Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Czekając na Neus Kukiełkes

Posted by Marucha w dniu 2017-09-25 (poniedziałek)

Kto by pomyślał, że historia tak się powtórzy? Za pierwszej komuny, kiedy partia trzymała umysły w obcęgach cenzury, wielkim wydarzeniem kulturalnym był festiwal piosenki w Opolu.

Nie tylko dlatego, że koncerty transmitowała na żywo telewizja, więc ulice pustoszały, jak podczas słynnego meczu Polska-Argentyna, o którym wspomina Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”: „A po kolacji się zaczyna słynny mecz Polska-Argentyna. Zasiedli przy telewizorze. Rurka usiedzieć ledwie może, straszne ogarnia go napięcie – że Polska wygra, wierzy święcie.”

W przypadku festiwalu w Opolu ulice pustoszały z innego powodu – można było mianowicie posłuchać czegoś innego, niż tasiemcowe przemówienia Władysława Gomułki („Prędzej pan, panie Adenauer, odgadnie jakiej płci są anioły, niż my się wyrzekniemy naszych Ziem Zachodnich!”).

Można było posłuchać na przykład Ewy Demarczyk – a każdy przyzna, że warto było posłuchać, podobnie jak debiutującej podówczas Maryli Rodowicz („Na stacyjkach, tam gdzie się kończy świat, zawiadowcy są z nami za pan brat. Semafory tam, już pozdrawiają nas, no bo komu w drogę, to temu czas!”), Miry Kubasińskiej („Przychodzisz zawsze do mnie, gdy zapada zmrok. Zapalasz rzekę tęczy i przerywasz noc. Nie pytasz nigdy o nic, a jednak wiem, że chcesz przepłynąć poprzez tęczę na jej wysoki stromy brzeg. Przepłynąć poprzez tęczę na jej drugi brzeg.”), czy Czesława Niemena, który wzbijał się na wyżyny piosenką „Dziwny jest ten świat”.

Był to tak zwany „protest-song”, ale oczywiście – socjalistyczny, więc musiały tam dominować elementy pozytywne: „wiele zła” wprawdzie „mieściło się” na tym świecie, ale tylko „jeszcze wciąż”, czyli jakby tylko tu i ówdzie – no bo jakże inaczej, kiedy kapitalizm nie został jeszcze obalony?

Ale nie był to powód jedyny, bo na okoliczność opolskiego festiwalu uścisk cęgów cenzury jakby trochę lżał, toteż i dziennikarze, czując, że obroża została chwilowo poluzowana, a smycz – przedłużona, prześcigali się w subtelnych analizach tekstów piosenek i za dobre nagradzali, a za złe karali, niczym sam Pan Bóg Wszechmogący.

Lektura tych subtelnych analiz mogła dostarczyć wiele przyjemności, na czele ze świadomością, że ci wszyscy publicyści durniów tylko udają, a tak naprawdę, to są wcale niegłupi, tylko wobec Partii muszą się zachowywać na podobieństwo rosyjskiego urzędnika, który – według ukazu Piotra Wielkiego – w obliczu przełożonego winien przyjmować wygląd „lichy i durnowaty”, żeby dobrym rozumieniem spraw swego zwierzchnika „nie peszył”.

Pojawili się wtedy w Polsce hippisi, no bo jakże by inaczej, skoro pojawili się na Zachodzie – ale to była niestety tylko imitacja, co wyrażało się u nich w ostentacyjnym pacyfizmie. Mieliśmy takiego w akademiku i – przybierając pozę tępych militarystów – doprowadzaliśmy go do furii uwagami, że najpiękniejszą muzyką jest seria z ciężkiego karabinu maszynowego, przerywana wybuchami granatów, bo „kiedy pęka granat, serce radośnie ściska się w piersi”. Po niemiecku brzmi to znacznie lepiej, bo to cytat z piosenki, ale niestety dzisiaj nie potrafię tego po niemiecku powtórzyć.

Podobnie polemizowaliśmy z „protest-songami”, których polscy autorzy sprzeciwiali się wojnie w Wietnamie, gdzie Moskalikowie i Amerykanie przepychali się za pośrednictwem Wietnamczyków: „Zawróćcie samoloty, latające fortece, piaskiem bunkry zasypcie, niech każdy spokojnie patrzy w niebo!”

