Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Notatki szpiega na marginesie „Pięknoduchów, radiowców i szpiegów”

Posted by Marucha w dniu 2019-09-20 (Piątek)

Andrzej Czechowicz

Nakładem wrocławskiego wydawnictwa Lena ukazała się dwutomowa książka Andrzeja Świdlickiego, byłego redaktora Radia Wolna Europa w latach 1981-1994 pt. „Pięknoduchy, radiowcy, szpiedzy” z podtytułem „Radio Wolna Europa dla zaawansowanych”.

Stanowi ona swego rodzaju zbeletryzowany, historyczny zapis funkcjonowania tej instytucji, widziany przez pryzmat działań zatrudnionych w niej lub związanych z nią w jakikolwiek sposób osób i mieści się w szeroko pojmowanym nurcie literatury faktu.

Jest jednocześnie obszernym i szczegółowym opisem różnych towarzyszących jej aktywności wydarzeń nieznanych w większości opinii publicznej w Polsce. Wydarzeń często dramatycznych, mogących bulwersować, a nawet wręcz szokować – szczególnie wielbicieli RWE i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Odmalowanych przy tym z dużą dozą erudycji i literackiego zacięcia co jeszcze mocniej, miejscami, podbarwia krytyczny i demaskatorski charakter całej narracji autora wobec Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

W pozostałych sprawach i przypadkach autor nie jest niestety już tak pryncypialny. Można mu nawet zarzucić nie tylko częste i skrajnie tendencyjne oceny innych osób i wydarzeń, ale wręcz oportunistyczne i koniunkturalne podejście dotyczące prawdziwych celów powołania do życia i działania RWE jako narzędzia USA w walce z ZSRR o hegemonię nad światem, kosztem jego satelitów – „sprzedanych” uprzednio Stalinowi przez Roosevelta.

Tu wyraźnie widać, że Świdlicki nie chciał się za wszelką cenę zbytnio narazić swoim byłym chlebodawcom, przełożonym i płatnikom jego emerytury oraz pozostałym przy życiu kolegom z rozgłośni.

Dopuszcza się on jawnych przeinaczeń i fałszerstw przez rozmywanie szpiegowskiego charakteru działań Wydziału Badań i Analiz Europy Wschodniej czyli Pionu Wywiadowczego RWE i pomniejszaniu rozmiarów klęski zadanej temu radiu i osobiście Nowakowi-Jeziorańskiemu przez nasz wywiad.

W konsekwencji zaś pomniejszenie, wręcz negowanie w ogóle moich możliwości zdobywania najbardziej tajnych dokumentów, w postaci raportów I i II stopnia tajności oraz kart informatorów RWE, a na dodatek wystawianie mi opinii człowieka o rzekomo niezbyt wielkich możliwościach intelektualnych a nawet życiowego nieudacznika.

Przeczy chociażby temu – wręczona autorowi osobiście przeze mnie – kopia doskonałej opinii wystawionej przez Nowaka-Jeziorańskiego z 22 stycznia 1965 r. rekomendująca mnie dyrekcji amerykańskiej jako „niezwykle cenny nabytek” – podczas nagrywania dwóch rozmów w 2017 r. w moim mieszkaniu. Zamieściłem ją też w I tomie mojej (również dwutomowej) książki „Straceniec – czyli przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie” jaka znajduje się w posiadaniu Świdlickiego i to z moją dedykacją. Tu p. Świdlicki wpisał się całkowicie w „instrukcję” Nowaka-Jeziorańskiego i paszkwile jego lizusów w kraju, przedstawiania mnie w takim świetle.

Godząc się na rozmowę z autorem „Pięknoduchów, radiowców, szpiegów”, jej nagrywanie i zaopatrując go w odpowiednie dokumenty byłem święcie przekonany, że mam do czynienia z poważnym i uczciwym człowiekiem.

