Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Amerykańska gra energetyczna o Europę (3)

Posted by Marucha w dniu 2017-08-12 (sobota)

Poprzednie ocinki:
>https://marucha.wordpress.com/2017/07/12/amerykanska-gra-energetyczna-o-europe-1/
>https://marucha.wordpress.com/2017/07/29/amerykanska-gra-energetyczna-o-europe-2/

Administracja amerykańska blokując przez wiele lat rosyjskie projekty, domagała się od Europy, aby zgodziła się wydobycie gazu łupkowego, budowała terminale LNG i importowała gaz z USA. Dywersyfikację definiuje ona radykalnie – jako odejście od dotychczasowych dostawców.

Dlatego pani Robin Dunnigan twierdzi, że takie projekty jak Nord Stream czy South Stream nie są „rzeczywistą dywersyfikacją”; jest nią za to amerykański LNG.

Specjalny wysłannik energetyczny Richard Morningstar dodatkowo ostrzegał: „Jeśli chcecie zabić strategię LNG, budujcie Nord Stream”. Jako argument podawano fakt, że rurociąg łączy na stałe, a poprzez terminale można kupić gaz z całego świata. Argument atrakcyjny, popularny też w Polsce, jednak nie biorący pod uwagę faktu, że w ostatecznym rachunku decyduje ekonomia. A koszty transportu LNG (skroplenia, przewozu gazowcem i ponownego zgazowania) są o wiele wyższe niż dostawy rurociągiem.

Trzeba było przygotować infrastrukturę, więc w wielu krajach, szczególnie na wybrzeżu Atlantyku czy Morza Śródziemnego, wybudowano terminale regazyfikacyjne. Unia dopłaca do tych projektów, nie utrudnia realizacji dodatkowymi wymogami, a wręcz traktuje preferencyjnie. Chociaż bowiem podlegają one regułom Trzeciego Pakietu, w większości są zwolnione z restrykcji, którym podlegają rurociągi z Rosji.

Polityka ta doprowadziła do przeinwestowania, utopiono miliardy euro w instalacjach, które nie są wykorzystywane. Dzisiaj mogą one przyjąć 200 miliardów m3 na rok – dużo więcej niż cały import z Rosji. 20-procentowe wykorzystanie potencjału przeładowczego oznacza, że inwestycje są z ekonomicznego punktu widzenia całkowicie nietrafione. Jednak wspierane przepisami i finansami z Brukseli nowe terminale LNG dalej są wpisywane do programów priorytetowych.

Na dodatek tak ustawia się reguły rynku, że koszty droższego towaru przerzuca się na zwykłych odbiorców. Przyznają to projektodawcy takich rozwiązań pisząc: „właściwe sygnały cenowe mogą uczynić dochodowymi dotychczas nieekonomiczne projekty”.

Na Litwie importer ponosi zero opłat za regazyfikację a koszty inwestycji oraz koszty operacyjne oficjalnie umieszczono w taryfach dystrybucyjnych. Oznacza to, że wszyscy odbiorcy płacą za koszty droższego LNG. Dodatkowo wprowadzono przepisy zobowiązujące do zakupów 25% gazu z dostaw LNG.

W Polsce wysokie ceny katarskiego gazu podobnie upchnięto w taryfy dystrybucji, która należy prawie w całości do PGNiG, jednak, żeby nie drażnić opinii publicznej, zrobiono to mniej formalnie. Obawy całkowicie bezpodstawne, żaden dziennikarz nie zdobędzie się na drążenie tematu rzeczywistych kosztów bezpieczeństwa energetycznego.

Gaz skroplony LNG ma dużą wadę blokującą jego rozwój – jest za drogi.

Koszty procesu logistycznego – przede wszystkim skraplania – są tak wysokie, że nie można mówić o zastąpieniu przezeń dostaw rurociągowych. I gdy w maju uruchomiono pierwszy eksport z terminalu Cheniere, nie było końca entuzjazmowi – amerykańskie LNG miało wyprzeć „drogi rosyjski gaz”. Nic takiego się nie stało – pierwszy rok eksportu LNG z USA do Europy wypadł mizernie, a europejskie terminale dalej stały puste, choć rurociągi z Rosji aż się grzały od rekordowego importu. Niektóre, jak Nord Stream, pracowały nawet na 110 procent swoich możliwości.

Jednak Amerykanie nie zrażają się takimi przeciwnościami. Amos Hochstein przekonuje Chorwację do postawienia pływającego terminalu na wyspie Krk, obiecując, że EU ją wesprze (rzeczywiście wsparła ponad 100 milionami euro), a amerykańskie firmy przyjdą z inwestycjami.

