Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Dlaczego politycy, biznesmeni i ludzie tajnych służb nie wierzą w śmierć Jana Kulczyka?

Posted by Marucha w dniu 2018-07-11 (środa)

O krążących plotkach, że zmarły 28 lipca 2015 r. w Wiedniu Jan Kulczyk, najbogatszy Polak (jego majątek szacowano na ponad 15 mld zł) żyje, pierwsza napisała „Gazeta Wyborcza”, oczywiście dezawuując „spiskową teorię dziejów”.

Kolejnym publicznie wątpiącym w grudniu 2015 r. okazał się doradca prezydenta Andrzeja Dudy prof. Andrzej Zybertowicz, specjalista od tajnych służb. W radiowym wywiadzie stwierdził, że Jan Kulczyk „być może, żyje sobie gdzieś na Bali pod innym nazwiskiem.”

W połowie maja wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin w rozmowie z dziennikarzem TVP Info informację o śmierci Jana Kulczyka nazwał „oficjalną”, dociskany zaś przez dziennikarza, aby wyjaśnił co ma na myśli, wypalił: „Jak to się dzieje, że najbogatszy Polak jedzie na operację serca w zwykłym miejskim szpitalu w Wiedniu, a nie w jakiejś bardzo ekskluzywnej klinice, gdzie byłby otoczony wyjątkowo dobrą opieką?”.

6 czerwca zaś, biznesmenka skonfliktowana z Kulczykiem, Edyta Sieczkowska (robiła z nim interesy) zakłóciła program Polsatu „Państwo w Państwie” krzycząc, że „Mnie pan Kulczyk z Bali lub z piekła zastrasza!”.

Próbując weryfikować te informacje spotkaliśmy się z polskimi biznesmenami i funkcjonariuszami tajnych służb. Żaden z nich nie był przekonany, że Jan Kulczyk na pewno nie żyje, a oficerowie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego potwierdzili nam, iż są w posiadaniu dwóch notatek, opisujących rozmowy z informatorami, wskazującymi, że Jan Kulczyk sfingował własną śmierć i żyje.

Wbrew twierdzeniom naszych polityków mają to być kraje bliższe Europie niż Bali. W jednej notatce informator, jako miejsce przebywania doktora [dr-a Kulczyka, nie lekarza! – admin] wskazuje Cypr. Cała sprawa jest bardzo zagmatwana, a rodzina organizując błyskawiczny i pełen tajemnic pogrzeb, bynajmniej nie sprzyjała przecięciu spekulacji.

Przyśpieszona abdykacja

– Szef i syn nie zgadzali się w sprawie metod robienia interesów. Doktor wiadomo, jak działał. No, tak trzeba przy tak dużym majątku. A młody by chciał, by wszystko było tak ładnie i oficjalnie, nad stołem. Nie podobali mu się ludzie, którymi doktor się otaczał i nie rozumiał tego, dlaczego musiał się nimi otaczać – opowiada jeden z najbliższych doradców Kulczyka.

Mimo tych różnic wiadomo było, że to Sebastian Kulczyk powinien po odejściu Jana przejąć interesy. To naturalne. Ale aż do niedawna nic w tym kierunku nie było robione. Chociaż oficjalnie od 2013 r. był szefem Kulczyk Investments, firmy będącej wehikułem działalności ojca, to faktycznie nie podejmował decyzji strategicznych.

Dopiero niecałe dwa miesiące przed śmiercią największy polski oligarcha zaczął mówić o Sebastianie oficjalnie i przy każdej możliwej okazji „To jest mój następca”.

By zrozumieć ostatnie działania Jana Kulczyka musimy cofnąć się do początków tzw. Afery taśmowej. Pierwsze ujawnione przez tygodnik „Wprost” nagrania ukazywały rozmowy kilku z najważniejszych polityków ówczesnego układu rządzącego. Puszczono tam – w dwóch kolejnych publikacjach – cztery rozmowy. Już wtedy było wiadomo, że nagrań jest więcej. Pisano o tym, że nagrano szereg rozmów Jana Kulczyka z wpływowymi politykami. Podejrzewano też, że nagrania te są w rękach dziennikarzy i polityków nieprzychylnie patrzących na imperium doktora.

– Wiedzieliśmy, że Nowogrodzka (siedziba PiS – red.) ma dostęp do ok. 300 nagrań. Kaczyński chciał z nich zrobić główny motyw kampanii, a najważniejsze do odpalenia były taśmy, na których doktor negocjuje sprawę Ciechu – mówi w rozmowie z nami związany z imperium Kulczyka były oficer Agencji Wywiadu.

Faktycznie, jeszcze za życia oligarchy taśmy z rozmów Kulczyka z prezesem NIK Krzysztofem Kwiatkowskim, ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim i innym biznesmenem – Piotrem Wawrzynowiczem trafiły do dziennikarzy związanych z tygodnikiem „Do Rzeczy” i telewizją Republika. Według naszych informacji oba te media miały zamiar opublikować treść rozmów od razu po ich otrzymaniu.

Zadziałali jednak prawnicy, przypominając dziennikarzom o wcześniejszych, zakończonych ugodami procesach z Kulczykiem. Ryzyko procesowe oceniono jako zbyt wielkie i planowane publikacje wówczas się nie ukazały. Plotki zaczęły jednak krążyć po mieście. W powszechnej opinii, te taśmy zawierały bardzo mocny materiał. Taki, przy którym można by stawiać zarzuty korupcyjne.

Z powagi sytuacji najlepiej zdawał sobie sprawę sam Jan Kulczyk. Choć jego ludziom udało się przyblokować działania mediów, to wiedział, że to tylko chwilowy sukces. Współpracujący z nim ludzie służb jednoznacznie mówili, że to właśnie on ma być negatywnym bohaterem nadchodzącej kampanii wyborczej. A po zwycięstwie PiS – co do którego już mało kto miał wątpliwości – miał się stać symbolem patologii prywatyzacyjnych III RP. To oznaczało pokazowe aresztowanie, zarzuty i przepadek sporej części majątku.

Kulczyk wiedział, że choć jest niezwykle silny i może podjąć walkę, to będzie ona długa i niezwykle kosztowna. Dobrze znał przypadek innego oligarchy, swojego dobrego znajomego Ryszarda Krauzego. Ten, choć ostatecznie nie spędził ani jednego dnia w więzieniu, musiał uciekać na pewien czas z kraju, a uspokojenie sytuacji kosztowało go tyle, że dziś jest niemal bankrutem, a przecież aparat państwa zabrał się za Krauzego na krótko przed przegranymi przez PiS wyborami.

O ile gorszą sytuację miałby oligarcha, którego na celownik by wzięto tuż po wygranych? Nawet tak olbrzymi majątek mógłby nie wystarczyć, by móc myśleć o ocaleniu.

Jeżeli nawet jednak Kulczyk miał zamiar próbować szczęścia, to po kilku dniach przyszli do niego emisariusze z wiadomością, która pozbawiła go wszelkich złudzeń. Smutni panowie z Agencji Wywiadu przyszli z wizytą by wyjaśnić oligarsze swoje stanowisko w sprawie.

Trzeba tu wiedzieć, że przez cały czas III RP miliarder obracał nie tylko swoim majątkiem. Był jedną z osób, którym powierzono zarządzanie niejawnym (tzw. czarnym) funduszem operacyjnym cywilnych służb specjalnych.

Kilka słów wyjaśnienia. Każdy wywiad posiada oprócz jawnego, zapisanego w budżecie funduszu, pieniądze ulokowane w sektorze prywatnym. Faktycznie kontrolują spółki z różnych, zazwyczaj nie budzących emocji branż. To daje im nie tylko dostęp do pieniędzy, ale też świetne możliwości tworzenia fałszywych życiorysów dla swoich agentów. Oczywiście takimi spółkami i tymi funduszami musi ktoś zarządzać. Ten ktoś w zamian za swoje usługi otrzymuje potężne wsparcie aparatu państwa i faktyczny immunitet.

To był jeden z sekretów potęgi Kulczyka. Także tłumaczący jego słynne spotkanie w Wiedniu z płk. Władimirem Ałganowem, z którego później powstała notatka AW. Ta notatka stała się powodem poróżnienia Kulczyka z ówczesnymi partnerami biznesowi, dla których było jasne kto jest jej autorem.

Więcej w najnowszej „Polsce Bez Cenzury”.