Nie jest więc prawdą, że:

– nie miałem jakoby „służbowego dostępu do danych osobowych informatorów, ani ich raportów” (tom I, str. 114 i 289). W rzeczywistości miałem do nich zarówno służbowy, jak i wyrobiony nielegalnie dostęp, o czym najlepiej świadczą fotokopie z kodami tajności I stopnia: SLD, Strictly Confidential, Confidential i II stopnia tajności: LTD, zamieszczane po moim powrocie w krajowej prasie, mojej książce „Siedem trudnych lat” z 1973 roku i w obecnych wydanych moich wspomnieniach, czego Świdlicki udaje, że nie zauważa. I co nie przeszkadza mu twierdzić, że żaden z nich nie miał najwyższego stopnia tajności (tom I, str. 116);

– chcąc mnie ośmieszyć i zdyskredytować jako skończonego matoła i nieudacznika p. Świdlicki napisał, że w zdobywanych przeze mnie tajnych raportach nie byłem rzekomo zbyt dobrze zorientowany, a część materiałów pochodziła od innego agenta – Mieczysława Lacha (ps. „Kumor”) (tom I, str.116). Tu Świdlicki nie tylko posłużył się ordynarnym kłamstwem, ale jeszcze popisał się niebywałą ignorancją i brakiem zdrowego rozsądku, ośmieszając przy okazji oficerów CIA z Biura Bezpieczeństwa RWE jako zwykłych durniów.

Nie chwaląc się, lecz zgodnie z faktami muszę napisać, iż w ciągu 6 lat pracy w Wydziale Badań i Analiz Europy Wschodniej RWE, czyli jej Pionie Wywiadowczym, udało mi się w pełni rozszyfrować jego strukturę organizacyjną, metody działania, sposoby zdobywania raportów, kodowania i obiegu w nim tajnych dokumentów. Natomiast Mieczysław Lach, zatrudniony w Wydziale Badań Opinii Publicznej, nie miał dostępu do w/w dokumentów. Ponieważ owi oficerowie CIA byli przecież doskonale zorientowani w jakim czasie i do jakich materiałów każdy z nas miał lub mógł mieć dostęp, musieliby być skończonymi gamoniami i nieudacznikami skoro w ciągu trzech lat od mojego powrotu do kraju w 1971 r., a Lacha w 1974 r., nie potrafili go namierzyć, mimo tego, że jakoby publikowałem jego raporty jako swoje. Jak już kłamać – to z jakimś sensem i klasą a nie prostackimi łgarstwami dla gawiedzi. Tu w pełnej krasie wyłazi szkoła cynicznych metod RWE manipulacji i ogłupiania maluczkich, nazywanych przez Jacka Kurskiego ciemnym ludem;

– to nie ja, ale właśnie Świdlicki wykazał się ignorancją, brakiem jakiejkolwiek wiedzy i rozeznania w tworzeniu, kodowaniu i obiegu tajnych raportów RWE – pragnąc „udowodnić”, że nie mogłem zdekonspirować Władysława Bartoszewskiego na podstawie kodu CSD (Confidential Source Description – Tajny Opis Źródła) na jego karcie osobowej w zespole Kazimierza Zamorskiego gdzie wówczas pracowałem. Otóż kody takie były nanoszone na karty osobowe w tym zespole na podstawie dołączonych kart informatorów i innych źródeł lub figurowały one już w Centralnej Tajnej Kartotece RWE podlegającej płk Robertowi Knaufowi.

