Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Katasteryzmy surowo reglamentowane

Posted by Marucha w dniu 2019-03-06 (Środa)

Mijają cztery lata od ostatnich wyborów do tubylczego Sejmu i Senatu i znowu nasilają się objawy wariactwa, zwłaszcza wśród Umiłowanych Przywódców.

Od dawna twierdziłem, a natchnął mnie do tego Lew Gumilow (teraz pan dr Targalski będzie miał dodatkowy powód, by demaskować mnie po raz już nie wiem który, jako ruskiego agenta), że na postępowanie ludzi, a nawet całych narodów ogromny, chociaż nie do końca wyjaśniony wpływ, mają siły kosmiczne.

W starożytności ludzie nie mieli co do tego najmniejszych wątpliwości, a nawet wierzyli w tzw. katasteryzmy, to znaczy – w przemianę człowieka w gwiazdę. Kiedy po zabójstwie Juliusza Cezara Oktawian, jeszcze wtedy nie August, urządził igrzyska ku czci patronki rodu julijskiego, Wenery Rodzicielki, na niebie ukazała się kometa i nikt nie miał wątpliwości, że przemienił się w nią właśnie Juliusz Cezar. Nawiasem mówiąc, wzbudziło to powszechną trwogę i dopiero sprowadzony na miejsce haruspik Wulkacjusz wyjaśnił, że to zjawisko zapowiada koniec starego świata i narodziny nowego, po czym padł trupem na miejscu.

Mniejsza jednak o Wulkacjusza, który tak czy owak przecież by umarł, a nawet o narodziny nowego świata w miejsce starego, bo w dzisiejszych czasach takie rewelacje mamy prawie co miesiąc, jak nie w naszym bantustanie, to w którymś ze 180 innych, tylko o katasteryzmy.

Jakże w nie nie wierzyć, kiedy pani Joanna Kulig jest już bardzo bliska takiej przemianie, podobnie jak pan Borys Szyc, który – ciekawe ile za to zapłacono – sfotografował się z jakimś amerykańskim celebrytą, podobnie jak pani Kinga Rusin, której nawet udało się sfotografować na czerwonym dywanie, co prawda podobno w fazie, gdy robotnicy przygotowywali entourage uroczystości, niemniej jednak.

Pani Kulig była w Polsce intensywnie nadymana do Oskara z powodu roli w filmie „Zimna wojna”, ale skończyło się na nadymaniu, bo kogo w Ameryce obchodzi jakaś zimna wojna w sytuacji, gdy Polska jest już pod obcasami? Za komuny było inaczej; za komuny Amerykanie już sami nie wiedzieli, jak nam przychylić nieba, żebyśmy tylko kochali Stany Zjednoczone i gdyby nasi reżyserzy umieli kręcić filmy, to Oskary sypałyby się jeden za drugim. Ale wtedy kręcili o kochankach, którzy chcieliby, ale nie mogą położyć się do łóżka, bo na łóżku leży granat – a co to mogło obchodzić Amerykanów, którzy właśnie pozrzucali majtki i kalesony i zaczęli rżnąć się niczym tornado – od Oceanu do Oceanu?

No a teraz pani Kulig, która mordowała się w bezsensownym serialu „O mnie się nie martw”, miałaby dostąpić katasteryzmu? Figa z makiem! Takie rzeczy, a i to w ograniczonym zakresie, mogą być dostępne tylko dla pani Weroniki Rosati, bo Amerykanie, co to myślą, że Polska to „kraj bałkański, co miał króla Koschiuszke, co wynalazł kluski i że Wiedeń wyzwolił pianista Pedriuski”, muszą uważać ją za Włoszkę, no a Włoszki – wiadomo!

Piszę to z lękiem, bo kto wie, czy pani Weronika nie zaciągnie mnie przed niezawisły sąd, jak ma to w zwyczaju czynić ze swoimi partnerami, w czym upodabnia się do biblijnej kobiety fatalnej imieniem Sara, chociaż oczywiście w łagodniejszej wersji nadwiślańskiej, bo partnerzy tamtej Sary nie przeżywali nawet nocy poślubnej. Podobno zabijał ich Asmodeusz, ale któż może po tylu latach wiedzieć takie rzeczy na pewno?

Przedstawiciel Belzebuba na Polskę, a w każdym razie – na województwo pomorskie, pan Adam Darski, mógłby ruszyć mózgownicą i w przerwach między infernalnymi wyciami, sprokurować jakieś wyjaśnienie, chociaż i nasz seryjny samobójca też mógłby o tym powiedzieć to i owo.