Zwracaliśmy naszemu hippisującemu koledze uwagę, że zawracanie latających fortec znad celu musi działać na ich załogi szalenie demoralizująco, więc zawrócić mogą dopiero po zrzuceniu swojego ładunku. I tak dalej. „Takie były zabawy, spory w one lata”.

Nawiasem mówiąc, kiedy w 2008 roku byłem w Wietnamie, spotkałem się z opinią, że Wietnamczycy są „Prusakami Azji” – przeciwko czemu oni zresztą wcale nie protestowali. Przeciwnie – odnosiłem wrażenie, że raczej im to pochlebia.

Później, to znaczy – kiedy już komunizm „upadł” – czego najlepszym dowodem był wybór przywódcy owych „upadłych” komunistów na prezydenta „wolnej Polski”, zainteresowanie festiwalami piosenki gwałtownie spadło, być może również dlatego, że wśród wykonawców dały się zauważyć skutki doboru negatywnego, w myśl zasady sformułowanej przez Jerzego Stuhra w piosence „Śpiewać każdy może”.

I pewnie tak by było aż do dnia dzisiejszego, gdyby nie pani Katarzyna Szczot, używająca pretensjonalnego pseudonimu „Kayah”. Opowiedziała się za bojkotem tegorocznego festiwalu organizowanego przez „kurwizję” (bo tak Sralon nazywa teraz rządową telewizję), a za nią podążył liczny orszak pracowników przemysłu rozrywkowego w nadziei, że stary żydowski finansowy grandziarz zobaczy ich ideowe zaangażowanie i za pośrednictwem Głównego Cadyka III RP, co to poprzez Fundację Batorego rozdziela jurgielt między autorytety moralne, sowicie wynagrodzi nie tylko alimentami, ale i splendorami.

Ta pani Szczot, mówiąc nawiasem, w swoich piosenkach często opowiada o osobistych przeżyciach: „Oskarżam cię o łez strumienie, osamotnienie, zdradę i gniew, oskarżam cię o to cierpienie, wojen płomienie, przelaną krew” – cóż to może oznaczać, jeśli nie opowieść o porzuceniu przez nielojalnego dobiegacza, który na odchodne jeszcze („przelaną krew”) rozkwasił nos?

Ale „kurwizja” postawiła na swoim, w następstwie czego środowisko pracowników przemysłu rozrywkowego podzieliło się również politycznie; jedni są przeciwni bojkotowi, podczas gdy drudzy – czy to wypełniając polecenia oficerów prowadzących, czy w naiwnym przekonaniu, że oto bez żadnego osobistego ryzyka uczestniczą w tworzeniu Historii.

Wypełniając leninowskie normy życia partyjnego o organizatorskiej funkcji prasy, żydowska gazeta dla Polaków bardzo się w bojkot opolskiego festiwalu zaangażowała do tego stopnia, że nawet opublikowała „fakt prasowy”, jakoby podczas benefisu Jana Pietrzaka, publiczność gremialnie opuszczała amfiteatr.

W takim razie tylko patrzeć, jak redakcyjny Judenrat albo sam zorganizuje, albo – jeśli stronę organizacyjną wezmą na siebie stare kiejkuty – przynajmniej roztoczy patronat medialny nad konkurencyjnym festiwalem, który mógłby przybrać nazwę na przykład „Neus Kukiełkes”. Jestem pewien, że staremu grandziarzowi na takie dictum łza zakręciłaby się w oku i może by sypnął zlotem dla wykonawców – bo cóż w tych dzisiejszych zepsutych czasach nagradzać, jeśli nie niepodatną na korupcję pryncypialność?

