Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    NICK o Wolne tematy (64 – …
    walthemar-agent o Zmarł Adam Słodowy
    NICK o Wolne tematy (64 – …
    NICK o Zmarł Adam Słodowy
    NICK o Zmarł Adam Słodowy
    Troll Polonii o Ławrow: Kongres USA nie zatrzy…
    Sowa o Zmarł Adam Słodowy
    NICK o Polskość Pomorza i Kujaw
    NICK o Postęp nasz powszedni
    Zbyszko o Zmarł Adam Słodowy
    Sołtys o Zmarł Adam Słodowy
    Olo o Pancerny kontratakuje
    NICK o Stosunki Polska-Rosja – narodo…
    NICK o Ruska Ludowa Republika Łemków…
    Zbyszko o Zmarł Adam Słodowy
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 500 obserwujących.

W łódzkim getcie

Posted by Marucha w dniu 2019-10-29 (Wtorek)

W czasie ustawicznych ataków na dobre imię Polski przez środowiska żydowskie głoszące hasła o rzekomym antysemityzmie Polaków i podkreślające rzekomą bierność naszych przodków w czasie niemieckich akcji skierowanych wobec żydów, warto zwrócić uwagę na zachowanie się samych żydów w stosunku do swoich rodaków.

Dobrym przykładem jest sięgnięcie do źródeł historycznych, odnoszących się do tego okresu. Jedną z takich publikacji są wspomnienia Elżbiety Cherezińskiej pt. „Byłam sekretarką Rumkowskiego – Dziennik Etki Daum”. We wstępie do tych wspomnień Szewach Weiss zapisał: (…) Ukazuje nam też rzecz dzisiaj bezcenną (…) obraz stosunków panujących wśród elit gettowej władzy. Maluje dziwny świat, świat ludzi skazanych na zagładę, a żyjących tak, jakby ich nie dotyczyła, jakby oni jedni mogli jej się oprzeć.

Po takiej rekomendacji warto zajrzeć na strony publikacji, poznając stosunki panujące wśród wspomnianych elit getta łódzkiego. Pod datą 11 maja 1940 roku autorka pamiętników zapisała wrażenie, jakie wywołała na niej wizyta w biurze pani Dory Fuchs – kierowniczki centralnego sekretariatu w czasie pierwszego dnia pracy.

Po dostarczeniu sporządzonych dokumentów spotkała swoją szefową malującą paznokcie. Jak zapisała (…) Byłam tak zaskoczona, że przez jakiś czas stałam w miejscu, wpatrując się w ciemnoczerwony lakier w maleńkiej buteleczce. Jakbym przeniosła się z getta w jakiś dawny świat, odległy o setki kilometrów.

Odnosząc się do osoby Reginy Pływackiej, z zawodu adwokat, pod datą 30 maja 1940 roku zwróciła uwagę na pogłoski, jakie krążyły w biurze, w którym pracowała, że (…) zajmuje się odzyskiwaniem pieniędzy należących się z tytułu różnych interesów Żydom przebywających w getcie. Ponieważ Żydom nie wolno przekraczać bram getta, ponoć Pływacka w ich imieniu inkasowała od Polaków i Niemców w Łodzi należne im sumy i pobierała za to sowitą prowizję, ponoć aż 20 procent, i na dodatek dzieliła się nią z Niemcem, który ją ubezpieczał (…) Pani Dora powiedziała (…) że pan Prezes podejrzewa adwokatkę o różne machinacje.

Natomiast pod datą 24 czerwca 1940 roku, w związku z informacją o wymianie banknotów na terenie getta poinformowała, że w biurze prezesa pojawiła się Pływacka, która (…) wyglądała na zaniepokojoną, że nie może się spotkać z Prezesem (…) Nie trzeba być detektywem, by się domyślić, że obwieszczenie o wymianie pieniędzy ugodziło w prowadzone przez nią interesy między gettem a miastem.

Rumkowski uważał, że jedyną szansą ocalenia dla żydów jest zorganizowanie warsztatów pracy. Związane to było jednak z wysiedlaniem osób zamieszkujących budynek przeznaczony na warsztaty. Jak zapisała autorka wspomnień pod datą 3 czerwca 1940 roku, (…) przy wysiedleniu mieszkańców z domu przy ulicy Zgierskiej 11, gdzie miały powstać pracownie krawieckie, po prostu nie obyło się bez przemocy.

Jednocześnie, jak donosiła sekretarka, dochodziło również do skandali handlowych, jak zapisany przypadek pod datą 27 czerwca 1940 roku, kiedy to prezes Rumkowski otrzymał reprymendę od Hansa Biebowa w związku z aferą (…) o jakiś list wysłany przez kupca z getta, który proponował komuś poza gettem sprzedaż wielkiej ilości pierza. (…) Biebow (…) zwrócił Przełożonemu uwagę, że listy handlowe nie mają prawa krążyć bez kontroli, że nie po to getto zostało zamknięte, żeby kupcy kpili sobie z tego. Nakazał ogłoszenie wśród ludności, że takie transakcje mają być zgłaszane do Przełożonego, a następnie przechodzić przez Zarząd Getta.

Jak wielką uwagę przykładano do pracy potwierdza zachowanie Rumkowskiego w związku z zaplanowaną wizytą w getcie Heinricha Himmlera, kiedy to (…) Zaczęło się gorączkowe sprzątanie getta. Prezes krzyczał i groził, że przejaw najmniejszej niesubordynacji skończy się dla winnych w Centralnym Więzieniu.

W swoim pamiętniku pod datą 28 czerwca 1940 roku autorka zapisała jak w przypływie uniesienia i radości w związku z zwycięstwami armii niemieckiej szef Gestapo Richter powiedział Prezesowi: (…) „Już wkrótce Niemcy zdobędą świat. A wtedy Żydów wyślemy na Madagaskar, a pan zostanie ich królem!” (…) A kiedy Richter z śmiechem powiedział to Prezesowi, Rumkowski kiwnął głową, przytakiwał z zadowoleniem!.

Wpis z 5 sierpnia 1940 roku przyniósł interesujący opis Leo Goldberga, osoby którą autorka wspomnień znała z czasów swojej pracy w Gdańsku: (…) ostatnią wiadomością, jaką o nim miałam, był wyrok, który dostał za puszczanie w obieg fałszywych guldenów. Został wtedy skazany na długoterminowe więzienie, a po dziewięciu miesiącach wydalony przez władze gdańskie (…) Dora powiedziała, że Goldberg jest od jakiegoś czasu oficjalnym agentem policji kryminalnej w getcie i że Rumkowski wie doskonale o tym, co robi dla kripo.

Dnia 1 listopada 1940 roku Elżbieta Cherezińska zapisała informację, że wzięła udział w koncercie z okazji Jom Kippur. W swoich wspomnieniach zwróciła uwagę, że na koncert muzyczny Towarzystwa Hazomir w dawnym kinie Bajka bilety (…) wyprzedały się co do jednego (…) Był też Richter z gestapo, ze strony niemieckiej (…) Muzycy grali wyśmienicie. Na Sali delikatny zapach perfum, jak kiedyś!.