Krzysztof Galimski, Jan Piński
http://www.bezc.pl

Komentarze 23 to “Dlaczego politycy, biznesmeni i ludzie tajnych służb nie wierzą w śmierć Jana Kulczyka?”

  1. JerzyS said

    Pięć żywotów Józefa-Joska Mützenmachera, czyli jak rozbito Komunistyczną Partię Polski

    za: http://niezlomni.com/?p=5245

    Dr Marek Klecel,

    W końcu sierpnia 1933 r. w podwarszawskich Szczęśliwicach, w gliniance przy trasie kolejki WKD znaleziono zwłoki nieznanego mężczyzny. Trudno było go zidentyfikować, gdyż twarz miał całkowicie zmasakrowaną, nie znaleziono też przy nim żadnego dowodu tożsamości. W ciągu następnych dni gazety donosiły o szczegółach zbrodni: denat miał przy sobie kilka gazet niemieckich i jedną żydowską, wyrwana kieszeń mogła wskazywać, że była to zbrodnia na tle rabunkowym. Pojawił się jednak zaraz inny motyw i trop zbrodni: gazety znalezione przy zabitym miały świadczyć o tym, że morderstwo było wynikiem jakichś porachunków partyjnych czy politycznych. Po kilku tygodniach podawano dalsze sensacyjne szczegóły: zamordowany mógł być ważnym działaczem komunistycznym, który przyjechał nielegalnie z Niemiec z większymi pieniędzmi dla polskich organizacji, został uprowadzony, ograbiony i zamordowany, przy czym pojawiły się sugestie, że mógł tego dokonać ktoś, kto wiedział o celu podróży ofiary.

    Byłaby to jedna z wielu zbrodni w wielkim mieście, której wyjaśnianie toczyłoby się własnym trybem. Jednakże szybko stała się głośna za sprawą komunistów żydowskich z Komunistycznej Partii Polski, którzy zaczęli podejrzewać, że zamordowanym jest zaginiony niedawno znany działacz Mietek Redyko. Rezydujący w Kopenhadze sekretarz generalny KC KPP Julian Leszczyński-Leński dowiedział się o tym zagadkowym zabójstwie z polskich gazet za pośrednictwem łączniczki Politbiura Stelli Bortnowskiej. Ściągnął z Moskwy Bronisława Bortnowskiego, by wyjaśnić sprawę i ustalić stanowisko partyjne. Wcześniej, w Warszawie Salomon Jaszuński potwierdził, że zabitym mógł być Redyko, któremu kilka dni przed morderstwem dał kilka gazet niemieckich. Kierownictwo Partii nabrało pewności co do osoby zabitego i charakteru zabójstwa, uznając je za zbrodnię polityczną.

    W połowie września 1933 r. Komitet Centralny KPP wydał dramatyczny komunikat po tytułem „Towarzysz Redyko zamordowany”, w którym czytamy:

    Defensywa [policja polityczna] stara się przedstawić zbrodnię jako mord rabunkowy, prawiąc w komunikacie policyjnym o wyrwanej kieszeni. Do dnia dzisiejszego policja nie ogłosiła rezultatu swoich rzekomych badań, a prasa burżuazyjna i socjalfaszystowska ani słowem nie wspomniała więcej o morderstwie koło Włoch. Mamy tu do czynienia z bestialskim mordem politycznym, który winien poruszyć najszersze masy miast i wsi. Mamy do czynienia z mordem, który wskazuje, w jaki sposób i jakimi metodami rząd faszystowski Piłsudskiego walczy z ruchem rewolucyjnym.

    „Niezłomny bolszewik”

    Wkrótce rozpętała się burza. Komunikat obiegł wszystkie ośrodki komunistyczne w całej Europie, podano go w organach prasowych we Francji, w Szwajcarii i oczywiście w Moskwie, w dzienniku „Prawda” i w organie Międzynarodówki Komunistycznej (Kominternu) „Kommunisticzeskij Internacjonał”.

    W końcu września urządzono w Moskwie wielką akademię żałobną na cześć Redyki. Opisał ją szczegółowo znawca jego biografii Bogdan Gadomski („Biografia agenta. Największy agent policji politycznej II RP. Józef-Josek Mützenmacher”):

    w wielkiej sali zebrali się tłumnie przedstawiciele różnych pokoleń: członkowie KPP, którzy wspólnie z Redyką prowadzili nielegalną działalność w kraju lub odbywali razem wyroki więzienia, emigranci polityczni, studenci szkół partyjnych w Moskwie, komsomolcy i pionierzy. Na ścianach zawieszono transparenty z hasłami w języku polskim i rosyjskim ‚Walczcie tak, jak walczył towarzysz Redyko o Październik na Zachodzie!’ oraz ‚Cześć bojownikowi rewolucji proletariackiej, członkowi KC KPP tow. Redyko, bestialsko zamordowanemu przez zdziczałego wroga!’. W głębi sali widniał na czerwonym tle portret Redyki przepasany czarną krepą. Obok na tablicy wyeksponowane zostały rękopisy, listy więzienne i inne pamiątki po zamordowanym. Na sali panował nastrój powagi i głębokiego smutku.

    .

    Tymczasem po śledztwie policyjnym w Warszawie pojawił się nowy trop, który jeszcze bardziej wzburzył środowisko komunistyczne KPP. Podano mianowicie, że Redyko to Josek Mützenmacher, członek KC KPP, przedstawiciel Kominternu, który przybył z Moskwy jako wysłannik Leńskiego i padł ofiarą wewnętrznych porachunków partyjnych w wyniku podejrzeń o prowokację lub współpracę z polską policją albo też z niższych pobudek, jakimi mogło być przejęcie moskiewskich pieniędzy.

    Działacze komunistyczni nie posiadali się z oburzenia, uważając, że zbrodni dokonała polska policja. Komitet Centralny wydał natychmiast komunikat, w którym podawano, że polskie władze chcą perfidnie zatrzeć ślady swojej zbrodni, zrzucając odpowiedzialność za nią na partię komunistyczną.

    Zgodnie ze zwyczajem szpicli faszystowskich w Polsce ogłoszono w postaci wiadomości reporterskiej w krakowskim organie rządowym ‚Ilustrowanym Kurierze Codziennym’ komunikat policyjny, w którym podano, że tow. Redyko rzeczywiście został zamordowany. Mordercy faszystowscy usiłują wmówić w komunikacie [opinii publicznej], że Redyko ‚został usunięty przez samych komunistów’. A nawet więcej – faszystowscy szpicle i prowokatorzy, chcąc przykryć swoją podłą rolę, mają odwagę podsunąć insynuację, że tow. Redyko ‚był przez grupę komunistów w centralnych instancjach uważany za zdrajcę’”. Wiele wskazywało na to, że była to zbrodnia o charakterze politycznym. W tym samym komunikacie zarzucano wcześniej polskim władzom matactwa i grę na zwłokę. „W międzyczasie [rząd polski] uczynił wszystko, żeby partię komunistyczną wprowadzić w błąd, żeby wywołać wrażenie, że Redyko żyje i gdzieś się ukrył. Policja rozpowszechniała wiadomości poprzez swoich agentów i szpicli, że tow. Redykę widziano raz tutaj, drugi raz gdzie indziej. Gdy jednak wszystkie te kłamstwa zostały zdemaskowane, gdy wieść o bestialskim mordzie skrytobójczym, dokonanym na wybitnym działaczu komunistycznym, przedostała się do szerokich mas proletariatu, defensywa faszystowska została zmuszona do zmiany swojej dotychczasowej taktyki ukrywania i wprowadzania w błąd.

    Ten trop i wątek miał się z czasem okazać najważniejszy w całej sprawie. Czy policja rzeczywiście rozsiewała pogłoski o tym, że Redyko żyje? W każdym razie ludzie z KPP w to nie uwierzyli, dla nich Redyko już nie żył. Byli całkowicie przekonani, że został skrytobójczo zamordowany przez polskie władze. Tę wiadomość puszczono wkrótce na cały świat. Śmierć Redyki wykorzystywano poniekąd dla sprawy komunizmu. Była to jednocześnie nieustanna sensacja, taka, jaką żywi się prasa i plotka. Ale wiele pytań pozostało. W samym środowisku komunistycznym powstały wątpliwości, czy nie była to wewnętrzna robota „prowoków” czy tajniaków współpracujących z policją, może Redyko zginął, bo odkrył zdradę w szeregach partii, a może kogoś skusiły po prostu duże pieniądze, co nie przynosiłoby chluby tak ideowej partii.

