawet do sytuacji, gdy 1 dolara polskiego długu można było odkupić na rynku papierów skarbowych po cenie zaledwie 22 centów!

Ówcześni twardogłowi z ministerstwa finansów wpadli na pomysł założenia funduszu, który w tej sytuacji posiadałby potężny kapitał i za bezcen miał skupować polskie długi. W takich okolicznościach Polska umarzałaby sama sobie sporą część zadłużenia, skupując je za pośrednictwem podstawionych spółek po cenach niższych niż nominalne. Działanie formalnie nielegalne (zakazane przez prawo międzynarodowe), jednak w realiach rodzącej się (i potężnie zadłużonej po PRL) III RP, mające uzasadnienie.

Co się jednak okazało? FOZZ, zamiast skupować polskie długi, transferował gigantyczne środki do prywatnych spółek zakładanych za granicą przez postkomunistów, byłych wojskowych oraz oficerów bezpieki PRL.

Później ustalono, iż w latach 1989-1990 FOZZ otrzymał na swoje zadania 9,9 bln starych złotych (ok. 1,7 mld dolarów), za które mógł wykupić długi o wartości 7,6 mld dolarów (przy rynkowej cenie polskiego zadłużenia wynoszącej 22 centy za 1 dolar wartości nominalnej długu).

W rzeczywistości FOZZ na cele statutowe (obsługę/wykup zadłużenia) wydał jedynie 69 mln dolarów nabywając dług o nominalnej wartości 272 mln dolarów. Pozostałe 1,63 mld dolarów rozpłynęło się pomiędzy postkomunistów i złodziei.

Na trop afery FOZZ wpadł w 1990 roku Michał Falzmann, który będąc wówczas pracownikiem urzędu skarbowego, przeprowadzał kontrolę w spółce Universal.

W 1991 roku został inspektorem Najwyższej Izby Kontroli (NIK), gdzie kontynuował dochodzenie w sprawie nielegalnych przepływów FOZZ. W dniu 14 czerwca 1991 r. w biurze ówczesnego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego odbyła się narada informująca o ustaleniach Michała Falzmanna. Brał w niej udział również Leszek Balcerowicz oraz szef NIK Walerian Pańko.

Miesiąc później, 15 lipca 1991 r., Falzmann widząc bezsilność władz wobec procederu gigantycznego złodziejstwa za pomocą FOZZ, skierował – jako kontroler NIK – do dyrektora Oddziału Okręgowego NBP w Warszawie pismo, w którym wnosił o udostępnienie informacji, objętych tajemnicą bankową, o obrotach i stanach środków pieniężnych (gotówkowych i bezgotówkowych) FOZZ. Jeszcze tego samego dnia Falzmann został odsunięty przez swoich przełożonych od wszelkich czynności kontrolnych prowadzonych w sprawie FOZZ. Dwa dni później – 18 lipca 1991 r. – umarł nagle na zawał serca.

W kilka miesięcy po śmierci Falzmanna — w przeddzień zapowiedzianego ogłoszenia wyników raportu w sprawie afery FOZZ — zginął w wypadku samochodowym przełożony Falzmanna, prezes NIK – Walerian Pańko. Wraz z nim zginął także Janusz Zaporowski, ówczesny dyrektor Biura Informacyjnego Kancelarii Sejmu. Wypadek przeżył kierowca służbowej Lancii, w której podróżował Pańko. W ciągu dwóch lat od wypadku w tajemniczych okolicznościach zmarli zarówno kierowca Lanci, biegły który na zlecenie prokuratury wykonał ekspertyzę wypadku, jak i dwaj policjanci, którzy jako pierwsi przybyli na miejsce wypadku. Policjanci „utopili się” będąc wspólnie na rybach w wodzie o głębokości 70 cm…

http://niewygodne.info.pl

Komentarzy 21 to “26 lat temu nagle umiera Michał Falzmann. Kilka miesięcy wcześniej odkrył aferę FOZZ”

  1. antonio said

    Widac ze juz wtedy działał seryjny samobójca

  2. NICK said

    Dzięki, Admin.