Podobna informacja o koncertach w getcie pojawia się pod datą 3 grudnia 1941 roku, kiedy to pisze: (…) Już wcześniej w getcie było wielu dobrych muzyków, a teraz w transportach z Europy Zachodniej przyjechało kilku wirtuozów. Dzisiaj ma zagrać wiedeński pianista Birkenfeld. Biletów praktycznie nie można było dostać.

Pod datą 5 listopada 1940 roku sekretarka umieściła charakterystykę Dawida Gertlera. Był on w łódzkim getcie szefem Sonderkommando i kierownikiem „Wydziału Specjalnego” Sonderarbeiteilung , jednostki policji w getcie, służącej Niemcom na zasadach tajnej policji wywiadowczej. Jak zapisała sekretarka Rumkowskiego: (…) Jest oficjalnym agentem gestapo i nie kryje się z tym w najmniejszym stopniu (…) Najogólniej rzecz ujmując, nie jest to ciekawa figura (…) Ostatnio chwalił się, że przed wojną był macherem i załatwiał najróżniejsze sprawy dla łódzkich kupców. Mrugał przy tym, dając do zrozumienia, że nie były to interesy całkiem legalne.

Jednak najbardziej wymowny obraz stosunków panujących w getcie autorka umieściła pod datą 30 października 1941 roku. Odnosząc się do kwestii przyjazdu Niemców z zachodniej Europy do łódzkiego getta, zapisała: (…) Nowi w żaden sposób nie chcą zrozumieć, że getto wykonało wielki wysiłek, aby ich przyjąć (…) A oni zachowują się tak, jakbyśmy to my byli wszystkiemu winni, a nie Niemcy i wojna. To jakaś paranoja. Najwięcej arogancji wykazują niemieccy Żydzi. Odkąd wysiedli na rampie na Marysinie, narzekają. Że w getcie brud, że śmierdzi, że fatalne warunki. Sama słyszałam, jak mówili z pogardą, że Żydzi „stąd” zawsze żyli w biedzie jak w chlewie, więc są do tego przyzwyczajeni.

To niesprawiedliwe, oni myślą, że jak przybyli z Zachodu, z „wielkiego świata”, to mogą nas obrażać! (…) Niemieccy Żydzi odmówili noszenia gwiazdy Dawida, takiej jak tu wszyscy nosimy, chcą nosić swoje gwiazdy (z napisem Jude), bo wydaje im się, że to znaczy coś więcej, że to ich odróżnia od nas, „biedaków ze Wschodu”. Naziści podzielili świat na panów i podludzi, a zachodni Żydzi, jakby w tym samym duchu odróżniają „lepszych Żydów” (siebie) od gorszych (nas)!.

Wzburzeniem dla Żydów były różnice w warunkach mieszkaniowych zaprowadzone na terenie getta. Jak zapisała sekretarka Rumkowskiego pod datą 24 grudnia 1940 roku, (…) ludziom (…) kłuje w oczy, że część dygnitarzy gettowych tak się ponad ogół wywyższa. Wiem, że i Prezes ma dwa mieszkania (…) W każdym razie, co do tych willi marysińskich, rozumiem wzburzenie ludności w getcie, kiedy docierają do nich informacje, że ten czy tamten mieszka sobie pięknie i swobodnie w domu, który też przed utworzeniem getta nie należał do niego.

Wymieniając zasługi dla getta, jakie poczynił Rumkowski autorka pod datą 12 stycznia 1941 roku wylicza, że w okresie ośmiu miesięcy od zamknięcia (…) ma swoją walutę, swoją pocztę, Bank Przełożonego, swoją policję i Służbę Porządkową, swoje szkolnictwo, opiekę zdrowotną, ma zorganizowane zakłady pracy i system zasiłków, ma kartki żywnościowe, własny sąd, prokuraturę, więzienie i Najwyższą Izbę Kontroli. Od sierpnia ponownie otwarto Domy Modlitwy, jest nawet szkoła z wychowaniem religijnym.

Powyższe fragmenty są tylko wybranymi, które ukazują realizm życia w łódzkim getcie. Ukazują one jedną rzecz, którą stara się zataić w dyskusji publicznej – fakt, że w społeczności żydowskiej w czasie przebywania w getcie istniały różnice wynikające z zajmowanej pozycji, wpływów etc.

Naszym obowiązkiem jest poznawać tą historię, gdyż inaczej będziemy bezbronni w argumenty w czasie dyskusji historycznych, które tak często przetaczają się na polskiej scenie politycznej.

Krzysztof Żabierek
https://www.magnapolonia.org

Na temat kanalii Rumkowskiego można poczytać sobie np. tu:
>https://marucha.wordpress.com/2011/03/23/mordechai-chaim-rumkowski-zydowski-kolaborant-i-przestepca/
Admin

Komentarzy 6 to “W łódzkim getcie”

  1. Kojak said

    Srodowiska zydowskie glosza ? Juz nie moge sluchac tego belkotu ! Glosza je dlatego ze zydowscy kryminalisci i bandyci rzadzacy POlska po 89 roku na to pozwalaja ! Przestanmy zwalac wszystko mna Zydow!!! Wezmy sie za zydowskich lajdakow rzadzacych Polska ! TO ONI GENERUJA TEN PROBLEM !!!

  2. kulikow said

    Zgadza to oni to wszystko generuja.I ta wladze NALEZY USUNAC Czy wyrazilem sie jasno.A ze ludzie piepsza ze tylko w drodze wyborow mozna to wszystko zmienic Staje sie nonsensem gdyz oni wiedza ze ;bydlo ludzkie I tak ma to w d…e.Wygraja Ci I beda wygrywac co maja kase.I to sie nie zmieni.Droga wyborow………Tkankie rakowa trzeba wyciac Jaka jest nasza umilowana wadza.Czy wyrazilem sie JASNO.

  3. anne said

    Zanim rzucicie się PT Gajowkowicze na tę książkę, uprzedzam, że obraz Rumkowskiego malowany przez autorkę jest raczej pozytywny. Przedstawia ona prezesa jako czlowieka, który chciał uratować żydów, jeśli nie wszystkich, to jak największą ich część, a nie mógł z powodu swej naiwności i dobrodusznosci. Dużo większe wrażenie robi ksiazka ,,Oko za oko,, ktora co prawda opisuje dramatyczne przeżycia podczas pobytu w obozie i marszu do innego obozu, ale potem opisuje bestialstwo żydów kierujących obozami dla obywateli niemieckich, które UB utworzyła na ziemiach polskich oraz perypetie autora (też zyda) z wydaniem tejże pozycji.
    Pragnę też nadmienić, że pozycja wskazana przez autora artykułu jest książką stosunkowo nową i gdyby miała antysemicki wydźwięk, nie mogłaby się ukazać na rynku wydawniczym.