Terminal LNG Adria początkowo bardzo optymistycznie miał odbierać 15 miliardów m3 rocznie (choć Chorwacja zużywa jedynie 3 mld m3) i skupiał renomowane firmy: RWE, E.ON-Ruhrgas, OMV, Total i słoweński Geoplin. Jednak po bliższym zbadaniu – projekt odłożono na półkę. Robin Dunnigan uważa, że Chorwaci powinni wzorować się na Litwie i widzi sprawę w kontekście interesów amerykańskich: „rozpoczęcie eksportu amerykańskiego LNG przewiduje także wybudowanie odbiorczych instalacji pływających (FSRU) we właściwych miejscach, a lokalizacja na wyspie Krk jest bardzo sensowna”.

I chociaż ogromna część mocy regazyfikacyjnych w Unii stoi niewykorzystana, amerykańscy wysłannicy prą do budowy nowych terminali i „infrastruktury przesyłowej w centralnej i południowo-wschodniej Europie”.

Odciąć Ukrainę od Rosji

Ukraina jest wzorcowym przykładem dywersyfikacji dostaw gazu, gdzie amerykańskiej dyplomacji udało się rozdzielić dwa bliskie sobie kraje, połączone najpotężniejszą strukturą transportową na świecie. Operację przeprowadzono kompleksowo, drastycznie ograniczając zużycie gazu przez znaczne podwyżki cen dla ludności i przemysłu. Jeszcze w 2013 r. 100% importu pochodziło z Rosji, a już w 2016 r. nie kupowano gazu od Gazpromu, ale ten sam rosyjski gaz był sprzedawany poprzez zachodnich pośredników; i to drożej.

Przygotowywana przez lata strategia zaopatrzenia Ukrainy z Zachodu, umożliwiła przetrwanie, podporządkowanego Zachodowi, rządu. Pozwoliła na zerwanie kontaktów i utrzymywanie stanu quasi-wojny z Rosją, na niepłacenie za zakontraktowane (z klauzulą „bierz lub płać”) rosyjskie dostawy; zamiast tego kupowano gazu na Zachodzie.

Zorganizowano dostawy gazu z Polski i Węgier, jednak kluczowe było otwarcie dostaw na dużą skalę, co możliwe było jedynie przez Słowację. Ta opierała się nie chcąc zniszczyć dochodowego interesu na tranzycie rosyjskiego gazu. Jednak po naciskach uległa. Wybudowano rewersowe połączenie, umożliwiające Ukrainie rozliczanie rosyjskiego gazu, zużywanego w kraju, ale formalnie kupowanego na Zachodzie. Dostawy te bowiem były konieczne, by Ukraina mogła przetrwać bez zakupów ze Wschodu.

Jednocześnie Komisja Europejska dołożyła ogromnych starań, by zabezpieczyć dostawy z Rosji, pomimo ogromnych długów Naftogazu wobec Gazpromu.

Aby to się mogło dokonać, konieczne było pożyczenie Naftogazowi znaczących środków, dlatego EBRD udzieliło 300 milionów dolarów kredytu. Ukrainę finansowały także Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, które stawiały twarde warunki, wstrzymując wypłatę do chwili, gdy Ukraińcy zgodzą się na ich żądania. Jednocześnie bowiem w ukraińskim gazie wprowadzono porządki rynkowe, wyrywając spod kontroli władzy rurociągi tranzytowe, wydzielając je w osobną spółkę, wprowadzając przepisy o „unbundlignu”, czyli otwartym dostępie do rynku i zabezpieczając interesy inwestorów zachodnich.

Zachód wykorzystał sytuację do wprowadzenia własnych reguł gry, co spowodowało dramatyczne podwyżki cen, obniżyło poziom życia społeczeństwa i przyczyniło się do upadku energochłonnego przemysłu.

Sukces ten nie byłby możliwy bez wieloletnich przygotowań – wcześniejsze prace nad dostawami gazu z Zachodu przyniosły rezultaty. Kryzys w styczniu 2009 r. dał impuls amerykańskiej dyplomacji do pracy nad sprawami dostaw gazu do Europy i przygotowaniem się do rozwiązania problemu uzależnienia Ukrainy od Rosji.

22 stycznia rzecznik Departamentu Stanu zapowiedział konieczność pracy nad „przejrzystymi, rynkowymi warunkami przesyłu gazu i wagą spraw dywersyfikacji”. W kwietniu mianowano Richarda Morningstara specjalnym wysłannikiem ds. energii w regionie Eurazji. Szybko powstała „United States – Ukraine Energy Security Working Group”, która opracowywała sprawy bezpieczeństwa energetycznego, przede wszystkim zmiany kierunków dostaw gazu.

