Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Tadeusz o Przez 37 lat, co dzień, wchodz…
    Tadeusz o Przez 37 lat, co dzień, wchodz…
    revers o Nie strasz, nie strasz, b…
    Krzysztof M o Dwa wektory hipokryzji
    Szczepan Zbigniewski o Nie strasz, nie strasz, b…
    Szczepan Zbigniewski o Nie strasz, nie strasz, b…
    revers o Aktualność geopolityki!?
    revers o Aktualność geopolityki!?
    bbebebe o Wolne tematy (82 – …
    kfskenve o Wolne tematy (82 – …
    Lily o „Papież Franciszek”jest naszą…
    revers o Nie strasz, nie strasz, b…
    AlexSailor o Kupiłeś „elektryka”? No to cię…
    Andy o Nie strasz, nie strasz, b…
    CBA o Wolne tematy (82 – …
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 625 obserwujących.

O modlitwie grzesznika, który nie chce porzucić grzechu – św. Jan Maria Vianney

Posted by Marucha w dniu 2020-03-15 (Niedziela)

Gdy zstąpił Jezus z góry, szły za nim wielkie rzesze.
a oto trędowaty przyszedłszy pokłonił się mu,
mówiąc: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić.
Mt 8,1-2

Kiedy czytam te słowa, wyobrażam sobie uroczyste święto, podczas którego tłumy ludzi idą do kościoła i zbliżają się do Jezusa Chrystusa, który dziś zstępuje już nie z góry, ale z nieba, na nasze ołtarze.

Wiara uczy nas, że Chrystus Pan to Król pośród Swojego ludu, Ojciec otoczony dziećmi, Lekarz – chorymi.

Jedni – temu Bogu, którego niebo i ziemia nie mogą objąć, oddają pokłon czystym sumieniem, jako Panu swoich serc. Prowadzi ich tu miłość, bo chcą złożyć Bogu dziękczynienie i wysławiać Jego wielkość — wiedzą też dobrze, że ten miłosierny Bóg obsypie ich różnymi łaskami, nie puści ich od Siebie z pustymi rękami.

Inni — przed tym niepojęcie czystym i świętym Bogiem stają okryci grzechami, ale widzą nieszczęśliwy stan, w jakim się znajdują, czują wstręt do swojego dotychczasowego życia, postanawiają poprawę, zbliżają się do Chrystusa z wielką ufnością, rzucają się do stóp najlepszego Ojca i składają Mu ofiarę skruszonego i upokorzonego serca. Dla nich, zanim jeszcze wyjdą z kościoła, już otworzy się niebo, a piekło się zamknie.

I jest jeszcze trzeci rodzaj ludzi. To grzesznicy, którzy w swoich nieprawościach śpią, którzy nie zamierzają porzucić swoich grzechów, a mimo to przychodzą się modlić.

Nie będę mówił o tych, którzy przychodzą na nabożeństwo z sercem czystym i miłym Bogu – ich zachęcam tylko do wytrwania. Grzesznicy skruszeni niech podwoją modlitwy, łzy i pokuty, a z pewnością znajdą przebaczenie, odzyskają przyjaźń Boga i prawo do nieba.

Ja będę dziś mówił o grzesznikach, którzy żyją tylko pozornie, bo dawno już poumierali. Modlitwa takiego grzesznika – grzesznika, który nie chce się poprawić – jest wedle Ducha Świętego obmierzła w oczach Pana. Jest czynnością śmieszną, pełną sprzeczności i kłamstwa. Jest zniewagą Boga. Posłuchajcie mnie chwilę, a sami się o tym przekonacie.

Nie będę długo zastanawiał się nad tym, jakie warunki musi posiadać modlitwa, żeby się podobała Bogu i przyniosła pożytek duszy. Nie będę wiele mówił na temat jej potęgi. Przypomnę tylko, że modlitwa jest słodką rozmową duszy z Bogiem – naszym Stwórcą, Panem i Celem Ostatecznym. Modlitwa jest obcowaniem nieba z ziemią. My posyłamy do nieba nasze modlitwy i czyny, a niebiosa zsyłają nam potrzebne do uświęcenia łaski.

