Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Przed śmiercią w kopalni chciał przynajmniej zobaczyć słońce

Posted by Marucha w dniu 2018-06-10 (Niedziela)

Mąż odgrażał się, że nie zjedzie w dół, dopóki nie zrobią okienek – wspomina Agata Kowalczyk, wdowa po górniku. Zjeżdżał przez kolejne 22 lata. Kto nie ma w rodzinie górnika, nie zrozumie. Ani tej przemożnej trwogi i lęku o bliskich, ani solidarności, która łączy ludzi. Tego dnia rano jakby czuł, że coś się stanie. Nigdy nie żegnał się z córką tak, jak wtedy.

Zbliżała się godzina 20, przygotowywałyśmy z córką sałatkę na kolację. Usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Mówię do córki „tata ma przecież klucze”. Gdy zobaczyłam w drzwiach dyrektora Nowaka z doktorem i panią psycholog, to nie mogłam powietrza złapać. Wiedziałam, że jak jest wypadek, to przyjeżdżają do domu poinformować – opowiada Agata Kowalczyk.

Wspomina wieczór sprzed blisko sześciu lat, gdy straciła męża – górnika. – Pomyślałam wtedy: Boże, co ja teraz zrobię? – mówi.

Mąż pani Agaty zginął 1 sierpnia 2012 roku w kopalni Piekary w Piekarach Śląskich.

„Przyczyną wypadku śmiertelnego górnika był uraz głowy, doznany w niewyjaśnionych okolicznościach podczas prac związanych z wykonywaniem obudowy indywidualnej w ścianie przy chodniku 3/600 oraz przemieszczaniem napędu przenośnika ścianowego”.

Podobnych notek w 2012 roku było w sumie 28, w następnym 21, w kolejnym 30, rok później – 19. W 2016 r. było 27, w ubiegłym roku 15. W tym jest tyle samo, choć dopiero czerwiec. Wszystkie dotyczą wypadków śmiertelnych.

– Mąż mówił zawsze, że jak ma zginąć w wypadku w kopalni, to chciałby przynajmniej zobaczyć jeszcze słońce. Z dołu do śmigłowca nieśli go siedem kilometrów, po drodze dawał oznaki życia. Lekarz stwierdził zgon o 18.10. Zdążył – wspomina pani Agata.

Miał 49 lat, z tego 22 przepracował na dole. Zginął osiem miesięcy przed przejściem na emeryturę. Poszedł na kopalnię, bo – jak opowiada Agata Kowalczyk – tam była perspektywa dobrze płatnej pracy, stałe zatrudnienie, praca wiązała się z przydziałem na większe mieszkanie, a mieli już trójkę dzieci.

Tego dnia rano jakby czuł, że coś się stanie. Nigdy nie żegnał się z córką tak, jak wtedy. Była oczkiem w głowie taty, wychodziła na półkolonię do szkoły. Miała wtedy 10 lat.

Zginął w trzecią rocznicę ślubu najstarszego syna. – Jak odebrał telefon, powiedział: „mamuś przecież rano dzwoniłaś”. „Dziecko, dzwonię, bo tata nie żyje”, powiedziałam. Wszyscy zjechali z wczasów. To moi chłopcy wszystko załatwiali, ja nie byłam w stanie. Pięć dni czekaliśmy na pogrzeb, bo przeprowadzana była sekcja zwłok – wspomina pani Agata.

– Córka była dzielna, ale wiem, że ciężko to przechodziła. Przez rok chodziła do pani pedagog, bo nie umiała sobie poradzić na lekcjach, gdy była mowa np. o rodzinie, gdy był dzień górnika, dzień ojca. Do dziś nie chce iść ze mną na cmentarz, a jak idzie, to tylko sama – mówi.

Agata Kowalczyk

„Syn został przyjęty praktycznie na miejsce zmarłego ojca”

W lutym tego roku pani Agata założyła Stowarzyszenie Wdów i Sierot Górniczych działające przy Fundacji Rodzin Górniczych. Fundacja od 1997 roku pomaga rodzinom ofiar wypadków w kopalniach. Jako prezes stowarzyszenia skutecznie zabiegała o prawa pominiętych w ustawie o rekompensatach za utracony deputat węglowy po swoich bliskich.

