Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Ochrzcili mnie betonem i ciemniakiem

Posted by Marucha w dniu 2019-04-07 (Niedziela)

— Na Mazurach przez kilka powojennych lat hulały bandy, mordowały ludzi, gwałciły, kradły. Widziałem te ofiary. Patrzyłem na dwie fale wysiedleń Niemców. Zostało trochę Mazurów, których ludność polska uważała za szwabów, rabowała ich gospodarstwa i im ubliżała — opowiada Albin Siwak, niegdyś członek Komitetu Centralnego PZPR i peerelowski dyplomata.

Co u pana teraz słychać, panie Albinie?

— Jestem emerytem powyżej 80, inwalidą wojennym, schorowanym, po operacjach. I jak to się mówi, człowiek dożywa swoich dni, bo żyć musi.

Wydał pan siedem książek. Pisze pan coś nowego?

— Piszę, ale to na razie tajemnica.

No dobrze. Ma pan przyjaciół? Bo kiedyś, gdy był pan w polityce, miał pan ich wielu.

— Proszę pani, myślę, że jeszcze więcej mam teraz niż kiedyś, bo czasy dla Polaków zrobiły się trudne i ludzie łakną prawdy. Mam spotkania z dużymi grupami ludzi. Przychodzi na nie często i kilkaset osób. Mogę zaliczyć ich do przyjaciół, bo zawsze na koniec spotkania dają mi to odczuć przez owacje i życzenia wszystkiego najlepszego.

A z tych dawnych partyjnych jest jeszcze ktoś?

— Trzy czwarte z nich, jak Kazimierz Barcikowski czy Edward Gierek, już nie żyją. Ale życie ma to do siebie, że jednych przyjaciół się traci, innych się zyskuje. Wielu moich czytelników to przyjaciele na śmierć i życie. Przeczytała pani moją książkę o Mazurach?

Tak i przyznam, że jest ciekawa. Ale jak to się stało, że zbrojarz-betoniarz zaczął pisać?

— Zacząłem tę książkę pisać w młodym wieku na Mazurach. Mój ojciec został w 1945 roku wójtem w Lutrach. A ponieważ ojca kochałem, to zostawiłem matkę i siostrę w Warszawie i pojechałem do niego. Ja bym się nigdy za to pisanie nie wziął, gdyby nie moja nauczycielka polskiego Helena Sudwa. Już w czwartej klasie widziała we mnie zadatki na pisarza czy dziennikarza. Jak jechałem do ojca, napisała do niego list: „Panie Siwak, niech pan go przypilnuje, bo on jest wrażliwy i widzi to, czego inni nie dostrzegają”. Ojciec powiedział — Skoro tak, to pisz. Ale na czym? Na ścianie? Nie było sklepów, nie było papieru do pisania. Trzeba było chodzić bo urzędach niemieckich i zbierać tam formularze z jednej strony zadrukowane. Setki takich blankietów ze swastyką zbierałem i na nich pisałem.

Opisał pan okropne historie.

— Na Mazurach przez kilka powojennych lat hulały bandy, mordowały ludzi, gwałciły, kradły. Widziałem te ofiary. Patrzyłem na dwie fale wysiedleń Niemców. Patrzyłem, jak napływała polska ludność zza Buga, i Polacy z Francji i z centralnej Polski, i Ukraińcy. Zostało trochę Mazurów, których ludność polska uważała za szwabów, rabowała ich gospodarstwa i im ubliżała. To było przykre.

Opisał pan też podróż z Warszawy na Mazury i pociąg, gdzie był brud, smród i prostytutki. To wszystko prawda?

— Z tym rozdziałem to była ciekawa sprawa. Ja sam się go wstydziłem. Książkę napisałem w Libii, a ten rozdział w dwóch wersjach. Pierwsza bardzo pornograficzna, w drugim te historię oczyściłem z tych seksualnych scen. Przyjaźniłem się wtedy z gen. Krzeszewskim. On pisał wtedy swoją książkę. — W moim oddziale był Wojciech Żukrowski, a to zawodowy pisarz — powiedział — Ja dam mu swoją książkę do recenzji, ty swoją.

Zawieźliśmy mu książki, a po miesiącu Żukrowski do mnie krzyczy: — Albin, niech cię ręka boska broni zmieniać ten rozdział na ten łagodny! Ja jeździłem tą trasą do Giżycka i tymi pociągami jeździła k… i złodziej. Pierwotnie książka miała tytuł „Rozdarte życie”, bo matka i siostra były w Warszawie, ojciec na Mazurach. Byłem w ogromnej rozterce, bo w tych Mazurach się zakochałem. Po wschodniej stronie Warszawy, gdzie żyłem, była bida, piaseczek, a na Mazurach nawet oset rósł wyższy od chłopa. Nie mówiąc już o tym, jakie piękne były zboża. W drugi wydaniu książki dodałem historię, której nie mogłem napisać wcześniej.

Dlaczego?

— Bo to była tajemnica. Chodzi o korespondencję między Wojciechem Jaruzelskim a Erichem Honeckerem. Jej tematem była historia wojenna. Nad Jeziorem Luterskim było niemieckie lotnisko wojskowe. W styczniu te tereny zdobyli Rosjanie. Mrozy były tak straszne, że nie tylko samochody czy furmanki mogły przejechać po lodzie na jeziorach, ale nawet czołgi. Rosjanie bombardowali uciekających, stąd potem na dnie była masa sprzętu. Na tym lotnisku zostało może 6 messerschmittów i focke wulfów. Wydawało się, że są postrzelane i tylko na złom.

Ale okazało się, że jeden z samolotów był czynny. Niemcy w Lutrach ukrywali pilota. Pomogli mu zatankować samolot i on w biały dzień na oczach czerwonoarmistów wystartował i uciekł do miasta, które było jeszcze w niemieckich rękach. Przez radio skontaktował się ze swoim kolegą, który tam był, i przygotował benzynę, bo postanowili uciec we dwóch. Lecieli wzdłuż wybrzeża i w Kołobrzegu przy ujściu Parsęty dogonił ich rosyjski myśliwiec. Ruski Niemca namierzył, rąbnął i samolot spadł do wody. Jeden Niemiec zginął, drugi był ranny. I ten ranny, gdy Polacy walczyli o Kołobrzeg, trafił do niewoli. Opowiedział, gdzie leży ten myśliwiec, że jest z luterskiego lotniska.

