Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Roztargnieni pod specjalną ochroną

Posted by Marucha w dniu 2018-03-13 (wtorek)

Nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – mawiali starożytni Rzymianie, co to każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji. Od tamtej pory minęło wiele stuleci, pieniądz kruszcowy został zastąpiony pieniądzem fiducjarnym, który ma wartość dlatego, że ludzie myślą, że ma wartość, w związku z czym dzisiaj osioł wcale nie musi być obładowany złotem, żeby, dajmy na to, sforsował w Polsce bramę Sądu Najwyższego.

Właśnie opinia publiczna została poruszona salomonowym wyrokiem Sądu Najwyższego, który uniewinnił sędziego przyłapanego na kradzieży 50 złotych, a więc nawet nie żadnego „złota”, tylko papierowego Scheissu o niewielkiej wartości.

Niezawisły (jeszcze) Sąd Najwyższy przyjął bowiem, że ów sędzia nie miał wcale złych intencji i tych 50 złotych wcale nie „ukradł”, tylko „wziął” wskutek roztargnienia. Najwyraźniej musiał być tak przyzwyczajony do chowania do kieszeni każdego banknotu, jaki znalazł się w zasięgu jego wzroku, że to przyzwyczajenie zeszło u niego do poziomu instynktów, a jak wiadomo, instynkt wyłącza działanie świadome.

Tymczasem, według staroświeckich poglądów, które przydają się również, a może nawet zwłaszcza w takich sytuacjach, wyłączenie świadomości sprawcy czynu tempore criminis sprawia, że nie można przypisać mu winy, nawet nieumyślnej, a skoro tak, to nie ma innej rady, jak tylko delikwenta uniewinnić. Toteż niezawisły (jeszcze) Sąd Najwyższy tak właśnie uczynił, być może kierując się przesłanką tak zwanej notoryjności sądowej – że żaden sędzia nie potrafiłby oprzeć się pokusie schowania do kieszeni banknotu, jaki znalazł się w zasięgu jego wzroku i ręki.

Skoro bowiem sędziowie stanowią wyjątkową pod każdym względem „kastę” ludzi, to muszą się od ludzi normalnych różnić jakąś, przynajmniej jedną, istotną właściwością. Dlaczego zatem nie taką?

Dodatkową poszlaką, jaka by na to właśnie wskazywała, jest deklaracja, jaką Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” wkłada w usta Sędziego Soplicy: „Dano mi dobra? Wziąłem.” Wynika z niej, że Sędzia, niekoniecznie tylko Soplica, weźmie wszystko, co tylko zobaczy.

Oczywiście zbyt dokładne roztrząsanie tego przypadku mogłoby doprowadzić do niepotrzebnego ujawnienia wobec opinii publicznej takich właśnie „kastowych” cech niezawisłych (jeszcze) sędziów, toteż Sąd Najwyższy roztropnie poprzestał na bezpiecznej formule „roztargnienia” – ale my możemy przecież rozebrać sobie ten casus z większą uwagą i dzięki temu dojść do konkretnych konkluzji, potwierdzających trafność spostrzeżenia pani sędzi Ireny Kamińskiej, ogłoszonego podczas Kongresu Sędziów Polskich.

Mówiąc nawiasem, był to bardzo ciekawy kongres, bo o ile mi wiadomo, nie poprzedziły go wybory żadnych delegatów, wskutek czego przyjechał tam, kto chciał, albo – kto musiał. Jeśli zaś przyjechał ten, kto musiał, to dlaczegóż nie podejrzewać, iż przyjechali tam konfidenci, których na stanowiskach sędziów osadziły Wojskowe Służby Informacyjne, albo i UOP, co to jeszcze w latach 90-tych przeprowadził, nadal owianą mgłą tajemnicy, słynną operację „Temida”, polegającą na werbunku agentury w środowisku sędziowskim?