    ——-
    Rumkowski był parszywą kanalią. Dlatego niezadługo zostanie bohaterem holokitu, podobnie jak bandyci bracia Bielscy.
    Admin

  4. Mądra Polska said

    zapewne wiele osób słyszało o Marku Edelmanie. Jego książki to klucz do zrozumienia, na czym polega konflikt wewnątrz społeczeństwa żydowskiego. To także odpowiedź na pytanie , dlaczego Po i PiS, a moze raczej ich mocodawcy, dążą do stworzenia w Polsce systemu dwupartyjenego, na wzór USA
    WYJAŚNIAMY NA CZYM POLEGA PSEUDO KONFLIKT MIEDZY PO i PiS
    https://madrapolska.blogspot.com/2018/01/kto-popiera-wejscie-polski-do-strefy.html

  5. Sarmata said

    Fragment książki Józefa Mackiewicz pt. „Wieszać czy nie wieszać”
    cz. 1 z 4
    Rozdział: Krwawy Hacha getta wileńskiego
    Od czasu wkroczenia Niemców do Czechosłowacji, nazwisko „Hacha” przestało być nazwiskiem prywatnym a stało się pojęciem politycznym. Początkowo: pojęciem nikczemnej kapitulacji. Później poddano je pewnemu „rewizjonizmowi”, i „Hacha” przeistoczył się w pojęcie kolaboracjonizmu-dla-ratowania… Dziś zwłaszcza, w dobie kapitulanckich tendencji względem okupanta sowieckiego, zdania się podzieliły. Jedni twierdzą, że „Hacha” to było zło, a inni przeciwnie, że: „ratował co się dało uratować”. Abstrahując jednak od oceny „hachizmu” jako kierunku politycznego, zgodzić się można, że „Hacha” jako człowiek jest niewątpliwie mieszaniną: zdrady, naiwności i dobrych chęci. Los jego sprowadza się najczęściej w rezultacie do losu przysłowiowego murzyna, który zrobił swoje i może odejść. Takim człowiekiem był właśnie Jakub Gens, Żyd wileński, wyniesiony przez okupacyjne władze niemieckie do godności dyktatora getta żydowskiego. – Lekarz wileński, dr Marek Dworecki, twierdzi, iż Żydzi mówili o Gen-sie: „Jakub Gens ma dwie dusze”…

    Rewelacje lekarza żydowskiego
    O ile historia życia, powstania i śmierci getta warszawskiego jest względnie dobrze znana, o tyle straszliwe dzieje getta wileńskiego znane były dotychczas jedynie z krwawych strzępów, z bardzo fragmentarycznych relacji. Pierwszą próbę obszerniejszego ujęcia stanowi relacja wspomnianego dr. Marka Dworeckiego, ogłoszona ostatnio w paryskim Le Figaro Litteraire.” Być może, nie wszystkie szczegóły i oświetlenia
    * Dr Marc Dvorjetski, „Scenes vecues de l’extermination d’un ghetto, Comment les SS «liquiderent» par petites fournees les juifs de Yilna”, 4 marca 1950. Wyd.
    29
    autora w niej zawarte należy przyjąć bezkrytycznie, nie można jednak odmówić wielkiej wartości historycznej jaką posiada ta relacja, a również przejść do porządku nad opisem tego piekła na ziemi, którym było getto wileńskie w czasie okupacji niemieckiej. Nie ulega też żadnej wątpliwości, że dr Dworecki był w tym piekle, widział to co opisuje i przeżył.
    Wszystkich Żydów wileńskich spędzono do getta dnia 6 września 1941 roku. Były właściwie dwa getta, nie mające ze sobą komunikacji, nr l i nr 2. Autor pomija w opisie szczegóły topograficzne, które słusznie mogą nie interesować czytelnika francuskiego, tym niemniej posiadające wymowę dla czytelnika polskiego. Należy więc przypomnieć, że linią podziału była ulica Niemiecka. Dzielnica żydowska, leżąca pomiędzy Niemiecką i Zawalną stanowiła główne getto, czyli nr 1. Pomiędzy zaś ul. Niemiecką i trójkątem mniej więcej ulic Wielkiej, Dominikańskiej i Św. Jańskiej, leżało getto nr 2, zlikwidowane, czyli wymordowane wcześniej od nr. 1.
    „Schein” to – życie!…
    Część Żydów, zwłaszcza specjalistów, postanowili Niemcy wykorzystać jako siłę roboczą. Wykorzystać do czasu. Reszta skazana była z góry na unicestwienie. W tym celu wywożono ich partiami, większymi lub mniejszymi, do Ponar, słynnych zarówno z historii, jak piękności swego położenia, ostatnio przed wojną miejscowości letniskowej. W okresie niemieckim „na Ponary” oznaczało po prostu śmierć. Ci, którzy mieli prawo zostać, otrzymywali specjalne „Scheiny”, czyli zaświadczenia wydawane przez władze niemieckie. Walka o posiadanie tych „Scheinów” stanowiła główną treść, troskę, marzenia, pragnienia całego getta, gdyż Schein znaczył tyle co – życie. „Scheiny” zmieniały kolory: były białe, żółte, niebieskie itd. Za każdą zmianą przesiewano ich posiadaczy, odrzucano pewną ich liczbę na śmierć, na Ponary… I każda z dokonywanych zmian była nowym ogniwem w łańcuchu śmiertelnego strachu, w cierpieniach tego piekła na ziemi. Ale otrzymanie „Scheinów” nie zależało bezpośrednio od władz niemieckich, które ograniczały się jedynie do przydziału pewnego ich kontyngentu. Otrzymanie zależało od Żydów zasiadających pod
    30
    nr. 6 przy ul. Rudnickiej, a składających się na tzw. „Juden-rat”, czyli ustanowiony oficjalnie samorząd. Jakub Gens był początkowo tylko szefem żydowskiej policji podlegającej temu samorządowi, z czasem dopiero stał się dyktatorem getta.
    Pierwsze zaświadczenia miały kolor biały. Wkrótce jednak zostały zniesione, po czym nastąpiła tzw. „akcja”, w wyniku której kilka tysięcy Żydów poszło na Ponary… Gens, Żyd, na czele policji żydowskiej, kierował tą akcją bezpośrednio, nadzorowany jedynie przez władze Gestapo i równie straszną dla ucha żydowskiego litewską „Ypatinga”, czyli policję polityczną na usługach Gestapo.
    „Bunker”
    To drugie słowo niemieckie miało równie decydujące brzmienie dla życia – śmierci, jak uprzednie: „Schein”. Było jakby jego przedłużeniem, to znaczy inną możliwością ratowania życia. „Bunkrami” przezwano bowiem w getcie skrytki, schowki dla ludzi, w których ukrywali się ci wszyscy, którzy pozbawieni byli możliwości uzyskania zaświadczenia. Te „Bunkry” powstały już bardzo wcześnie, za radą Żydów przybyłych z innych dzielnic, którzy już przebyli straszliwe doświadczenia. Do czego zdolna jest pomysłowość ludzi walczących dniem i nocą o swe życie, świadczyły właśnie – „bunkry”. Były skrytki urządzane na jedną osobę, na kilka, na całą kamienicę. Pojedyncze stanowiły raczej rzadkość, gdyż skonstruowanie odpowiedniego ukrycia wymagało zazwyczaj pracy zbiorowej. Z drugiej jednak strony zależało na tajemnicy. Wśród zatem tych sprzecznych czynników: wspólnego wysiłku i wtajemniczenia możliwie małej ilości osób, budowano kryjówki na strychach, w piwnicach, w lochach, w różnych norach, w kominach, w studniach. Wejście do nich prowadziło często pod ustępem, śmietnikiem, kamuflowane na różny sposób, np. stosem starych butelek, żelaziwem lub innym nagromadzeniem przeróżnych rupieci, łachmanów itp. Skala kryjówek była ogromna, od niemal luksusowych do zwykłych dziur, w których człowiek mógł leżeć jedynie na brzuchu. Pod gmachem Judenratu przy ul. Rudnickiej znajdowała się cała ich sieć. Wchodziło się do nich przez otwór w piecu, który
    31
    zamykał się następnie za pomocą mechanizmu poruszanego elektrycznie. W domu nr 5 przy zaułku Szpitalnym znajdował się „bunker” z bardzo pomysłowym wejściem poprzez piec piekarski. Identyczne wejście do kryjówki znajdowało się również w domu nr 2 przy ul. Straszuna, w getcie drugim. Poza murem getta, z dojściem podziemnym, urządzono kryjówkę mogącą pomieścić 80 dzieci. Dostęp prowadził również przez piec, skonstruowany w ten sposób, że się nie przestawał palić. – Dr Dworecki opowiada, że inżynier Markus pokazywał mu ostatnie osiągnięcia tego typu, a mianowicie kryjówkę w kryjówce! Znajdowała się ona na strychu dawnego wileńskiego teatru żydowskiego przy Rudnickiej. Podczas pierwszej „akcji” kryjówkę, w której skupiło się około 30 osób, wykryto. Natomiast schowani w owej „sub-kryjówce” zdołali się uratować.
    Prawie wszystkie kryjówki posiadały zapasy żywności i wody. Następne udoskonalenia doprowadziły do instalacji sieci elektrycznej i wodociągowej. Połączono je również z kominami, dla uzyskania wentylacji. Niektóre zaopatrzone były nawet w biblioteki, w środki lecznicze. W kryjówce przeznaczonej dla dzieci urządzono nawet szkołę i – dawano przedstawienia teatralne!…
    Ogromna jednak większość kryjówek stanowiła schowki raczej prymitywne. Leżało się w nich na brzuchu, lub w innej jakiej pozycji, w straszliwym ścisku, smrodzie, bez oddechu. Godziny przebyte wydawały się wiekiem. Powietrza brakowało do tego stopnia, że nie starczało go na ogień zapałki… Najczęstszym rodzajem dekonspiracji był okrzyk, lub gwałtowne wyrwanie [się] kogoś, kto tracił zmysły od uduszenia. Często też katastrofę sprowadzał płacz dziecka.
    Właściciel „Scheinu” nr 777
    Dr Dworecki, jak opisuje, mieszkał na poddaszu przy ul. Zawalnej 44. Miał żonę, młodszą siostrę i dwoje rodziców. W październiku 1941, po zlikwidowaniu zaświadczeń białych, miano wydać żółte. Liczba żółtych „praw-do-życia” nie przekraczała 3 tysięcy. O to prawo łącznie z dr. Dworeckim ubiegało się czterech lekarzy: Goldburt i Kołodner z Wilna, oraz dr Finkelsztejn z Kowna. W rezultacie zawody ze śmiercią miały się rozegrać pomiędzy Dworeckim i Kołodnerem.
    32