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Komentarze 43 to “Czekając na Neus Kukiełkes”

  1. Grace said

    Jak wiele razy wcześniej, także i teraz nie mogę się zgodzić z Panem Michalkiewiczem że „Dziwny jest ten swiat ” Czeslawa Niemena choć był tzw. „protest -song” ale socjalistyczny. Pieprzy Pan duperele Panie M. „Człowiekiem gardzi człowiek” , to powinno Panu utknąć w pamięci. Ponadczasowy song który jest wciąż aktualny.
    W krajach tzw. zachodnich wciąż ta pogarda jednego człowieka dla drugiego jest widoczna i to się nigdy nie skończy dopóki kraje takie jak USA, Izrael, UK, beda chcialy dominować nad innymi, słabszymi krajami. W nas samych się to nigdy nie skończy jak nie wrócimy do Boga i nie bedziemy sie darzyc nawzajem miłością a nie pogarda. Pan Staś zapomina wspomnieć o festiwalu piosenki radzieckiej w Zielonej Górze. Sala zawsze pękała w szwach, a jak Pugaczowa zaśpiewała to zaraz za nia cała sala. Ah, jakież to były wspaniałe czasy w tej socjalistycznej Polsce. Wolę tamte lata niżeli dzisiejszy ściek.

  2. Maciek said

    Pani Grace, a poza tym, moze nie pierwszoplanowym, detalem jescze cos innego Pani w artykule SM sie nie podoba?

  3. Isia said

    Twórczość Czesława Niemena jest ponadczasowa. To był, bezsprzecznie, Wielki Artysta.

    Garść wspomnień z tamtych czasów – Rok 1963, Czesław Niemen i Niebiesko – Czarni w paryskiej Olimpii … na zdjęciach znajome twarze gwiazd polskiej piosenki i … Marlena Dietrich.

    ‚Wiem, że nie wrócisz”

  4. Isia said

    Pani Grace … proszę wysłuchać piosenki „Dziwny jest ten świat” w wykonaniu wielce utalentowanej wokalnie, młodziutkiej, 13 – letniej Polki Klaudii Kulawik – a utwór ten Klaudia zaśpiewała już dwa lata wcześniej, podbijając wszystkich uczestników programu „Mam talent”.

  5. Miet said

    Pani przesadza, Pani Grace.
    Michałkiewicz nigdzie tej pieśni nie zganił. On tylko stwierdził, ta pieśń dobrze pasowała do wszystkiego.
    Władzy się podobała i przeciwnikom tej władzy też.
    I to jest prawda.
    Ja też tę pieśń bardzo lubię – w 1989 przywiozłem z Polski kastę Niemena pod tytułem „Dziwny jest ten świat”.
    Trzymam ją na pamiątkę ale jej nie odtwarzam bo już dawno się pozbyłem odtwarzacza takich kaset.
    To już nie ta technika.:-)))

    ” Ah, jakież to były wspaniałe czasy w tej socjalistycznej Polsce. Wolę tamte lata niżeli dzisiejszy ściek.”

    Dawne lata zawsze się wspomina z łezką w oku – bo wspominamy na ogół to co było fajne i miłe a wrzucamy w niepamięć to od czego uciekaliśmy, gdy nastała taka możliwość.

  6. NICK said

    Taaak. Ten utwór a raczej dzieło.
    JEST.
    Podobne.
    Nam.

  7. NICK said

  8. NICK said

    Deep Purple?
    Weg.
    Jednego dziecka?
    Tak mało trzeba mi… .
    O czym piszę?

    O Polsce.

  9. NICK said

  10. NICK said

    Wiem. Przepraszam.

  11. NICK said

    Dzieło Mistrza Ludzkiego poraża.
    Pozytywnie.

    Niemen.

    Należy zapoznać.
    Dzieła.

  12. Isia said

    Dorzućmy jeszcze trochę wspomnień …

    W latach1962/1963 odbywały się w Szczecinie Festiwale Młodych Talentów.

    W 1962 roku po raz pierwszy wystąpili m. in. Wojtek Korda (Kędziora) i Helena Majdaniec (którzy już w następnym roku wyjechali z Czesławem Niemenem do Paryża) a także Karin Stanek.
    W kolejnym 1963 roku pojawiły się takie młode talenty jak: Kasia Sobczyk czy Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa (za swój pierwszy, wspólny występ otrzymali wyróżnienie).

    Młodzi i utalentowani, przyszłe gwiazdy polskiej piosenki.

  13. Sowa said

    Re 9:
    Dla mnie najpiękniejszy utwór Niemena.

  14. Ola said

    ad 13
    a nie , najpiekniejszy to jest „Sen o Warszawie”.