Amerykanie na wiosnę 2014 roku, gdy rządy na Ukrainie przejęła grupa typowana na to miejsce przez Departament Stanu (słynna rozmowa telefoniczna Wiktorii Nuland), przeprowadzili szeroką akcję w obronie nowego sojusznika. Natychmiast po obaleniu Janukowycza (21 lutego 2014 r.), już 6 marca Biały Dom objął sankcjami grupę Rosjan. Uchwalony 1 maja w Kongresie „2014 Russian Aggression Prevention Act” oprócz potępienia Rosji i pomocy Ukrainie, przewidywał także możliwość eksportu gazu do Europy, by zastąpić dostawy rosyjskie.

Jednak niezbędne było przekonanie do takich samych działań Europy, gdyż USA ze względu na brak głębszych powiązań gospodarczych, nie miały wielkich możliwości oddziaływania na Rosję. Na czerwcowym G-7 uczestnicy zobowiązali się do natychmiastowej pomocy Ukrainie, a Europa – do dalszego budowania terminali LNG i łączenia krajów rewersowymi połączeniami gazowymi, umożliwiającymi przepływ gazu z zachodu na wschód. Jak napisano w komunikacie, „dywersyfikacja źródeł i szlaków przesyłu jest kluczowa”.

W sierpniu kolejna fala sankcji amerykańsko-europejskich objęła sektor finansowy i technologie naftowe. Na skutek oporu krajów europejskich nie uderzono w dostawy gazu i ropy, lecz zablokowano możliwości rozwojowe Rosji. Zablokowanie eksportu 350 milionów ton ropy i produktów było mało realistyczne i stanowiłoby szok dla światowego rynku, natomiast blokada eksportu gazu do Europy dotknęłaby poważnie gospodarki starego kontynentu. A że dochody z nich to 5-6 procent rosyjskiego PKB, uderzenie byłoby bardzo bolesne, zaś skutki po europejskiej stronie okazałyby się znacznie poważniejsze.

Pomimo tego amerykańscy eksperci i lobbyści zachęcali do „odwagi” i rozwinęli kampanię objęcia sankcjami surowców energetycznych. Przekonywali, że Europa poradzi sobie bez rosyjskiego gazu. Jak mówił Carlos Pasqual, szefujący sprawom energetycznym w Departamencie Stanu, „w najbliższych latach co najmniej 80-90 miliardów m3 gazu będzie mogło dotrzeć do EU z Australii, Mozambiku czy Angoli”. Pozytywny oddźwięk znalazły te zapowiedzi tylko w Polsce.

Dla USA sankcje rosyjskie nie były kosztownym przedsięwzięciem, nie łączyły ich bowiem z Rosją znaczące więzi gospodarcze, ale kraje europejskie, które zbyt dużo na tym traciły, sankcji nie chciały. Dlatego konieczny był pewien nacisk, o którym szczerze opowiadał wiceprezydent Joe Biden studentom Harvardu: „To prawda, nie chcieli tego zrobić, to amerykańskie przywództwo i prezydent USA doprowadzili do tego, czasami musząc nawet zawstydzać Europę, aby zgodziła się na straty ekonomiczne, żeby [Rosjanie] odczuli koszty”.

Wypchnąć Rosatom z Europy

Także jeśli chodzi energię jądrową, Amerykanie są mocno zainteresowani naszym regionem. Jest bowiem z kim walczyć. Rosja to nie tylko potęga w wydobyciu ropy i gazu, ale także w energii jądrowej. Nie dość, że szybko zwiększa moce krajowe, to jeszcze Rosatom buduje obecnie 37 procent powstających nowych bloków na świecie. W Europie jego udział jest pozostałością po ZSRR, gdy zbudowano elektrownie jądrowe także w krajach socjalistycznych. Pięć krajów Unii Europejskiej (Bułgaria, Czechy, Finlandia, Węgry i Słowacja) ma 18 reaktorów WWER, które dostarczają łącznie 52% elektryczności tych krajów. Na dodatek istnieją cztery elektrownie na Ukrainie.

Celem Departamentu Stanu z jednej strony jest doprowadzenie do rezygnacji z zakupów rosyjskiego paliwa nuklearnego przez środkowo-europejskich odbiorców, z drugiej – budowa w tym regionie nowych bloków nuklearnych. Zerwanie współpracy czy przejście na zachodnie technologie byłyby strategicznym sukcesem w osłabianiu związków tych odbiorców z Rosją.

Westinghouse (firma z siedzibą w Pensylwanii, własność japońskiej Toshiby) został oddelegowany do ekspansji w tym regionie oraz wsparty dyplomatycznie i finansowo z rządowego Ex-Im Banku.