    Nie było odpowiedzi na te pytania, podobnie jak nie było odpowiedzi na pytanie najprostsze, a właściwie przeoczone: co się stało z ciałem zamordowanego Redyki? Dopiero gdy przyjechał do Warszawy jego ojciec Szlama Mycenmacher z Mławy, aby pochować syna, okazało się, że nie ma jego ciała. Zwłoki zaginęły. W środowisku komunistycznym nie wzbudziło to specjalnych wątpliwości, przeciwnie – upewniono się, że jest to mord polityczny, skoro zatarto wszelkie ślady zbrodni, a nawet usunięto ciało. W „Tygodniu Robotnika” pisano: „Tajemnicze zaginięcie zwłok ofiary zbrodni każe postawić jeszcze możliwość: zabójcy mają nieznanych bliżej, ale potężnych protektorów”.

    Wszystko więc wydawało się jasne, prócz szczegółów, kto w istocie zabił. I o to właśnie chodziło. W ferworze sporów, wzajemnych oskarżeń i pomówień, ogólnej sensacji, poruszono wszystko, prócz jednego, niejako warunku całej sprawy: zginął Redyko, ale, mówiąc nieco zagadkowo, czy zginął Mützenmacher. Stanowiło to pewną różnicę. A nuż, choć brzmiało to wtedy absurdalnie, skoro nie było ciała, może nie było też zabójstwa?

    Jak się z czasem okaże, w podwarszawskich Szczęśliwicach zginął Redyko, ale nie zginął Mützenmacher. Zginął Redyko, narodził się, by tak rzec, Jan Alfred Reguła.

  2. JerzyS said

    Misterna mistyfikacja

    W śmierć Redyki, jednego ze swych ważnych towarzyszy, komuniści z KPP wierzyli kilkanaście lat, prawie do końca lat 40., gdy po wojnie zagarnęli już całą władzę w Polsce. Podczas śledztw prowadzonych w tym czasie przeciw wszystkim ugrupowaniom niepodległościowym, a także przeciw wszelkim urzędnikom państwowym II RP wyszło przypadkowo na jaw, że Redyko wcale nie zginął w 1933 roku. Mało tego, można było podejrzewać, że nie tylko przeżył wojnę, ale mógł żyć nadal. Była to jedna z najbardziej udanych i spektakularnych akcji przedwojennej policji politycznej, tzw. Defensywy, operacja kamuflażu, skutecznego usunięcia i zakonspirowania swego źródła wywiadowczego w KPP.

    Redyko, najważniejszy jej informator, z punktu widzenia partyjnego był zdrajcą, przeszedł na stronę wroga, godząc się na współpracę z polskim wywiadem po uwięzieniu w 1926 r., ściślej po wcześniejszym zwolnieniu z więzienia. Rzecz jasna, jego współpraca z policją dotyczyła organizacji i ludzi KPP. Gdyby to wyszło na jaw, zginąłby najpewniej z rąk współtowarzyszy bądź zakończył życie w Moskwie lub w łagrach, jak większość kierownictwa KPP w drugiej połowie lat 30.

    Samo upozorowanie śmierci Redyki nie było jednak celem samym w sobie, była to jedynie część wielkiej operacji Defensywy, zmierzającej do rozbicia i rozbrojenia, unieszkodliwienia działalności partii komunistycznej w Polsce. Jak wiadomo, nie była to zwykła partia polityczna, lecz niebezpieczna agentura, która działała na rzecz Moskwy – kominternowskie ogniwo w dziele wywołania światowej rewolucji komunistycznej, a ściślej sowieckiej. W Polsce, prócz tego, jawnie dążyła do oderwania Kresów Wschodnich na rzecz ZSRS, a Śląska i Pomorza na rzecz Niemiec.

    Już kilka dni przed „śmiercią” Redyki, dzięki jego wcześniejszym informacjom, aresztowano całe kierownictwo KPP, prawie dwudziestu najważniejszych działaczy, takich jak: Alfred Lampe, Irena Rosenbergowa, Gustaw Szuster (później Stefan Staszewski), Gitla Hejman, Albin Małkuszewski, Artur Ritter (Jastrzębski), Aleksander Hiller, Leopold Gimsel, Lewa Podmiejska, Aron Zakheim.

    Wsypa rozbiła cały aparat centralny – podawano później w korespondencji Sekretariatu KC KPP. – Ocalał jeden członek Sekretariatu, dwóch instruktorów (…), technika, MOPR [Międzynarodowa Organizacja Pomocy Rewolucjonistom], redakcja. Poza tym wszystko zostało bądź całkowicie, bądź częściowo rozbite. Podobnie rozbito całą krajową, regionalną strukturę partyjną. Aresztowano, jak podaje Bogdan Gadomski, około siedmiuset działaczy komunistycznych w całej Polsce. Ponadto pozostali działacze mieli utrudnione zadanie, kiedy chcieli reaktywować władze partyjne, zostali pozbawieni prawie wszystkich funduszów, nie wiedziano wtedy, że poważna suma 40 tysięcy złotych, którą otrzymał Redyko z Moskwy na działalność partyjną, zniknęła razem z nim.

    W listopadzie 1933 r. sekretariat krajowy alarmował: „To okropny skandal, że w tej ciężkiej sytuacji ogólnej znajdujemy się w tak niebywale trudnych warunkach materialnych. Sprawa pieniędzy, a raczej ich braku, przestała być sprawą pieniężną, stała się ważnym zagadnieniem politycznym. (…) Brak forsy odbija się także okropnie na stanie organizacyjnym. Aparat MOPR-u się rozprzęgł i rozłożył. (…) Funkcjonariusze KPZB [Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi] mdleją z głodu na ulicy. (…) Z głodu mdleją nasi kazetemowcy, sekretarz KZM-u [Komunistyczny Związek Młodzieży] podaje się do dymisji i chce iść kamienie tłuc„.

    Operacja policji politycznej kierowana przez Henryka Kaweckiego, rozpoczęta już wiosną 1933 r., zmierzała nie tylko do rozbicia, dezintegracji KPP, ale i przez „fakt śmierci” Redyki miała spowodować wewnętrzny rozłam, wzbudzić wzajemne podejrzenia i oskarżenia, poszukiwanie zdrady, prowokacji, konszachtów z wrogiem, co, jak się spodziewano, odbije się zaraz głośnym echem w Moskwie.

    „Metoda Kaweckiego – pisał dziennikarz żydowski Bernard Singer, brat znanego pisarza – polegała na wywoływaniu popłochu wśród przeciwników celem uniknięcia bezpośredniej wojny, która by doprowadziła do ofiar. Dywersja zamiast walki – oto była jego taktyka”.

    Natomiast Bogdan Gadomski dodaje: „Pozyskawszy do współpracy konfidencjonalnej Mützenmachera, wykorzystał go [Kawecki] głównie do szerzenia w środowisku partyjnym trudnych do sprawdzenia pogłosek o funkcjonowaniu w partii wielu prowokatorów i o konieczności walki z prowokacją wewnątrz partii”.

    Redyko prowokował więc prowokacje, rzucał podejrzenia na współtowarzyszy, „wystawiał” ich w swym środowisku jako możliwych prowokatorów i agentów, doprowadzając do wewnętrznych rozłamów. Po masowych aresztowaniach pozostali działacze krajowi podjęli zaraz wewnętrzne śledztwo, dochodząc, kto mógł zdradzić i spowodować krach partii. Podejrzenie padało głównie na Lampego, którego wcześniej obciążał w rozmowach z członkami partii Redyko, teraz już będący poza wszelkim podejrzeniem jako ofiara mordu, podejrzewano także niejakiego Małkuszewskiego. Od razu były też ofiary tych porachunków. Łączniczka Redyki Stanisława Mańkowska pod wpływem podejrzeń popadła w manię prześladowczą i popełniła samobójstwo.