A

Andrzej Czechowicz

Przecież ten zamieszczony kod CSD w kartotece osobowej Władysława Bartoszewskiego nie wziął się z powietrza, a jego istnienie potwierdził Kazimierz Zamorski w swojej książce „Pod anteną Radia Wolna Europa” – str. 181. Rzecz jasna, że Nowak-Jeziorański w całej strukturze, która jemu nie podlegała, nie mógł polecać nanoszenia poufnych informacji od niego oraz kodu CSD, co robili ludzie z Pionu Wywiadowczego. A ponadto skąd u Świdlickiego ta pewność, iż Nowak-Jeziorański nie dzielił się swoją wiedzą z płk Hansem Fischerem szefem Biura Bezpieczeństwa RWE. Potrafił on bowiem wycinać nie takie numery jeśli chodziło o jego własne interesy, o czym obszernie piszę swojej w książce;

– kolejnym mijaniem się z prawdą autora jest gołosłowne twierdzenie Świdlickiego, że zostałem wycofany do kraju zamiast planowanego jakoby Stanisława Zadrożnego (ps. „Toruńczyk”), którego nasz wywiad nie zdołał nakłonić do powrotu i że jeszcze bezprawnie przypisuję sobie rolę w dyplomatycznej grze między Warszawą a Bonn i Waszyngtonem (tom I, str. 290). Otóż nienawidzący Nowaka i nie kochający Amerykanów, ale gorący zwolennik gen. Mieczysława Moczara i do tego jeszcze zaprzyjaźniony z Johannem Kassnerem i jego żoną Krystyną – Zadrożny, nigdy nie miał zamiaru wracać do Polski Gomułki, którego serdecznie nie znosił. Skorzystał natomiast z naszej pomocy przy rozwodzie ze swoją pierwszą żoną i sprowadzenia z Polski jego drugiej żony Elżbiety. Też wielce zaprzyjaźnionej potem z Kassnerami. Z tej okazji zaprosił mnie do siebie na suto zakrapiane przyjęcie w gronie swoich najbliższych przyjaciół, na którym musiałem śpiewać jego ulubione piosenki – rosyjskie, ukraińskie i serbskie, głównie jednak Armii Czerwonej, a wśród nich wielokrotnie bisować „Poljuszko, polije”. Nawiasem dodam, że Centrala zabroniła mi kategorycznie ciągnąć go za język czy w ogóle rozmawiać na temat posiadanych przez niego kompromitujących Nowaka-Jeziorańskiego dokumentów i udawać, że te sprawy oceniam jako plotki;

– zupełnie gołosłowne i nie na temat jest twierdzenie Świdlickiego, iż jakoby „z punktu widzenia skompromitowania Nowaka (mój powrót) nie miał rangi, którą miałby powrót Zadrożnego czy innego redaktora „Wolnej Europy” z dużym nazwiskiem” (tom I, str. 292). W rzeczywistości bowiem chodziło w ówczesnej sytuacji naszemu wywiadowi nie o skompromitowanie Nowaka, lecz RWE jako instytucji, zajmującej się oprócz destrukcyjnej propagandy, także zwykłym szpiegostwem. Tu zaś – nie chwaląc się bynajmniej – najlepszym kandydatem i narzędziem do takiej rozgrywki mogłem być wtedy tylko ja – siedzący w samym sercu Pionu Wywiadowczego RWE i mającym dostęp do jego najbardziej tajnych dokumentów.

W oparciu m. in. o nie władze PRL wystosowały do rządów USA i RFN aide memoire z 26 maja 1971 r. domagające się likwidacji RWE jako instytucji działającej wbrew przyjętym obyczajom i prawu międzynarodowemu. Zaś senator James W. Fulbright – szef Komisji ds. Polityki Zagranicznej Senatu USA – został przez nas zaopatrzony drogą pantoflową w najbardziej z nich kompromitujące. Dzięki temu mógł grzmieć na forum Senatu i Kongresu USA o wielkiej aferze szpiegowskiej w RWE, domagając się jednocześnie jego likwidacji.

Takiej zaś korzyści – z wyjątkiem czysto propagandowej – nie można byłoby wyciągnąć ze sprowadzenia do kraju Zadrożnego czy innego redaktora, nawet o największym nazwisku. Nie mieli oni bowiem dostępu do takich jak ja materiałów, z wyjątkiem powielanych raportów ID-III i ND-IV stopnia tajności, nadających się za to świetnie do uprawiania każdej propagandy.