  15. RomanK said

    NO prosze…trzeba czekac….a wystarczy wznowic produkcje kukiełłes:-)))))pardon neus kukiełłes:-))))
    Nuuuu…ale co zrobimy ze starymi kukiełłesami????prosze powiedzcie sami…panowie wraz z paniami:-)))

  16. Boydar said

    Nic, zupełnie nic. Wystarczy dopilnować aby one nic nie zrobiły. Resztą zajmie się Matka Natura.

  17. RomanK said

    Prosze zauwazyc…jak mozna zdac sie na Nature…w sytuacji..kiedy Czlowiek nauczyl sie budowac tamy:-))
    SKoro byl Jeden Radiokomitet..jedno Przedsiebiorstwo Panstwowe Rozrywka…jednym slowem Monopol….sila rzeczy wszystkie kukielles byly monopolistycznym produktem massowej produkcji…a jesli nie massowej to pod masse:-))) to i po dokladnej kilkakrotnej kontroli jakosci, wartosci a zwlaszcza przydatnosci….z podzialem na czestego i stalego uzytku, rzadszego uzytku, a nawet jednorazowki…
    Nasz Franus spiewol tak piknie…,jak wyloz na kamin i spiewol na holi to ….owiecki przestawaly sie pasc i sluchaly…. Lubial Ryszarda Tarasewicza i go sluchal w Kolchozniku…. i ze sluchu nasladowal…wszystkie arie z Barona Cyganskiego….ale ..nikt go nie wylansowol…
    wziol go PonBocek do swojego choru zanim skonczol 30 lot….
    Jak pan widzi jedne talenty chowajom na sprzedoj..a inne PonBocek ino dlo Siebie.

  18. RomanK said

    Panie Boydar…nie wiem, czy to wydali po polsku…ale zachecam do przeczytania:

    Tragedy and Hope- Caroll Qugilly

    https://www.salon24.pl/u/zbyszeks/621645,tragedia-i-nadzieja

  19. […] https://marucha.wordpress.com/2017/09/25/czekajac-na-neus-kukielkes/#comment-703255 […]

  20. NICK said

    Aaaa.
    Jeszcze jedno.
    „sTUHR jERZY” jest antypolakiem.
    A suoersyn gO przerasta.

  21. Ola said

    o przepraszam, nie „Sen o Warszawie ” lecz to Niemena najladniejsze: https://www.youtube.com/watch?v=Ty4jvgcC4_c
    „Obok nas”, niezla , dobra poscielowka .
    PS. a tak apropos – uprawialiscie love przy muzyce? chyba nie mozna inaczej , chyba ze na krolika .

  22. Zdziwiony said

    Czesław Niemen. Ile mu wyrządzono krzywdy, jak go wyśmiewano, pomawiano. Ile łatek mu przyprawiono po drodze?! A przecież to był wspaniały człowiek, delikatny, skromny. O bardzo czułym sercu. Nie rozpychał się łokciami. W okresie największej prosperity nie wykorzystywał tzw. układów, by coś tam sobie załatwić. Przez całe
    lata mieszkał w tragicznych wręcz warunkach, jakieś tam mieszkanko… 20 metrów, tam swoją piękną muzykę komponował. Wielkiej klasy artysta, któremu wiecznie podcinano skrzydła.
    Niemen w końcu kupił domek do remontu, na Żoliborzu, sam remontował, wszystko robił: podłogi, drzwi, okna… Wspaniały, szczery i głęboko uduchowiony artysta. Niepowtarzalny twórca.