Modlitwa podnosi naszą duszę i serce ku niebu i uczy nas gardzić światem i jego przyjemnościami. Modlitwa sprowadza Boga do nas, przenika niebieskie przestrzenie, wstępuje aż do tronu Jezusa Chrystusa, rozbraja sprawiedliwość Ojca, pobudza Go do miłosierdzia, otwiera skarby łask, wzbogacając tego, kto się dobrze modli. Żeby się o tym przekonać, wystarczy otworzyć księgi Starego czy Nowego Testamentu – one pokazują nam, że Pan Bóg nigdy nie odmawia tego, o co się modlimy w sposób właściwy.

Oto widzę trzydzieści tysięcy ludzi; ludzi, których Bóg – za ich grzech – postanowił zgładzić z powierzchni ziemi. Wtedy Mojżesz pada na kolana przed Panem i błaga Go o miłosierdzie. Zaledwie zaczął swoją modlitwę, a już zagniewany Pan zmienia Swój wyrok, obiecuje ludowi przebaczenie, Swoją przyjaźń i opiekę. Dokonała tego modlitwa jednego człowieka.

I znowu. Widzę Jozuego, który pragnie do końca wygubić wrogów, a tymczasem słońce chyli się już ku zachodowi. Pada więc na kolana, modli się do Pana, po czym rozkazuje słońcu zatrzymać się w biegu i słońce, niebywałym cudem, słucha jego głosu!

I znowu. Bóg posyła Jonasza do wielkiego miasta Niniwy – miasta grzesznego, które Pan za karę postanowił zniszczyć za czterdzieści dni. Kiedy Niniwici słyszą tę wieść, rzucają się wszyscy twarzą na ziemię i szukają ratunku w modlitwie. Pan natychmiast odwołuje Swój wyrok i spogląda na skruszonych mieszkańców Niniwy z dobrocią.

Kiedy skieruję wzrok w jeszcze inną stronę, zobaczę proroka Eliasza, który prosi Boga, żeby ukarał grzeszny lud i nie spuszczał na ziemię deszczu. I obłoki posłuchały Proroka natychmiast, bo przez półtora roku nie spadła ani kropla deszczu, dopóki z kolei nie poprosił Boga o zmiłowanie.

Kiedy ze Starego Testamentu przejdziemy do Nowego, zauważymy, że modlitwa nie traci wcale swojej mocy, natomiast pod panowaniem łaski staje się jeszcze skuteczniejsza. Popatrzcie na Magdalenę. Tylko rzuciła się do stóp Zbawiciela, a On od razu odpuścił jej grzechy i wypędził z niej siedmiu czartów. Piotr zaparł się swojego Mistrza i szuka pomocy w modlitwie – Zbawiciel patrzy na niego miłosiernie i przebacza mu. Gdyby zdrajca Judasz modlił się, zamiast rozpaczać, Pan również i jemu odpuściłby winy.

Naprawdę – dobra modlitwa jest tak potężna, że gdyby całe piekło, wszystkie stworzenia niebieskie i ziemskie domagały się zemsty i gdyby już Bóg miał spuścić pioruny Swojego gniewu na grzesznika, to mimo wszystko z całą pewnością przebaczy mu, byle tylko ten grzesznik padł na kolana, żałował za swoje grzechy, postanowił kochać Boga i błagał Go o miłosierdzie.

Jezus Chrystus przyrzekł uroczyście, że Bóg nie odmówi nam niczego, jeżeli będziemy Go prosić w Jego Imię. Jaka to słodka i pocieszająca dla chrześcijanina rzecz, że może otrzymać wszystko, o co będzie się modlić!

Spytacie mnie teraz, jaka powinna być modlitwa, żeby miała u Boga taką moc? Odpowiem krótko — musi być ożywiona żywą wiarą oraz mocną i stateczną nadzieją, że przez zasługi Jezusa Chrystusa otrzymamy to, o co się modlimy. Wreszcie, musi naszej modlitwie towarzyszyć gorąca miłość. Po pierwsze, musimy mieć przy modlitwie żywą wiarę. Dlaczego? Bo wiara jest fundamentem i podstawą dobrych uczynków – bez niej nie mają one zasługi na żywot wieczny. Na modlitwie powinniśmy być głęboko przejęci obecnością Bożą – powinniśmy być w tym podobni do chorego, którego trawi wysoka gorączka i któremu się zdaje, że widzi, że dotyka jakiegoś przedmiotu i nie chce uwierzyć, że to złudzenie i chorobliwy majak.