– Czasem mam takie dni, że stoję w oknie i myślę, że on przyjdzie. Życie musi toczyć się dalej. Mam piątkę wspaniałych dzieci, córka ma dopiero 16 lat. O tacie nie zapomnimy nigdy. Każde święta wspominamy, oglądamy zdjęcia – zamyśla się.

Tragedia w rodzinie nie odwiodła synów pani Agaty od pracy na kopalni.

– To było 1 sierpnia 2012 roku. Najmłodszy syn składał papiery do technikum górniczego w czerwcu. Jak mąż zginął, prosiłam go, żeby je wycofał. On się jednak uparł i powiedział, że pójdzie w ślady ojca.

Średni syn został przyjęty właściwie na jego miejsce. Jak w rodzinie ginie mąż czy ojciec, to jest taka zasada na kopalni, że można przyjąć wówczas jednego członka rodziny. No i syn poszedł, ale powiedział, że nie zjedzie, będzie pracował na powierzchni. Najstarszy przyjął się zaraz po ślubie. Mam jeszcze jednego syna, ale jest piłkarzem ręcznym i mieszka w Niemczech – opowiada wdowa.

Gdy słyszy o kolejnym wypadku, ogarnia ją lęk. Pierwsza myśl jest zawsze ta sama: „czy to moi chłopcy”. – Zaraz do nich dzwonię. Pracują na Bielszowicach, to kopalnia metanowa. Kiedy synowie opowiadają, jak wygląda praca, to włos jeży się na głowie. Najmłodszy pracuje dopiero rok – podsumowuje.

Wszystkim się wydaje, że górnicy zarabiają Bóg wie ile. Każdemu mądremu proponuję zjechać na dół.

– Warunki pracy? Po łokcie robisz w gnoju – mówi Marcel. Od sześciu lat pracuje na kopalni Ziemowit-Piast w Lędzinach. Pracę na dole zaczął późno, po trzydziestce. Wcześniej próbował sił w branży motoryzacyjnej. Pracował przy produkcji podzespołów dla fiata w Tychach, był nawet liderem na zmianie. Gdy okazało się, że na Śląsku produkcja zostanie ograniczona do dwóch modeli, skończyły się dodatkowe godziny i pieniądze przestały się zgadzać.

Większość jego kolegów pracuje podobnie – jeśli nie „pod fiatem”, to na kopalni, albo próbowali i tu, i tu, a ostatecznie wyjechali na zachód. Co jakiś czas zjeżdżają na Śląsk swoimi nowymi BMW. Marcela też chcieli ściągnąć do pracy w Niemczech, ale jak dotąd się nie dał.

– Z jednej strony jest odrobina zazdrości, bo też mógłbym jechać zarobić kasę. Ale wolę zostać w Polsce. Tu mam rodzinę, dziewczynę, kolegów. Moja ciocia, babcia i mama to już starsze osoby. Kto im ma pomóc? Remont domu, załatwianie kanalizacji, to wszystko jest na mojej głowie – tłumaczy.

Do pracy „na grubie” długo był sceptyczny, mimo że w rodzinie tradycje górnicze są mocne: górnikiem był dziadek, ojciec i ojczym. – Nic nie zgubiłem, żeby tam kopać – powtarzał. Zmusiła go sytuacja finansowa, choć irytuje się, gdy mówi o pieniądzach.

– Zarobki nie są adekwatne do wykonywanej pracy. 3,8 tys. złotych na rękę ze wszystkimi sobotami i trzema niedzielami pracującymi w miesiącu – wylicza. – Każdemu się wydaje, że górnicy zarabiają Bóg wie ile, że mają 13, 14 i „barbórkę”. Mówi się, że górnik zarabia 5,5 tys. zł. To abstrakcja. Każdemu mądremu proponuję zjechać na dół – mówi.

Pracuje jako przygotowawczy. – Trudno sobie to wyobrazić komuś, kto tam nigdy nie zjechał. Przez całą długość ściany idzie się z szynami do wzmocnienia stropu na plecach. Ważą 90 kilogramów. To jest taka przestrzeń jak od stołu do podłogi. Trzeba tam wejść, wprowadzić wiertnicę, strzelić. Do tego jest cholernie gorąco, w ciągu czterech godzin pracy wypija się pięć litrów wody. Niech tu wjedzie jeden mądry z drugim, to od razu byśmy dostali emeryturę po 15 latach – dodaje.