Dopiero w świetle tych podejrzeń możemy lepiej zrozumieć przyczynę napięć wokół reformy sądownictwa – napięć wykraczających poza granice naszego nieszczęśliwego kraju. Jak bowiem wiadomo, w latach 80-tych, a więc w okresie poprzedzającym przeprowadzenie w Polsce sławnej transformacji ustrojowej, w następstwie której „upadł komunizm”, czego dowodem był wybór przywódcy owych „upadłych” komunistów, pana generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta „wolnej Polski” – otóż w latach 80-tych NRD-owska STASI uzyskała od Sowieciarzy pozwolenie na werbunek agentury w Polsce i skwapliwie z tego skorzystała.

Po zjednoczeniu Niemiec, to znaczy – po wchłonięciu przez RFN Niemieckiej Republiki Demokratycznej 3 października 1990 roku – aktywa STASI, a więc – również jej agentura na terenie Polski – zostały przejęte przez BND. Te zależności reprodukują się w kolejnych pokoleniach ubeckich i sędziowskich dynastii, jako, że mamy w Polsce nasilające się zjawisko dziedziczenia pozycji społecznej: dzieci aktorów zostają aktorami, dzieci piosenkarzy – piosenkarzami, dzieci sędziów – sędziami, a dzieci konfidentów – konfidentami.

Dopiero na tym tle rozumiemy przyczyny, dla których i Nasza Złota Pani i jej niemieckie owczarki w osobach Jana Klaudiusza Junckera i Franciszka Timmermansa tak wielką wagę przykłada do praworządności w Polsce, a kierowana przez wspomnianych owczarków Komisja Europejska tak energicznie krytykuje reformę sądownictwa.

Jakże ma nie krytykować, skoro jej głównym celem jest eliminacja ze środowiska sędziowskiego agentury zainstalowanej tam przez STASI, WSI i UOP, a w jej miejsce zainstalowanie agentury zwerbowanej przez ABW pod nowym kierownictwem?

Skoro tedy wyjaśniliśmy sobie sytuację wymiaru sprawiedliwości w skali makro, możemy przejść do skali mikro. Zanim jednak to uczynimy, jeszcze jedna uwaga. Otóż nasycenie środowiska sędziowskiego i prokuratury konfidentami, wywołuje dodatkowe skutki, zarówno w zakresie ustawodawstwa, jak i praktyki wymiaru sprawiedliwości. Rzecz w tym, że agentura w prokuraturze i sądach jest wykorzystywana nie tylko do ochrony bezpieczniaków przed odpowiedzialnością karną za rozkradanie państwa i inne machinacje, ale również do ochrony przed odpowiedzialnością karną zwyczajnych konfidentów, którzy przez swoich mocodawców i zleceniodawców wynagradzani są właśnie bezkarnością.

Żeby uniknąć niepotrzebnej ostentacji, przeprowadzone zostały odpowiednie zmiany w ustawodawstwie. Bo zazwyczaj konfident przyłapany na dorabianiu sobie za pomocą kradzieży, bywa pod rozmaitymi pretekstami oczyszczany z zarzutów, z czego oczywiście korzystają również funkcjonariusza organów ścigania, zgodnie z biblijną jeszcze zasadą, że „nie zawiążesz gęby wołowi młócącemu”. Wtedy taki konfident musi tylko opłacić łapówki – oczywiście „po czinu”, czyli według rangi zajmowanej w strukturze organów ścigania przez osobę tuszującą sprawę.

Ale bywa i tak, że taki jeden z drugim konfident zostanie przyłapany na gorącym uczynku i ze względu na rozgłos w opinii publicznej sprawy zatuszować nie można bez utraty prestiżu i wywołania podejrzeń wobec organów ścigania. Na taką okoliczność we wrześniu 2013 roku, a więc w ramach grillowania premiera Donalda Tuska z powodu nieudanej próby uzyskania autonomii wobec starych kiejkutów, które zrobiły z niego człowieka, uchwalona została nowelizacja kodeksu postępowania karnego, w ramach której wprowadzona została instytucja tzw. dobrowolnego poddania się karze.

Jeśli taki jeden z drugim konfident zostanie przyłapany na gorącym, to układa się z prokuratorem, że dobrowolnie podda się karze. Prokurator w takiej sytuacji już n ie drąży sprawy, tylko występuje z odpowiednim wnioskiem do niezawisłego sądu, który bez przeprowadzania rozprawy i bez żadnego postępowania dowodowego, przyklepuje przyłapanemu karę, którą tamten uzgodnił z prokuratorem – jak się możemy domyślać – nie za darmo.