Rozpoczął produkcję paliwa do rosyjskich reaktorów jądrowych, jednak były z tym poważne kłopoty – pręty zachowywały się nieprzewidywalnie, zarówno w Czechach, jak i na Ukrainie. Czesi zrezygnowali z ich używania, wracając w trybie awaryjnym do rosyjskiego dostawcy, a Ukraina, pomimo wyższej ceny, w 2014 r. powróciła do wymiany prętów w swoich elektrowniach. W uzasadnieniu tych kroków pojawia się słowo-klucz „dywersyfikacja”.

Z technicznego punktu widzenia jest to przedsięwzięcie ryzykowne i budzi spore obawy, czy inny dostawca może dopasować technologie do wymogów konkurencyjnych reaktorów jądrowych, i to przy tak newralgicznym produkcie jak paliwo jądrowe.

Trzeba powiedzieć, że Rosjanie mają znaczną przewagę nad konkurencją, przede wszystkim model finansowania inwestycji. Oferują oni kredyty, potrafią za własne pieniądze wybudować, a następnie prowadzić elektrownie i sprzedawać prąd, i dopiero wtedy zwracane są kredyty. Ten model cieszy się dużą popularnością (oprócz niskiej ceny rosyjskich elektrowni jądrowych). Dlatego dzisiaj w naszym regionie realizowane są dwie inwestycje: w Mochowcach na Słowacji oraz rozbudowa węgierskiej elektrowni Paks. Rosatom stara się o inne projekty, jednak spotyka się ze zdecydowanym przeciwdziałaniem Zachodu.

Przyjrzyjmy się trzem przykładom.

W Bułgarii amerykańscy politycy nie tylko blokowali projekty gazowe, ale zmuszali do zrywania kontraktów z Rosją dotyczących energii jądrowej, która stała się przedmiotem szczególnych zabiegów dyplomacji. Podczas swoich wizyt sekretarze stanu, tak John Kerry, jak i wcześniej Hillary Clinton, szczególnie dużo czasu poświęcali energii, przekonując, że czas odciąć się od starych i znaleźć nowe źródła surowców i paliw. Oczywiście amerykańskie, więc Bułgaria, która wcześniej zawarła kontrakt z Rosatomem na rozbudowę elektrowni Bielenie, zerwała go w 2012 r., rozpisując przetarg, który wygrał Westinghouse. W wewnętrznej korespondencji Departamentu Stanu określono to jako „niezłą robotę”, ale Bułgarzy musieli zapłacić prawie miliard euro kary.

Na dodatek Westinghouse nie podjął inwestycji ze względów finansowych – Bułgarzy oczekiwali bowiem, że tak jak w przypadku Rosatomu, dostarczający technologię zaangażuje się w udziały elektrowni i będzie finansował budowę.

Rozczarowany premier Bojko Borysów na spotkaniu amerykańskiej izby gospodarczej, przyznawał, że kontrakty z Rosjanami zerwano na życzenie USA. Czuł się oszukany: „Jesteśmy przyjaciółmi, zatrzymaliśmy przecież rosyjskie samoloty, zastopowaliśmy trzy rosyjskie projekty energetyczne, jeśli nie jesteśmy waszymi partnerami, to kto nim jest?” Jego prośby: „mówię do was w ten sposób, ponieważ jesteśmy partnerami i przyjaciółmi, nie tylko w czasie lunchu, ale także wtedy gdy są problemy. Jeśli możecie – pomóżcie!” – pozostały bez echa. [Ojej… – admin]

W 2012 r. w Pradze Hillary Clinton intensywnie zabiegała o interesy Westinghouse, przekonując premiera Petra Neczasa do wagi bezpieczeństwa energetycznego i że tak ważna sprawa jak energia nie może zależeć od Władymira Putina. W czasie konferencji prasowej 3 grudnia mówiła: „Nie wstydzimy się naciskać w sprawie Westinghouse przy rozbudowie Temelina, bo wierzymy, że przestawia on najlepszą ofertę pod względem technologii bezpieczeństwa. Więc jasno wyrażamy swoje nadzieje, że ofercie Westinghouse poświęci się najwyższą uwagę”. Danny Roderick, szef Westinghouse, był pełen podziwu: „Byłem dumny że walczy razem ze mną”. W oczach amerykańskich dyplomatów układ był obopólnie korzystny: w USA powstałoby 9 tysięcy miejsc pracy, a Czechy zmniejszyłyby swoją zależność od Rosji.