Stwierdza jednak, że roboty nie zamieniłby na żadną inną. Bo górnictwo to styl życia, braterstwo i specyficzne poczucie humoru. Tu jeden musi liczyć na drugiego. – Nigdy nie wiesz, kto ci życie na dole uratuje – mówi.

10. rocznica katastrofy w Halembie

Humor czasem jest czarny, czasem wisielczy, generalnie dosadny. Trzeba przywyknąć. – To jest fajne. A młodzi to od razu do bitki, bo nie rozumieją. Nie raz rozdzielałem chłopaków na dole. Mówię im „panowie, co na dole, to na dole”, „tu jest poczucie humoru”, „zapieprzysz mu liścia, a co zrobisz, gdy coś ci się stanie, a tylko on będzie w pobliżu?”. Chcesz pokazać, że jesteś heros, to weź, przenieś prostkę, która waży 140 kg. Jak nie, to nie cwaniakuj.

„90 procent wypadków nie jest zgłaszanych”

– W trakcie pierwszego roku pracy miałem 13 wypadków, w tym jeden ciężki – opowiada Adam, górnik z jednej z kopalń Polskiej Grupy Górniczej. Nie chce ujawniać której, bo o tych wypadkach głośno się nie mówi.

– Naderwany staw skokowy, przebita noga, zmiażdżona noga, złamany czwarty kręg piersiowy, gdy po dwóch miesiącach pracy przywaliła mnie szyna. To był ciężki wypadek, wywozili mnie na powierzchnię. Dopiero po czterech miesiącach mogłem wrócić. Przez pół roku każde chrząknięcie sprawiało taki ból, że łzy same szły z oczu – wspomina.

Po lżejszym wypadku, gdy przygniotło mu nogę, Adam miał „trzy tygodnie na blachę”. – Koledzy podbijali kartę pracy, a ja siedziałem w domu, bez L4. Karetka zawiozła mnie do szpitala do Sosnowca, ale na prześwietleniu złamań nie było. Przyjechałem na zakład, położyłem „blachę” na stół i mówię „albo bijesz, albo zgłoszę”. A jak zgłoszę wypadek, to kierownik jest bez premii, sztygar też. Zawsze robi się tak, żeby było załatwione między nami. Tak to jest na kopalni – wyjaśnia.

Scenariusz zawsze jest podobny. Górnik z urazem idzie na punkt opatrunkowy. Przychodzi ochrona, bada alkomatem. Jeśli są promile – z miejsca dyscyplinarka. Jeśli nie ma, to do szpitala na badanie kontrolne.

– Ludzie mówią, że na kopalni jest niski odsetek wypadków? Powiem panu dlaczego: 90 proc. nie jest zgłaszanych. Jak jest ciężki, to owszem – jest akcja, wywożenie na górę. Jeśli jest to wypadek taki jak przygniecenie ręki czy skręcona kostka to prościej jest załatwić między sobą. Dwa, trzy takie przypadki w miesiącu i sztygar ma tysiąc złotych mniej na wypłacie – opowiada.

Adam przekonuje, że przepisy o bezpieczeństwie pracy to farsa. – Bardzo często jest tak, że jest do zrobienia praca, tylko że tę pracę można zrobić w jeden sposób, który niestety jest niezgodny z przepisami BHP – ocenia.

– Przykład sprzed paru lat – facet wpadł do kruszarki, uderzył głową, zmieliło go do połowy. Tragedia. Potem poznaliśmy kulisy. Górnik w lampie na kasku ma nadajnik. A w podścianowym przenośniku jest kruszarka. Za pomocą nadajnika można górnika zlokalizować, jednak jeżeli będzie z nadajnikiem w pobliżu czujnika, to kruszarka się wyłącza. Jak kruszarka się wyłączy, to musi stanąć ścianowy i ściana. Jak ściana stanie, to już jest telefon z góry „dlaczego ściana stoi”. Ściana ma jechać. Górnik miał coś do zrobienia nad kruszarką i żeby nie wyłączać podścianowego, to ściągnął kask i dał koledze do potrzymania. A on sam wszedł. Pośliznął się, uderzył głową, stracił przytomność i wjechał do kruszarki. Nie miał przy sobie nadajnika, który zatrzymałby kruszarkę – relacjonuje.