    cz. 2 z 4
    A dr Kołodner był – przyjacielem dr. Dworeckiego… Decyzja zapadała jak zawsze przy ul. Rudnickiej pod nr. 6. Wygrał dr Dworecki, otrzymawszy Schein nr 777. Mówi, że uściskali sobie ręce na pożegnanie i Kołodner poszedł zawiadomić żonę o wyroku. Wyszukali sobie następnie kryjówkę, ale kryjówka została zdemaskowana podczas pierwszej już „akcji”. Szli więc na Ponary… W bramie rudnickiej poznał ich Frucht, policjant żydowski, były oficer polski, i wyratował.
    Pod nr. 11 przy zaułku Szpitalnym mieściła się komenda policji żydowskiej. Przyszła straszna noc 23 października. Ogłoszono, że wszyscy posiadacze żółtych zaświadczeń mają się zgłosić do komendy, celem otrzymania niebieskich kartek dla swojej rodziny. Każdy ma prawo do: żony i dwojga dzieci. Wszyscy będą na trzy dni przeprowadzeni do getta nr 2, które w międzyczasie już zostało wymordowane. Reszta mieszkańców getta nr l zostanie… Każdy wiedział, co to oznacza. – A kto ma trzecie dziecko, albo więcej? – Te musi zostawić.
    Relacja Dworeckiego jest sucha. Nie ma w niej żadnych literackich odskoków, ani dygresji. Ale nawet minimalny zasób wyobraźni podsunie niewątpliwie każdemu czytelnikowi obraz tego bezmiaru piekła!…
    Noc bez światła, w ciasnych, śmierdzących uliczkach getta i tysiące ludzi biegających, szukających ratunku dla siebie i dla rodzin. Bezładny krzyk, płacz i – straszliwy wybór, którego dokonać musiał niejeden w stosunku do najbliższych…
    Ogólną „akcją”, jak zawsze, kierował Jakub Gens.
    „Kto mnie weźmie za swoje dziecko?”
    Przez całą noc z 23 października 1941 komenda żydowskiej policji przy zaułku Szpitalnym 11, wydawała fiszki niebieskie członkom tych rodzin, których głowa była posiadaczem zaświadczenia żółtego. Porządek był następujący: żółty Schein starczał za siebie, ale niebieskie fiszki ważne być mogły wyłącznie w połączeniu z tym żółtym papierem. Głową rodziny mógł być zarówno mąż, względnie żona, załeżnie od tego kto z nich spełniał jakąś funkcję lub zawód uznany jesz-