    W tym samym czasie, co charakterystyczne dla rozwijającego się w latach 30. systemu stalinowskiego, w Moskwie sowieckie służby rozpoczęły własne śledztwa przeciw polskim komunistom z KPP, przebywającym tam na politycznej emigracji lub pracującym w centrali Kominternu. Tłem oskarżeń i partyjnych procesów były walki frakcyjne w KPP, a przede wszystkim posądzenie o tzw. piłsudczyznę, czyli związki z Polską Organizacją Wojskową (POW) i PPS, a w ślad za tym oskarżenie o „prawicowo-nacjonalistyczne odchylenie”, czyli faszyzm w szeregach partii komunistycznej, nieustanny zarzut, który będzie jeszcze funkcjonować w czasach PRL, a dalej posądzenia o prowokację, szpiegostwo, dywersję. To były standardowe oskarżenia, którymi operowały sędziowskie „trójki” NKWD, a ich wyrokiem było przeważnie natychmiastowe rozstrzelanie albo zesłanie do łagru z podobnym często skutkiem. Już w 1931 r. aresztowano Sylwestra Wojewódzkiego, skazano na 10 lat łagru i rozstrzelano w 1938 roku.

    Przesłuchań nie wytrzymał Jerzy Czeszejko-Sochacki (Bratkowski, Konrad), który wyskoczył przez okno. Na początku grudnia 1933 r. samobójstwo popełnił Leon Purman, wieloletni przedstawiciel KPP we władzach Kominternu, który wcześniej uciekł z więzienia w Polsce. Od 1934 r. trwało już regularne wyłapywanie komunistów z KPP, przeważnie żydowskiego pochodzenia. Na początku 1934 r. zamknięto grupę dziennikarzy pracujących w Moskwie: braci Ballinów, Ginsberga-Hema i Bukshorna-Julskiego, których skazano na śmierć lub łagier. Wacława Wróblewskiego, wydawcę dzieł Lenina w Moskwie, skazano w 1934 r. na 6 lat łagru. Zmarł na zawał serca po usłyszeniu wyroku. W tym samym roku skazano znanych działaczy Tadeusza Żarskiego z żoną i Władysława Kowalskiego. Żarskiego rozstrzelano natychmiast, Kowalskiego w łagrze w 1937 r., a Zofię Maciejowską-Żarską w 1941 r. już w czasie wojny niemiecko-sowieckiej.

    Aresztowano, rozstrzeliwano lub wysyłano do łagrów ważnych działaczy komunistycznych, wśród nich tak znanych poetów, jak Witold Wandurski, Stanisław Ryszard Stande czy Bruno Jasieński, ale masowo wyłapywano także innych Polaków z Kresów Wschodnich, którym zarzucano związki z POW i PPS, a za tym szpiegostwo i dywersję. Była to tzw. operacja polska, która dała początki nadchodzącym w połowie lat 30. czystkom stalinowskim, gdy po zabójstwie Kirowa w 1934 r. Stalin zdobył pełną władzę, a wykonawcą jego wyroków na przeciwnikach został szef NKWD Jeżow.

    Oblicza się, że do 1938 r. w tej operacji aresztowano ogółem 350 tys. osób, w tym 144 tys. Polaków i rozstrzelano 247 tys. osób, w tym 111 tys. Polaków. W latach 1937-1938 wymordowano połowę z prawie 20 członków KC KPP, niektórych, jak Leszczyńskiego-Leńskiego, ściągnięto podstępnie nawet z Zachodu, by ich postawić przed sowiecką inkwizycją.

    Uratowali się tylko ci działacze KPP, którzy siedzieli w polskich więzieniach. W 1938 r. władze w Moskwie uznały KPP za partię rozpracowaną i nieprzydatną w dalszej ofensywie komunistycznej. Na wniosek Kominternu i jego szefa Georgiego Dymitrowa, choć była to decyzja Stalina, nakazano: „rozwiązać Komunistyczną Partię Polski z powodu jej zaśmiecenia szpiegami i prowokatorami”. Na piśmie Dymitrowa Stalin dopisał uwagę: „Z rozwiązaniem spóźniliście się o dwa lata. Rozwiązać trzeba, ale ogłaszać tego w prasie – moim zdaniem – nie należy”.

  3. JerzyS said

    Bestseller o KPP

    Po nad wyraz skutecznym upozorowaniu śmierci Mützenmachera dawny Redyko (nazwisko utworzone z inicjałów słów „rewolucja, dywersja, komunizm”), uzyskawszy nowe życie jako Jan Alfred Reguła, otrzymał także nowe zadanie. Już nie dezintegracja KPP, która znakomicie się powiodła, ale zadanie niezwykłe dla agenta, na pozór trochę abstrakcyjne i nieoczywiste. Reguła miał mianowicie napisać historię działalności KPP od jej początków w 1918 r. do ostatnich wydarzeń przed swą „śmiercią”, i to nie jako służbowy raport, lecz jako pracę historyczną do publikacji i szerszego rozpowszechniania. Ten pomysł ministra Kaweckiego nie okazał się wcale tak fantastyczny czy zbędny, jakby się zdawało, miał bowiem przynieść całkiem wymierne i dalekosiężne skutki.

    Zakonspirowano Regułę, wysyłając go do Bydgoszczy, gdzie zasiadł do intensywnej pracy, teraz bardziej naukowej. Po paru miesiącach „Historia Komunistycznej Partii Polski” była gotowa. Wydano ją w 1934 r., a po szybkim wyprzedaniu nakładu przygotowano zaraz nowe, poprawione i uzupełnione jej wydanie.

    Autor ujawniał w swej książce przede wszystkim wszelkie powiązania i zależności KPP od władz w Moskwie i w Kominternie, tak że jasne się stało, iż jest to partia agenturalna, dalej przedstawiał program nieustannej rewolucji organizowanej w kraju przy lada okazji, agitacji i dywersji komunistycznej, projekt polityki rozbiorowej, według którego Kresy Wschodnie miały zostać przyłączone do ZSRS, a Śląsk i Pomorze do Niemiec.

    Wiele uwagi, posługując się dokumentami i uchwałami partyjnymi, poświęcił Reguła wewnętrznym walkom w KPP między grupami aktualnie popieranymi przez panujące grupy władzy w Moskwie, a odłamami KPP, które utraciły łaski Moskwy. W walce tej używano niezmiennie aż do czasów PRL oskarżenia o „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”, co było równoznaczne z posądzeniem o dywersję, faszyzm, a nieraz i szpiegostwo. Autor zdradzał w swej książce, że posiada najnowsze, raczej tajne informacje o tym, co działo się w Moskwie, o początkach czystek stalinowskich w 1933 r. i likwidacji pierwszych polskich działaczy komunistycznych, o „operacji polskiej”, która obejmowała szerzej polską ludność kresową.

    Wydanie książki nieznanego nikomu J. A. Reguły wywołało natychmiastowe reakcje w kraju, w środowisku komunistycznym, ale i w Moskwie, gdzie zorientowano się, że w KPP działa niebezpieczna agentura, która ujawniła i rozbroiła całą działalność partii. Można sądzić, że wydanie niepozornej, zdawałoby się, książki miało na celu nie tyle dokumentację działalności KPP, ile było następnym etapem operacji rozpracowania i rozbicia partii już od wewnątrz z przewidywaną, zakładaną interwencją Moskwy. Można podejrzewać, że kolejne represje i aresztowania działaczy KPP w Moskwie, począwszy od Sochackiego, którego uznano za prowokatora i agenta, podobnie jak autora „Historii KPP”, były właśnie pośrednio wynikiem publikacji niewielkiego dzieła Reguły. Musiało ono niewątpliwie trafić do rąk najwyższych czynników w Kraju Rad.

    „Rosnące aresztowania rzekomych prowokatorów – podsumowuje akcję polskiej służby bezpieczeństwa Gadomski – działających jakoby w KPP, KPZB i KPZU [Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy], przez funkcjonariuszy OGPU (później NKWD) świadczy o tym, że ta książka znalazła się w posiadaniu sowieckich służb bezpieczeństwa i podziałała jak ładunek wybuchowy z opóźnionym zapłonem. Coraz śmielej i pewniej mógł teraz Kawecki formułować myśl o ‚wykończeniu komunistów polskich rękami komunistów sowieckich i podległych im służb NKWD’”.

    A szef przedwojennego wywiadu polskiego płk Stefan Mayer uzasadniał wyraźnie taką właśnie opinię:

    Nie ulega wątpliwości, że to właśnie ta książka pomogła Stalinowi w sformułowaniu oskarżenia KPP, iż jest ona do głębi spenetrowana przez polską służbę bezpieczeństwa.

    A co za tym idzie, musi ulec likwidacji z wszystkimi tego stalinowskimi konsekwencjami.

    Po oficjalnej śmierci Mützenmachera w 1933 r., gdy dla kolejnego zadania przybrał on postać J.A. Reguły, autora niebezpiecznego w skutkach opracowania historycznego, zmieniło się też całkowicie jego życie prywatne. W nim również podejmował kolejne role i postacie, w tym niejednokrotnie męża i ojca, które to role odgrywał z powodzeniem od czasów młodości.