Prawdopodobnie i sędzia też podłączany bywa do spółdzielni, bo nowelizacja obfituje w rozmaite zachęty; sędzia „może”, ale „nie musi”, a skoro tak, to trzeba go jakimiś argumentami do tego przekonać. W tej sytuacji tylko głupek by nie skorzystał, a wiadomo, że wśród niezawisłych sędziów żadnych głupków nie ma. Wszyscy są więc zadowoleni; przestępca – bo unika kłopotliwych pytań, nie mówiąc już o podłączaniu do prądu, dzięki czemu może chronić wspólników, którzy w tej sytuacji poczuwają się do solidarności i składają na łapówki. Funkcjonariusze organów ścigania – bo nie muszą przemęczać się pracą, a pieniążki płyną – jak mówi poeta: „skąd, gdzie – ani wiesz!” , no i niezawisłe sądy – bo postępowania toczą się sprawnie, jak na NKWD-owskim konwejerze, żadnych apelacji nie ma co się obawiać, a co się odłoży, to się odłoży.

Wreszcie zadowolone są stare kiejkuty, bo dzięki temu nie muszą rujnować się ani nawet dzielić z konfidentami dochodami uzyskiwanymi z okupacji naszego nieszczęśliwego kraju. Konfidenci pozostają – jak to się mówi – „na własnym życiu”, a stare kiejkuty, poprzez konfidentów uplasowanych w Sejmie i Senacie, stworzyły im ku temu odpowiednie warunki prawne, zaś konfidenci w organach ścigania i niezawisłych sądach roztaczają nad tym łańcuchem pokarmowym parasol ochronny.

Toteż bez specjalnego zdziwienia przeczytałem postanowienie niezawisłego sądu w Mińsku Mazowieckim, o odmowie uwzględnienia wniosku mojej żony o zabezpieczenie na mieniu oskarżonego Rafała Piotra Kowalewicza roszczenia o zapłatę 50 tys zł.

W grudniu 2016 roku sprzed domu przy ul. Dobrej w Warszawie skradziony został nasz samochód Honda CRV. Poszukiwania nie dały rezultatu i wkrótce otrzymaliśmy urzędowe zawiadomienie, że ponieważ złodzieje się nie zgłosili, to organ sprawę umarza. Takie zawiadomienie mógłbym sam sobie napisać i wypadłoby to znacznie taniej, niż koszty utrzymywania niezależnej prokuratury, z której – jak widać – żadnego pożytku nie ma i nie będzie.

Aliści po roku zadzwonił policjant z komisariatu w Halinowie z wiadomością, że na posesji Rafała Piotra Kowalewicza policja znalazła części samochodowe, wśród nich również części z naszego samochodu i że sprawa karna przeciwko panu Kowalewiczowi odbędzie się w niezawisłym sądzie w Mińsku Mazowieckim.

Toteż żona, będąca właścicielem samochodu, wystąpiła z wnioskiem o uznanie jej za pokrzywdzoną i o zabezpieczenie roszczenia na mieniu oskarżonego. Aliści okazało się, że pan Kowalewicz dobrowolnie poddał się karze, dzięki czemu niezależna prokuratura przyjęła do wiadomości jego wyjaśnienia, że tylko te części, które u niego znaleziono, kupił od nieznanego dostawcy – i o to tylko został oskarżony.

Ponieważ te części zostały w toku postępowania przygotowawczego zabezpieczone, to pan Kowalewicz nie ma wobec właścicielki skradzionego samochodu żadnych zobowiązań, wobec czego sąd w osobie pani Anny Ławeckiej postanowił odmówić zabezpieczenia roszczeń na jego mieniu, bo właścicielka żadnych roszczeń wobec niego nie ma, tym bardziej, że – jak napisała pani prokurator Agnieszka Gańko – pan Kowalewicz „wyraził skruchę”, w związku z czym „cele postępowania karnego zostaną osiągnięte” bez przeprowadzenia rozprawy.