    33
    cze za pożyteczny. Rodzice nie należeli do rodziny i tym samym skazani byli na zagładę. Również każde dziecko powyżej liczby dwóch, jak też powyżej lat szesnastu.
    Przez całą noc rozgrywały się sceny dantejskie.
    – Kto mnie przyjmie na swoje dziecko?! Kto mnie zechce przyjąć za swoje dziecko?! – wołał biegając chłopczyk. – Wszystko razem musiało robić wrażenie niesamowitego targu o życie. Istotnie, urządzono w większości wypadków w ten sposób, że małżeństwa bezdzietne, albo posiadające jedno dziecko, zapisywały jako swoje dzieci tych rodzin, które ich miały większą ilość niż dozwoloną na uratowanie.
    Dr Dworecki opisuje, że za swą córkę zapisał siostrę, zaledwie 8 lat młodszą od jego żony, poza tym owego chłopczyka, który biegał w poszukiwaniu fałszywych rodziców. – Ranek 24 października zastał tłumy na ciasnych ulicach. Każdy chciał się wydostać do getta nr 2. W łachmanach, obciążeni walizkami, workami, resztą ludzkiego dobytku. Ale kontrola dokonywana przez Jakuba Gensa i jego policję była niezwykle surowa.
    Człowiek o dwóch duszach
    Gens stoi w otoczeniu swej żydowskiej policji i kilku SS-manów, którzy nie biorą bezpośredniego udziału w kontroli, a jedynie przyglądają się jej milcząc. Rozpoczyna się defilada. Każdy uprawniony do życia musi trzymać w ręku żółte zaświadczenie, a obok żona i dwoje dzieci z niebieskimi fiszka-mi w ręku. Gens liczy: Raz, dwa, trzy, cztery… Raz, dwa, trzy, cztery… – W ręku ma ogromna pałkę, która mu służy zarówno do liczenia, jak i bicia nieposłusznych. – Raz, dwa, trzy, cztery… Przechodzić! Raz, dwa, trzy, cztery, pięć!! Co to ma znaczyć! – wrzeszczy Gens. – Troje dzieci, gdy wolno tylko dwoje!! – Tym trzecim jest chudy chłopczyk lat około jedenastu. Gens wali kijem ojca, matkę, dziecko i wyrywa chłopczyka z szeregu. Powstaje lament, krzyk, prośby. Na nic się nie zdają. Pięści wznoszą się ku niebu, padają szeptem przekleństwa: podły zdrajca, morderca dzieci!
    Raz, dwa, trzy… – liczy Gens dalej i znowu wali kijem jakiegoś Żyda. – „A gdzie twoje drugie dziecko?!” – „Ja, mówi
    34
    przerażony szeptem, mam tylko jedno…” Uderzenie kija zagłusza jego słowa. – „Ty łajdaku jeden! Ty zgubiłeś swego syna! Masz, zabieraj go!” – I Gens ciska weń jedenastoletnim chłopczykiem, którego odebrał poprzednim rodzicom. – Poprzez tłum idzie szept: „Gens uratował dziecko żydowskie”. Wtedy ktoś powiedział: – Gens ma dwie dusze.
    Brama
    Główną bramą getta nr l była ta przy wspomnianej już kilkakrotnie ulicy Rudnickiej. Dniem i nocą chroniona przez warty. W tej chwili odbywa się przy niej druga, decydująca i jeszcze surowsza kontrola niż w obliczu Gensa. Ustanowiony jest dokładny porządek: pierwsze idzie najmłodsze dziecko z niebieską fiszką, później starsze dziecko z niebieską fiszką, później żona z niebieską fiszką i wreszcie głowa rodziny z żółtym zaświadczeniem. W ten sposób przechodzą przez bramę wybrańcy szczęśliwego losu. Patrzą na nich tłumy skazańców.
    Idzie chłopczyk lat około sześciu, za nim postępuje dziewczyna, w krótkiej spódnicy, najwidoczniej wdzianej dla odmłodzenia, ale kształty ją zdradzają. Może mieć ostatecznie lat 18, ale równie dobrze 25… W każdym razie nie szesnaście! -ryczy gestapowiec. Nie ma czasu na długie certowanie. Trzeba prędko, prędko! Schnell, schnell!! Ona nie ma lat szesnastu! – Ma dopiero szesnaście – zaklina jej siostra, która udaje jej matkę. – Nie, to nie jest córka, decydują gestapowcy, to musi być żona, a tamta starsza… – Walają w piersi, won! – I prawdziwa żona, za próbę uratowania siostry, idzie na Ponary…
    Nagle w kolumnie powstaje znowu zamieszanie. Pojawia się młoda kobieta z niebieską fiszką w ręku, którą nie wiadomo skąd wyrwała, bo nie należy do żadnej czwórki, a jedynie dociska się do jednej z nich i – tworzy piątkę…
    – Porządek, porządek. Schnell! – wrzeszczą gestapowcy. -Wyrzucić zbyteczną kobietę, ale prędko, nie ma czasu! – Policjanci żydowscy chwytają ją, ale strach przed śmiercią wyczynia rzeczy nieraz niezwyczajne: oto młoda Żydówka rzuca się do dzieci, obejmuje je i krzyczy rozdzierającym głosem: „Chcą wam zabrać waszą mamę!” Prawdziwa matka ze zgro-
    35
    zy i przerażenia traci na sekundę mowę. – Prędko, porządek! – drą się gestapowcy. – „Chcą wam zabrać waszą mamę” płacze rozdzierająco nieznajoma, zagłuszając na chwilę inne wykrzykniki. Prawdziwa matka otwiera już usta, już chce wytłumaczyć, ale za późno. Powstałe zamieszanie wstrzymuje regularny marsz kolumny. Gestapowiec wali pejczem po głowie oniemiałą, pejczem jej męża. Policjanci żydowscy czym prędzej wypychają fałszywą matkę z dziećmi i z ojcem, a prawdziwa, wytrącona z szeregu, idzie na Ponary…
    Zaprawdę straszne sceny opisuje dr Dworecki.
    „Akcja”
    Przytacza szereg wypadków, gdy Żydzi zaopatrzeni w zaświadczenia żółte stanęli wobec dylematu: kogo ratować? Bywały wypadki, gdy synowie ratowali swe matki, przedstawiając je za żony, natomiast porzucali na pastwę zagłady własne swe żony. W większości jednak wypadków, ratowano żony i dzieci, a nie rodziców i młodsze rodzeństwo.
    W tym czasie getto nr 2 było już „oczyszczone”. Pozostały w nim jedynie resztki, które zdołały się uratować w kryjówkach. Przeprowadzenie do niego wybrańców z żółtymi „Scheinami”, dało możność dokonania wielkiej tzw. „akcji” na terenie getta nr l. Kto mógł, ratował się w „bunkrach”. Znaczna ich jednak ilość została wykryta, a obecnych tam popędzono najpierw do więzienia na Łukiszkach, skąd następnie skierowano na Ponary.
    Ogółem podczas tej „akcji” zlikwidowano przeszło 5 tysięcy Żydów.
    Po trzech dniach „żółtoscheinowców” sprowadzono z powrotem do getta nr l.
    Przewrót pałacowy
    W pierwszym okresie podobnych „akcji”, władza wykonawcza spoczywała w rękach „Judenratu”, który spełniał polecenia Niemców, a policja żydowska była podległa ad-ministracyjnie tej Radzie. Wkrótce jednak nastąpiły duże zmiany.
    36