Jednak premier Nečas trochę później w Moskwie deklarował, że „Rosja jest strategicznym partnerem Czech nie tylko politycznie, ale także w gospodarce i sprawach bezpieczeństwa”. Wkrótce afera korupcyjna zmiotła go ze stanowiska, nie pozwalając dokończyć tego największego w historii Czech przetargu, wartego 10 miliardów euro. I choć oferta rosyjska była bardzo atrakcyjna (np. 2/3 prac miały wykonać czeskie przedsiębiorstwa), kontrakt zakończono bez rozstrzygnięcia.

Były czeski premier Jiri Paroubek opowiada, jak intensywnie „w latach 90-tych amerykańscy dyplomaci naciskali na współpracę z Westinghouse, który miał podnieść standardy do zachodnich wymogów. Jednak stało się coś przeciwnego – paliwo jądrowe, dostarczone przez nich było tak fatalnej jakości, że spowodowało przerwy w pracy Temelina, a jeszcze na dodatek – było droższe”. Nie ma też złudzeń, jakimi drogami to się odbędzie: „Myślę, że Westinghouse chce zdobyć kontrakty na co najmniej połowę rynku przez polityczną presję”.

Ukraina oprócz dywersyfikacji gazowej zdecydowała się również na wymianę oryginalnych prętów paliwa jądrowego na amerykańskie. Jest dzisiaj jedynym krajem naszego regionu, który podjął się tego eksperymentu. Od 2010 r. przeprowadzono pierwsze próby, które zostały zablokowane przez agencję nadzoru. Jednak pomimo tego w 2014 r. Westinghouse wszedł w porozumienie z rządem i zaczął dostarczać paliwo nuklearne do elektrowni zaopatrywanych wcześniej przez Rosję.

Rosyjski producent paliw nuklearnego TVEL ostrzegł przez zagrożeniami spowodowanymi używaniem nielicencjonowanego paliwa amerykańskiego, nazywając to „niebezpiecznym eksperymentem”. Jest to jednak tak potężny rynek (połowa energii elektrycznej kraju pochodzi z elektrowni jądrowych), że Westinghouse wznowił produkcję prętów w wytwórni Västeras w Szwecji i przejął 30% dostaw do ukraińskich elektrowni, zarabiając na tym w ub. roku 162 miliony dolarów. Ciągle jednak skarży się, że „jedynie Ukraina stosuje zasady dywersyfikacji, wprowadzone przez Unię Europejską”. Rzeczywiście – poza Ukrainą, gdzie odejście od paliwa rosyjskiego ma charakter polityczny, Rosatom w dalszym ciągu pozostaje jedynym dostawcą paliwa nuklearnego do wybudowanych przez siebie bloków.

Europejskie strategie oporu

Wszystkie tryby dyplomacji Waszyngtonu – od prezydenta, przez sekretarzy stanu i cały aparat Departamentu, a także organizacje międzynarodowe, społeczeństwo obywatelskie, media, a z pewnością też służby specjalne i agentury wpływu – pracują nad wielkim wyzwaniem, by skierować europejską politykę energetyczną przeciw Rosji. Jednak rządy europejskie, podobnie jak energetyczne koncerny starego kontynentu, wciąż starają się zachować z Rosją możliwie najlepsze kontakty.

Jeśli USA głoszą powszechnie, że „Rosja trzyma Europę jako zakładnika” dzięki swym dostawom gazu, to w Europie dominuje przekonanie o współzależności – to obopólnie korzystna wymiana: Europa zdobywa rynek dla swoich wysoko przetworzonych towarów, kupując w zamian rosyjskie surowce.

Ambasada USA w Berlinie tak opisuje niemieckie podejście: „Niemcy są bardzo zależni od rosyjskich surowców, ale nie widzą tego jako słabości, uważając, że Rosja jest równie zależna od Niemiec jako konsumenta”. Francuzi z kolei uważają, że „lepsza jest zależność od Rosji niż od Iranu, który jest jedyną realną alternatywą”.

Dlatego Europa w momentach zmniejszonego nacisku zza oceanu stara się ułożyć współpracę z Rosją, tak aby wykorzystać bliskie sąsiedztwo raczej do budowania rynków dla eksportu swoich produktów a importu surowców, niż realizowania strategicznych planów Ameryki. Chce uzyskać dostęp do rosyjskich złóż, umożliwiając jednocześnie Rosjanom sprzedaż surowców i udział w europejskim rynku energetycznym.

W strategii współpracy Europa – Rosja z 2000 roku energia była planowana jako podstawowy obszar współpracy. Jednak cykliczne konflikty na obszarze byłego ZSRR uniemożliwiły realizację tych planów, blokowanych także przez naciski nowych członków Unii.