  3. Marucha said

    Re 1:
    Przypadek z Falzmannem uchodzi, o ile wiem, za początek serii

  4. Yagiel said

    Właściwie nic nie wiem o tym (oczywiście pamiętam tamten szum medialny), ale teraz po latach kojarzę, że mechanizm zabezpieczania sobie przyszłości po „upadku/oddaniu władzy” w wykonaniu komuny i hitlerowców wygląda niepokojąco podobnie. Stanisłąw Michalkiewicz dużo już napisał o starych kiejkutach, tu i/czy tam zwerbowanych – z jego narracji wynika, że „oddali władzę” dopiero wtedy i pod tym warunkiem, że po „upadku” będą żyć z nagrabionego… Tak samo jak hitlerowcy: zagwarantowali sobie powojnie w USA (naukowcy, finansiści-politycy) i w Argentynie, Urugwaju, itd. (wojskowi frontowi, kl-zbrodniarze, no i Chorwaci-faszyści np.) – wtedy można już wojnę „przegrać”…
    Idąc tropem niemieckim Michalkiewicza (oraz Wandaluzji), można… Albo nie można…
    A właściwie, jak ta papuga: A na co mi te pióra?

  5. Plausi said

    Na pooczątku były bandy

    i tylko ściema unosiła się nad wodami.

    http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2016/03/gospodarczy-rozbior-polski-lupieska-transformacja-lat-1989-2014/

    Wolna Polska wyłoniła się z organizacji przestępczych.

    https://www.youtube.com/watch?v=2JlqE5UYsa8

  6. JerzyS said



    Opublikowany 13 lut 2013

    To afera, jaka wybuchła po ujawnieniu tajnej akcji I Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Akcja Żelazo prowadzona była w latach 70-tych XX wieku w Zachodniej Europie. Polegała na przeniknięciu do przestępczych struktur i poprzez przestępczą działalność (napady rabunkowe, kradzieże a nawet morderstwa) zdobywanie pieniędzy, złota i dzieł sztuki. Finansowano nimi działalność wywiadu PRL. Część profitów trafiła do rąk oficerów zaangażowanych w akcję i nadzorujących ją z kraju. Szefem I Departamentu był w tamtym czasie generał Mieczysław Milewski.
    W jednej z takich akcji zginął francuski policjant. Z „Żelazem” związani byli trzej bracia Janosze: Jan, Mieczysław i Kazimierz, którzy prowadzili przestępczą działalność w zamian za zapewnienie bezkarności w PRL oraz udział w zrabowanych łupach.
    Akcja „Żelazo” wyszła na jaw w połowie lat 80-tych.
    Ze zrabowanych na zlecenie MSW 200 kg złota bracia Janoszowie dostali 40 kg. Resztę ukradli złodziejom zasłużeni towarzysze z PZPR. Osłodą miała być gwarancja bezkarności. Kiedy 19 kwietnia 1984 r. do centrali bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie zgłosił się międzynarodowy gangster Mieczysław Janosz, po prostu zażądał wypełnienia kontraktu. Powołał się na swoje związki z Departamentem I (wywiadem) MSW i zażądał wypuszczenia aresztowanego bandyty, swojego brata Kazimierza. Groził ujawnieniem informacji na temat swoich przestępczych powiązań z członkami kierownictwa MSW i KC PZPR. Taki był początek jednej z największych afer kryminalnych PRL, określanej potem mianem afery „Żelazo”.

    Kontakty z bezpieką Kazimierz Janosz nawiązał w latach 50., w czasie służby w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W 1960 r. dostał polecenie osiedlenia się wraz z braćmi na Zachodzie, gdzie po kilku latach miano nawiązać z nim łączność. I rzeczywiście, do Janoszów dotarli oficerowie kontrwywiadu. Wkrótce sprawę przejął Wydział III (niemiecki) Departamentu I MSW, kierowany przez płk. Mieczysława Schwarza. Najważniejsze decyzje dotyczące Janoszów podejmował jednak ówczesny szef PRL-owskiego wywiadu gen. Mirosław Milewski. W Niemczech Kazimierz Janosz wraz z braćmi Mieczysławem i Janem założyli grupę przestępczą zajmującą się głównie kradzieżami i paserstwem. Z czasem szajka zaczęła dokonywać napadów na sklepy jubilerskie, a nawet na bank. O tym, jaką działalność prowadzą Janoszowie, dobrze wiedzieli ich opiekunowie z wywiadu PRL, którzy czerpali z tego procederu finansowe korzyści, w zamian zapewniając im schronienie w PRL.