    cz. 3 z 4
    Przede wszystkim doraźne „akcje” zostały wstrzymane, co pociągnęło za sobą stabilizację stosunków, a jednocześnie policja żydowska z organu podległego Radzie, przeistoczyła się w organ zwierzchni. Zapewne ustrój ten odpowiadał bardziej mentalności Gestapo, które musiało być zadowolone z Jakuba Gensa. Z drugiej jednak strony objawy stabilizacyjne i względny spokój przyjęte były przez ogół Żydów z wielką ulgą. Nie omieszkał wyzyskać tego Gens, przedstawiając sprawę w ten sposób, jakoby on to był sprawcą tej wielkiej odmiany, jego dyplomacja, jego polityka względem Niemców, jego surowość, a zarazem przebiegłość!
    Gens zostaje mianowany oficjalnie Ghettovorsteherem. Organizuje z tej okazji bankiet. Niemcy zezwalają, na tę uroczystość, a nawet na sprowadzenie do getta nie tylko żywności i alkoholu, ale i – kwiatów… Tymi kwiatami obdarzają Gensa przede wszystkim członkowie Rady, poszczególni policjanci itp., którzy zawdzięczają mu stanowiska i, co za tym idzie, życie.
    Wtedy zaczyna się ukazywać w getcie czasopismo żydowskie, pt. Wiadomości Getta. W nim Gens ogłasza swoje expose: „Żydzi getta, uwaga! Nie zapominajcie, że praca oszczędza krew!” – Wykłada w nim konieczność intensywnej pracy dla [przekonania] Niemców o niezbędności zachowania Żydów przy życiu jako elementu pożytecznego. – Istotnie nie widziano na razie innego ratunku. Jednocześnie w miarę normalizacji warunków życia fizycznego, zaczyna rozkwitać życie kulturalne i artystyczne.
    Żydowski król Litwy i Białorusi
    Ale kariera Gensa na tym się nie kończy. Wkrótce mianowany zostaje przedstawicielem wszystkich gett Litwy i Białorusi. Organizuje je według własnych koncepcji, rozbudowuje policję, która siłą rzeczy przeistacza się w rodzaj rządu żydowskiego. Otrzymuje wkrótce mundury z uwidocznieniem stopnia, czapki ze złotą gwiazdą Dawida. Sam Gens nosi paradną czapę, z obfitymi złoceniami i olbrzymią gwiazdą. Deleguje swoich przedstawicieli do innych miast i miasteczek. Otoczony jest prawdziwym dworem pochlebców, osadza swych bra-
    37
    ci na wysokich stanowiskach. Wreszcie wywiesza w podwórzu domu nr 6 przy Rudnickiej klatkę z – gęsią… Brzmienie nazwiska Gens zbliżone jest do niemieckiego i żydowskiego „Gans” – gęś. Wszyscy podziwiają tłustą gęś, która otrzymuje nieraz więcej pokarmu niż człowiek. Tuczny ten ptak przeistacza się w herb, godło królewskiego domu Gensów i swym gęganiem przypomina o władzy sprawowanej przez jej właściciela. Znajdzie się poeta getta, który napisze o niej poemat. Gens zachowuje się jak król.
    Znienawidzony przez większość, zostaje pewnego razu zaproszony na wieczór literacki, na którym rozdawano nagrody młodym poetom. I oto na tym wieczorze wygłasza wielką mowę, w której uważa za stosowne odsłonić swą tajemnicę…
    „Biorę całkowitą odpowiedzialność za krew”
    Trudno jest osądzić, czy dr Marek Dworecki spamiętał tylko, czy zapisał, i czy dosłownie przytacza mowę Jakuba Gen-są na wieczorze literackim w getcie. Wydaje się jednak, że gdyby oddawał tylko jej sens, a nie treść dosłowną, jak również pomijając fakt, czy to co mówił Gens było szczere i prawdziwe, czy też ponurym kłamstwem i wykrętem, były to słowa, którym niepodobna odmówić niezwykłej dramatyczności.
    „Wielu z was – miał wówczas oświadczyć Gens – uważa mnie za zdrajcę. Ja, Gens, wykrywam dla Niemców kryjówki, w których chowają się Żydzi przed zagładą. Jednocześnie ja, Gens, robię wszystko co możliwe, aby uzyskać dokumenty, zatrudnienie i być pożytecznym dla mieszkańców getta. Ja ponoszę pełną odpowiedzialność za krew żydowską, ale nie za honor żydowski. – Jeżeli Niemcy żądają ode mnie tysiąca Żydów – ja ich wydaję na śmierć. W przeciwnym wypadku wzięliby nie tysiąc, a tysiące. Wydając Niemcom stu, ratuję tysiąc. Wydając tysiąc, ratuję dziesięć tysięcy.
    Wy, jeżeli się wam uda kiedy wyjść stąd żywcem, będziecie mogli powiedzieć o sobie: «Nasze sumienie jest czyste». – Ja, Jakub Gens, jeżeli wyjdę stąd kiedykolwiek, będę zbrukany, a ręce moje ociekające krwią. A mimo wszystko gotów będę stanąć przed sądem żydowskim i oświadczyć: „Zrobiłem wszystko możliwe, aby uratować tylu Żydów, ile się tylko
    38
    dało. Aby Żydzi mogli przeżyć, prowadziłem innych Żydów na śmierć. Ażeby Żydzi zachowali sumienie czyste, postępowałem osobiście jak człowiek bez sumienia*.”
    Der stolze Jude…
    Dużą zaletą relacji Dworeckiego jest to, że nie broni, nie oskarża, nie wdaje się w filozoficzną analizę postępków Gen-sa, a jedynie przytacza fakty. – Jakub Gens pił dużo i pił ciągle z gestapowcami, oczywiście, że mogło to mieć swoje złe, ale mogło mieć i dobre strony.
    Gdy podczas wielkiej akcji z okresu „żółtych Scheinów”, jeden z policjantów żydowskich zaczął się wysługiwać w ten sposób, że demaskował kryjówki na własną rękę, Gens surowo go skarcił. Żyd przez zemstę złożył donos na Gensa, iż ten nie pozwala wykrywać schowków. Ale Gens nie dał się zastraszyć: „Ty jesteś pies – powiedział do policjanta żydowskiego – i każę cię zastrzelić jak psa”.
    Żyd został zastrzelony w obecności Niemców.
    – Der stolze Jude… Dumny Żyd – przezywali go gestapowcy. Gdy Gens przechodził przez główną bramę getta przy ul. Rudnickiej, stojący tam na warcie żołnierze litewscy salutowali go.
    Był taki wypadek, że podczas jednego z nalotów sowieckich spadły w nocy bomby wokół getta, trafiły nawet w koszary przy zaułku Ignatowskim, ale oszczędziły samo getto. Stało się tak oczywiście w wyniku przypadku. Podobno jednak kilku Niemców usiłowało się wedrzeć do getta, wykrzykując, że to Żydzi sprowokowali nalot. Gens miał ich zatrzymać, zaalarmować i wydać w ręce niemieckiej żandarmerii wojskowej.
    „Der stolze Jude” przywołał kiedyś do siebie jednego z Żydów, o którym wiedział, że jest poufnym agentem Gestapo i powiedział mu: „Ty myślisz, że ja nie wiem?!… I czego się spodziewasz, że ciebie oszczędzą?!… Won z moich oczu!!”
    Wielu Żydów chciało widzieć w Gensie jedynie możliwy ratunek i przypochlebiało mu się w różny sposób, niewątpliwie jednak siebie przede wszystkim mając na względzie. Krążyły różne legendy mające na celu przypisanie wielu dobrych
    39
    uczynków tej postaci zrodzonej w warunkach niesamowitej tragedii. Złudzenia jednak zaczęły opadać, gdy przyszły straszliwe dni 1943 roku.
    Dancing nad przepaścią
    Jakub Gens opuszczał często getto, udając się po rozkazy do Gestapo. Gdy powracał, wszystkie oczy były nań zwrócone. Czytano z jego twarzy. Gdy miała wyraz beztroski, albo nawet wesoły, wróżono dobrze. Gdy wracał ponury, zły, wymyślał po rosyjsku policjantów, przeklinał i wymachiwał kijem, wtedy uliczkami getta biegł trwożny szept o mającej niewątpliwie nastąpić jakiejś nowej, wielkiej klęsce.
    Pewnego dnia rozeszła się wiadomość, że do getta wileńskiego ściągnięci zostaną wszyscy Żydzi z prowincjonalnych miasteczek, którzy jeszcze pozostali w lokalnych gettach, bądź też byli zatrudnieni. Wiadomość była zła. Z doświadczenia wiedziano, że każde zmasowanie dużej ilości Żydów w jednym miejscu oznacza, niechybnie większą akcję eksterminacyjną. Działo się to na kilka tygodni przed świętem Purim. Synagoga przy ul. Jatkowej była przepełniona. Chóralne modły i śpiewy miały intonację dramatyczną. Kulminacyjnym punktem ekstazy religijnej był dzień w wilię święta Purim, gdy zaintonowano w końcu pieśń nadziei: Hatikwah!
    W międzyczasie jednak przybyły transporty Żydów z prowincji. Większość z nich wykazywała doskonałą kondycję fizyczną. Dużo było młodych chłopców i dziewcząt, opalonych i pełnych wigoru. Na prowincji nie było tak źle. Zgromadzono ich początkowo we wspólnym lokalu przy ulicy Rudnickiej pod nr. 7, w b. gmachu żydowskiego banku. Jedynie starców spędzono do domu przy zaułku Szawelskim, gdzie ich trzymano pod strażą. Po kilku dniach młodzież rozparcelowano przeważnie u krewnych lub znajomych; wydawało się, że nie zdają oni sobie sprawy z prawdziwej sytuacji. Urządzali dancingi i zabawy i nie zwracali uwagi, gdy im mówiono, że tańczą. nad przepaścią.
    Tymczasem przepaść istotnie rozwierała się pod ich nogami.
    40