Ten samolot jest teraz w Muzeum Wojska Polskiego w Kołobrzegu. Ranny zmarł w polskim szpitalu i został pochowany, tak jak i jego kolega, na cmentarzu wśród polskich żołnierzy. Ich groby były zadbane, a tych Niemców nie. Z Kołobrzegu pisali do Ministerstwa Obrony, żeby hitlerowców ekshumować i zabrać. Jednak wszystkie pisma, jakie najpierw Jaruzelski, a potem gen. Siwicki (Florian, generał, minister obrony narodowej — red.) kierowali do strony niemieckiej, były ignorowane. Kiedy byłem członkiem Biura Politycznego KC PZPR Jaruzelski napisał do Honeckera list, że zniszczymy te mogiły, bo drażnią ludzi. I co Honecker odpowiedział?

Nie mam pojęcia!

— Odpowiedział, że nie będzie ekshumował dezerterów! I leżą w Polsce do dzisiaj.

A czy romantyczne historie miłości Janka do Ingi czy Karola, przymusowego robotnika, do żony generała, która wybrała go sobie na ojca swoich dzieci, są prawdziwe?

— Prawdziwe. Nie ma tam ani literki skłamanej. W Lutrach żyją jeszcze ludzie, którzy to pamiętają. W Księżnie, gdzie miałem gospodarstwo, mieszkał stryjeczny brat kardynała Wyszyńskiego. Miał syna Jóźka i on żyje do dzisiaj. Niedawno odwiedziłem go w Bisztynku. Kardynał przyjeżdżał dwa razy w roku do swego brata. Jest tam zabytkowa kapliczka z 1410 roku. Kardynał potrafił tam się zatrzymać, zaintonować litanię, a my śpiewaliśmy razem z nim.

Zakochał się pan w Mazurach, ale wrócił do Warszawy. Dlaczego?

— Zakochałem się. A wie pani dlaczego udzielam pani wywiadu przez telefon, czego nigdy nie robię? Bo jest pani z Olsztyna, a Olsztyn też kocham. A do Warszawy wróciłem, bo mi się śniła i bałem się, że odbudują ją beze mnie. Chłopaki się ze mnie śmieli, bo oni sobie nad łóżkami dziewuchy roznegliżowane przyczepiali, a ja dźwigi, żurawie i budynki. Mówili, że chyba pedał jestem, bo mnie dziewczyny nie ciągnęły. Ojciec chciał na siłę zrobić ze mnie gospodarza, a ja nie chciałem być rolnikiem. Uprosiłem go w końcu i mnie puścił.

Jakie właściwie pan ma wykształcenie? Siedem klas i koniec?

— Siedem klas i dwa i pół letnie technikum budowlane. Ale Rudolf Jaworek, który w Warszawie założył Klub Inteligencji Polskiej, zapraszał mnie na spotkania i w końcu zaproponował, żebym został członkiem klubu. Ja na to, że klub będzie na celowniku wszystkich moich przeciwników, a niemało ich mam w Polsce. Będą mówić, że przyjęliście takiego betona, jak mnie ochrzcili, takiego ciemniaka, kalekę i że ja pogrążam ten klub i zaśmiecam. A oni powiedzieli, że weźmiemy pana w obronę. Zgodziłem się i byłem jedynym członkiem klubu z takim malutkim, niziutkim wykształceniem jak moje. W tej chwili, po śmierci pana Jaworka, klub się rozsypuje.

A jak się pan dostał do dyplomacji? Jak pan w Libii sobie radził?

— Krytykanci mojej funkcji w Libii są w błędzie, bo zielonego pojęcia nie mają, co ja tam robiłem. Jak przyjechałem do Trypolisu charge d’affaire był Jan Natkański. Był zawodowym dyplomatą. I bezpartyjnym. Był to człowiek impulsywny i jak mnie zobaczył, to się wnerwił: — Co do kurwy nędzy?! Będą nam tu przysyłać działaczy partyjnych, którzy nie mają pojęcia o dyplomacji! Nie chciałem się z nim kłócić. Ja miałem być radcą ambasady do spraw partyjnych i związkowych. Miałem doświadczenie, bo przeszedłem wszystkie związkowe szczeble: od męża zaufania na budowie do wiceprzewodniczacego światowej organizacji związków zawodowych.

Natkański pojechał ze mną do Syrty, gdzie był camp polskich pracowników, z 2,5 tysiącami ludzi. Zrobiono spotkanie ze mną. Natkański siedział na podium obok mnie i słuchał utarczek z tymi ludźmi. Jedni byli w partii, inni nie, jedni byli w związkach branżowych inni w Solidarności, a za granicą zrobili się odważniejsi. Musiałem sobie dawać radę — odpowiadałem na dziesiątki pytań. Po 4 godzinach dyskusji pan Natkański zwrócił się do sali: — W obecności was wszystkich chcę przeprosić pana Siwaka — powiedział. — Ubliżyłem mu, ale ja — po Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Bagdadzkim, znający 6 języków — z wami bym sobie nie poradził. I od tamtej pory Natkański to był mój najlepszy przyjaciel.

Zajmował się pan czymś jeszcze oprócz politycznych sporów?

— Troszczyłem się o sprawy socjalne ludzi. Nie mieli lodówek. Wezwałem dyrektorów firm, które tam pracowały, i powiedziałem, ze na dziesięciu pracowników powinna być przynajmniej jedna. Jak nie, to spowoduję, że zostaną odwołani. Dyrektorzy w kułak się śmieli. Ale byłem wtedy członkiem Komitetu Centralnego i napisałem do wydziału zagranicznego, że dyrektorzy lekceważą ludzi. I wydział odwołał ze 6 z nich. Na innych padł blady strach i błyskawicznie sprowadzono z Polski lodówki.