    Trzeba tu wspomnieć pokrótce koleje jego życia od roku 1920, dość typowe dla pewnej warstwy biedoty żydowskiej, kiedy to jako młody chłopak z prowincjonalnej Mławy w czasie wojny polsko-sowieckiej trafił pod wpływem haseł bolszewickich do milicji obywatelskiej i stanął po stronie nadchodzącej Armii Czerwonej. Osądzony później, ale zaraz uwolniony, uciekł za Armią Czerwoną aż do Moskwy. Tam odbył gruntowne przeszkolenie komunistyczne, a jako zdolny i obiecujący młody człowiek piął się szybko po szczeblach partyjnej hierarchii. Przerzucony do Polski, był emisariuszem komunistycznym również w sąsiednich krajach. Został ujęty przez policję czeską i posadzony na kilka miesięcy. Obawiając się deportacji do Polski, uciekł i okrężną drogą trafił znów do Moskwy. Po pewnym czasie został przerzucony do Warszawy jako Robert Granit. Po przewrocie majowym, w którym działacze KPP poparli, mylnie, jak osądzono w Moskwie, Piłsudskiego, został dość przypadkowo aresztowany w końcu 1926 roku. Rozszyfrowany, został skazany za działalność komunistyczną na 6 lat więzienia, z czego odsiedział 4 lata we Wronkach i w Rawiczu, decydując się na współpracę z polskimi władzami już jako ich agent w KPP.

    Nowe życie

    Po wydaniu książki o KPP Mützenmacher rozpoczął przykładne życie obywatela, męża, głowy rodziny, tyle że już pod nowym nazwiskiem i z nową biografią. Nazywał się teraz Józef Bogusław Kamiński, został katolikiem, nabył spore gospodarstwo rolne pod Bydgoszczą, ożenił się w 1934 r. z Wiktorią Berdych, z której nazwiska skorzysta zresztą przy następnej, nie ostatniej zmianie tożsamości. Wkrótce zostaje kolejny raz ojcem – poprzednią żonę zostawił w Moskwie z dwoma synami. Gospodarstwo kupił jako swoiste zabezpieczenie na przyszłość zapewne za moskiewskie pieniądze przeznaczone dla KPP, które w niebagatelnej wtedy sumie 40 tys. zł zaginęły wraz z jego „śmiercią”. Jako Kamiński pracował niezmiennie na niwie antykomunistycznej, rozpoczął współpracę z powołanym wtedy Instytutem Naukowego Badania Komunizmu w Warszawie, a jako uznany już, choć utajniony autor podstawowego dzieła o komunizmie w Polsce rozpoczął także karierę publicysty.

    Ogłaszał liczne artykuły o zagrożeniu komunistycznym głównie w prasie katolickiej, na łamach „Małego Dziennika”, „Rycerza Niepokalanej”, a także „Przeglądu Powszechnego”. Były to publikacje bardzo kompetentne, zdradzające dużą i źródłową wiedzę autora o przedmiocie, w szczególności o ostatnich wydarzeniach w Moskwie, o terrorze Wielkiej Czystki. Może dlatego czasopisma, w których znalazły się tak źródłowe artykuły, cieszą się do dziś niezasłużenie złą sławą.

    Dopiero po paru latach, obawiając się rozpoznania przez współtowarzyszy, w 1937 r. Kamiński przeniósł się z rodziną do Warszawy. Po rozbiciu KPP w 1938 r. przewidywał, że nie jest to koniec jej działalności. W jednej ze stałych rozmów w Wydziale Bezpieczeństwa MSW „wykluczył absolutnie taką możliwość, aby KPP zrezygnowała ze swojej działalności”. Nie pomylił się, o czym zaświadczają dzieje wojenne, a zwłaszcza powojenne. Wtedy w Warszawie, mimo rozbicia kierownictwa partii, działali nadal Leon Ferszt, skarbnik KPP, Artur Ritter-Jastrzębski czy rozpoczynający dopiero karierę Józef Goldberg, znany w PRL jako Różański, którego konkubiną była wtedy Bela Frenkel, znana Mützenmacherowi-Redyce jeszcze z Moskwy.

    Po wybuchu wojny w 1939 r. działalność, także antykomunistyczna, obecnego Reguły-Kamińskiego wcale się nie skończyła, tyle że pracował dla innego zleceniodawcy. Już wcześniej miał pewne kontakty z Antykominternem, niemiecką organizacją do zwalczania sowieckiego komunizmu, której protektorami byli Rosenberg, von Ribbentrop i Göring. W monumentalnej księdze „Weltbolschewismus” (Światowy bolszewizm), poświęconej zagrożeniu komunistycznemu w różnych krajach, Reguła-Kamiński zamieścił artykuł o sytuacji w Polsce, czyli o KPP. Po wkroczeniu Niemców do Warszawy zaoferował swe usługi jako uznany specjalista od komunizmu. Zainteresował Niemców archiwami Instytutu i materiałami MSW, którymi nikt się wtedy już nie zajmował. Za zgodą Niemców zgromadził je w osobnym lokalu, przy którym urządził także mieszkanie dla siebie i rodziny. W czasie wojny został więc zawodowym agentem, który może pracować dla każdej strony, może z wyjątkiem najniebezpieczniejszej dla niego, czyli sowieckiej.

    Z czasem zmienił znów tożsamość, przyjmując nazwisko panieńskie żony, i już jako Jan Berdych został zatrudniony, nie bez pomocy niemieckiej, w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy przy ul. Koszykowej. Przeniósł tam zgromadzone dotąd materiały antykomunistyczne, tworząc z nich osobny dział biblioteczny.

    Kiedy zmarła nagle jego żona, ożenił się wkrótce z pracownicą biblioteki Danielą Stopczańską. To małżeństwo trwało jeszcze krócej, żona również szybko zmarła, i to w dość podejrzanych okolicznościach. Również Berdych podupadł na zdrowiu, przeszedł ciężką operację, ale podczas rekonwalescencji poznał oddaną pielęgniarkę Jadwigę Roszkowską, której, po dojściu do zdrowia, zaproponował małżeństwo. W połowie 1943 r. została jego kolejną, czwartą już, żoną, on zaś zyskał wkrótce nowe nazwisko, nową rodzinę i nową biografię zawodową.

    Zapewne z niemieckiej inspiracji próbował Mützenmacher-Berdych nawiązać kontakty z podziemiem, a nawet dotrzeć do Delegatury Rządu. Rozpoczął niebezpieczną grę podwójnego agenta, działającego na dwie strony. Jednakże szybko jego zachowania, a zwłaszcza „wsypy”, które zdarzały się w jego otoczeniu, wzbudziły podejrzenia, zaczęto pilniej go obserwować. Jak wynika z dostępnych dziś dokumentów, w kręgu Grota-Roweckiego zorientowano się, że zdrajcą może być jedna z dwóch osób – „Samson” lub „Kazimierz” – „pisarz i przeciwnik komunizmu – Henryk Glass”. Prawdopodobnie wydano wtedy wyrok śmierci na Berdycha, o czym mógł się sam dowiedzieć, bo ratował się w sposób równie przemyślny, jak zniknął dla świata w 1933 roku.

    W końcu listopada 1943 r. do gmachu biblioteki wkroczyło gestapo i aresztowało Jana Berdycha, zakuwając go w kajdanki na oczach pracowników. W ten sposób Mützenmacher po raz kolejny zniknął z Warszawy i za sprawą Niemców wypłynął w Białymstoku już jako „mąż swojej żony”, Jan Roszkowski. Na zlecenie niemieckie zajął się pisaniem artykułów o treści antysowieckiej i antysemickiej w prasie „gadzinowej”, które publikował najpierw w olsztyńskim piśmie „Nowy Czas”, później, od 1944 r., w białostockim „Kurierze”, który sam zorganizował i redagował pod pseudonimem Karol Ziemski.