Akcja w Zofiówce

Ratownicy zawsze idą po żywych. To nie jest slogan

– Najtrudniej jest, gdy zadzwoni dzwonek i wiemy, że musimy jechać na zakład, gdzie uwięzieni są górnicy. To najtrudniejsze, ale i najbardziej motywujące. Wyjeżdżając stąd wozem bojowym mamy świadomość, że nasi koledzy czekają na pomoc – mówi Adam Żur, kierownik Specjalistycznego Pogotowia Wodnego, działającego w ramach Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu. Pracę zaczynał na kopalni Szczygłowice w Knurowie. Służy już osiem lat.

Zaznacza, że każda akcja jest inna, ma swoją specyfikę, zagrożenia, różne warunki. Jedno jest niezmienne: ratownicy zawsze idą po żywych.

– Przykład z kopalni Halemba z 2006 roku, gdzie Zbigniew Nowak przeżył siedem dni pod ziemią i praktycznie nic mu się nie stało. Można powiedzieć, że był to cud. Nie zdarzyłby się jednak bez wielogodzinnej i nieprzerwanej pracy ratowników. To jest pamiętane, ratownicy o tym rozmawiają i przekazują nowym ratownikom na szkoleniach. Ta nadzieja w ratownikach cały czas żyje – dodaje.

– Dla tych, którzy nie wierzą, nie ma miejsca w ratownictwie górniczym – mówi z kolei Maciej Lewandowski, ratownik z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu.

– Zawsze idziemy do końca, chociaż czasem wydaje się, że człowiek nie ma prawa przeżyć w takich warunkach. Rozmawialiśmy z kolegami, oni wiedzą, że ratownicy po nich przyjdą, że nigdy ich nie zostawią.

Lewandowski zaczynał na kopalni Bielszowice w Rudzie Śląskiej. W wieku 24 lat poszedł w ślady ojca i został ratownikiem górniczym. Taką drogę przechodzą wszyscy ratownicy.

W CSRG w Bytomiu pracuje ich około 120, łącznie w zakładach jest ich ok. 6 tys. Codzienna praca to planowane działania profilaktyczne mające zapobiegać różnym zagrożeniom, jakie występują w kopalni – jak np. wietrzenie wyrobisk, profilaktyka przeciwpożarowa. Zapobiegają też zalaniom i tąpnięciom. Kontrolują skład atmosfery kopalnianej, pracę urządzeń wentylacyjnych.

„Typowych” akcji ratowniczych, o których słyszy cała Polska, jest na szczęście mniej, bo wspomniana profilaktyka i większe nakłady na bezpieczeństwo pozwalają ograniczyć liczby tragicznych zdarzeń.

W zadymionym odcinku kopalnianego korytarza nie widać nawet ręki przed oczami

Żur i Lewandowski pracowali na kopalni Zofiówka w Jastrzębiu-Zdroju podczas ostatniej akcji ratunkowej.

– Od razu rzuciła się nam w oczy ogromna skala zniszczeń, ogromna siła, z jaką działa matka natura. Pomyśleliśmy, jak tu będzie ciężko, jak dużo wysiłku będzie kosztowało, by dostać się do poszkodowanych. W ciemnym odcinku kopalnianego korytarza nie widać nawet ręki, którą trzymamy przed oczami – wspomina Maciej Lewandowski.

Ratownicy pracowali tam w kompletnych ciemnościach, bo jeśli występuje metan – tak jak na Zofiówce, następuje wyłączenie wszelkich instalacji elektrycznych. – Mieliśmy światło, które sami sobie organizowaliśmy przez lampy na kaskach. Bardzo źle to wyglądało na pierwszy rzut oka. Zaczęliśmy od przebierania wyrobiska, żeby móc spenetrować część odcinka. Rękami. Stężenie metanu było na tyle duże, że nie dało się czymkolwiek innym, bo by iskra wystąpiła – dodaje Lewandowski.

To praca na tykającej bombie metanowej. – Wybuch zniszczyłby znaczący obszar tego zakładu i zabił wszystkich ludzi, którzy znajdowali się w tym rejonie. Rękami, kamień po kamieniu, metr po metrze, przedzieraliśmy się do przodu, żeby udzielić pomocy. Udało się uratować dwóch górników, którzy znajdowali się w wyrobisku. Potem dostaliśmy informacje o kolejnych pięciu. Po drodze napotkaliśmy wiele trudności. Trudna mozolna górnicza praca – mówi Adam Żur.

Na Zofiówce w wyrobisku, przez które przedzierali się ratownicy, było tak ciasno, że nie sposób było czołgać się z aparatem ratowniczym na plecach. Ekwipunek ratownicy kładli przed sobą i popychali, następnie czołgali się sami.