    cz. 4 z 4
    Kowno – jako śmiertelna przynęta
    Dr Marek Dworecki słusznie wykrzykuje: „Gdzie się podziała nasza przysłowiowa, żydowska zdolność przewidywania!” Optymizm bowiem nowo przybyłych zaczął się udzielać stopniowo wszystkim, gdy nadeszła kolejna wiadomość, że ci, którzy posiadają krewnych w Kownie, mogą się zapisywać na listę transportu.
    W Kownie było lepiej niż w Wilnie. Podobno tam obfitsze jedzenie, warunki mieszkaniowe były znośniejsze, a Niemcy mniej okrutni. Nagle więc wszyscy zechcieli jechać do Kowna. Okoliczność, że Gens miał osobiście, w asyście swoich policjantów, konwojować transport, wydawała się też dodatnia. Gens bowiem nie wyruszał dotychczas na żadne egzekucje. Miał też jechać Trapido, zarządzający wydziałem aprowizacji getta, który był rodem z Kowna. – „Kowno leży dalej od Po-nar!” – stało się hasłem powszechnym. Prawie wszyscy młodzi Żydzi przybyli z prowincji usiłowali dostać się na listę wyjeżdżających.
    Następny bieg wypadków według relacji dr. Dworeckiego był taki:
    W najlepszej wierze dał on odjeżdżającym list do adwokata żydowskiego w Kownie Grafinkiela i po powrocie zastał znajomego, który mu z miną zatroskaną powiedział, że wie o tym, iż wzywano robotników do odrutowania wagonów transportu. Pojadą zaplombowani… – W nocy wezwany został do chorego dziecka przy ulicy Straszuna 2. Ojciec dziecka zatrudniony był w biurach Gestapo. Zdradził mu tajemnicę, że panuje tam niezwykłe ożywienie. Żołnierzy litewskich pojono wódką. – „Dawno już – powiada – nie widziałem ich tak na czarno spitych.” Prócz tego wyjechały z gmachu Gestapo ogromne ciężarówki wiozące beczki.
    Były to bardzo złe znaki. Gdy upijano żołnierzy litewskich, specjalnych katów używanych do rozstrzeliwania na Ponarach, oznaczało to niechybnie zapowiedź jakiejś większej egzekucji. Co zaś dotyczy beczek, to przywożono je zawsze napełnione chlorem do zasypywania dołów z trupami.
    Był piąty kwiecień 1943. Rano w sekcji sanitarnej – pisze Dworecki – panował nastrój pogrzebowy… Tu autor relacji czyni poważny błąd. Opowiada bowiem, że dowiedziano się, iż „pociąg mający rzekomo iść do Kowna, zmienił w drodze kie-

    41
    runek i puszczony został na Ponary…” Należy sprostować, ponieważ Ponary leżą właśnie na drodze z Wilna zarówno do Kowna, jak do Grodna, a linie te rozwidlają się już za Ponara-mi, dopiero w Landwarowie.
    Późno w noc powrócił Gens, zły jak szatan. Więc jednak wiedział, co się działo. Następnie zniknął gdzieś, powiadano już, że został aresztowany, ale to była wiadomość – przedwczesna…
    Co się w rzeczywistości stało? – pytali jedni drugich. Krążyły straszliwe wersje. Wreszcie ustaliła się jedna: w tej chwili pięć tysięcy Żydów jest rozstrzeliwanych na Ponarach! — Wielu zaczęło próbować ucieczki przez mury getta. Gens powrócił. Nie mówił do nikogo ani jednego słowa. Nazajutrz wybrano ekipę robotników żydowskich, których wysłano do Ponar, tym razem nie w charakterze ofiar, a dla wykonania prac.
    Gdy wrócili stamtąd, wyglądali strasznie. Twarze ich miały upiorny wyraz, ubrania pokryte ziemią i brudem. Dopiero wtedy dowiedziano się od nich całej prawdy.
    „Eintritt verboten!”
    Dr Dworecki wezwany był właśnie do chorego, gdy jeden z mieszkańców domu wrócił z Ponar. Przez cały dzień – powiadał – żydowscy policjanci pracowali nad usuwaniem trupów, ale nie mogli sobie dać rady. Dlatego wezwano dodatkową ekipę z getta. Wzdłuż drogi kolejowej leżały trupy tych, którzy próbowali ucieczki. Leżeli też w okolicznych krzakach i rowach. Również wzdłuż drogi gruntowej, która prowadziła do tzw. „bazy”, miejsca otoczonego drutem kolczastym, nad wejściem do której wisiał wielki szyld z napisem:
    „Eintritt auch fur deutsche Offiziere streng verboten!”
    Cały plac „bazy” usłany był masą trupów polanych chlorem. Wiatr unosił strzępy podartych banknotów. Jeden z grupy robotniczej poznał swego brata z miasteczka Michaliszki. – Zaczęliśmy – opowiadał dalej – odmawiać kadysz, modlitwę za umarłych, ale było tak jakbyśmy się modlili za siebie samych. – Znosili porozrzucane trupy i układali w długie, równe szeregi.
    Tak wyglądało w Ponarach, słynnym miejscu kaźni.
    42
    Dzieci z miasteczka Soły
    Dotychczas w literaturze polskiej ukazał się tylko jeden opis Józefa Mackiewicza* w Orle Białym, zamieszczony następnie w antologii W oczach pisarzy wydanej pod redakcją Gustawa Herlinga-Grudzińskiego; dotyczył on właśnie masowej masakry Żydów w Ponarach z okresu, gdy zwożono ich tam pociągami, zarówno z Wilna, jak okolicznych miasteczek w r. 1943. Rzecz charakterystyczna jak powtarza się ten sam obraz w opowiadaniu dzieci żydowskich z miasteczka Soły, położonego na tzw. Czarnym Trakcie pomiędzy Wilnem i Mo-łodecznem.
    W cztery dni po straszliwej masakrze – mówi dr Dworec-ki – zgłosiła się do centrum medycznego Gołda Tapuch i przyprowadziła dwoje dzieci, chłopczyka lat około ośmiu i dziewczynkę około dwunastu. – „Te dzieci – powiedziała – są dziećmi mojej siostry. Uratowały się one z Ponar, poradźcie mnie co zrobić, by ich nie wykryła policja żydowska i nie wydała z powrotem w ręce katów?”
    „Wyjechaliśmy z miasteczka Soły wielkim transportem – opowiadają dzieci – i ludzie usiłowali ciągle sprawdzać kierunek jazdy, z wielkim niepokojem. Wreszcie pociąg zatrzymał się przy stacji, na której odczytano tablicę z napisem: Ponary. Powstała ogromna panika. Żydzi tłukli w ściany, jakby w nadziei, że uda się im je przebić. Znajdowaliśmy się w pierwszych wagonach. Wreszcie otworzono drzwi i kazano nam wszystkim wyjść, ustawiając się wzdłuż wagonów. Na stacji znajdował się również drugi pociąg, bardzo długi. Z dwóch stron każdego wagonu stali żołnierze w litewskich mundurach z karabinami. W pewnym momencie zaczęto nas okładać kolbami, zmuszając do marszu w kierunku drogi prowadzącej za odrutowanie. Wszyscy zrozumieli wtedy, że już nie ma nadziei. Nagle jeden z młodych Żydów wyskoczył z kolumny i rzucił się w las do ucieczki. Żołnierze zaczęli strzelać. Powstało zamieszanie, Żydzi zaczęli się rozbiegać wzdłuż torów, skakać przez rowy do lasu. Żołnierze litewscy i gestapowcy strzelali we wszystkich kierunkach. Nasza mama wzięła nas za ręce i krzyknęła: „Ratujmy się!” Pobiegliśmy w kierunku odwrotnym od tego, w którym pierwotnie uciekał ów młody Żyd. Kule gwizdały koło uszu, ludzie padali, trzeba
    43