Błędna jest opinia Świdlickiego, że „Gama” (mój pseudonim operacyjny) rekompensował jakoby prestiżową porażkę SB, jaką było umorzenie sprawy przeciwko Władysławowi Bartoszewskiemu (tom I, str. 292). Po krwawej rzezi w grudniu 1970 r. zarówno kierownictwo partyjno-państwowe PRL, jak i naszego resortu, było zgodne co do tego, że wytaczanie procesu Bartoszewskiemu czy innym ważnym informatorom RWE byłoby aktem samobójczym dla naszych władz i rujnującym dla kraju.

A niezależnie od tego – przy okazji takich procesów – mogłyby wypłynąć nazwiska kilku innych informatorów, rekrutujących się z samej góry władz partyjno-państwowych, którzy w walce „Żydów” (Puławian) z „Moczarowcami” (Chamami) posługiwali się RWE jako narzędziem do zdobycia lub utrzymania władzy w PRL. Nowak-Jeziorański gorąco i do końca swoich dni w rozgłośni (1975 r.) popierał i zachwalał „Żydów” jako „dobrych” komunistów i bezwzględnie kazał zwalczać „Moczarowców”.

Złośliwą i głupią konfabulacją jest twierdzenie Świdlickiego: „Uwagę Nowaka zwróciło opracowanie (Czechowicza) o organizacjach młodzieżowych, ale na inne tematy pisanie mu nie szło” (tom I, str. 289). Otóż pochwały Nowaka otrzymywałem za dobrze pisane opracowania i analizy w dziale Kazimierza Zamorskiego, w tym pierwszą za analizę pt. „Indoktrynacja polityczna w szkolnictwie polskim” z grudnia 1965 r., którą przedrukował w języku niemieckim monachijski „Osteuropeische Rundschau” w początkach 1966 r. Chwalił mnie jednak przede wszystkim za historyczne dziesięcio lub piętnastominutówki, które jako freelancer pisałem do audycji „Czarno na białym” pod redakcją Henryka Rozpędowskiego i Józefa Ptaczka.

W ogóle uchodziłem za pupilka Nowaka-Jeziorańskiego, zwłaszcza gdy w 1967 r. podjąłem studia na Uniwersytecie Monachijskim, gdy zaczął mnie stawiać za wzór dla innych. Aż mi było czasami wręcz głupio i przykro, że działam przeciwko niemu. Mimo jego ciągłych zachęt abym opanował język angielski i mógł przejść do pracy w Pionie Radiowym, na polecenie centrali musiałem robić wszystko, aby pozostać w zespole Kazimierza Zamorskiego, jako najważniejszym dla naszego wywiadu. I tak się też stało. W tym celu zapisałem się na studia, co mi dawało także pretekst do odrabiania godzin przeznaczonych na wykłady i ćwiczenia po godzinach pracy. Piszę o tym obszernie w swojej książce.

Jerzy Bożekowski, czyli „Fonda”, nie mógł dostarczyć przede mną raportu I stopnia tajności, oznakowanego kodem „Strictly Confidential” pt. „Stosunek Państwa do Kościoła Rzymsko-Katolickiego w Polsce Ludowej” z 1 września 1965 r., gdyż jako spiker nie miał w ogóle takiej możliwości, podobnie jak i notowani znacznie wyżej od niego redaktorzy rozgłośni radiowej.

Nigdy nie mówiłem Świdlickiemu, iż jakoby poufną informatorką RWE była żona ambasadora PRL w Londynie Eugeniusza Milnikiela (tom I, str. 108). Była nią natomiast znana dziennikarka T., żona Jerzego Morawskiego, ambasadora polskiego w Wielkiej Brytanii w drugiej połowie lat sześćdziesiątych.