    Gdy na tereny wschodnie wkraczała Armia Czerwona, Roszkowski z żoną ewakuował się do Krakowa. Tam, by się jakoś zakonspirować, rozpoczął pracę w administracji kolei. Po zakończeniu wojny przeniósł się z rodziną do Wrocławia, gdzie było więcej pracy, bo organizowano transport kolejowy, i gdzie go nikt nie znał. Dał się poznać jako sprawny organizator i szybko trafił do władz kolejowych związków zawodowych. W dalszym awansie przeszkodziła mu ciężka choroba. Miał jechać na zjazd do Warszawy, gdy z ciężkimi powikłaniami trafił do szpitala. Przewieziony na operację do Łodzi zmarł w końcu 1947 r. prawdopodobnie na raka żołądka. Miał dopiero 44 lata. Przedwczesna śmierć uchroniła go jednak przed zemstą dawnych współtowarzyszy, która niechybnie nastąpiłaby za kilka lat.

    Dzieje pośmiertne

    Czy pod koniec życia, na początku PRL, Mützenmacher wracał do swych początków, do komunistycznej inicjacji wieku młodzieńczego? Raczej trudno to sobie wyobrazić, był już zbyt doświadczony, zbyt dużo widział, zbyt niebezpieczną grę prowadził, by mieć złudzenia, naiwność czy dawną wiarę, że zostanie oszczędzony. Czy była to jeszcze jedna próba kamuflażu? Na co liczył jako komunistyczny zdrajca i niemiecki agent, dlaczego nie uciekał z kraju, czy może przewidywał nadchodzącą śmierć?

    Kim był pod koniec życia: czy jeszcze dawnym Mützenmacherem, czy po kolejnych, fikcyjnych, ale mających realne konsekwencje, biografiach w rolach Redyki, Reguły, Kamińskiego, Berdycha, Roszkowskiego i kilku innych, jeszcze kimś innym, zupełnie nowym. Nikt nie wiedział pod koniec jego życia, kim naprawdę był, nawet jego żony, synowie i coraz liczniejsi krewni. Nie było właściwie ludzi, których można by skonfrontować w dłuższym czasie, od wojny 1920 roku do końca II wojny światowej, by stwierdzić, kim jest. Razem ze śmiercią, która później dla wielu innych, zainteresowanych jego życiem, wcale nie będzie oczywista, zabrał swą tajemnicę do grobu.

    Dopiero dwa lata po jego śmierci nieliczni, ale pamiętliwi współtowarzysze, którzy doszli wreszcie do upragnionej władzy, zakładając sowiecki system komunistyczny w Polsce, natrafili na jego urywające się w wielu miejscach ślady. Rozpoczęli żmudne śledztwo, dochodząc do zaskakujących i kompromitujących odkryć, które woleli jednak ukryć, niż ujawnić, by wykorzystać je w wewnętrznych walkach, które właśnie się rozpoczęły. W komunistycznym obłędzie, który ogarnął partię i bezpiekę pod koniec lat 40., toczono walkę na dwa fronty, z jednej strony niszczono wszelkie siły niepodległościowe, czyli jawnych przeciwników politycznych, z drugiej w wewnętrznych walkach poszukiwano wszędzie zdrady, spisków, szpiegów, dywersji, odstępców od partyjnego dogmatu.

    W czasie niezliczonych śledztw, gdy przesłuchiwano przedwojennych urzędników MSW, wypłynęła dość przypadkowo także sprawa Mützenmachera. Zamiast uzasadnienia powojennej teorii spiskowej odkryto faktyczną zdradę w łonie samej KPP. Wtajemniczonym w sprawę czynnikom partyjnym, a zwłaszcza UB, trudno było wprost uwierzyć w tak bezczelną prowokację „sanacyjnej” służby bezpieczeństwa i zarazem w tak jawną zdradę własnego współtowarzysza, w to wszystko, w czym sami komuniści wydawali się niezrównani i nie przewidywali konkurencji. Wielkim szokiem musiało być odkrycie, że Mützenmacher nie zmarł w 1933 r., ale jeszcze groźniej wyglądał wniosek, który z tego wypływał, podejrzenie, że mógł żyć nadal. W końcu lat 40. nie przekroczyłby jeszcze wieku 50 lat.

    Po żmudnym śledztwie z tym większą determinacją rozpoczęto jego poszukiwania. Wielu działaczy komunistycznych nie było w stanie przyjąć do wiadomości, że Redyko, członek najwyższych władz KPP i Reguła, autor „Historii KPP”, to jedna i ta sama osoba, co i później w szeregach PZPR budziło niedowierzanie. Gdy odkryto także wojenną biografię Kamińskiego-Berdycha i powojenną Roszkowskiego, sprawa okazała się paląco aktualna. Oto w szeregach partii lub UB mógł działać zdrajca, dywersant, szpieg i faszystowski agent. Podsycało to niezmiernie paranoiczną manię komunistyczną, według której oprawcy, instytucje totalitarnego państwa, są również ofiarami jakiegoś jeszcze większego systemu przemocy. Sprawa Mützenmachera być może miała być jakoś wykorzystana w toczących się wówczas śledztwach z podejrzenia o „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”, czyli faszyzm w partii, za co odsunięto od władzy i uwięziono grupę Gomułki i Spychalskiego, czy też w procesach o spisek w wojsku, o co oskarżono grupę TUN – generałów Tatara, Utnika i Nowickiego, którzy wrócili do kraju z wojennej emigracji, i licznych innych wojskowych w tzw. procesach odpryskowych.

    W końcu lat 40. nie wiadomo było zatem, czy Mützenmacher nadal żyje i czy działa jako groźny dywersant, który w latach 30. zdradził na rzecz wroga, a teraz może spiskować przeciw państwu PRL. Dopiero pięć lat później sprawa Mützenmachera wychodzi na światło dzienne za sprawą Józefa Światły (Fleischfarba), wicedyrektora X Departamentu MBP, który w końcu 1953 r. zbiegł na Zachód i ujawnił rozmaite tajemnice swego środowiska. W cyklu audycji w Radiu Wolna Europa, a później w książce „Za kulisami bezpieki i partii” przechwalał się wykryciem Mützenmachera po wojnie: „Po długich dochodzeniach stwierdziłem, że jest to właśnie Rożkowski [Roszkowski], dawniejszy Mützenmacher-Redyko, względnie Kwiatkowski [Kamiński], który kiedyś był przed wojną rzekomo zamordowany w Warszawie. Kiedy na mój wniosek pracownicy bezpieczeństwa wyjechali do Wrocławia, aby go aresztować, okazało się, że na sześć tygodni przedtem, w 1947 r., zmarł na gruźlicę, odznaczony złotym krzyżem zasługi przez partię”.

    W rzeczywistości sprawa nie była tak prosta. We wcześniejszych śledztwach ustalono niektóre ogniwa biografii Mützenmachera, ale nie połączono ich w cały łańcuch od Redyki do Roszkowskiego, zarówno zdrajcy KPP, jak i agenta gestapo. Ten ostatni trop budził z czasem większe wątpliwości niż zdrada komunizmu, zwłaszcza po 1956 r. u pokrzywdzonych za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” z grupy Gomułki. Podejrzewali oni, że dla potrzeb śledztwa przeciw nim X Departament MBP, powołany do inwigilacji swoich partyjnych kadr, fabrykował dowody i podstawiał świadków przeciw nim, by udowodnić infiltrację środowiska PPR w czasie wojny przez niemiecką agenturę i uleganie jej wpływom. Gomułka, który do końca życia interesował się sprawą Mützenmachera, uważał, że to ludzie tacy jak Światło mataczyli w tej sprawie, by odsunąć od władzy Gomułkę – to właśnie ludzie Światły go aresztowali – więc agenturalna działalność Berdycha-Roszkowskiego nie musi być oczywista.

    Pusty grób

    Do ostatecznego ustalenia, kim był Roszkowski w czasie wojny i po niej, przyczyniły się jego żony, pierwsza, Anna Redyko, która wróciła do kraju po więzieniach i łagrach sowieckich, i ostatnia, wdowa po Roszkowskim, mieszkająca nadal we Wrocławiu. Same naprowadziły Służbę Bezpieczeństwa na właściwy trop, nie zdając sobie sprawy ze swej roli i nic o sobie nie wiedząc. Roszkowska starała się o rentę po mężu, interweniowała u coraz wyższych władz, aż jej kolejny list trafił na biurko samej Luny Brystygierowej. Przesłuchana, a później uwięziona, podała wiele istotnych szczegółów z życia męża, które skonfrontowane później z zeznaniami innych świadków od czasów przedwojennych pozwoliły ustalić, że zdrajca KPP był też agentem gestapo. Wskazała też grób męża, pochowanego na cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.