Na postanowienie sądu o odmowie zabezpieczenia roszczenia służy oczywiście zażalenie, ale będę odradzał żonie, podobnie zresztą, jak każdemu innemu człowiekowi, składanie zażaleń do niezawisłych sądów i w ogóle – jakichkolwiek wniosków.

„Widzi, że most – i jedzie!” – mawiano w czasach staropolskich, kiedy polskie mosty „cieszyły się złą opinią” – jak napisał był pewien milicjant za pierwszej komuny. „Polski most, niemiecki post, włoskie nabożeństwo, wszystko to błazeństwo!” – głosiło popularne w tych czasach przysłowie. Zatem nie ma żadnego powodu, by normalny człowiek oczekiwał od niezawisłego sądu jakiegoś sprawiedliwego rozstrzygnięcia. Toteż „widząc, że most”, lepiej nigdzie się nie odwoływać, bo pewnie im wyżej – tym gorzej – tylko pogodzić się ze stratą tym bardziej, że po orzeczeniu Sądu Najwyższego pan Kowalewicz i wszyscy inni z pewnością swoje postępowanie będą tłumaczyli „roztargnieniem”, bo roztargnienie najwyraźniej awansowało do rangi wiodącego kontratypu, a więc okoliczności wyłączającej przestępstwo.

„Głęboko odczuwamy wspólnotę naszych losów” – głosiło „Posłanie do narodów Europy Wschodniej”, uchwalone przez I Zjazd Solidarności jesienią 1981 roku. Wtedy chodziło o wspólne odczuwanie dolegliwości politycznej niewoli, ale kiedy dzisiaj przypominam tamte słowa to dlatego, że na skutek postępującej degeneracji funkcjonariuszy III Rzeczypospolitej, oznaczają dziś one rodzaj pobratymstwa między „elementami socjalnie bliskimi” to znaczy – między środowiskami tworzącymi przestępcze podziemie i środowiskami tworzącymi „kasty” pretendujące do miana elity.

Ale jakże inaczej, skoro pod okupacją starych kiejkutów III Rzeczpospolita stała się organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym – quod erat demonstrandum?

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Komentarzy 21 to “Roztargnieni pod specjalną ochroną”

  1. Sebastian said

    a jak niejaki p. Rybak przez roztargnienie podpalił kukłę to sendziowie nie byli tacy „obiektywni”

  2. Joe said

    Z kukly zostalo troche POpiolu i co?Pan Stanislaw dokadnie wyjasnil jak klocki sa ulozone.

  3. RomanK said

    Ha …. Dobrodzieju…. Wszystkiemu winna komunistyczna nienawsc do laciny, jakiej nie uczono na uczelniach prawniczych…A jak panu wiadomo Prawo bez laciny…to, jak wesele bez muzyki, szczanie bez puszczania bakow, gospodarz bez chalupy i dziewczyna bez …mniejsza o to bez czego, ale za to z jakim zacieciem:-))))
    TO….. plus selekcja ideologiczna Palestry Polskiej…. oparta na zasadzie -jaka na pismie dala mi Glowna Rada Adwokacka tlumaczac cierpliwie ,ze sie nie nadaje…ze wzgledu na postawe moralno polityczna:-))) A wielokrotnie tlumaczyli koledzy Radcy i Sedziowie Arbitrazowi ,ze sie nie nadaje, bo odmawiam podpisu bez znajomosci tresci:-))))
    Wcale nie bylem tez zdziwiony- kiedy sad w Krosnie uznal moja Matule post mortem , wlascicielke gospodarstwa rolnego, na ktorym pracowala cale swoje zycie , za posiadaczke w zlej wierze.
    Tej halastrze -pardon -palestrze dano tzw wolnosc, ktora ta specjalna halastra pardon kasta…uznala, ze ma patent do robienia co chce…jak chce , z kim chce , gdzie chce i kiedy chce…
    jakiekolwiek zasady zwlaszcza rzymskie lex- tego , iuris- tamtego…okazaly sie przydatne psu w budzie…Tam obowiazuje Modnrosc Etapu Halastry- czyli Specjalnej Kasty , ktora wie Wszystko z Niczego, a o czym wie- tym oczeka sama z wlasnej glowy i …… krzty wstydu!
    Cale Oswiecenie ryczy w Piekle ze smiechu!
    Doklanie nie wiem, czy glosniej , czy ciszej – niz sama Halastra Polska w obronie swej pozyci tego, czego sie juz nachapali dotychczas a zwlaszcza tego co moga sie nachapac w przyszlosci.
    A, ze „ratune” przychodzi od skrzydla tego samego chowu…ktore rzymskie zasady rozumuje dokladnie tak samo, ba uwaza za sprzezone zwrotnie..zatem w mysl zasady- jesli prawo pozwala na wiecej….to jeszcze wiecej sobie pozwola napewno – jest oczywistoscia:-))))
    Stad o wielu lat radze znajomym w Polsce……. Kup’se siekiere……