  7. RomanK said


    Opublikowany 13 lut 2013

    To afera, jaka wybuchła po ujawnieniu tajnej akcji I Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Akcja Żelazo prowadzona była w latach 70-tych XX wieku w Zachodniej Europie. Polegała na przeniknięciu do przestępczych struktur i poprzez przestępczą działalność (napady rabunkowe, kradzieże a nawet morderstwa) zdobywanie pieniędzy, złota i dzieł sztuki. Finansowano nimi działalność wywiadu PRL. Część profitów trafiła do rąk oficerów zaangażowanych w akcję i nadzorujących ją z kraju. Szefem I Departamentu był w tamtym czasie generał Mieczysław Milewski.
    W jednej z takich akcji zginął francuski policjant. Z „Żelazem” związani byli trzej bracia Janosze: Jan, Mieczysław i Kazimierz, którzy prowadzili przestępczą działalność w zamian za zapewnienie bezkarności w PRL oraz udział w zrabowanych łupach.
    Akcja „Żelazo” wyszła na jaw w połowie lat 80-tych.
    Ze zrabowanych na zlecenie MSW 200 kg złota bracia Janoszowie dostali 40 kg. Resztę ukradli złodziejom zasłużeni towarzysze z PZPR. Osłodą miała być gwarancja bezkarności. Kiedy 19 kwietnia 1984 r. do centrali bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie zgłosił się międzynarodowy gangster Mieczysław Janosz, po prostu zażądał wypełnienia kontraktu. Powołał się na swoje związki z Departamentem I (wywiadem) MSW i zażądał wypuszczenia aresztowanego bandyty, swojego brata Kazimierza. Groził ujawnieniem informacji na temat swoich przestępczych powiązań z członkami kierownictwa MSW i KC PZPR. Taki był początek jednej z największych afer kryminalnych PRL, określanej potem mianem afery „Żelazo”.

  8. Re: Artykul…
    Ano wlasnie… „tajemnica bankowa” pod tym zydowskim szyldem moglby byc dokonywane wszelkiego rodzaju „przekrety” finansowe bez wzgledu na okolicznosci…co de facto dzieje sie w chwili obecnej.
    Kiedys napisalem, ze gdyby przez przypadek ministrem finansow zostal Polak o podobnych pogladach I przekonaniach jakie ja posiadam, to conajmniej 3 miliony „przekretasow” od zaraz ujrzaloby przed oczami zelazne „firanki” czekajac na wyrok…
    ===========================
    jasiek z Toronto

    http://polskawalczaca.com

  9. jaja said

    Wydaje mi sie, a raczej wiadome mi jest, ze same szpony to nie zarly tego pe4rfidnego urobku. Do koryta dopuszczono tych co bezposrednio zajmowali sie wykupem polskich dlugow. Czyli nie gardzili takze zlodzieje z WSI, na pewno ochlapami z puli. No, bo juz jakos jest, ze jak afera dochodowa to jej wynalazcy maja dlugie szpony.
    Ukrecili lep tak im sie wydaje, ale wczesniej czy pozniej zabojcy zostana wskazani i potepieni na zawsze. A zycie krotkie, pamievc dluga.

  10. Zbyszko said

    … „(i potężnie zadłużonej po PRL)”…?

  11. Peryskop said

    Po północy w Sejmie nastąpiło przyspieszenie :

    „Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego śp. brata – zamordowaliście go! Jesteście kanaliami!” – krzyczał z mównicy Jarosław Kaczyński…

    http://fakty.interia.pl/polska/news-spor-o-sad-najwyzszy-co-wiadomo-do-tej-pory,nId,2418767

  12. Plausi said

    „Wiem, że boicie się prawdy,

    @Peryskop, 12.

    bo prawda może zybić

    https://www.youtube.com/watch?v=fqG_jF58t4s

    a w najlepszym przypadku przez samobójstwo. W wideo pan marszałek sądu wielokrotnie ostrzega występującego przed konsekwencją mówienia prawdy.

  13. anonim said

    Peryskop
    Jeśli już to Sąd Rabinacki zdecydował o zamordowaniu Brata najważniejszego z niskich w 3RP.
    Dlatego Najważniejszy z niskich pozwolić sobie może najwyżej na takie pokrzykiwania bo ważniejsi od niego zgody na dintojrę nie wydadzą…

  14. Peryskop said

    To prawda, że prawda bywa śmiercionośna.
    Zwłaszcza gdy dotyczy prawdy o śmierci.