    Franek Walicki, który organizował koncerty pierwszej dziesiątki piosenkarzy polskich… Marianny Wróblewskiej, Niemena, Haliny Frąckowiak, Heleny Majdaniec, Burana, Kasi Sobczyk… Franek opowiadał, że na koncerty to oni wszyscy przyjeżdżali pociągami, autobusami, a Burano mercedesem z szoferem i panią wychowawczynią.
    Gdy Walicki zagadnął kiedyś ojca, że przecież musi to strasznie drogo kosztować, ten
    mądry człowiek tak mu odpowiedział: „Jest czas gromadzenia pieniędzy i czas ich wydawania. I to jest taki właśnie moment”.
    Burano nazywa się Wasyl Michaj i jest pochodzenia mołdawskiego. „Burano” po cygańsku znaczy wicher. Ładnie, co? Jego ojciec był zamożnym człowiekiem. Burano miał opiekunkę Polkę, nauczycielkę, polonistkę z wykształcenia, ponieważ ojciec życzył sobie, by syn mówił poprawnie po polsku.
    Burano bardzo liczył się ze swoim ojcem. Zresztą był bardzo skromnym i nieśmiałym
    chłopcem. Miał kompleks „Cygana”. Jak go zresztą miał nie mieć, skoro na każdym kroku spotykał się z pogardą?
    Ojciec Burana, powiedział krótko: „Cyganie jak ludzie są różni. Dlaczego wszystkich razem wrzuca się do jednego worka?”
    Ich dom – było tam zawsze bardzo czysto, schludnie. Zresztą to był bogaty dom: kobierce na podłogach i na ścianach, mnóstwo obrazów, kryształy, adamaszkowe obrusy, w lewym rogu jadalni przepiękna kapliczka z ikon, jak każe zwyczaj prawosławny. Przyjechali przecież z Mołdawii. W Polsce zaczęli praktyki w kościele rzymskokatolickim – chrzciny, pogrzeby. Wasyl pochował swojego ojca w Warszawie na Cmentarzu Bródnowskim i wystawił mu wspaniały grobowiec. Choć jest w Warszawie na Woli cmentarz prawosławny. Ale to typowe dla wędrujących Cyganów; do jakiego kraju dojdą na dłużej, przyjmują jego religię, wiem to z książki Jerzego Ficowskiego.
    W domu Burana pielęgnowano tradycje. Obiad gotowano zawsze dla kilkunastu osób nie zapominając o głodnych, którzy mogą przyjść niespodziewanie. Nie piło się innego alkoholu jak tylko szampana.

    Ojciec pomagał Wasylowi w jego karierze. Dbano o niego.
    Ale… cóż… miał pecha. W Polsce zaprzepaszczono jego szanse, zresztą tak samo jak wielu innych utalentowanych artystów. Gdy przyjechał manager z Francji, impresario, to dyrektor Jakubowski, który w tym czasie lansował Anię German, powiedział: „Co… Burano?! Burano się skończył…”. „Jak to?” pyta tamten. „Nie jest pan zainteresowany”… „Ależ skądże…” Taki był dialog.
    I Burano pojechał prywatnie do Francji. Zaczął tam śpiewać jako John Mike Arlow i po jakimś czasie stał się sławny. Wtedy „Pagart” przypomniał sobie o nim i zaproszono go do Polski, ale okazało się, że trzeba będzie za występ zapłacić w dolarach managerowi francuskiemu. No i podniósł się rwetes. „Przecież to jest nasz Burano!”
    A wtedy manager powiedział: „Co? Przecież Burano się skończył. A to jest John Mike Arlow…” I tyle…

    Niestety. Wykończyła go mafia show-businessu, bo na swoje nieszczęście był młodszy, zdolniejszy i ciekawszy od swego groźnego konkurenta, Toma Jonesa, którego „machina” była już rozkręcona. Nikt nie chciał stracić zainwestowanych w Toma pieniędzy. Cały sztab ludzi pracował nad tą karierą: fachowcy od reklamy, słynny Jack Parnell jako aranżer i doradca muzyczny. Tragedią Burana było to, że miał głos bardzo podobny do głosu Toma Jonesa. I chociaż, był o wiele zdolniejszy, a w dodatku sam komponował, czego Jones nie potrafił… Nawet słynną kompozycję Burano „My Sweet Angel”, chciano kupić dla Jonesa. Tak… Manager Burana okazał się zbyt słaby na tamtejszym rynku. Nie miał dostatecznej ilości pieniędzy, a także wpływów, by konkurować z potęgą zawodowców Toma Jonesa.

    Tam nie liczą się sentymenty… Ile talentów wielkich zmarnowano… To twarda ziemia,
    trzeba mieć mocne pazury, aby wczepić się w nią, utrzymać… Nieustająca walka o zachowanie swojej pozycji, na każdym kroku bezwzględność i czujność.

    O Czesiu Niemen: Zaproszono go do Anglii na nagranie płyty – płytę z nim nagrano, tylko że nie ujrzała światła dziennego, została wykupiona na pniu i pozostała w jakichś piwnicznych składach lub została przemielona. Dlaczego? Bo zagrażał karierze innej „gwiazdy”.