    Pierwsza żona, Anna Redyko, później Rajska-Żylińska, nie mogła się pogodzić z prawdą o mężu, gdy już w części została wtajemniczona przez odpowiednie władze, zwłaszcza ze zdradą komunizmu, i sama próbowała dochodzić prawdy o tym, kim był w istocie. Pisała uporczywe listy do najwyższych czynników PRL, wtedy gdy już wiedziały one, kim był jej mąż. W 1951 r. skierowała list do samego Bieruta, dotyczący „pamięci Mietka Redyko, zamordowanego przez sanację”, z prośbą o interwencję: „W okresie gomułkowszczyzny przemilczano Mietka wśród poległych bojowników KPP. Dopiero w Kalendarzach Robotniczych za lata 1949 i 1950 są o nim wzmianki. Natomiast w Kalendarzu Robotniczym na 1951 rok znowu Mietka nie wspomina się. Bardzo Was proszę, Towarzyszu Przewodniczący KC PZPR, o spowodowanie naprawienia tej krzywdy”.

    W końcu wezwano ją i wyjaśniono sytuację jej męża, skłaniając jednak, mimo wstrząsu, którego doznała, do dalszej współpracy. To ona podała ostateczne dowody, fizyczne znaki szczególne męża, które miały przesądzić, że Mützenmacher i Roszkowski to jedna i ta sama osoba.

    Odbyło się to w dość makabryczny, ale w zwyczajach UB czy KC całkiem zwyczajny, sposób. Postanowiono dokonać potajemnie identyfikacji zwłok Mützenmachera. Powołano ściśle tajną komisję ekshumacyjną Romana Zambrowskiego i Tadeusza Daniszewskiego i na wiosnę 1951 r., bez wiedzy zarządu cmentarza Bródnowskiego, wykopano pod osłoną nocy zwłoki. Przewieziono je prawdopodobnie do Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej, gdzie poddano je szczegółowym oględzinom. Poszukiwano zapewne jednego charakterystycznego szczegółu, który zapamiętała żona Redyki, podwójnego kła w jego uzębieniu. Do dokumentacji oględzin nie udało się dotrzeć.

    Zwłoki Roszkowskiego nie wróciły już na cmentarz Bródnowski. Trafiły zapewne do zbiorowych, anonimowych grobów na warszawskim Służewie, gdzie bezpieka chowała potajemnie swe ofiary. Grób Mützenmachera pozostał pusty.

    Splątane wątki i tropy jego biografii, które sam zręcznie zacierał lub mylił, odkryte w części po jego śmierci, ale wcale ostatecznie niewyjaśnione w meandrach wewnętrznych walk o władzę i wpływy w PRL, sprzyjają atmosferze sensacji i podsycają wciąż nowe wątpliwości i pytania, które pojawiają się wokół jego postaci. Pod piórem już nie tyle historyków, ile publicystów powstają różne, nieraz sprzeczne wersje i warianty jego biografii, a nawet legendy takie, jak ta, że Mützenmacher nie zmarł wcale w 1947 r., tak jak nie zmarł w 1933 r., lecz został głęboko zakonspirowany i jako podwójny agent, „wielki nielegał” działa gdzieś na Zachodzie albo w Izraelu. Trochę podobnie jak jego pierwsza żona, która zdecydowała się na wyjazd do Izraela po 1968 r., choć, zdaje się, tam nie dotarła. Mützenmacher miałby w 1968 r. dopiero 65 lat.

    Powstające legendy nie usuwają jednak uzasadnionych pytań, wątpliwości i ocen, które w przypadku Mützenmachera same się nasuwają, kim w istocie był: komunistą czy antykomunistą, Żydem katolickim, asymilującym się do każdej roli i sytuacji, agentem wroga, który sprowadzał zagładę na rodaków. Czy mógł być tym wszystkim naraz, czy stał się tylko bezwzględnym graczem, który nie ma już żadnej ludzkiej tożsamości. Przypadek Mützenmachera jest jak najbardziej rzeczywisty, choć może wydawać się niemal literacki w swej fantastyczności, niczym jakaś przypowieść o losach nowoczesnego Żyda Wiecznego Tułacza, który zagubił swą tożsamość.

    Dr Marek Klecel, tekst Pięć żywotów Józefa-Joska Mützenmachera, czyli jak rozbito Komunistyczną Partię Polski
    tekst ukazał się w Biuletynie IPN – nr 1/2001

  4. m said

    Chodzą sobie po plaży ż Lechem Kaczyńskim i popijają drinki.

  5. Zerohero said

    „Zadziałali jednak prawnicy, przypominając dziennikarzom o wcześniejszych, zakończonych ugodami procesach z Kulczykiem. Ryzyko procesowe oceniono jako zbyt wielkie i planowane publikacje wówczas się nie ukazały.”

    i nikt nie zaniósł tych materiałów po prostu do prokuratury?

  6. JerzyS said

    Zerohero said
    2018-07-11 (środa) @ 19:41:40

    „Zadziałali jednak prawnicy, przypominając dziennikarzom o wcześniejszych, zakończonych ugodami procesach z Kulczykiem. Ryzyko procesowe oceniono jako zbyt wielkie i planowane publikacje wówczas się nie ukazały.”

    i nikt nie zaniósł tych materiałów po prostu do prokuratury?
    ========================================================

    Oficerowie ABW, to nie listonosze!

  7. RomanK said

    HIstoria KPP Mutzenmachera to najlepsza pozycja w tej kategorii..powinien ja znac kazdy, kto zajmuje sie historia Polski..a zwlaszcza trole I placzki po PRLa….

  8. Rokitnik said

    Ta historia p.Romanie jest w ichnym stylu ///brudna i beznadziejna. Chociaz wypada zauwazyc, ze juz w 1933 dzialali ” nieznani sprawcy ” ?! Natomiast blyskawiczna finansowa droga p.Kulczyka….ooo…to jest – nomen omen – katechizm wszystkich uwlaszczonych !! Zaczyna sie to tak; umoczony polityk + dyskretna podpora Sluzb – to klucz do tak zwanego biznesu wiazanego !!! Forsa zdobyta ta droga / DUZA FORSA
    / to nastepna dzwignia do pomnazania majetnosci. Poniewaz jedni natychmiast pekaja na widok m o z l i w o s c i, to drudzy bezgranicznie wierza w GENIUSZ biznesmena i… padaja na tzw. pysk?. Pomaga w tym sprytne ” image „sprokurowane przez Bezpieczniakow – , czyli obracani sie w towarzystwie pieknych Kobiet / w tym z Arystokracji Rodowej /…Czyz nie sa TO frapujace koleje losu NOWOBOGACKICH naszych czasow? Rozwalic ten uklad moze tylko rewolta wydymanych ?! Ale…no niemozliwe bez wsparcia tajniakow?? Mowie Wam, po prostu o k r o p n o s c !!!!

  9. RomanK said

    Na Gajowce fakt zejscia ze sceny publicznej nieboszczyka Kulczyka, z opisami biby jaka urzadzily jego zsteone dzieciska w stylu disco polo… byl komentowany na czasie . Wrtedy tez podzielilem sie z panstwem hstoria pogrzebu znanego narcotrficantes w Mexico ….gdzie braciszkowie przysuwali swiece do trumny…a ochroniarze natychmiast je odstawiali od trumny….co powtarzalo sie kilka razy….I oszczedzilo kopania agentom amerykanskim w nocy na cmentarzu:-)))))).
    Tam nie bylo geniuszy…tam byli zdyscyplinowani funkcjonariusze….Mafii zwanej „Panstwo”…..
    Caly system Komunistyczny to byla jedna wielka dintojra.. ktora odf czasu do czasu robi pogrzeby kolejnych wcieleniom…..

  10. Czy Kulczyk aby na pewno był polskiego rodu?

    ——
    Jest to rzecz dość wątpliwa. Goj nie ma prawa robić takiej forsy.
    Admin

  11. revers said

    re4

    jeszcze beda chodzic po nad Noteckim Stobnickim zamku, choc byla tam pro forma CBA, a nwet nowy minister srodowiska zainteresowal sie zamkiem ak w srodku puszczy z ochrona narodowa stausem mogla powstac okazaly na18 pieter zamek i na srodku jeziora, wybudowany w latach 2014-2018.

    Akurat 29.07. 2015 roku mija dzien jego oficjalnej daty smierci.

  12. Marcin said

    Córka musiała go bardzo nienawidzić bo krótko jak zszedł tatuś to ponoć nieźle balowała z przyjaciółmi.