– W ratownictwie nie ma takiej myśli, że będzie trudno, że będzie ciężko. Ważne jest udzielenie pomocy ludziom, którzy tam zostali. My naprawdę zawsze idziemy do końca – podsumowuje.

Paweł Pawlik
https://wiadomosci.onet.pl

Komentarzy 25 to “Przed śmiercią w kopalni chciał przynajmniej zobaczyć słońce”

  1. jazmig said

    Ta praca i śmierć jest w obecnej sytuacji niepotrzebna. Węgiel ze śląskich kopalń jest droższy, niż ceny światowe loco port w Gdańsku. Nie wiem, kto i po co upiera się przy wydobyciu, które powoduje straty w gospodarce, niszczenie środowiska i śmierć górników.

  2. Alicja said

    A ile zarabiają urzędnicy w ZUSie. Za co?

  3. Re 3:
    Bo Żydzi rządzą Polską i Europą i dlatego wprowadzają te swoje idiotyczne filozofie do miejsc pracy i mnożą niepotrzebne stanowiska. Setki chazarskich facjat na stołkach „menadżerów”, „doradców”, „koordynatorów”, a na dole samym my, jak nazywają nas teraz „zasoby ludzkie”, czyli polskie goje, bydło robocze, białe murzyny zasuwające w harówie za marne grosze na tych pasożytów.

  4. Zbyszko said

    Swego czasu rozmawiałem z górnikiem który był w takim wieku, że pracował jeszcze za komuny i potem już w „wolnej” Polsce. Powiedział, że bezpieczeństwo na kopalniach znacznie się pogorszyło a zarobki i całe otoczenie socjalne górnictwa zmalały.
    Byłem także kiedyś świadkiem rozmów ludzi z tzw handlu zagranicznego, którzy za komuny pracowali w centralach handlu zagranicznego a po „odzyskaniu” przez Polskę wolności, sprywatyzowali się i dalej w oparciu o posiadane kontakty handlowali na masową skalę różnymi towarami, także węglem. Rozmowy dotyczyły handlu całymi pociągami akurat węgla i szukania możliwości „przełożenia” na podpięcie się ze swoją złotówką do całego łańcuszka pośredników którzy mają już swoje złotówki w cenie tony węgla, która wydawało się składała się głównie z łańcuszka tego typu oczek.
    Handlowanie całymi pociągami, gdy jedna węglarka wypełniona jest 60-cioma tonami węgla, to niezły biznes, bo takich składów węgla krąży trochę każdego dnia po POlsce.
    A swoją drogą to umieranie górników przed emeryturą, (ale wkrótce po przejściu na nią), to także niezły biznes, dla… sprywatyzowanego po „odzyskaniu” wolności, budżetu.

  5. Piotr Podgórni said

    re1. Nalezy odróżniac skutek od przyczyny. Gdtby w Polsce istniały pola naftowe i wydobycie ropy było tak opodatkowane jak wydobycie wrgla to imort ropy też byłby bardziej opłacalny niż jej wydobywanie. Ta antygospodarka jest celowym działaniem naszych okupantów.

  6. lolek said

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_g%C3%B3rnicza_w_kopalni_Halemba_(2006)

  7. Zbyszko said

    Rozmawiałem niedawno z artystą malarzem, jednym z grupy którzy w Bielsku Białej realizowali jeszcze za komuny (ale juz u schyłku) pomnik włókniarza.
    W czasie wizyty Gierka w Bielsku, ktoś tam z komitetu postanowił pokazać przywieziony z gliwickiego GZUT-u gotowy już pomnik, jeszcze przed ustawieniem go na cokole na jednej z głównych arterii miasta.
    Gierek przyjechał na miejsce, pomnik obaerzał i powiedział do pokazującej mu ten pomnik ekipy : „Co to? komunę chcecie budować?” kazał go pociąć i odjechał.
    Za niedługo przyjechała ekipa która pomnik pocięła i wywiozła nie wiadomo gdzie…
    Tak to symbolicznie skończyła się komuna, nazywana inaczej (dzisiaj pogardliwie) dyktaturą proletariatu, gdzie robotnik stał na piedestale ni tylko pomników.
    A skończyła się ta komuna za sprawą samych robotników…

  8. lolek said

  9. Bogusz said

    ad 5. Piotr nie umiem wkleić linka ale na google wpisz sobie ” Odważne wystąpienie Prof. Ryszarda Kozłowskiego ” tam dowiesz się, że Polska jest najbogatszym w zasoby mineralne krajem Europy, między innymi w ropę naftowa . Dane które przytacza dotycza tylko żródeł odkrytych i udokumentowanych z dokonanymi już odwiertami.