  23. tom said

    Nie sądziłem, że bystry pan Stanisław M. jest fanem obecnych „głodnych ( z PRL-u) kawałków” Pietrzaka. To było niesmaczne, żenada. Wiadomo, że na starość popełnia się najważniejsze głupstwa.

  24. NICK said

    Panie Zdziwiony.
    Dzięki.
    Za świadectwo.
    Ola?
    Właściwie to piszesz normalnie.
    Ale?
    Bez ale.

  25. Zdziwiony said

    Proszę Państwa – Isia, Boydar, NICK, nie wolno nam dać się tym czerwonym scyzorykom obrzezać.

  26. Boydar said

    Ja Pani Isi będę bronił jak konstytucji. Uważam że kobiet nie wolno tak dręczyć.

  27. NICK said

    Pietrzak jest wahliwy.
    Wzorem zaś?
    Nie jest.

  28. NICK said

    Dręczyć?
    A po co i dlaczego?

    Pan wie, Lubelaku.

  29. Zdziwiony said

    Panie Boydar, moim patronem jest Św. Jerzy, a wie Pan, że on uratował życie księżniczki.

  30. Isia said

    Pan Zdziwiony

    Dziękuję za bardzo ciekawe wpisy, można się z nich wiele dowiedzieć o tamtych czasach, zwłaszcza o tzw. peerelowskim show – biznesie. Tak jak to Pan Nick lapidarnie ujął – dziękuję za świadectwo.

  31. Peryskop said

    Re 22 Zdziwiony dzięki za info – też wcześniej o Komedzie, Hłasce i RP.

    Czesław „Niemen” Wydrzycki (1939†2004) to kolejny wybitny i ambitny artysta, który zmarł przedwcześnie (65) – w zapaleniu płuc – wg GNM psycho-bio-konflikt „strach o rewir” wskutek frustracji oraz raka węzłów chłonnych (chłoniak) – wg GNM „utrata własnej wartości”.

    Według zweryfikowanej klinicznie wiedzy, którą jej twórca dr medycyny Ryke Geerd Hamer (1935 † 2017) nazwał „Germańska Nowa Medycyna” / Germanische Heilkunde (GNM / GH) – wszelkie choroby (poza traumą powypadkową, zatruciami i wadami wrodzonymi) są skutkami procesów w sferze psychicznej na tle rozmaitych konfliktów, po rozwiązaniu których organizm samoistnie powraca do zdrowia, z pomocą drobnoustrojów nazywanych „chorobotwórczymi”, aby koncerny farmaceutyczne mogły zarabiać na „leczeniu” – w istocie na łagodzeniu objawów bez usuwania przyczyn.

    Nowotwory powstają wskutek subiektywnie odczuwanych konfliktów psycho-biologicznych, zwykle na tle ”rewiru” – czyli dbania o wszystko, na czym nam zależy. Życiorys Niemena w pełni potwierdza zgodność przejść losowych z przyczynami jego przedwczesnej śmierci.

    No ale wtedy wiedza dr Hamera była jeszcze mało znana, a on nękany więzieniami – odsiedział 9 miesięcy w Niemczech (1997-98) i 18 miesięcy we Francji (2004-06) za kontynuowanie „nielegalnej” praktyki leczenia metodą formalnie zweryfikowaną na Uniwersytecie w Trnavie, Słowacja, w 1998 roku.

    Znajomość GNM pozwala unikać choroby, a jeśli już się pojawi – GNM pomaga w zdrowieniu.

    W zasadę GNM nie chcą wierzyć samolubne tchórze, bo zamiast brać odpowiedzialność za choroby – swoje i/lub swoich bliskich – wolą grać rolę otoczonej współczuciem ofiary.

    Szczególnie skuteczną przynętą na tchórzy głuptaków są celebryci – czyli osobniki bez większych talentów, wylansowane do mieszania w głowach.

    Dopokąd populacja samolubnych tchórzy kwitnie, dopotąd poprosperuje PharmApotheken i „poleczy”.

    Czy kiedyś przekwitnie ?

    Innymi słowy – czy zwykłym ludziom znudzą się kiedyś celebryci ?

    Problem w tym, że „zwykli ludzie” marzą o tym, żeby kiedyś zostać celebrytami – zwłaszcza, że do tego nieczeba talentu, wystarczy „układ”.