  4. Marucha said

    Nie dajmy się zwariować historią sędziego, który zwinął 50 złotych i został puszczony wolno.
    Oczywiście, zbrodnia to niesłychana, a wstyd jeszcze większy, ale… przecież ogromna część kasty sędziowskiej to zwykłe łajdaki, sukinsyny, kanalie i szumowiny.
    Czym jest kradzież 50 zet wobec ZNISZCZENIA CZŁOWIEKOWI ŻYCIA bez najmniejszego powodu? Wobec wyroków wydawanych na zamówienie tasiemców?

  5. PISKORZ said

    re 3..”komunistyczna nienawsc do laciny, jakiej nie uczono na uczelniach prawniczych.” ..Pan tak poważnie..?! Czy jaja sobie robi? Za babci-komuny BYŁA ŁACINA NA STUDIACH PRAWNICZYCH..!! Studiowałem…to wiem i miałem b. dobrego wykładowcę..Nie wiem..jak jest teraz..PS Na prawie tzw. administracyjnym chyba nie było..

  6. Troll polonii said

    3
    Roman K
    Roman sie troszke pomylil.
    Mialem obowiazkowa lacine 4 lata w liceum i obowiazkowe dwa lata lektoratu na studiach..
    Wszystkie wydzialy humanistyczne i przyrodnicze mialy obowiazkowy lektorat z laciny!!!!!!!!!!
    Medycy i prawnicy tez.

    Mielismy klasy profilowane: kazdy kto mial zamiar studiowac, prawo, medycyne, chemie, biologie – trafial do klasy profilowanej biol-chem.
    Mielismy klasy matematyczne, biol-chem i ogolne: z jezykiem niemieckim, albo francuskim. Jezyk angielski obowiazywal w mat-fiz i biol-chem.

    Zastanawiam sie skad sie bierze tyle przeklaman gdy chodzi o edukacje w PRL?.
    Przeciez to latwo sprawdzic!.

    Ciekawe, ze w oswieconej, wyzwolonej Polsce nawet pomodlic sie po lacinie nie mozna.
    I zakazana jest msza po lacine w wiekszosci kosciolow. A lacine w szkolach zdaje sie w ogole zniesli.
    Po co tak klamac?
    Przeciez w liceum nawet biologii nie mozna bylo sie bez laciny nauczyc bo musielismy znac klucz.

    A do tego ja wcale nie studiowalem ani prawa ( w Polsce) ani medycyny ani biologii.
    A i tak lacine mialem obowiazkowa.
    Wszystkie licea krakowskie mialy lacine. W Niepolomicach i w Bochni tez uczyli laciny.
    Nienawisc komunizmu do laciny???? Kiedy i gdzie?.

    W Polsce nie bylo komunizmu – ale byla lacina.
    No to co mozna powiedziec o obecnym systemie , w ktorym mlode nieuki w telewizji chcac sie czymkolwiek pochwalic wymawiaja: eKsetera zamiast [et cetera]

    Chyba dzis nie zasne!!.
    W PRL-u nie uczyli laciny? Kto to wymyslil?
    I w jakim celu?