  10. Mozets said

    To taka praca. Wymaga decyzji i nie należy narzekać. Można opisać warunki takiej pracy ale bez „jojczenia”. Znam oficera uzbrojenia, byłego dowódcę baterii startowej rakiet do których przewidziane były głowice jądrowe i służba w tej jednostce była ciężka. To były wojska jednorazowego użytku, narażone na błyskawiczną eksterminację również ładunkiem jądrowym. ( patrz relacje płk. Kuklińskiego). Był też specjalistą w Wojskowym Instytucie Uzbrojenia. Zwolnił się przed stanem wojennym i nie miał nic z wojska ani emerytury ani żadnych świadczeń. Oddał „cyrwonom legitymacje”. Został więc wrogiem ludu pracującego miast i wsi. Był później ( nie chciał się prosić o nic jazuzelskiej i wojennej administracji) pracownikiem w cywilnych zakładach, także i produkujących uzbrojenie – gdzie pracował na przeróżnych stanowiskach. Głównie był robotnikiem. Był konstruktorem, technologiem, majstrem, malarzem na budowie , kierownikiem budowy, maszynistą oczyszczalni ścieków i jej dyspozytorem. Dotrwał do emerytury cywilnej i jeszcze żyje. W każdej pracy starał się wykonywać ją jak najlepiej. Bo tak się zobowiązał. Nie jojczał i nie skarżył się. Pieniądze były marne. Jedyne co zrobił potem to napisał kilka książek . W jednej opisuje „trepowską” służbę w wojsku ( „Trepy”). W innej pracę jako robotnika ( „Reedukacja kapitana M”). Tak zdecydował – choć wystarczyło się „ukorzyć” i poprosić „wadzę ” o synekurę. Tak samo górnicy – to ciężka robota. Niebezpieczna. Ale przecież nie wyjadą wszyscy do Niemiec pracować w innym zawodzie. Tam żyją. Dobrze, że opisują warunki pracy – by ten co się na to zdecyduje – nie był zaskoczony i nie spodziewał się „okienek z widokiem na słoneczną łąkę” w czasie drążenia chodnika. To taki współczesny feudalizm. Przywiązanie robotnika do warsztatu pracy i miejsca. Inteligencja skłonna jest zmieniać zawody, jest bardziej ruchliwa – ale i tak nic jej to nie daje za wyjątkiem utrzymania własnej godności, honoru, dumy . To cechy dla robotnika ( robola) zupełnie nieprzydatne.

  11. Mozets said

    Do Bogusza:
    Istotnie. Moja szkolna koleżanka ( już zmarła) z wykształcenia geolog – większość życia spędziła z mężem ( też geologiem) na poszukiwaniach ropy i gazu. Mówiła mi już w latach 90 ( w zaufaniu) że prawie wszystkie znalezione przez nich złoża są zabetonowane ( ujęcia zaplombowane) w tym wiele na Pomorzu. To polityka. A Bismarck mówił:
    ” Zwykłym ludziom nie należy pokazywać – jak się robi kiełbasę i politykę”.
    ( Oni mają to jeść ze smakiem i cieszyć się z pełnych żołądków).

  12. Re: 1 Jazmig…

    A pan mysli, ze pieniadze rozmnazaja sie przez „paczkowanie” albo bank „miesza z lapek do lapek” I tworzy bogactwo???…

    A moze urzednicy ZUS I inni tworza bogactwo „wydobywajac” gotowke z kieszeni producentow I uslugodawcow???…

    Aby cos kupic taniej np: wegiel spoza granic Polski to mysli pan, ze bank „wydrukuje” gotowke pozyczy rzadowi by ten zakupil wegiel???…

    Przykro mi, ale jest pan w totalnym bledzie, a mowiac krotko: to nie ma pan zielonego pojecia o Fizycznej Ekonomii, a powtarza pan zydowski „cyrk spekulacyjno-lichwiarski”, ktory NIC nie ma wspolnego z Ekonomia I gospodarka…

    ======================
    jasiek z toronto

    http://polskawalczaca.com

  13. Bogusz said

    ad 11. Panie Mozets, jeżeli On miał rację to niech nam nie mówią tylko niech wydobywają i przeznaczają dla nas Polaków

  14. Dziad Wernyhora said

    Raz zdarzyło mi się odwiedzić służbowo kopalnię (byłem tylko na powierzchni). Przy wejściu do wind stała figurka św Barbary.
    Faktycznie, to nie jest robota dla ateistów. Taka praca wydaje się być wariactwem a życie wisi na włosku.
    Ale jak ktoś ma wiarę w Boga i ufność, jedzie na dół.