    I napędzają samolubne tchórze to nasze człowiecze perpetuum mobile.
    Coś jak tajemniczy wąż Oroboros, który połyka własny ogon.

  32. Boydar said

    Tłumaczyłem już Rurze, że ani nie nowa ani nie „germańska” rozumiana jako „niemiecka”. Dla zachowania skrótu można by ewentualnie przyjąć „Medycyna Nowych Żydoszkopów”. I to dopiero oddaje stan rzeczy.

  33. Boydar said

    Panie JO, ja nie jestem epidiaskop AD1965; Pan mnie z kimś pomylił. Mogę Panu odpuścić, czyli nie szukać pomsty, ale przepraszać ?

  34. Boydar said

    Znowu nie tu wkleiłem (32), chyba zbastuję z wódą …

  35. JO said

    ad.33. Tego wymaga kultura i pokuta. No ale, jak ktos sie mieni miec 15 % zyda w genealogii, to przeciez jest duze usprawiedliwienie.

    Pan moze przejsc do porzadku dziennego, jezeli osoba z „mikrosrodowiska” zarzuci prywate i na jej potrzeby uzycie ludzkie cierpienie, ale ja Panie Boydar nie jestem Panem.

    ——
    Panie JO, chyba KAŻDY w Polsce ma trochę krwi żydowskiej w sobie. Pan nie?
    Admin

  36. Boydar said

    Wedle mojej koncepcji, Panie Gajowy, nie istnieje „krew żydowska”. Istnieją natomiast squrwysyńskie geny. I jeśli ktoś popuści tym genom, albo korzystając z ich obecności squrwysyna wyhoduje szczególnie troskliwie, to wtedy mamy właśnie żyda. Nic nie zmienia fakt masowego istnienia jakichś Chazarów czy innych podobnych. Po prostu tam u nich takie geny występowały permanentnie i w obfitości. A i tradycją była określona ścieżka.

    Ja geny squrwysyńskie posiadam. Mniej więcej właśnie w piętnastu procentach (jak to zważyć ?). I wiem o tym doskonale. Ale/i z wyjątkiem dwóch, może trzech przypadków kiedy wzięły nade mną górę za młodu, nigdy więcej się nie poddałem. Może mi Pan Bóg wybaczy, a może nie. Nawet jeśli nie, to i tak ich szczerze żałuję. Dałem dupy. Po prostu. Nie płaczę nad rozlanym mlekiem, wiem natomiast, mam pewność, dzięki Komu/Czemu udało mi się zwyciężać później. Obecność natomiast tych ułomności w moim charakterze, pozwala mi dzisiaj na identyfikację i zrozumienie bardzo wielu mechanizmów czynienia zła przez bliźnich. To zaiste bezcenny dar, jak luneta i mikroskop w jednym.

  37. JO said

    ad.35. Nic mi o tym nie wiadomo a mam i znam drzewo genealogiczne tak dlugie jak stara jest Polska…

    Pan Boydar ma wiedze, ze ma za przodka zyda…

  38. Marucha said

    Re 36:
    Oczywiście zwrot o „żydowskiej krwi” to pewien popularny skrót myślowy, pochodzący z czasów, gdy nie wiedzieliśmy nic o genach, ale podejrzewaliśmy, że pewne cechy przekazywane są następnym pokoleniom.

    A swoją drogą… nie warto publicznie przyznawać się do czegokolwiek. Na pewno znajdzie się ktoś, może nawet gorący katolik-tradycjonalista, który wykorzysta to przeciwko Panu. Choćby Pan powiedział coś żartem.

  39. Boydar said

    A w życiu Mariana ! Jeśli to wada, grzech, to przyznanie się jest powinnością. A jeśli dopust Boży ? Próba ? To nie mam się czego wstydzić, mam to znieść z pokorą i walczyć z tym. Jakiś cel stworzenia takiego Dusiołka widać był.

    Innych powodów taktownie nie wymienię.