W odróżnieniu od mocnej retoryki antyrosyjskiej, w sprawach stosunków z Ameryką, panuje dyskrecja i wstrzemięźliwość wypowiedzi. Jednak w chwilach szczerości (zwykle w kampanii wyborczej albo prywatnej rozmowie) zdarzy się europejskim politykom skrytykować zachowania amerykańskie.

Ostatnio publicznie mówił o tym kandydat na prezydenta Francji – Francois Fillon, który skrytykował amerykańskie surowe kary nakładane na europejskie banki, ale także reguły narzucane przez „komitet Bazylejski” jako „bardzo niekorzystne dla Europy, gdyż dopasowane do USA i ich systemu bankowego”. Jednak po drugiej stronie Atlantyku panuje jak najbardziej szczera i otwarta atmosfera, nie ukrywa się planów, jedynie ubiera się je w bardziej oględne słowa.

Europa jest racjonalna i opiera politykę na interesach i pomimo całego „lip service” dla amerykańskich sojuszników, wie doskonale, że konflikt z Rosją znacząco zwiększa zależność Starego Kontynentu od silniejszego sojusznika. Jeszcze bardziej uzależnia od amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, za który trzeba słono płacić zarówno bezpośrednio w gotówce, jak i pośrednio – ustępstwami w polityce i gospodarce.

A że sojusznikom zza oceanu długi rosną bardzo szybko, każą sobie coraz więcej płacić, więc… rządy europejskie starają się jakoś przetrwać. Uśmiechają się, czasami muszą się ugryźć w język i robią swoje, przyjmując różne strategie wobec nacisków zza oceanu.

Opór przybiera często formę bezczynności – wiele spraw, które udaje się Amerykanom przeprowadzić na poziomie deklaracji programowych – nie jest po prostu realizowanych. Tak było przez lata z rezolucją Parlamentu z września 2009 r., żądającej wspólnej strategii i zdecydowanych działań krajów wschodniej Europy. Wtedy rozlega się wołanie „przecież zobowiązaliście się…”. Często mamy do czynienia z cichym wsparciem dla działań, które nie zgadzają się z narzucaną strategią. Dlatego w Brukseli nie przeciwdziałano kontaktom europejskich koncernów z Rosją.

Europa odnosi bowiem poważne korzyści – importujemy gaz i ropę, a w zamian eksportujemy technologie i wysoko zaawansowane produkty, tworząc u siebie dobrze płatne miejsca pracy. Od tego zależy wzrost PKB, bilans handlowy, poziom zatrudnienia.

Odepchnięcie Rosji jest niekorzystne, gdyż Europa traci znaczącą przewagę, podczas gdy ta ze swoimi ogromnymi zasobami gazu i ropy zwraca się w stronę Azji. Dzisiaj bowiem Rosja jest całkowicie uzależniona od eksportu gazu do Europy, gdy ta importuje ze wschodu jedynie 34% swojego zużycia. Kolejne rurociągi naftowe czy gazowe w kierunku Chin polepszają sytuację Rosji, a pogarszają pozycję Europy i USA, dla których azjatycki sojusz strategiczny jest poważnym wyzwaniem.

Europejczycy doskonale zdają sobie też sprawę z podwójnej gry Ameryki, która z jednej strony – odcina ich od zasobów taniego rosyjskiego gazu, oferując drogi gaz LNG, a jednocześnie przemysł w USA cieszy się niskimi cenami gazu i energii.

Taka przewaga konkurencyjna na dłuższą metę jest dla Europy groźna. Europa próbuje dzisiaj korzystać z amerykańskiego parasola militarnego i uczestniczyć w porządku światowym, stworzonym przez USA, w którym sama odgrywa rolę drugoplanową. W ramach tego porządku próbuje, wbrew sprzeciwom USA, zbudować sojusz z Rosją oparty na energetycznej bazie rosyjskich surowców i największych światowych zasobów gazu.

Ten plan jest odpowiedzią na ubóstwo zasobów energetycznych Europy i jednocześnie jej ogromnych potrzeb. Model globalnego rynku budowanego przez USA wyklucza takie sojusze, gdyż mogłyby one nadmiernie wzmocnić innych graczy a osłabić amerykańskie przywództwo.

Jednak strategia cichego oporu działa – skuteczność wpływu USA na Europę maleje. Jak pisze ambasador Smith, „w 90-tych latach przewaga USA była ogromna, i administracja z łatwością mogła przekonać dużych członków Sojuszu do stanowiska Waszyngtonu w sprawie rozszerzenia Unii. Dzisiaj Berlin, Paryż i Rzym znacznie mocniej opierają się każdej polityce Sojuszu, której sprzeciwia się Moskwa. Siła wpływu amerykańskiego rządu na europejską politykę energetyczną znacząco osłabła ostatnimi laty, chociaż nigdy nie była tak wielka jak to się wydaje w Kongresie czy Departamencie Stanu”.