  7. PISKORZ said

    re 6 Nawet w takim miasteczku jak Lubraniec /Kujawy/…oprócz rosyjskiego, niemieckiego była w liceum ŁACINA !! UCZYŁ jej prof. Szunejko /+niemiecki i jęz.polski/!! Prof. Szunejko był po uniwerku lwowskim..Bardzo przez wszystkich lubiany i b. dobry pedagog kochający młodzież..PS Ludzie ” tak mają”…pieprzą / piszą co ślina na ozór przyniesie…

  8. AlexSailor said

    @Marucha

    Pięknie pisze Michalkiewicz.
    „Sąd (jeszcze) niezawisły.”

    „Nie dajmy się zwariować historią sędziego, który zwinął 50 złotych i został puszczony wolno.”
    Przypomnę, że sąd puścił właśnie prokuratora, który mając 1 promil prowadziła samochód.
    A to z tego powodu, że nie wiedział ów prokurator, że jest piany.
    Zatem w tym szaleństwie jest metoda, a sędziowie (jeszcze) pozostają niezawiśli.

    ——
    Owszem, jechał z jednym promilem.
    Jego kolega za to zniszczył biznesmena, zabrał mu 18 lat życia i cały majątek/
    Admin

  9. AlexSailor said

    @Marucha

    Link jeszcze:
    .http://www.wiocha.pl/1500979,Wolne-sady-wolne-sady

  10. Łagiewnik said

    Od 1949 roku w 11-latce ogólnokształcącej wyeliminowano język łaciński i zastąpiono go językiem rosyjskim. Również w tym roku, zlikwidowano Gimnazjum Ogólnokształcące, o czym nie wszyscy mogą wiedzieć. Nie oznacza to wcale, że w szkołach zawodowych, medycznych, studiach prawniczych łaciny nie było, bo tam gdzie musiała być to była! Nie czepiajcie się zatem pana RomanaK.

  11. Marucha said

    Re 10:
    Chodziłem do 11-latki Ogólnokształcącej.
    Rosyjski był obowiązujący dla wszystkich – ale…
    Prócz tego był – do obowiązkowego wyboru – angielski, francuski, niemiecki i łacina.

  12. Miet said

    Ja chodziłem do LO w latach 56-60 i łacina była obowiązkowa. Nie pamiętam już czy była nauczana przez wszystkie cztery lata, czy tylko przez trzy.

    Ad.6.
    Mocno Pan przesadza, Panie Trollu. Nie wiem kiedy Pan uczęszczał do LO ale pisząc o klasach profilowanych:
    =======
    „Mielismy klasy profilowane: kazdy kto mial zamiar studiowac, prawo, medycyne, chemie, biologie – trafial do klasy profilowanej biol-chem.
    Mielismy klasy matematyczne, biol-chem i ogolne: z jezykiem niemieckim, albo francuskim. Jezyk angielski obowiazywal w mat-fiz i biol-chem.”
    =======
    wygląda na to, że gdzieś w latach 70-tych.

    W drugiej połowie lat 60-tych przed posadą na Politechnice, pracowałem w dwóch Liceach i jednym Technikum. Nigdzie tam łaciny nie nauczano. Nie było tam wtedy i klas profilowanych.
    W latach 70-tych w Częstochowie nie słyszałem aby łacina była obowiązkowa w Liceach.
    Przypuszczam, że brakowało po prostu nauczycieli – bo mało kto w tamtych latach szedł na studia, na klasykę.

    Pierwsze słyszę, że w klasach o profilu matematyczno-fizycznym obowiązywał język angielski.
    Mogę natomiast z całą pewnością stwierdzić, że od czasów powojennych zawsze i wszędzie, we wszystkich rodzajach szkół obowiązywał język rosyjski.
    Ja sobie nawet to chwaliłem, gdyż w czasie studiów i po nich, w pracy naukowej, posługiwałem się książkami wydanymi po rosyjsku.
    Sowieci nie przestrzegali żadnego prawa autorskiego i tłumaczyli wszystko co było wartościowe w nauce, na rosyjski i ich książki były bardzo tanie.