    Czy ateiści byliby w stanie zrobić strajk jak np. w kopalni Wujek w grudniu 1981? Ateista to materiał na niewolnika, zrobi wszystko żeby ocalić własną skórę. Talmudyczny Żyd tak samo.

  15. Marucha said

    Re 10:
    Panie Mozets, każdy – a zwłaszcza górnicy – dobrze wiedzą, że to „taka praca”.
    Oni się nie „skarżą”, kurwa, ani nie „jojczą”. To nie są miejskie pizdusie w rurkach.

    Oni tylko chcą wytłumaczyć różnym dupkom, że to jest cieżka, ryzykowna praca, wcale tak świetnie nie opłacana. A jak dupki im zazdroszczą, to niech sami tam zjadą.

    Zapamiętaj Pan to sobie.

  16. Zdziwiony said

    W środowisku górniczym na Górnym śląsku do dziś utrzymuje się w codziennym używaniu staropolskie i chłopskie pozdrowienie „Szczęść Boże!”. Tak pozdrawiają się górnicy pod ziemią i na powierzchni kopalni, polecając się wzajemnie Bogu i życząc sobie szczęścia.

    W górniczych miastach Zabrze i Ruda Śląska natrafiamy nawet na ulice o nazwie „Szczęść Boże”. Znana jest powszechnie pobożna cześć, jaką żywią górnicy do swej patronki – św. Barbary. Matki lub żony górników, gdy żegnały swych bliskich wychodzących na szychtę, mówiły: „Idź z Bogiem, a niech cię tam Pan Bóg i święta Barbara mają w swojej opiece, abyś zdrowo do nas powrócił”.

    Ołtarze Św. Barbary znajdują się w cechowniach. Poprzednio widziałem je jeszcze w 1962 roku.

  17. lolek said

    Ateista to materiał na niewolnika.

    Sedno.

  18. RomanK said

    ad 7…….POlski inteligent studiujacy inteligencje cale swoje zycie pisze….

    CYTY >>>” gdzie robotnik stał na piedestale nie tylko pomników.
    A skończyła się ta komuna za sprawą samych robotników…

    I qzwa pojac nei moze , jak to stanie na piedstale moglo wkurwic na tyle robotnikow , ze z nim skonczyli:=-)))))))
    Musi cos byc zlego z tymi….robotnikami:-))))))

  19. Mozets said

    Marucha said
    2018-06-11 (Poniedziałek) @ 09:59:56
    Re 10:
    Panie Mozets, każdy – a zwłaszcza górnicy – dobrze wiedzą, że to „taka praca”.
    Oni się nie „skarżą”, kurwa, ani nie „jojczą”. To nie są miejskie pizdusie w rurkach.

    Oni tylko chcą wytłumaczyć różnym dupkom, że to jest cieżka, ryzykowna praca, wcale tak świetnie nie opłacana. A jak dupki im zazdroszczą, to niech sami tam zjadą.

    Zapamiętaj Pan to sobie.
    ****************************************
    Ho,ho, jaki mentorski ton. Nawet pobrzmiewa z lekka czekistowski ton ( zapamietajcie to sobie ubywatelu złagodzone słowem Pan).
    Nawet wulgaryzmy u miłośnika kniei się pojawiają. Kurwa , pizdusie, jak w filmie (Kroll ) u kaprali. I cóż tu wywołalo taki przypływ bojowej weny gajowego wobec zupełnie kulturalnej wypowiedzi Mozetsa. Który napisał wyraźnie :
    „Tak samo górnicy – to ciężka robota. Niebezpieczna. Ale przecież nie wyjadą wszyscy do Niemiec pracować w innym zawodzie. Tam żyją. Dobrze, że opisują warunki pracy – by ten co się na to zdecyduje – nie był zaskoczony i nie spodziewał się „okienek z widokiem na słoneczną łąkę” w czasie drążenia chodnika.”
    Oczywiście ,że taka reakcja musi mieć swój detonator. Nie ja będę go szukał. Bo mnie to nie za bardzo interesuje. I nie zajmuje się ping-pongiem ad personam. Można Mozetsa ewentualnie zbanować. Jak uwiera. To byłoby w porządnym żandarmeryjnym stylu.
    Pozdrawiam z Puszczy Sandomierskiej .