Niebezpieczny scenariusz konfliktu

Czerwoną linią, której Bruksela nie chce przekroczyć, jest postawienie się w roli otwartego wroga Rosji. Europa nie chce mieć wrogiego mocarstwa u swoich granic, nie chce zimnej wojny, bo to może doprowadzić do gorącej wojny. Straty ponoszone przy sankcjach byłyby niczym przy zniszczeniach, do których doprowadziłby konflikt militarny.

Na horyzoncie rysują się bowiem groźne scenariusze. Już dzisiaj Europa jest otoczona „pierścieniem ognia” tak z południa (Afryka), od strony Bliskiego Wschodu, jak i na wschodniej flance (Ukraina). Jeśli uznamy więc prosty fakt, że gazu rosyjskiego jest za dużo i jest zbyt tani, by dało się go usunąć z Europy, staje się jasne, że szanse na jego wyeliminowanie są żadne.

Jednak gdyby udało się zbudować infrastrukturę wystarczającą do zastąpienia gazu ze wschodu przez dostawy LNG… można by w końcu zmusić Europę do sankcji wobec Rosji. Przy okazji kolejnych kryzysów, które lubią się w naszym regionie powtarzać co kilka lat (2008 r. Gruzja, 2014 r. – Ukraina) można by zablokować import gazu i ropy. W 2011 roku udało się Brukseli tak „wykręcić rękę”, że zastosowała radykalne sankcje wobec Iranu, blokując import ropy, na czym traciła tylko Europa, gdyż Ameryka z Iranem nie utrzymuje żadnych stosunków.

Uderzenie w Rosję byłoby potężne, koszty można uzasadnić kolejną „agresją Rosji”, a jej gaz ziemny zastąpić dostawami LNG z USA, Kataru czy Australii. Przy okazji można dużo zarobić, gdyż przy wyeliminowaniu tak dużej ilości gazu z rynku, cena tego surowca osiągałaby niesłychanie wysoki poziom. A na rynku LNG w najbliższych latach rysują się już ogromne nadwyżki podaży.

Wszystko wskazuje na to, że grunt pod wojnę ekonomiczną z Rosją (może jako część wojny z Chinami) jest przygotowywany. Na taki scenariusz działań wskazuje też intensywność, z jaką Waszyngton posługuje się sankcjami ekonomicznymi. Celem zabiegów o dywersyfikację jest w razie konfliktu zaopatrzenie w gaz sojuszników w Europie Środkowo-Wschodniej. Taka alternatywa może ich skłonić, by byli bardziej „elastyczni” gdy przyjdzie podjąć strategiczne decyzje o wojnie ekonomicznej, a może nawet o realnej wojnie na wschodnich rubieżach.

Tylko bowiem planami wojennymi, nastawieniem na konflikt i uodpornieniem na jego skutki można wytłumaczyć promocję tak anty-ekonomicznych projektów jak litewski czy polski gazoport, czy rurociąg z Norwegii do Polski. Region Europy Środkowo-Wschodniej, który byłby strefą takich działań, jest najbardziej uzależniony od rosyjskich dostaw gazu, dlatego trzeba zapewnić mu możliwości alternatywnych dostaw. Dlatego trzeba zbudować system „solidarności gazowej”, zabezpieczający państwa wschodnich rubieży Unii w dostawy gazu z Niemiec.

Przetestowanie takiego scenariusza mieliśmy przy okazji dostaw na Ukrainę. Do takiego rozwoju sytuacji już się zresztą przygotowano. Gdy w Komisji przeprowadzano „stress test” europejskiego systemu gazowego, jedynym rozpatrzonym dokładnie scenariuszem było całkowite przerwanie dostaw z Rosji. Choć dzisiaj wydaje się ono nierealne, lepiej jednak być przygotowanym, jeśli trzeba będzie nałożyć na Rosję dodatkowe, dużo bardziej bolesne sankcje.

Tylko na chwilę oddaliliśmy się od analizy amerykańskich oddziaływań na politykę energetyczną Europy rozważając możliwe scenariusze rozwoju sytuacji. Trzeba myśleć realistycznie i wyciągać wnioski z ciągłego nacisku na możliwość „zakręcenia gazowego kurka” przez Rosję. Przecież nie tylko jedna strona ma kurek, a przygotowania po naszej stronie do zakręcenia go są czynione nad wyraz intensywnie.

Niesymetryczne relacje

Na zakończenie trzeba zapytać, czy opisane powyżej działania mają swój odpowiednik, czy Europa odpowiada choćby w części podobnymi strategiami, używa podobnych narzędzi i przeprowadza porównywalne projekty jak Stany Zjednoczone.