    A według Biblii miała nas wyzwolić.
    Więc jak to na prawdę jest ?

    No i jeszcze te półprawdy…

    ——
    Pan jakby za dużo wolnomyślicielsko filozofował…
    Admin

  15. Andrzej BR said

    Prawda jest prosta, nie jak peryskop . . .

    Prawda nas wyzwoli od tego co nam śmierć nieustannie przynosi!

    Nie poznasz Prawdy – świat bez słońca,

    Poznasz – Słońce sobie zapewnisz na wieczność!

    Stwórca nie ukarał Szatana, ale go obdarował jego marzeniem:

    On chciał świata bez Boga – no i MAAA!

    Jakże mi Was żal, ciemnomyślicieli . . .

  16. 1. Co osiągnął Falzmann?
    2. Czy Falzmann przydałby się Polakom dziś bardziej jako żywy, czy jako martwy?

    ——
    Co Pan chce przez to powiedzieć?
    Że jego wina, że dał się zabić, czy co, bo nie rozumiem?
    Admin

  17. Panie Peryskop…

    „Prawda was wyzwoli”…

    Prawdą jest „bądźcie jako węże”…
    Prawdą jest „nie rzucać pereł przed wieprze”…
    Prawdą jest wiele innych rzeczy, na które zamykamy uszy…

  18. Peryskop said

    A czy wolno myślące cielsko może filozofować za dużo ?

    Nie ukrywam, że z doktorskiego egzaminu i z filozofii dali 5, więc tak dodana wiedza przydaje się i dlatego ani dyrdymały, ani dyrdyduży w wykonaniu ListwaNICKa nie powalą mnie.

    Przykładowo dziś sądzę, że dr Ludwig Feuerbach miał sporo racji twierdząc, że obraz Boga zmienia się wraz ze zmianami Epok. Dodałbym, że relikty starych Bogów nie przemijają, lecz ustępując nowszym – wciąż pozostają w obiegu religijnym.

    W Epoce kamienia łupanego panował Bóg Słońce, potem w epoce bronzu łupanego bogów powstało istne zatrzęsienie.

    Wyznawców rozmaitych bóstw i dziś nie braknie, a Aspekt Solarny wciąż nam przyświeca w symbolice KAŻDEJ religii
    – nawet jezuici w swoim logo kultywują promieniste Słońce !

    W Epoce słowa łupanego świat zmonoteizował Bóg YHWH.

    Natomiast obecnie na jego pozycję zstępuje Bóg Mammon.
    Łatwo zauważyć, że weszliśmy w Epokę klienta łupanego…

    Jeśli Pan słusznie mi zarzuci, że tego nie ma w Biblii, ponowię pytanie retoryczne : jak tam jest z tym wyzwoleniem prawdą ?

    A wszelkie trudniejsze kwestie zachowam na podorędziu.

  19. Peryskop said

    Parafrazując :
    Niech mowa wasza będzie pożywana
    jak kasza kuskus taktak nienie.

    I niech pierwszy rzuci kamieniem, kto potrafi za pomocą tak prostych środków – wręcz prostackich, bo bez kaszy zwątpienia i kaszy niepewności – upichcić coś strawnego, czyli wyrazić całą złożoność i tajemniczość świata, życia i homosapiensa.

    ===

    Warzecha – kolejna ferownica „prawdy” – trafiona i zatopiona.

    Lech Mucha 19.07.2017

    Taka mi się przypomniała historia, zasłyszana dawno temu.