Później wybrano mnie przewodniczącym komitetu budowy pomnika Polaków poległych w Tobruku. Pracujący w Libii złożyli się sami. Trypolis od Tobruku dzieli 2300 km. Wprowadziłem zasadę, że ludzie z każdego kontraktu mają być za darmo zawiezieni na cmentarz i mają tam zapalić świeczki. Też na początku kantem się stawiali, ale wymusiłem. Dzięki temu tysiące Polaków poznały miejsce, gdzie walczyli nasi żołnierze.

Zawlokłem do Libii ze sobą swój garb przewodniczącego komisji skarg interwencji w Komitecie Centralnym. I w Libii ludzie tak samo do mnie przychodzili. Bo potykali się o prawo i groziło im więzienie. A więzienie w Libii to nie to samo co w Polsce. Najgorsze było pędzenie bimbru. Plaga nie z tej ziemi! Ludzie myśleli, że jak wypiją setkę, to nic im nie będzie. A było! Jechali na plażę i wieźli ze sobą bimber. W tamtym klimacie wystarczyła ta setka i się topili w morzu. A potem konsul i ja wysyłaliśmy metalowe trumienki do Polski. Ale najgorszy problem był z kobietami.

Którymi?!

— Polskie panny ulegały studiującym w Polsce Arabom. Ich było stać na wszystkie dziewczyny, bo dostawali od Kadafiego półtora tysiąca dolarów kieszonkowego, podczas gdy średnia płaca w Polsce wynosiła wtedy 17 dolarów. A potem ja z konsulem wywoziłem dziesiątki takich kobiet. W książce „Od łopaty do dyplomaty”opisałem te wszystkie tragedie Polek. Mąż miał ich paszport, dziecko należało do ojca, niektóre popełniały samobójstwa.

Jak pan ocenia dzisiejsza Polskę?

— Jest skorumpowana, nie rozlicza się afer, Polacy nie decydują o swoich sprawach, idzie w zła stronę. Emigracja młodzieży mi się nie podoba. I to, że ludzie boją się zakładać związki zawodowe.

Podoba mi się, że człowiek może jechać, gdzie chce za granicę. Podoba mi się, że mimo cenzury, wiadomości się przedostają do opinii publicznej. I tu powiem coś, co panią zdziwi. Za PRL-u jako brygadziście nie podobał mi się system, który chronił leni. Jak ich goniłem do pracy, to szli na skargę do radia, do gazet, do telewizji. I cholera mnie brała, jak przyjeżdżali i mówili: — Dlaczego ty go wyrzucasz z roboty?! — A dlatego, że ma dwie lewe ręce! Dzisiaj bezrobocie to uregulowało, tylko jest ono za duże.

Za PRL-u, proszę pani, wiedziałem to z raportów MSW, na dobę było od 3 do 5 samobójstw. Teraz też mam takie informacje: jest ich 30-35. I 90 proc. samobójców to mężczyźni w sile wieku niemogący zarobić na dzieci, żonę i mieszkanie. I to mi się nie podoba.

O nim
Albin Siwak (rocznik 1933) — robotnik, członek Biura Politycznego KC PZPR i dyplomata. Po zakończeniu wojny znalazł się na Mazurach. W 1950 roku wyjechał do Warszawy. Pracował w brygadzie murarskiej na MDM-ie. W 1980 roku został zastępcą członka Komitetu Centralnego, a członkiem KC w 1981. Był członkiem Biura Politycznego KC, a następnie — do 1990 roku — dyplomatą w Libii. Napisał siedem książek. Mazurom są poświęcone „Historie niewiarygodnie prawdziwe z zakątka Warmii”. Drugie wydanie tej książki ukazało się w Olsztynie w Wydawnictwie Regionalista.

Artykuł pochodzi z roku 2013.
http://gazetaolsztynska.pl

Komentarzy 26 to “Ochrzcili mnie betonem i ciemniakiem”

  1. Robert said

    Informuję wszystkich ,że 04.04.2019 roku zmarł nasz wielki Polak obrońca suwerenności Polski przed żydami mój dobry znajomy członek KC PZPR budowniczy Warszawy ambasador w Libanie przewodniczący światowego związku zawodowego Albin Siwak cześć jego Pamięci!!!!

    Twój wielki zwolennik i mam nadzieję ,że jak Bóg da , to propagator twojej myśli i twojego testamentu zapisanego w twoich książkach dla Nas Polaków

    Robert Śliwonik

  2. Kojak said

    Te zydowskie skurwysyny wyjatkowo go opluskwily ! Oni sami uwazaja sie za wyksztalconych ! Czolowa zydowska kurwa mieniaca sie intelektualista Lewartow uzywajacy falszywego nazwiska jak to u tych gnoi i oszustow bywa Geremek byl specjalista od kurw ze sredniowicza ! Sam kurwa wiec temat znal od podszewki ! Kiedys mialem w reku liste przyjetych na wydzial prawa i widzialem jak zydowstwo produkuje sobie wyksztalconych ! Przy nazwiskach tych kurw byly duze kropki , na pytanie doktora co to ma znaczyc odpowiedzial mi ; ,,jestes pan dorosly,sam pan sobie odpowiedz !

  3. Katarzyna T said

    A innych nazywali „słomą w butach”.. Śp. P.Albin pozostanie w swoich książkach, ale czy bedą czytane?

  4. Moher49 said

    Posługiwał się ładnym, zrozumiałym, polskim słownictwem. Pisał prawdę. Tacy rodzą się raz na 100 lat.

  5. john.l said

    A ja radze czytać Philipa K. Dick’a…

  6. Kar said

    ..hmmm..skolowany, i wiecznie manipulowany petent polski.., jak go nie kijem, to go betonowa pala bez leb… Jak sukcesywnie wyzdychaja do 2050, to bedzie juz Amen w pacierzu, cisza, brak betonowych sentymentow

  7. Dinozaur said

    Do 3: Nie będą. Dzisiaj czytana jest tylko Pani Tokarczuk .

  8. emeryt said

    W hołdzie ŚP. Panu Albinowi Siwakowi zapodaję link do tego filmiku :

  9. Jan said

    OD KATOLICKIEJ I SŁOWIAŃSKIEJ POLSKI PRECZ

    „Niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi”.