    ————
    Jesteś Pan większy dupek, niż myślałem.
    Żegnam.
    Admin

  20. dardee said

    Wiekszośc ludzi wypowiadających się krytycznie o górnikach i ich warunkach wynagrodzen , czy zakresu socjalnego , siedzą za biurkami ,firm państwowych, malutkich ,dużych i ogromnych firm prywatnych czy koncernów ..znam to z mojego biura które dzieliłem raz z kilkoma raz z kilkunastoma osobami.

    Kwestię ryzyka kwitują najcześciej : – robią to na własne ryzyko , zyczenie , mają siwadomosc i podobne bzdety .

    ”Na własne ryzyko wielu idiotami ..jest …

    zza biurek, w światłach laptopów

    zabijają swoje sumienia

    ignorancją ….

    okupioną chorobami

    coraz krótszym i bardziej marnym…

    życiem własnych dzieci i wnuków”

    ————-
    Ja po prostu domagam się szacunku dla górników, a tych, których zdaniem górnicy „jojczą”, lałbym po mordzie.
    Admin

  21. ? said

    „Każdemu się wydaje, że górnicy zarabiają Bóg wie ile, że mają 13, 14 i „barbórkę”

    Czyli nie mają 13 i 14?

  22. Re 21 ???

    A niech gornicy maja nawet I „16” I „17-tke”, ale niech „rzondowe” k..rwy nie kradna „kasy” za export, a „gawiedzi” wmawiaja, ze do gornikow (do kopaln) musimy doplacac…

    Logicznie rozumujac, jak mozna doplacac do cennego surowca jak sie go ma za darmo???…Tylko kopac (wydobywac) i korzystac…

    Niedlugo „rzonowe” k…rwy oswiadcza, ze i do wody i powietrza musimy wszyscy doplacac, bo wogole sie nie oplaca pic wody i oddychac powietrzem…(i bedziemy taniej sprowadzac z Alaski lub z Grenlandii…

    ===========================
    jasiek z toronto

    http://polskawalczaca.com

    P.S. Wszystkim sie oplaca, tylko jakos w Polsce sie nic nie oplaca…wlacznie z normalnym zyciem…

  23. Ola said

    cena „przyjazni”:

    USA trzykrotnie podniosly cene za wegiel kamienny , ktory wyeksportowaly w pierwszym kwartale ( 2017) do Ukrainy. Tak podaje US Energy Information Administration.Kijow kupil miedzy styczniem i marcem wegiel z USA za 206 US -dolara za tone . To jest 3 razy drozej niz rok wczesniej, kiedy kosztowal 71 US-dolara za tone. W tym samym czasie ilosc eksportu amerykanskiego wegla na Ukraine sie wiecej niz podwoila. W pierwszym kwartale 2017 wyeksportowaly USA 865 000 ton wegla na Ukraine . Rok wczesniej w tym samym czasie bylo to 355 100 ton. Jednoczesnie obnizyla sie cena amerykanskiego wegla w Norwegii z 140 na 125 US-dolara za tone .

    https://deutsch.rt.com/wirtschaft/54329-ukraine-kohleimport-usa-preise-steigen/

  24. Ola said

    http://nettg.pl/news/140923/ukraina-dlaczego-nie-warto-kupowac-polskiego-wegla

  25. Re: 23 Ola

    Mnie bardziej ciekawi to, ile zydowska mafia w PRL-u ukradla „kasy” z tytulu exportu wegla na Zachod po cenie 72 dolarow za tone, kiedy cena w kraju byla 320 zlotych za tone (czyli ok. 3 dolarow za tone)…

    To jest bardzo ciekawe…

    =====================
    jasiek z toronto

    http://polskawalczaca.com

    P.S. Gornicy zarabiali ok. 5000 zlotych miesiecznie czyli ok. 40 dolarow za m/c….

Sorry, the comment form is closed at this time.