    „Ponary – «Baza»” w tomie Fakty, przyroda i ludzie, Kontra, Londyn 1984 i wyd. następne. Wyd.
    było ich przeskakiwać. Jedna z kuł dosięgła naszą mamę w pełnym biegu. Padając zdążyła nam krzyknąć: „biegnijcie dalej!» Biegliśmy, a czasem pełzali na czworakach, gdy kule gęsto gwizdały. W ten sposób dopadliśmy lasu. Gdy noc zapadła, słyszeliśmy kroki. Byli to inni Żydzi, którzy zdołali się uratować. Pomiędzy nimi było też sporo dzieci. Nazajutrz zauważyliśmy mieszkańców, ale baliśmy się wychylić, aby nie zostać wydanymi w ręce Gestapo. Wreszcie przechodził jakiś stary człowiek. Wyszliśmy na drogę, mówiąc mu, że uciekliśmy z Ponar. Dał nam kawałek chleba i wskazał kierunek do Porubanka, lotniska podwileńskiego, gdzie pracowali Żydzi z getta. Gdy tam dobrnęliśmy, oni ukryli nas w kolumnie powracającej z pracy i w ten sposób dostaliśmy się do getta.”
    Na ogół liczbę Żydów, którym udało się uciec z zamieszania w Ponarach, obliczano na 500.
    W tym czasie doszła wiadomość, nadana przez polską stację „Świt” o powstaniu getta warszawskiego.
    Upiorny dar…
    Po upływie kilku dni po zakończeniu masakry tych transportów, władze getta ogłosiły, że otrzyma ono dar, dar w postaci ubrań zdartych z trupów ponarskich! W tym celu należy wysłać tam odpowiednią ekipę celem zgromadzenia wszystkich pozostałości. Nikt nie ośmielił się odmówić. Ekipy robotnicze wysłano i ubrania, naczynia domowe, rzeczy rozmaite, a nawet chleb wieziony przez skazańców, załadowano na ciężarówki i sprowadzono do getta. Wjechały one jak wozy pogrzebowe.
    Z początku Żydzi nie chcieli się zgłaszać po rozdawane „dary”, w końcu jednak rezygnacja, chłód, nędza przemogły wszelkie inne względy. Judenrat wyznaczył kobiety, które naprawiały i zaszywały podarte i przestrzelone ubrania. Po czym sporządzono listę najbardziej potrzebujących i rozdawano im w miarę zgłoszeń.
    – Nie chcesz nosić? To sprzedaj, gdy nie będziesz miał już nic do jedzenia.
    Koniec Jakuba Gensa
    Czy wiedział on, zadawano sobie wciąż pytanie, że pięć tysięcy Żydów, wywożonych rzekomo do Kowna, wyląduje nie w Kownie, a na Ponarach? Czy nie wiedział? – Zdaje się jednak, że on nie mógł nie wiedzieć, on, który rozporządzał przecie własną siecią szpiegowską. Wiedział i nie uprzedził. Więc mimo wszystko krwawy zdrajca?… Znaleźli się jednak tacy, którzy go wciąż bronili. Istotnie, w ostatniej chwili Gens zachował się w sposób nieoczekiwany. Kto jak kto, ale on miał sposobności sporo, by uciec. Tymczasem zostaje wezwany do Gestapo.
    Jeden z jego osobistych agentów zawiadomił go, że tym razem nie wróci już. Że zapadł wyrok śmierci i zostanie zastrzelony. Niech nie idzie, niech ucieka.
    – Jeżeli ja, komendant getta, ucieknę – odpowiedział Gens – tysiące Żydów przypłaci głową moje życie.
    Istotnie, nie wrócił już nigdy. Został zastrzelony dnia 15 września 1943 roku. Ustalono nawet nazwisko jego zabójcy. Był to gestapowiec, który się nazywał Neugebauer.
    Rot
    Tygodnik Ilustrowany (Londyn) 1950 nr 12-15, 9-30 kwietnia

  6. Igor Niefiedow said

    Nie wiem, jak we współczesnej Polsce odnoszą się do Romana Polanskiego i jego twórczości, ale uderzył mnie jego film „Pianista”, w którym właśnie pokazano obraz prawdziwego życia w warszawskim getcie. Niektórzy (bogaci Żydzi) spędzają życie w restauracjach, w luksusie i biesiadach. Za pieniądze kupują alkohol, narkotyki i prostytutki.

    W tym samym czasie inni Żydzi głodują na ulicach, a ich zwłoki tarzają się bez pochówku. Ale najsilniejszym odcinkiem tego filmu była scena, w której nie Niemcy.. nie – a sama żydowska policja opracowuje listy skazanych na zniszczenie w obozach koncentracyjnych!

Sorry, the comment form is closed at this time.