    Taką prośbę kierujemy do Nieba.

    Gdyż to jest nagląca potrzeba…

    Przyszedł czas „starszych braci”, gender i rządzą menele.

    Dużo mówią lecz w ich słowach jest prawdy niewiele.

    W Kościele, gdzie powinni być kapłani Święci

    Są już Żydzi i masońscy agenci.

    Wielu mówi, że widują już diabła w kościele,

    Bo część księży wspólnego z wiarą ma niewiele…

    Oblicze Kościoła wciąż ulega błyskawicznej odmianie

    Wkrótce w Polsce polskiego niewiele zostanie.

    Jak wieść najnowsza po Polsce się niesie

    Niemcy dobrze czuli by się w polskim lesie…

    Więc ci od „zmiany oblicza” i nowych czasów”

    Prą na siłę do sprzedania Niemcom polskich lasów.

    Lecz jest w Polsce jeszcze jedna przyczyna,

    Że spać nie mogą rządzący – to polska rodzina.

    Lecz polska rodzina już wiele widziała,

    W miłości do Boga i kraju wytrwała.

    Więc wypełzła ze swego moralnego błota

    Wszelkiej maści, wspierana przez Żydów, hołota.

    Wyległa bezczelnie na ulice i place…

    W swej sodomii, zdziczała, nie przeprasza, nie płacze:

    W paradzie zdziczałych uczuć i zdziczałych ciał

    Płynie wprost do bram piekła ten koszmarny szał.

    Boże, Ty, który trzymasz Damoklesa miecz…

    Krzyknij: od katolickiej i słowiańskiej Polski, precz!

    Macie własne ojczyzny Izrael, Ukrainę… wracajcie tam

    Nim się gniewu Bożego staniecie przyczyną…!

    A wy, od polityki i złego ducha doktorzy,

    Leczcie się sami, bo jesteście chorzy!

    Warszawo, ty żeś tak wiele widziała,

    W swej dumie, chwale i klęskach wytrwała…

    Dzisiejsi „wybrańcy narodu”…

    Są gorsi od jadu i trupiego smrodu…

    Dla nich Polska, jak mówią:

    „to ch.j, dupa i kamieni kupa”

    Kradną, kłamią i rabują, żrą kawiory…

    A nasz naród śpi, bo chory.

    Boże uczyń nowy ruch

    By oświecił nas Twój Święty Duch.

    Może byś to swoim świętym zlecił…

    Wnoszę mą prośbę do Nieba…

    Bo to paląca Polaków potrzeba…

    By nasze życie Tobie było miłe.

    Wierząc w Twą pomoc, ufając w Twą siłę.

    Na tę odmianę naród liczy i ja liczę…

    Błagając przed Twym obliczem..

    Albin Siwak

  10. Birton said

    przez analogię do sytuacji przypomnę zakończenie powieści Lalka i rozmowę po śmierci Rzeckiego:
    – I któż więc zostanie?
    – My!- odpowiedzieli Mraczewski (kombinator) i Szlangbaum (Żyd)

  11. revers said

    ” Albin Siwak – „Bez strachu„ t.2 strony 368-369, wydanie 2010 r. „(…) A jeśli idzie o zachowania i przeszłość to myślę, że warto, żeby ludzie wiedzieli jaki był i co mówił obecny nasz premier Tusk. I nie piszę tego wspomnienia żeby człowieka pognębić, bo przecież nie jemu jednemu zdarzyło się powiedzieć coś nie tak jak trzeba. Może i nawet dziś tak nie myśli będąc premierem i zabiegając o prezydenturę, może wyrósł z tej piramidalnej głupoty, taką mam nadzieję i wątpliwości.
    Otóż w 1992 roku, po powrocie z Libii zaprosił mnie do siebie dyrektor jednej z firm, mającej kontrakt w Libii. A że zżyliśmy się i uważaliśmy się za przyjaciół, to zaprosił mnie do siebie do Gdańska. Było to tuż po upadku rządu Bieleckiego i Zarząd Główny Związku Kaszubów Polskich robił drugi Kongres Kaszubski. Przyjaciel jako biznesmen sponsorował ten Kongres, gdyż czuł się Kaszubem, a wtedy była moda na sponsorowanie, gdyż prawie wszystkie zarządy główne były biedne jak myszy kościelne. Więc ten mój przyjaciel otrzymał zaproszenie na dwie osoby i to w pierwszym rzędzie.
    Nie byle jaką sensację wywołała moja gęba, znana wtedy z telewizji. Więcej robiono nam zdjęć niż siedzącym w prezydium. Donald Tusk był wtedy wice przewodniczącym Zarządu Głównego i miał oczywiście programowe wystąpienie. Cała impreza odbywała się w domu technika w Gdańsku przy ulicy Ratajskiej 6. Głos zabrał pan Tusk 13 czerwca, mówiąc tak:
    „Moje wystąpienie ma charakter programowy, by rozpisać go na kierunki działań i wcielać w życie, nosi to wystąpienie tytuł Pomorska Idea Regionalna jako zadanie polityczne”
    Przedstawił w nim swój program pełnej autonomii dla Pomorza (Kaszub), które powinno posiadać, nie tylko własny rząd, ale własne wojsko i własne pieniądze.
    Słuchałem osłupiały, czy on mówi to poważnie, czy też za chwilę powie, że żartował.”

    A nowa prezydent gdanska podtrzymuje seperacje Gdanska regionu pomorskiego dla wiekszych dotacji unijnych, a kto czuwa nad kasa unijna jak nie Berlin i Tel Aviv?

  12. Podkreślę jedno:

    Za PRL-u, proszę pani, wiedziałem to z raportów MSW, na dobę było od 3 do 5 samobójstw. Teraz też mam takie informacje: jest ich 30-35. I 90 proc. samobójców to mężczyźni w sile wieku niemogący zarobić na dzieci, żonę i mieszkanie.

  13. NICK said

    Prawda.
    KrzysztofieM.