  13. RomanK said

    Taaaak..wszyscy mieli lacine…..zwlaszcza ksieza…..dlatego na pozdrowienie _ Laudetur Jesus Christus odpowiadali prawidlowo zdziwieni …HE???????
    Wszyscy mieli rosyjski..przymusowo….stad- jak drug moj Siora pytal …ty Romanczik gdie izuczalsia russkomu???? odpowiadalem – w szkole…Na co powiadal……. ty pierwyj Paliak, kotorogo nauczyli w polskoj szkolie szto nibut:-)))))

    ——
    Panie Romanie, w moim ogólniaku istniała klasa z językiem łacińskim.
    Łacinę zaczęto rugować po II Soborze.
    Admin

  14. RomanK said

    Panie Lagiewnik…pan to ma pamiec:-))))..gratuluje i uchylam kapelucha….
    Owszem zostaly te nieszczesne lektoraty..zeby ludzie nie szli sie pasc….a inni z duma wspominac ..mialem lacine..na uczelni:-)))))

  15. Miet said

    Ojjj… Panie Adminie, chyba wcześniej zaczęto ją „rugować” i wątpię aby Sobór VaticanumII miał z tym coś wspólnego ( no może jeżeli chodzi o seminaria).
    Tak jak pisałem, brak nauczycieli, to numer jeden a drugi, to spójrzmy na cały świat.
    Gdzie łacina jest obowiązkowa – no gdzie??? Gdzie się ją jeszcze próbuje utrzymać???

  16. Tekla said

    Ad ,10 Dokladnie jak pisze Pan Gajowy ci ktorzy chodzli do XI latki mogli uczyc sie laciny jako drugiego jezyka,czyli urodzeni do 51r. natomiast pozniejsze roczniki tylko jako nieobowiazkowy jezyk..,,ja w Liceum mialam rosyjski i do wyboru angielski badz niemiecki ..a laciny uczylam sie po lekcjach..przez rok.

  17. Marucha said

    Re 15:
    Nie będę się spierał, bo już dokładnie nie pamiętam. Ale fakt, że II Sobór zadał potężny cios łacinie. Kościół był bowiem wielką instytucją, gdzie wciąż łacina była obowiązującym językiem.

  18. NICK said

    Oczywiście, Adminie, że łacina była dostępna nawet po Gierku.
    Ba, nawet Greka, choć wyjątkowo… .

    A jak na świadectwie maturalnym była ocena dobry+ to lektorat po przewrocie 1989 nie obligował.
    Bo i po co.

    „Quidquid discis, tibi discis.” Ad maiorem Dei gloriam.
    AMDG.

  19. Boydar said

    Ja chodziłem do liceum w latach ’76-’81, łacinę miałem jako wybór drugiego języka. Wybrałem ją i niemiecki. Inna sprawa, że to była klasa o profilu biologiczno chemicznym. z poczatku było trudno, nawet brałem korepetycje, ale potem już sobie radziłem bez problemu. To se ne vrati …

  20. PraKocur said

    Swoją edukację średnią odbyłem męskim liceum ogólnokształcącym w latach 1950 do1954. Obowiązkowymi językami były: łacina i rosyjski, a w ostatniej klasie była logika. Naukę zacząłem w Stalinogrodzie natomiast skończyłem w Katowicach, nie ruszywszy tyłka z miejsca. Takie to były czasy, ale teraz po zatoczeniu pełnego koła wracamy w to samo miejsce tylko z innymi aktorami.

  21. Boydar said

    Tak zupełnie nie w temacie, ale wpis Kisciusia Starszego mi nasunął. Rozmawiam niedawno ze swoją Babą i ubolewamy nad poziomem czytelnictwa (niekoniecznie w języku ojczystym Ovidiusza, tylko tak ogólnie), No i ja mówie, że jeszcze niedawno w narracji kabaretowej operując, to młodzi wykształceni za lekturę mieli wyłącznie książeczki czekowe i książkę telefoniczną. A moja dzielna Baba, nawiązując do tego flagowego produktu TPSA odpowiedziała mi cytatem który mnie normalnie wzruszył – „akcja marna, ale ile postaci”.

Sorry, the comment form is closed at this time.