Nie w tym jednak rzecz, by dociekać przyczyn śmierci jakichś zdechłych Żydów, tylko by się asekurować przed niezawisłym sądem, żeby nie dostał niekorzystnego dla mnie rozkazu co do wyroku. Może zresztą nie będzie tak źle, bo – jak mawiał jeden z bohaterów „Archipelagu GUŁ-ag” Aleksandra Sołżenicyna – podobno panią Weronikę – ach, milcz serce! – więc podobno pierwszym partnerem pani Weroniki był pan Mariusz Max Kolonko, który niewątpliwie żyje, no a między nami dziennikarzami, wiadomo – dobrze, czy źle, byle z nazwiskiem. Już ten pobieżny tour d’horrizon pokazuje, że z katasteryzmami sprawa niełatwa nawet w naszych czasach.

Na razie do przemiany w gwiazdę zbliżyła się chyba tylko pani Agnieszka Holland, ale z takimi korzeniami to nie żadna sztuka. Przypomnę, że nieśmiertelną sławę przyniósł jej film „Europa, Europa” o żydowskim chłopcu, który ma problem z napletkiem, aż wreszcie, kiedy Hitler przenosi się już na łono Abrahama, trafia do zwycięskich pobratymców, którzy wprawdzie mają ten sam problem, ale wiadomo, że w kupie raźniej. Jestem pewien, że to optymistyczne zakończenie przesądziło o sukcesie, chociaż i ona do Oskara była tylko „nominowana”.

Ale, jak powiadają, dobra psu i mucha, toteż podczas peregrynacji po Antypodach ze zdumieniem czytam list otwarty w obronie Pani Reżyserowej, która podobno ze strony krwawego reżymu doznaje jakichści straszliwych represji, które Pani Reżyserowa określiła mianem „smrodliwego refluksu głębokiego PRL”. A przyczyną listu „Gildii Reżyserów”, co w przełożeniu na język ludzki oznacza „klikę” – było umieszczenie jej wypowiedzi, „żeby było, jak było” w „manipulacyjnym kontekście” przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego.

Oczywiście zbrodnia to niesłychana i jestem pewien, że dwa niemieckie owczarki: Jan Klaudiusz Juncker i Franciszek Timmermans, dołożą i ten punkt do oskarżenia, a pani Reżyserowa – kto wie? – może wreszcie dostanie jakiegoś Oskara i dostąpi katasteryzmu?

Co innego profesor Bartyzel. Najwyraźniej oburzony na Żydów zareagował bluzgiem – no ale bluzgać to może sobie taki pan Jan Tomasz Gross, co to jednym susem znalazł się w gronie „światowej sławy historyków”, czy profesor Jan Grabowski, też z pierwszorzędnymi korzeniami, pani Barbara Engelking-Boni, czy pan Jacek Leociak, którzy wprawdzie „korzeni” chyba nie ma, ale jako tzw. szabesgoj uwija się jak w ukropie.

Inaczej w przypadku prof. Jacka Bartyzela. Nawet jak mu coś tam i leży na wątrobie, ba – nawet jak ma rację – to według ormowców politycznej poprawności, może co najwyżej pójść do lasu i w najbardziej zakrzaczonym miejscu napisać na śniegu – o ile w ogóle go dowiozą, bo za Kaczyńskiego jest mniej śniegu, niż za Tuska, a za Tuska było przecież mniej, niż za Millera, za Millera mniej, niż za Cimoszewicza, za Cimoszewicza mniej, niż za Jaruzelskiego, za Jaruzelskiego mniej niż za Gierka, a za Gierka mniej, niż za Gomułki – więc o ile dowiozą, to może najwyżej napisać na tym śniegu: „generał Franco wam pokaże” – ale nic więcej i w ogóle – zaraz to zetrzeć.

Widać, że żydowska okupacja Polski ante portas i osobliwie des renegats już się uwijają, by dostać w arendę jakąś trafikę, albo stanowisko burgrabiego, a w ostateczności – konfidenta – bo przecież okupanci konfidentów będą potrzebowali jak najwięcej. Toteż sytuacja pana prof. Bartyzela dobrze nie wygląda, bo wśród wypustkników uniwiersitietów, co to obrośli w tytuły, ludzi odważnych, jak na lekarstwo. Obawiam się tedy, że gwiazda prof. Bartyzela może zacząć przygasać, bo nie wszystkim pozwolą na jakieś katasteryzmy.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Komentarze 2 to “Katasteryzmy surowo reglamentowane”

  1. Zerohero said

    Przychodzi T do lekarza z kotem na głowie, a lekarz pyta:
    – co Panu dolega?
    – jakieś g przyczepiło mi się do nogi – odpowiada kot.

    😀
    Admin

  2. NICK said

    A czyja gwiazda jaśnieje?
    S.M.
    „Obawiam się tedy, że gwiazda prof. Bartyzela może zacząć przygasać, bo nie wszystkim pozwolą na jakieś katasteryzmy.”

    A i to jest niepewne… .

Sorry, the comment form is closed at this time.