  14. PISKORZ said

    re art że ludzie z każdego kontraktu mają być za darmo zawiezieni na cmentarz i mają tam zapalić świeczki. Też na początku kantem się stawiali, ale wymusiłem. Dzięki temu tysiące Polaków poznały miejsce, gdzie walczyli nasi żołnierze.” PIĘKNIE PANIE ALBINIE..PS R.I .P.

  15. PISKORZ said

    Ale o Polsce i Polakach mówić można, że to my jesteśmy odpowiedzialni za tę zagładę. Takie żydowskie odwracanie kota ogonem. A kto spróbuje mieć inne zdanie, ten jest antysemitą. Jeśli Żydzi są tak inteligentni i mądrzy, to dlaczego nie wyciągnęli wniosków ze swej historii? Nikt nie wyrzuca ze swego domu przyjaciół, którzy są pracowici, uczciwi i lojalni wobec gospodarza. Czyżby wszystkie państwa, które usunęły ten naród, myliły się w ocenie Żydów? Działo się to na przestrzeni wieków, a nie znienacka i bez uzasadnienia. […]
    Albin Siwak
    ps Ze strony bibuła…bez komentarza.

  16. Martusia said

    Wiadomo, ze kazdemu kto dokopie sie do dna i zobaczy pieklo to zostanie mu przylepiona etykieta betonowego ciemniaka. Pelzajace gady, wszy zerujace w to miejsce sa cholubione, wywyzszane i przyznaje im sie tytul jasnych klecznikow. Swiat, no nie caly, bo azjatycki nie oszalal , ale ten swiatly stoi na grzedzie i pieje o zwidach, ktore chce urealnic.

  17. emeryt said

    Myślącym pod rozwagę – głos z Zaświatów :

    https://demotywatory.pl/4690164/Madre-slowa-Andrzeja-Leppera-

  18. emeryt said

    Wypowiedzi Andrzeja Leppera, które przejdą do historii :

    https://demotywatory.pl/4619074/Andrzej-Lepper

  19. emeryt said

    A to już prawdziwa „perełka” :

  20. Witek said

    Ochrzcili go tacy jak ten:

    „Bronisław Wildstein w obronie Adama Michnika. „Osaczony stary człowiek”
    „Grupa facetów dopada starego człowieka, ubliżają mu i nagrywają zdarzenie. Osaczony to Adam Michnik. Czy to coś usprawiedliwia?” – pyta oburzony postawą mężczyzn Bronisław Wildstein, działacz opozycji w czasach PRL i publicysta.”

    Niedobrze się robi.

  21. Lily said

    Re 20; Witek
    Czy tu jest mowa,o znajomym Sp.Stanislawa
    Pyjasa,studenta z Krakowa.?, Czy tylko zbierznosc imienia i nazwiska.

  22. Witek said

    tak…tak…to brat Bronek 🙂

  23. Euzebiusz said

    Pogrzeb pana Albina Siwaka odbędzie się w piątek 12 kwietnia. Godz. 11;00 Msza św w kościele Św. Łucji w Rembertowie ul Paderewskiego a pogrzeb na cmentarzu przy ul Grzybowej w Nowym Rembertowie. Rozmawiałem z Małżonką pana Siwaka. Próbowałem napisać to na Sakiewiczowo – Syjonistycznej Niezależnej ale za cholerę pisałem w dyskusjach pod wieloma artykułami. Czujni jak wyżły. Nie wydrukowali

  24. Euzebiusz said

    Muszę przeprosić Niezależną. Jednak po kilku godzinach wydrukowali wiadomość o pogrzebie pana Albina. Może dlatego, że późno i czujny cenzor od Sakiewicza ;poszedł spać

  25. pl said

    Piekło: 45 osób. Polscy księża, ruscy popi, polscy zakonnicy i zakonnice do smoły.

    [Umieszczam fragment książki „Bez strachu”Albina Siwaka, bo po jego śmierci, jak za życia, t.zw. „wszyscy” usiłują zamilczeć jego książki. Ważne książki. MD]

    Albin Siwak

    …ktoś postawił tam duży prawosławny krzyż z napisem: „Dla pomordowanych księży, popów i zakonnic”.

    Albin Siwak „Bez strachu” – tom III (fragment 5)
    Tę historię znam od dawna, bo już od lat osiemdziesiątych, gdy jeździłem, jako członek biura politycznego i vice-przewodniczący zarządu głównego budowlanych do naszych budowlańców na kontraktach w ZSRR.

    Ale jest to historia tak okrutna i tak przerażająca, że bardzo długo nie mogłem w nią uwierzyć, a kiedy mnie już przekonano, że to prawda, to bałem się ją opisać. Nie pisałem o niej w pierwszym ani drugim tomie „Bez strachu”, bo sądziłem, że nikt z normalnych ludzi czytając tę historię nie uwierzy w nią i przez nią stracę wiarygodność. Historia jest bowiem tak nieprawdopodobna, że człowieka, który mi ją opowiedział, a następnie zawiózł miejsce, gdzie się wydarzyła, uznałem za chorego umysłowo. Dwa lata po tym, jak mi ją opowiedział, spotkałem innego człowieka, który to potwierdził i ponownie pojechał ze mną w to okropne miejsce. A pod koniec mej pięcioletniej kadencji w biurze politycznym zapytałem o te wydarzenia Kostikowa (czytelnicy moich poprzednich książek wiedzą kto to był Piotr Kostikow m.in. z rozdziału „Matka”), z którym byliśmy bardzo zżyci i mieliśmy do siebie zaufanie. I on potwierdził, że ta historia jest znana na Kremlu, choć nikt głośno o tym nie rozmawia, zwłaszcza z ludźmi, którym nie ufa.

    Dla mnie ta historia rozpoczęła się od wielkiego wesela. Opisywałem ten fakt już wcześniej: trzydziestu naszych kawalerów, pracujących pod Wielkimi Łukami i pod Nowo-Połoskiem, poślubiło jednego dnia aż trzydzieści panien. Ponieważ wydarzenie to było bardzo głośne, pisała o nim prasa polska i radziecka, to generalna dyrekcja postanowiła urządzić weselisko na terenie i na koszt firmy. Nie będę opisywał tego wesela, gdyż już wcześniej o nim pisałem. Zaznaczę jednak, że z Moskwy na to wesele przyjechali nasz ambasador Kociołek i Piotr Kostikow, który reprezentował władzę radziecką.