Otóż nie – relacje transatlantyckie są całkowicie asymetryczne. Nie ma żadnych podobnych działań po naszej stronie. Europa nie planuje polityki energetycznej USA, nie ma narzędzi codziennego oddziaływania na nie, na konferencjach rządowych czy parlamentarnych w Ameryce, żaden europejski wysłannik nie przedstawia oczekiwań (eufemistyczne określenie „żądań”) wobec Białego Domu.

O oddziaływaniu Waszyngtonu na Europę mówi się niewiele. W oficjalnych mowach i oświadczeniach, w mediach pisze się o tym bardzo enigmatycznie. Używa się zawoalowanego języka, takich słów, jak „zachęcać”, „wspierać”, pada często słowo „pomoc”, „współpraca”. Amerykańscy urzędnicy mówią o „głębokiej trosce” o bezpieczeństwo energetyczne Europy.

Ezopowy język dominuje, skromne informacje na dalekich stronach. Europa nie rozgrywa ze swoim wielkim sojusznikiem żadnej, nawet niewielkiej, „energetycznej partii szachów”. Gdyby istniał jakiś sztab generalny europejskiej armii, której też przecież nie ma, mógłby – w odpowiednio utajniony raporcie – ogłosić, że strategicznym wyzwaniem dla Europy jest dążenie Ameryki do osiągnięcia „energy domination” (dominacja energetyczna).

Andrzej Szczęśniak
CDN.
Myśl Polska, nr 33-34 (13-20.08.2017)
http://mysl-polska.pl/

Komentarzy 7 to “Amerykańska gra energetyczna o Europę (3)”

  1. revers said

    Lawrow nie gorzej podsumowal sankcje nakladane na Rosje, a uderzajace w UE

    http://tass.ru/politika/4476901

  2. Mietkowski said

    Wyparcie cyrylicy i prawosławia z Ukrainy zapewni pełny sukces ubicia niedźwiedzia. Pierwsze próby uczenia Ukraińców niemieckiego alfabetu były za czasów CK Austrii i kontynuowane w okresie III Rzeszy. Najważniejsze to działanie psychologiczne na motłoch światowy na co nie wpadli jeszcze postępowcy.

  3. Głos Prawdy said

    W jednym z rosyjskich programów, polski dziennikarz Мacwiejczuk ( po co w ogóle go zapraszają, widać nikt nie chce oprócz trzech) powiedział: Jesteśmy gotowi ponieść wszelkie koszty i wydatki, zacisnąć pasa by Rosja od tego straciła. Czy to on o sobie mówił, lub w imieniu narodu polskiego – nie wiem. A potem dziwią się, że mu daja w zęby wprost w eterze, kiedy wyzywa rosjan i pamięć historyczną

  4. RomanK said

    Banda -jaka rzadzila Polska z dopustu starego PolitBiura KCKPZR..dorowadzila do tego ,ze Polska placila za energie z Rosji najwyzsze ceny. Za najgorszej jakosci i gaz i rope…ktora polskie rafinerie zrobila zrzutem najgorszego dziadostwa… Zbiorniki zawalone mazia byly tylko do uzytku na 1/3 pojemnosci….
    Dzis moze i Rosjanie – gazpromc maja inne podejscie …nie wiem…ale to sami sobie sa winni.
    Owszem moga tak samo wejsc na oplski rynek,..ale teraz na warunkach konkurencji..pod kazdym wzgledem od jakosci poczynajac…
    Taka inwestycja- jak Gazoport w Szczecinie to jedna z najmadrzejszych decyzji rzadu!!!!!!!
    Probierzem niech bedzie Rafineria w Mozejkach…. a moze i nawet dodatkowy rurociag wspolny z Bialorusia????

  5. peacelover said

    …wojna w Syrii pomalu dobiega konca !!!
    Teraz zacznie sie bitwa o UPAdline !! i… o wszystko, co sie z tym wiaze !!!
    To jest normalny, logiczny ciag wydarzen nad ktorym, Putin ma kontrole !

  6. rafal z said

    gazoport w Świnoujściu a nie w Szczecinie

    poza tym PIS nazwał ten gazoport imieniem Kaczora ale to platfusy głównie budowali ten projekt i to nie ze względu na polski interes. Prawdopodobnie gdyby nie polityka USraela to tego by nie było a planem jest odcięcie Rosji od europejskiego rynku

  7. Lily said

    Re 6;Rafal Z
    Jak widac,Kaczyzm(kult kaczyzmu) kwitnie cala para.

Sorry, the comment form is closed at this time.