    Działo się to ponoć przed wojną. Przed sądem stanął oskarżony o zabójstwo garbus. W sprawie chodziło to, że kaleka, doprowadzony do ostateczności przez grupę wyrostków, którzy dokuczali mu, wydrwiwając jego ułomność, nie wytrzymał nerwowo, rzucił za nimi kamieniem i jednego z nich w ten sposób zabił.
    Adwokat broniący oskarżonego, zanim zaczął wygłaszanie końcowej mowy, wyjął z kamizelki srebrny zegarek i położył go na blacie, przed sobą. Następnie wstał i zaczął wygłaszanie mowy:
    – Wysoki Sądzie…
    Po czym zamilkł.
    Po pięciu minutach zniecierpliwiony sędzia poprosił go, by kontynuował.
    – Wysoki Sądzie… – powiedział adwokat, po czym znów zapadła cisza.
    Minęło kolejne pięć minut zanim już nieco zirytowany sędzia ponaglił znów mecenasa.
    – Wysoki Sądzie… – powiedział po raz trzeci prawnik, po czym znów zawiesił głos.
    Wtedy prowadzący rozprawę sędzia nie wytrzymał i zagroził adwokatowi grzywną za obrazę sądu, jeśli ten natychmiast nie przestanie się wygłupiać i robić kpin z sali sądowej.
    Obrońca podniósł wtedy zegarek, spojrzał na cyferblat i powiedział:
    – Wysoki Sądzie, minęło zaledwie jedenaście minut. Zaledwie jedenaści minut wystarczyło, żeby osoba tak szanowana i tak doświadczona jak Wysoki Sąd, dała się ponieść zdenerwowaniu. Jedenaście minut potrzeba było, by Wysoki Sąd wyprowadzić z równowagi. A ten człowiek, który zasiada na ławie oskarżonych znosił drwiny na temat swej ułomności nie przez jedenaście minut, tylko przez czterdzieści lat. I po czterdziestu latach kpin, po czterdziestu latach zaczepek jeden jedyny raz nie zdzierżył. Nie wytrzymał. Podniósł kamień i rzucił…
    Podobno oskarżony został skazany na niezbyt surowy wyrok za zabójstwo w afekcie.

    Ta historia odnosi się do dnia dzisiejszego w dwójnasób. Pierwsze, co chciałem przy jej pomocy skomentować, to słowa Jarosława Kaczyńskiego, wypowiedziane w gniewie, z trybuny sejmowej, w kierunku ludzi, którzy go prowokowali od wielu miesięcy na najróżniejsze sposoby i słowa redaktora Warzechy zapisane w komentarzu twitterowym. Prezes Kaczyński powiedział tak:

    Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata. Zniszczyliście go, zamordowaliście go, jesteście kanaliami!

    Redaktor Warzecha, w reakcji na powyższe słowa, stwierdził autorytatywnie, że nic nie tłumaczy słów prezesa PiS:

    Napiszę to tylko raz: nic, absolutnie nic nie usprawiedliwia słów, które wygłosił pan prezes. Niestety.

    Jakoś nie pamiętam z jego strony oburzenia na wulgarne słowa płynące w przeciwną stronę, ale przyznam, że słów redaktora Warzechy jakoś nadmiernie uważnie nie śledzę, więc pewności nie mam. Wiem jednak, że Jarosław Kaczyński to człowiek, który nie unosi się gniewem z byle powodu. Niejeden na jego miejscu wyszedł by z siebie znacznie wcześniej. Redaktor Warzecha, tak surowy w swych ocenach, sam na prowokacje reaguje banowaniem swoich adwersarzy na twitterze i ręka mu nie drgnie. Prezes Kaczyński możliwości wyciszenia agresywnych posłów totalnej opozycji z oczywistych powodów nie ma. W jednym tylko redaktor Warzecha miał rację. Istotnie nie powinien swych słów powtarzać więcej niż raz, gdyż w ten sposób tylko raz palnął głupstwo.

    Napisałem na początku, że przedwojenna historia garbatego człowieka odnosi się do dzisiejszej rzeczywistości na dwa sposoby. Istotnie. W części dotyczącej oskarżonego, który dał się sprowokować do czynu, którego się później żałuje, jest ona analogią. Tak było, jest i będzie, że człowiek doprowadzony do ostateczności może stracić panowanie nad sobą.

    Ale jest coś, co różni czasy przedwojenne od dzisiejszych. Jeśli wierzyć statystykom, jeśli przyjrzeć się danym mówiącym o tym, jak kiepskie poważanie mają dziś wśród Polaków sądy, jeżeli wreszcie posłuchać wielu dostępnych w sieci nagrań z sal sądowych, można chyba powiedzieć, że do bardzo wielu sędziów dziś słowa przedwojennego obrońcy nie pasują.

    Na pewno wielu jest dobrych sędziów, ale nie można już – z definicji – powiedzieć: „nawet osoba tak szanowana, jak Wysoki Sąd”…

    I cała ta awantura jest po to, by to uległo zmianie.

    http://moim-zdaniem.neon24.pl/post/139375,kaczynski-warzecha-i-przedwojenna-historia-sadowa

  20. Anna said

    Narodowość seryjnego samobójcy jest w tym przypadku pewna i nie ma się czym chwalić.

Sorry, the comment form is closed at this time.