    Mnie też zaprosili, gdyż byłem ich częstym gościem. Starym zwyczajem panny młode zaprosiły do tańca gości. Mnie poprosiła panna, która ładnie, czysto mówiła po polsku. Pytam: -Tak mówić nauczył cię twój chłopak, Polak?

    – O nie. Ja od dziecka mówię po polsku, bo tata to Polak. O ten pod oknem -pokazała mi swego ojca, który obserwował nas i chyba się domyślił, że o nim rozmawiamy, bo pomachał ręką.

    Odprowadziłem ją do narzeczonego i w tym momencie jej ojciec podszedł do mnie. Przedstawił się i powiada: -Jestem Polak i nazywam się Ostrowski Kazimierz. Ale ponieważ umówiliśmy się z Kostikowem, że pójdziemy na długi spacer bo chcemy sobie bez świadków pogadać, to ochrona nie pozwoliła temu Ostrowskiemu porozmawiać ze mną. Wesele trwało do rana, ale my z Kostikowem po parogodzinnym spacerze poszliśmy spać. Rano obudził mnie hałas na korytarzu i głośna rozmowa. Zrozumiałem z niej, że mój oficer, Andrzej czarny nie chce wpuścić kogoś do mojego pokoju. Ta kłótni zakończyła się tym, że Andrzej ostro powiedział:

    – Jak pan nie odejdzie spod drzwi, to zakuję pana w kajdanki i do radzieckiej milicji. I to już wystarczyło, bo kłótnia ucichła. Pytam się przy śniadaniu, kto to i czego chciał ode mnie. (To były czasy, że jako przewodniczący kom. Skarg i Wniosków oraz biura interwencji, na każdym kroku byłem zaczepiany i przy każdej okazji ktoś wręczał mi pisemną skargę albo prośbę. Nawet na kontraktach w ZSRR Polacy sprytnie wykorzystywali moje wizyty i wręczali mi różne prośby, szczególnie o mieszkania.) Oficer odpowiedział że ten człowiek to ojciec jednej z panien młodych, Polak ożeniony dawno temu z Rosjanką.
    -I on chciał was zaprosić do siebie, jak Polak Polaka, bo właśnie córkę wydał też za Polaka.

    Kostikow, który dużo rozumiał po polsku, odezwał się tak:
    – Ja na twoim miejscu poszedłbym na chwilę do nich. I dodał:
    – Ty wiesz, oni będą opowiadać o tym innym i będą dumni, że odwiedził ich członek biura politycznego. Zrób ludziom tę przyjemność. W dodatku ten, co cię zaprasza, to Polak.

    Więc nie było rady i trzeba było jechać do tego Polaka.

    Oficer wyszedł, żeby dowiedzieć się, gdzie teraz jest ten Polak lub gdzie mieszka. Jak wrócił, to był zły.
    – Wiecie gdzie on mieszka?
    – Nie wiem.
    – On nie mieszka w Wielkich Łukach, a w Nowo-Sokolnikach, blisko Wielkich Łuków, gdzieś w miasteczku.
    – No to co? – wtrącił się Kostikow. – Weź moją ochronę i moje auto i jedź. Okazało się, że człowiek jeszcze nie zdążył wrócić do domu. Ale jego żona i młodzi natychmiast zastawili stół i ugościli nas. Gdy dotarł gospodarz, ta ochrona już zdążyła ze trzy kolejki wypić i było dosyć głośno. Nie mógł człowiek uwierzyć własnym oczom!
    – To dlaczego chciałeś mi założyć kajdanki i oddać milicji? – pytał mojego oficera. – Chciałem sprawdzić czy naprawdę ci zależy, by zaprosić do siebie towarzysza Siwaka.
    – Ot cholera! Jaki chytry lis!

    Nie mogliśmy długo zostać, bo auto mogło być potrzebne Kostikowowi, więc pożegnaliśmy się i wychodzimy, a tu pod domem tłum ludzi. Kilku rznie na harmoszkach, inni śpiewają i tańczą. Ojciec młodej przecisnął się do mnie przez ten tłum i mówi:
    – Panie, ja mam bardzo ważną sprawę. Chcę panu coś powiedzieć. Jak to zrobić?
    Mówię mu, że za trzy miesiące będzie polskie święto i ja przyjadę do Polaków, na bazę, z odznaczeniami, bo będę ich dekorował. Wtedy wygospodaruje się trochę czasu. I tak było.

    Gdy ponownie przyjechałem, to pojechaliśmy do Ostrowskiego. Mówię do oficera ochrony:
    – Ja z nim wyjdę do ogródka na rozmowę, ale tak, że wy będziecie nas widzieli. On coś mi chce powiedzieć.

    Gdy siedzieliśmy w ogródku on mówi tak:

    – Jak powiem panu, o co chodzi, to uzna mnie pan za wariata, ale ja nie jestem chory umysłowo. Mój rodzony brat był księdzem katolickim w Wielkich Łukach, a ja miałem wtedy 15 lat. Było to już po rewolucji w 1918 roku. W mieście było NKWD i to liczne, złożone z 19 Żydów. Ich dowódcą był Abraham Sztejn, a jego zastępcą Icek Koperman. Oni zebrali razem, tu w mieście, 45 osób. Byli to polscy księża, ruscy popi, polscy zakonnicy i zakonnice… Jak brali brata mego księdza, to i mnie zabrali. Władowali nas na ciężarowe samochody i zawieźli właśnie tu niedaleko, do Nowo-Sokolników, do smolarni. Byłem tu dwa razy po smołę z ludźmi, którzy kupowali tę smołę na dach naszej plebanii. Znałem tu wszystkie zakamarki i dlatego może żyję. Otóż ta smolarnia jest na małej górze, w lesie. Wkoło są bagna i tylko jest jedna droga do tej smolarni od strony szosy. Jak nas tam zawieźli, to kazali, żebyśmy się rozebrali do naga. Kto się upierał, to bili kolbami karabinów. Zamknęli nas w dużej szopie gdzie były puste beczki na smołę. Było ich dużo, tych beczek, i były nieduże. Wszyscy byliśmy razem, mężczyźni i kobiety. I wtedy ruski pop powiedział:
    – Oni nas utopią w smole, bo ja słyszałem, że przywożą tu ludzi i tak robią. Później spojrzał na mnie i powiedział:
    – Ty możesz się uratować z tego piekła. Właź do beczki, a ja zabiję mocno dekiel.