  13. revers said

    re12

    Tak bardzo, tatusiu gdzie jeszes?

    „Rodzina, przyjaciele i współpracownicy pożegnali wczoraj doktora Jana Kulczyka (+65 l.), najbogatszego Polaka. – Tatko, gdzie jesteś? Jesteś tu? Bo płaczemy – mówiła nad trumną ojca Dominika Kulczyk (38 l.). Na uroczystość przybyli ludzie ze świata kultury, biznesu i wielkiej polityki. Na pogrzebie było ponad tysiąc osób, kondukt żałobny liczył 12 autokarów i kilkadziesiąt samochodów.

    Klasztor Karmelitów Bosych w Poznaniu był wczoraj chyba najlepiej chronioną świątynią w całej Polsce. Wejście do kościoła było zarezerwowane tylko dla zaproszonych gości, a każdego sprawdzali ochroniarze. Z powodu gigantycznego upału obok świątyni ustawiono dmuchawę chłodzącą. Wśród przybyłych, chcących oddać hołd najbogatszemu Polakowi, znaleźli się między innymi byli prezydenci Aleksander Kwaśniewski (61 l.) wraz z małżonką oraz Lech Wałęsa (72 l.). Obecna była także pierwsza dama Anna Komorowska (62 l.), a w imieniu prezydenta zmarłego pożegnał Jacek Michałowski (60 l.), szef Kancelarii Prezydenta.

    Kościelne uroczystości rozpoczęła „Kołysanka” Fryderyka Chopina w wykonaniu znanego pianisty Janusza Olejniczaka (63 l.). Czytanie nad trumną zmarłego wygłosił wybitny polski aktor Jan Englert (72 l.). – Jest niemożliwe opisać wszystkie więzy łączące każdego z nas z Janem, Jasiem, doktorem Kulczykiem – mówił drżącym głosem celebrujący mszę ojciec Ryszard. W kościelnych murach zabrzmiały też słowa „Pieśni nad pieśniami” wyśpiewane przez Beatę Rybotycką (51 l.), aktorkę z krakowskiej Piwnicy pod Baranami. – Czy ktoś jest w stanie pana zastąpić? Wątpię! – mówił były prezydent Lech Wałęsa, zwracając się w kierunku trumny z ciałem Kulczyka. Oprawę muzyczną kościelnych uroczystości zapewniła orkiestra, którą dyrygował między innymi Krzysztof Penderecki (82 l.). Nad trumną ojca przemawiała jego córka. – Miłość jest potężniejsza niż śmierć.Twoja, nasza – mówiła ze wzruszeniem Dominika Kulczyk.

    Czytaj: Oto nowa galeria zdjęć z pogrzebu Kulczyka. Goście przybyli na uroczystości pogrzebowe.

    Trumna z ciałem Jana Kulczyka spoczęła na cmentarzu Jeżyckim w rodzinnym grobie obok zmarłego dwa lata temu ojca biznesmena, Henryka (+87 l.). Stypa odbyła się w ekskluzywnej restauracji w Starym Browarze, który jest własnością byłej żony zmarłego Grażyny Kulczyk (65 l.).”

    https://www.se.pl/wiadomosci/polityka/jan-kulczyk-spoczal-na-cmentarzu-w-poznaniu-galeria-zdjec-aa-tWgT-2YFL-2vnS.html

  14. JerzyS said

    ” Wątpię!

    – mówił były prezydent Lech Wałęsa,
    zwracając się w kierunku trumny z ciałem Kulczyka”

    Nu, trumnę wszyscy wiedzieli i nikt nie miał wątpliwości ,
    że kupiona, a nie ukradziona,
    lub wyłudzona za 1% wartości,
    a więc wiadomo, kto zapłacił tego jest,
    ale skąd wiadomo , że z ciałem Kulczyka, a nie pusta, lub tylko czymś dociążona?

    Przecież, ani go komisyjnie tam nie wsadzili,
    ani zebranym na tę okoliczność nie okazali!

    „mówił drżącym głosem celebrujący mszę ojciec Ryszard”
    ojciec Ryszard?
    Ciekawe czyim i jakim ojcem?
    Może tylko chrzestnym?
    Pamiętam!
    Oglądałem film Ojciec Chrzestny , ale w innej obsadzie!

    Poza tym coś mi tu nie gra.
    Wszędzie Żydzi, a tu zamiast bóżnicy…
    -Klasztor Karmelitów Bosych w Poznaniu
    Nu i jeszcze , po co takie oszczędności?
    dlaczego akurat bosych?
    Trzeba było dopłacić i wziąć trzewikowych!

    Coś tu mi nie gra!

  15. JerzyS said

    ” Czytanie nad trumną zmarłego wygłosił wybitny polski aktor Jan Englert (72 l.).”

    Ciekawe jakie ma znaczenie narodowość i wiek aktora?

    Podają polski aktor Jan Englert (72 l.)

    Jakie znaczenie ma PESEL najmity?

    Ważne ,żeby podatek od honorarium uiścił!
    Czy uiścił?
    Tej niezwykle ważnej informacji z pozycji obywatela,
    nie otrzymałam od obecnych tam dziennikarzy śledczych.

    „wygłosił”?

    Co się dziwić , że wynajęli do tego wybitnego profesjonalistę.
    Aktor to taki człowiek który potrafi zagrać i króla i q…mana i złodzieja.
    Dostaje tekst,
    Uczy się na pamięć i gra!
    A potem :
    – gdzie kasa?

    Pamiętacie duet dwu aktorów?

    Jeden zaczynał od jasełek , a drugi od westernów!
    Później ich obu zatrudniono w jednym przedstawieniu.
    Jednego obsadzono w roli prezydenta, a drugiego w roli papieża!

  16. revers said

    Dominika Kulczyk, nad niby grobem ojca : ” Tatusiu gdzie jestes?”

    Nigdzie, kurwo. NIGDZIE!
    Bo nie wierzył w Boga ani w życie po śmierci.
    Admin

  17. Maverick said

    Ponoć zameczek w puszczy noteckiej to inwestycja Kulczyka, pod latarnią jest najciemniej. Po prostu on był słupem do zarządzania pieniędżmi służb specjalnych ukradzionych Polakom. Niektórzy zaczęli się domagać swojej działki aby uciąć wszelkie roszczenia sfingował swoją śmierć.

  18. Maciek said

    @10

    Podobno jak dawał miljony na jakieś muzeum Polin to zadeklarował: „jestem jednym z was”.

    Zresztą ten Kulczyk to po prostu frontman jakiegoś ubeckiego gangu i tyle. Te gangi mają wiadomą proweniencję, wiadomo kto w UB pracował.

  19. Re: 16 Revers

    kulczycka k…rwa zydowska musiala zniknac ze swiata (co wcale nie oznacza, ze zdechla), bo zbyt duzo reflektorow oswietlalo ta przemyslna creature, gdzie „przekret” gonil „przekret…”..

    =========================
    jasiek z Toronto

    http://polskawalczaca.com

  20. peacelover said

    ….im sie udaje…. i…udaje !!! …………. spadaja na cztery lapy !!!! ….pomimo , ze ponoc ich wytluczono 6 milionow…
    w co wielu nie wierzy !!!!! i…. mowia, ze to bzdura …!!!!!

    ale ludzie zaczynaja myslec …..AAAJJJJ WWWAJJJJJJ !!!!! i… bedzie dla parchow raj …..!!!!!!!! i…..

    zaden teraz sie nie ostanie ….!! aaaaajjjjjj — wajjjjjjjjjj !!!!! ….i …..bedzie dla chazarow raj ….. !!!!!!!!!!

    …oj BEDZIE ! BEDZIE !!!!!!!!!!!!! …juz nie 6mln , ale co do sztuki……!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! AJ WAJJJJJJJJJJJJJJ !

  21. Zaczarowany Ołówek said

    Firma widzę się rozwija.

  22. stach said

    Na pogrzebie Kulczyka widać było sporo uradowanych twarzy żałobników.Nie wierzę w jego śmierć

  23. NICK said

    Ludzie… .

    Publiczne ekshumacje i genetyka.

    Wszystkich „kaczyńskich”.

    [Wawel JEST żydowski]

Umieść kropkę albo > bezpośrednio przed linkiem do obrazka lub filmu, aby go na razie nie wyświetlać. Rób akapity w dlugich tekstach. Zobacz też https://marucha.wordpress.com/cenzura/ odnośnie cenzury, pisania komentarzy etc.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s