Autor przeoczył w zestawionej przez siebie tabelce „Związki Koła Przyjaciół Twórczości Józefa Mackiewicza i Ruchu Odrodzenia Narodowego Juliusza Sokolnickiego” (tom I, s. 232) osobę Mieczysława Iwańczaka, który był zarówno członkiem Koła i ministrem w powoływanych przez Juliusza Nowinę-Sokolnickiego rządach.

Mimo tych braków i wad książka Świdlickiego zasługuję na uwagę ze względu na zgromadzony olbrzymi, bogaty w nieznane dotychczas źródła materiał, co musiało wymagać wręcz benedyktyńskiej pracy i cierpliwości, materiał – co warto dodać – w większości dobrze zinterpretowany. Odnosi się to przede wszystkim do tomu pierwszego, pomimo świadomie fałszywych twierdzeń, których jedynie część wymieniłem powyżej. Natomiast tom drugi sprawia niekiedy wrażenie, że autor bez własnej weryfikacji powtarza opinie osób na których wątpliwą wiarygodność zwracano już uwagę.

W przeciwieństwie do książek innych byłych pracowników RWE: Marka Łatyńskiego, Edwarda Sokoppa czy Danuty Mierzanowskiej, podejmuje – mimo wspomnianego asekuranctwa i oportunizmu – sprawę ścisłych powiązań RWE z CIA i w dobrze udokumentowany sposób fakt kolaboracji Jana Nowaka-Jeziorańskiego z niemieckim okupantem na stanowisku nadkomisarza w Zarządzie Komisarycznym Zabezpieczonych Nieruchomości w Warszawie w latach 1940-1942, który administrował zrabowanym Żydom mieniem. A tym samym udowadnia, że Nowak-Jeziorański nie mógł tam być skierowany przez podziemne struktury Państwa Polskiego w połowie 1941 r., jak Nowak-Jeziorański wszędzie utrzymywał.

Chwalebnie staje też Świdlicki w obronie dobrego imienia Johanna Kassnera, oskarżonego oszczerczo przez Nowaka-Jeziorańskiego o najgorsze rzeczy, jako zagorzałego hitlerowca, na którego rzekomo miał być wydany wyrok śmierci przez AK. W rzeczywistości Johann Kassner i jego brat Alfred współpracowali z polskim podziemiem, oddając mu liczne przysługi i pomagając wielu Polakom.

Byłoby też bardzo dobrze gdyby autor zdobył się jeszcze na napisanie prawdy w jakim to rzeczywistym celu zostało utworzone RWE. Przecież musi wiedzieć, że RWE powstało zgodnie z tajną dyrektywą Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA z 14 kwietnia 1950 r., znaną pod kryptonimem NSC 68, „wzywającą do niezbrojnej kontrofensywy przeciw ZSRR, włącznie z niejawną walką gospodarczą, polityczną i psychologiczną, w celu wywołania niepokoju i buntu (revolt) w krajach satelickich” (Cytat za: Kazimierz Zamorski „Pod anteną Radia Wolna Europa”, Wydawnictwo Wers, Poznań 1995 r., str. 48.)

W związku z tym wszystkim co wyżej napisałem, apeluję do p. Świdlickiego o sprostowanie wymienionych tam nieprawdziwych twierdzeń i opinii w tygodniku „Myśl Polska” lub innej gazecie i zamieszczenia tego tekstu w internecie. O tym zaś, który z nas potrafi lepiej i bardziej uczciwie pisać niech zdecydują czytelnicy naszych książek.

Andrzej Czechowicz
Odpowiedź Andrzeja Świdlickiego w następnym numerze
Myśl Polska, nr 39-40 (22-29.09.2019)

http://mysl-polska.pl

Komentarze 2 to “Notatki szpiega na marginesie „Pięknoduchów, radiowców i szpiegów””

  1. Rafal Cz. said

    Jednak wywiad PRL byl profesionalny i skuteczny.

  2. Jan Łasok said

    wywiad jako taki wszem, ale czy osobiście Czechowicz to mam wątpliwości.

Sorry, the comment form is closed at this time.