  40. Zdziwiony said

    Depolonizacja w III RP

    Stygmatyzuje się jako Żydów i dyskwalifikuje w ten sposób ludzi, którzy są od pokoleń Polakami, katolikami, wierzącymi, praktykującymi, jeśli mają — lub jeśli istnieje podejrzenie, że mają — domieszkę żydowskiej krwi. Nie widząc wyjścia z sytuacji,
    niektórzy z nich wracają do swoich korzeni (przeważnie korzonków) i zostają prawdziwymi Żydami a naret prawdziwszymi, bo praktykują judaizm.
    W ten sposób zamiast Polaków żydowskiego pochodzenia, pojawili się w Polsce Żydzi polskiego pochodzenia. Oni wprawdzie się upierają, że nie przestali być Polakami, ale w Polsce nie ten jest Polakiem, kto się uważa za Polaka, tylko ten, kogo się uważa za Polaka. Tak samo jak Żydem jest nie ten, kto się uważa za Żyda, tylko ten, kogo się uważa za Żyda. A w żadnym wypadku nikt nie może być jednym i drugim.

    („Mową nienawiści” tak zatytułowali swoją kwerendę Sergiusz Kowalski i Magdalena Tulli), której obsesyjnym przedmiotem są Żydzi — jeszcze groźniejsi od przedwojennych, bo niewidzialni, ukryci, „na aryjskich papierach”.

  41. Peryskop said

    Re 40
    I tak powstała okołokościelna hybryda „Niewierzący praktykujący”
    http://wiadomosci.onet.pl/religia/niewierzacy-praktykujacy/8v409
    A Sergiusz Kowalski i Magdalena Tulli to z którego orientu ?

    Re 35 37 38

    Panie JO, po uznaniu dla celnych replik, że Listwa aż uciekł w przenicki :
    https://marucha.wordpress.com/2017/09/08/bractwo-sw-piusa-x-i-powrot-rzymu-do-tradycji

    teraz to Pan Marucha ma rację, rozsądnie twierdząc że
    „chyba KAŻDY w Polsce ma trochę krwi żydowskiej w sobie.”

    Taki jest real historycznej spuścizny i nie ma co nad tym lamentować.

    Domieszkowania szły jawnie i w sekrecie, świadomie i bezwiednie, dobrowolnie i pod przymusem, oficjalnie i skrycie, zatem od góry do dołu i od prawa do lewa – czyli według †

    Symbolika pasuje, bo przecież Kościół zajudeifikowan nie od Karola rapsodycznego .

    Zamiast refluxji – pora na reflexję – ale już pogłębioną.

    A jeśli by Pan upierał się przy swoim nieskazitelnym rodowodzie, to idąc zurück nazad po nitce dojdzie Pan do … kłębka proto-chrześcijańskiego – czyli do Aramejczyków, Nazarejczyków, Kanaanitów, Judejczyków…
    Bo to też były spokrewnione ludy, jako że mischlingowanie pociąga 🙂 😀

    Na nasze szczęście same geny to tylko część dziedziczonej spuścizny.

    Wzorce (czyli behavioryzm) też odpowiadają za kawał naszej tożsamości.

    A cała nasza ogromna reszta tworzy się z okazji i pułapek sytuacyjnych.

    Deal with it, please.

    Może dlatego właśnie my Słowianie jesteśmy koktajlem wybuchowym
    i nie do zdarcia, bo mamy jak w sam raz po te kilkanaście % ?

    Optymalnie – jak szlachetne wino !
    Więc nie narzekajmy, bo lebiegi mają za mało, a psychopaci za dużo …

    ——
    Cholera… napisał Pan coś z sensem. Z dużym sensem.
    Admin

  42. Peryskop said

    Admin : …napisał Pan coś z sensem…

    Nie pier…
    wszy raz, przecież.

    A w PL najgłośniejszymi katolicznikamy są właśnie ci wysokoprocentowi
    jak Ceyraw, TTerlik, KnebelRoma’ski, Brałn, Nycz, Polak, & many more…

    Dopełniacz – komu ? czemu ¿

    Boday są po temu 3 główne poziomy motywacyjne (także mieszane) :
    – w tłumie (do nie dawna 95% narodu) raźniej duszy bojaźnej
    – świeca ₪ ogarek na wsyakij First Handlowy słooczaj
    – operacyjnie.

  43. Boydar said

    No jaki bezczel 🙂

    Trochę Zagiętą Rurę Gajówka zresocjalizowała, ale łono w życiu się nie przyzna i za żadne piniondze.

Sorry, the comment form is closed at this time.