    Od tego momentu w szopie zapanował strach, kobiety zaczęły szlochać, a przerażeni księża zaczęli patrzeć przez szpary, co Żydzi robią i czy to prawda, co pop powiedział. Rzeczywiście palili pod trzema wielkimi kadziami ogień. Ja, od chwili, gdy wszedłem do beczki, już tego nie widziałem. Brat mój podszedł do tej beczki, co w niej siedziałem i powiedział:
    – Ale jak ty z tej beczki wyjdziesz?
    Na to pop powiedział tak:
    – Jest jeszcze jedna zakonnica małej tuszy i ona też wejdzie w taką beczkę. Ona go uwolni z tej beczki.

    Rzeczywiście chudziutka, niemłoda już kobieta zmieściła się w jednaą z beczek i pop założył dekiel. Mimo, że siedziałem w beczce, czułem rozgrzewaną smołę. Księża uspokajali pozostałych i zaczęto się głośno modlić. Trwało to około pół godziny, do czasu jak enkawudziści otworzył drzwi i złapali pierwsze trzy osoby. Wlekli je do tych kadzi, gdzie rozgotowali smołę. Przerażające krzyki trwały dopóki męczeni nie stracili przytomności. Ponieważ kadzie nie mieściły więcej niż jedną osobę, to bosakiem wyjmowano pomordowanych i z szopy ciągnięto następne trzy osoby.

    Liczyłem – mówił Ostrowski – ludzi na obu samochodach. Było nas czterdzieści siedem osób. Trzy godziny trwało mordowanie, z okrzykami typu: „Macie piekło, którym straszycie wiernych. Zobaczcie jak to wygląda”. Gdy już wszystkich pomordowali, to sprawdzili dobrze szopę. Do beczek nie zaglądali, bo uznali, że człowiek się w żadnej nie zmieści. Zaraz za smolarnia było duże bagno, zaczęli więc ciągnąć po ziemi ciała i wrzucać je do tego bagna. Gdy już pod wieczór ucichło i oni odjechali, to zakonnica wyszła ze swej beczki i uwolniła mnie z mojej. Nie mogłem w ogóle wyjść z tej beczki. I siły nie miałem i wszystko mi zdrętwiało. Dopiero ta zakonnica wyciąg mnie i rozprostowałem się. Poza tą szopą leżało na stosie dużo ubrań, ale one były popalone. Wygrzebała z tej kupy palących się szmat to, ca nadawało się, ażeby się trochę przykryć i wzięła mnie za rękę, aż poszedłem za nią. Całą noc szliśmy, przeważnie lasami, by nad ranem zapukać do małej chatki na końcu wioski. Okazało się, że miała tu brata. Szybko nakarmiono nas i odziano, a następnie w lesie, w dobrze ukrytej małej ziemiance, spędziliśmy dwa miesiące.

    Ona została później przyjęta przez jakiś zakon, a ja zgłosiłem się do pracy w kołchozie pod innym nazwiskiem. W tym czasie wałęsały się „całe stada” bezdomnych dzieci i młodzieży. Rodzice zostali zabici w czasie rewolucji, a dzieci wędrowały po całej Rosji i rabowały wszystko, a szczególnie jedzenie. Doszło do tego, że wojsko goniło jak szarańczę te tabuny młodzieży i strzelało zabijając ich. Ja powiedziałem, że jestem sierotą (co zresztą było prawdą) i szukam pracy. Przydzielono mnie do wielkiej obory, jako pomocnika oborowej. Tu wśród krów miałem ciepło i mleka do syta.

    Tak przeżyłem w tej oborze pięć lat. Cały czas myślałem o zamordowanym bracie księdzu. Wyprosiłem u przewodniczącego kołchozu tydzień urlopu i pojechałem do Nowo- Sokolnik. Plebanię zamieniono tam na siedzibę partii, a kościół spalono. Poszedłem do tej smolarni, a tam paleniska murowane jeszcze były. Kotły ktoś ukradł. Miejsca, gdzie z karp odzyskiwano smołę, też już nie było. Ludność zabrała cegłę z tych palenisk. Odszukałem bagno, gdzie powrzucano ciała pomordowanych. Wybrałem długą gałąź z boczną odnogą i zrobiłem taki niby hak. Namacałem coś i zacząłem wyciągać. Było to ciało kobiety. O dziwo, przez kilka lat nie zgniło. Nie wiem czy to upaplanie w smole, czy ten torf, jaki był w bagnie, czy też inne czynniki zadziałały, ale ciała nie zgniły. Wiedziałem, że brat był jednym z ostatnich, gdyż do ostatka mimo nagości pełnił rolę kapłana i szykował (podobnie jak inni księża oraz pop) tych ludzi na śmierć. Więc leżeć powinien na wierzchu tych ciał. Ale to czterdzieści pięć osób, a wszyscy oblepieni gorącą wtedy smołą. Nawet w ustach mieli smołę. Rozglądałem się, bo gdyby na przykład pracownicy NKWD tu wpadli, to ja też znalazłbym się w tym bagnie, tylko że z kulą w głowie. Brat był dużym mężczyzną i miałem nadzieję, że jeślibym trafił na jego ciało, to na pewno bym rozpoznał. Po szosie przejechało kilka samochodów, ale się nie zatrzymywały.

    Zacząłem ponownie szukać tym drągiem zrobionym z gałęzi, gdy nagle jeden z tych samochodów skręcił w drogę do smolarni. Czasu już nie było, żeby coś wymyślić, a droga jest tylko ta jedna, którą ten samochód właśnie jechał. Nie namyślając się skoczyłem w to bagno i zanurzając się cały na twarz naciągnąłem kępę zielska, jakie tu rosło na powierzchni. Czterej ludzie w mundurach z oznakami wojsk wewnętrznych zaczęli oglądać ciało kobiety, którą wyciągnąłem. Byłem zaledwie kilka metrów od nich, mając tę kępę roślin na głowie. Ale mogłem patrzeć przez to zielsko i słuchać, co oni mówią. Kopiąc ciało odwrócili je i stwierdzili, że to była kobieta.

    – Dawaj – zawołał jeden – wrzucim ją do tego bagna! Wygląda na to, że ktoś ją wyciągnął. Trzeba zameldować Sztejnowi, że ktoś tu grzebie. Lepiej, żeby czuwał nad tym, bo to jego robota.

    Ciało wrzucili, a raczej zepchnęli, z powrotem w bagno. Gdy zniknęli na szosie, to ja wygrzebałem się z tego błota. W dzień strach było szukać. A w nocy też strach. Przecież ja miałem dopiero dziewiętnaście lat. Nasłuchałem się dużo o strachach i potępionych duszach i teraz w głowie mi to siedziało. Ale myśl, żeby brata wydobyć z tego bagna była silna.

    Gdy ponownie pojechałem tam któregoś dnia, to zobaczyłem, że ktoś postawił tam duży prawosławny krzyż z napisem: „Dla pomordowanych księży, popów i zakonnic”. To znaczy, że wśród ludzi byli tacy, co pamiętali ten ohydny mord, a nawet mieli odwagę postawić ten krzyż. Ale długo nie postał ten krzyż, następnego dnia przyjechali ludzie Sztejna, wykopali go i zabrali… Mieszkałem tam wtedy u rodziny rosyjskiej, w pobliżu byłej plebanii, ale oni mnie nie kojarzyli z bratem księdzem i nie poznawali.

    Musiałem jednak wrócić do swojego kołchozu, bo pięć wolnych dni, jakie dostałem, minęło szybko. W domu, gdzie mieszkałem przez te kilka dni, mieli córkę, która mi się podobała. Dwa lata później postanowiłem więc tam pojechać i zobaczyć czy czasem nie wyszła za mąż. Była panną, więc wżeniłem się w rosyjską rodzinę i żyję tu do dziś. Cieszę się, że moja córka wyszła za Polaka i cieszę się, że pan mnie ponownie odwiedził. A ci pomordowani spoczywają tam w bagnie i ludność ukradkiem pali tam świeczki i stawia krzyże. Myśl, żeby brata wydobyć, a i innych, minęła mi. Niech tam wszyscy spoczywają w pokoju.

    Pan Bóg, jak mówią, jest nierychliwy, ale sprawiedliwy. Sztajn i Koperman jechali tą szosą, z której zjeżdża się na boczną drogę do smolarni. To były czasy, kiedy większość mężczyzn służyła w wojsku. Dlatego do ciężkich robót zatrudniano kobiety. I właśnie na tej szosie, która była jeszcze za cara wybrukowana kamieniami teraz władza radziecka postanowiła wylać asfalt. W końcu to droga nie była jaka, bo prowadzi z Leningradu przez Nowgorod, Psków, Witebsk, a w Orszy rozgałęzia się i leci na Brześć i na Kijów.

    I tu, w pobliżu właśnie tej smolarni w Nowo-Sokolnikach, wydarzył się tragiczny wypadek drogowy. Kierowca jechał odkrytym wojskowym samochodem, a z tyłu siedzieli Abraham Sztajn i Icek Koperman. Obaj byli już wysokiej rangi oficerami wtedy. A technika wylewania asfaltu była wtedy prymitywna. Konie ciągnęły odkryty kocioł w którym gotował się asfalt. Cały czas podkładano szczapy na ogień, aż asfalt był rzadki i dał się wylać do taczek. Kolejka kobiet podjeżdżali z taczkami niedostosowanymi do gorącego asfaltu. No i często ta drewniane taczki zapalały się. Robota jednak szła. Kolejka kobiet podjeżdżała pod ten kocioł i wracała po ułożonych deskach do mężczyzn, którzy na kolanach równali ten asfalt.

    Odlany był spory już odcinek tej szosy i kilka kobiet pchało taczki z parującym asfaltem, gdy zza zakrętu bardzo szybko wjechał na ten odlany już kawałek samochód wiozący Sztejna i Kopermana i uderzył przodem w wóz konny, naładowany szczapami na ogień, po czym odbił się i wyrżnął w kocioł, w którym gotowała się ta smoła.

    Kocioł od uderzenia spadł z zawieszenia, na którym był umocowany i cała zawartość kotła teraz płynęła spokojnie, dymiąc i parując, prosto na leżących na jezdni obu enkawudzistów. Kierowca jak piłka przeleciał przez jezdnię i wpadł do rowu. Zerwał się i zaczął krzyczeć:
    – Wyciągnijcie ich z tego asfaltu! Ale kobiety stały i żadna nie zareagowała.
    – Strzelać będę! – krzyczał kierowca i wymachiwał rewolwerem.
    – A czego ty ich nie wyciągasz? – spytała jedna z kobiet.
    – Bo się poparzę o gorący asfalt.
    – A my to co? Z żelaza? My się nie poparzymy?

    Tymczasem obaj oficerowie rzucali się na tej coraz grubszej warstwie gorącego asfaltu, aż po paru minutach ucichli. Aresztowano kierownika robót i majstra. Zamknęli też kierowcę, któremu nic się nie stało. Do dziś ludność mówi o tym wydarzeniu, że to Pan Bóg ukarał ich za tak ohydny mord. I to w tym samym miejscu, tuż obok miejsca tej zbrodni.

    Ja obrobiłem duży głaz i wykułem na nim napis o tej zbrodni. Ale przyjechali z Wielkich Łuków i zepchnęli go w bagno, gdzie leżą pomordowani (…)

  26. Stanisław said

    Adminie, pogrzeb śp Albina Siwaka będzie w piątek 12 kwietnia. O godzinie 11 będzie jest msza w Kościele św Łucji w Rembertowie przy ul. Paderewskiego 42.

    Bardzo mi żal, że nie będę mógł być na pogrzebie…
    Admin

Sorry, the comment form is closed at this time.