Z taką silną wiarą szukała Zbawiciela Maria Magdalena – szukała Pana, którego w grobie już nie zastała. Umysł jej był tak całkowicie pochłonięty Tym, którego szukała, że Chrystus nie mógł się dłużej ukrywać przed jej poszukiwaniem. Ukazał się jej w postaci ogrodnika i zapytał, za kim tak płacze i kogo szuka. A ta święta kochanka nie odpowiada Mu, że szuka Zbawiciela, ale woła:, „Jeśli Go zabrałeś, to powiedz, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę.” Jej wiara była tak żywa i gorąca, że gdyby nawet Jezus był na łonie Ojca, zmusiłaby Go do zejścia na ziemię! Niech tylko chrześcijanin z taką wiarą idzie przed oblicze Boga, a On na pewno nie oprze się jego prośbie.

Po drugie, z wiarą ma się łączyć silna i niezachwiana nadzieja, że Bóg udzieli nam wszystkiego, o co Go prosimy. Chcecie na to przykładu? Popatrzcie na niewiastę kananejską. Jej modlitwa była ożywiona wiarą i nadzieją tak silną, że nie przestała błagać i nalegać, póki Chrystus jej nie wysłuchał. Nie zwracała uwagi na to, że ją odpychano, że początkowo nawet sam Jezus zdawał się zatykać uszy na jej wołanie — rzuciła się na kolana i całą jej modlitwą były te słowa: „Zmiłuj się nade mną, Panie, Synu Dawidów.” I Jezus powiedział jej: „Niewiasto, wielka jest wiara twoja; niechaj ci się stanie, jako chcesz.” „I uzdrowiona jest córka jej od onej godziny.”

Taka wiara i taka nadzieja niosą triumf i usuwają wszystkie przeszkody na drodze zbawienia. Patrzcie, co mówi matka do swojego syna, Symforiana, kiedy ten idzie na męczeństwo: „Odwagi synu! Jeszcze chwila cierpliwości i twoją zapłatą będzie niebo!”

Powiedzcie mi, bracia, czy nie ta święta nadzieja podtrzymywała męczenników podczas tortur i katuszy? Święty “Wawrzyniec cieszy się, kiedy go kładą na rozpalonej kracie. Święty Wincenty zachowuje się spokojnie, choć oprawcy szarpią mu wnętrzności żelaznymi hakami. Kto im dawał tę nadludzką siłę do znoszenia tak okrutnych cierpień – jeśli nie nadzieja dóbr niebieskich? Czy nie ta sama nadzieja pomaga chrześcijaninowi usunąć wszelkie pokusy czarta i roztargnienia w czasie modlitwy? Wiara mówi mu, że Bóg go widzi, nadzieja zaś daje mu pewność, że kiedyś otrzyma wieczne szczęście.

Po trzecie, modlitwa chrześcijanina ma być ożywiona miłością. To znaczy, że powinien on z całego serca kochać dobrego Boga i ze wszystkich sił nienawidzić grzechu. Jeśli grzesznik się modli, to powinien szczerze żałować i chcieć coraz bardziej kochać Boga.

Kiedy święty Augustyn szedł do ogrodu na modlitwę, stawiał się w obecności Bożej i ufał mocno, że Bóg zlituje się nad nim, chociaż jest grzesznikiem. Na modlitwie opłakiwał swoje dawne błędy, przyrzekał zmienić swe życie i kochać Pana Boga z całego serca. Bo naprawdę – nie można jednocześnie kochać i Boga, i grzechu.

Chrześcijanin, który naprawdę kocha Boga, ma wstręt do tego, czego Bóg nienawidzi. Wynika stąd, że modlitwa grzesznika, który nie chce się poprawić, nie ma żadnej wartości. Modlitwa takiego grzesznika w ogóle nie posiada warunków, o których mówiliśmy. Jest więc czynnością w pewnym sensie śmieszną, pełną sprzeczności i kłamstwa. Popatrzmy na jego modlitwę – popatrzmy przez chwilkę, bo zresztą ledwo się taka modlitwa zacznie, zaraz się skończy.

Posłuchajmy, jak zachowuje się podczas modlitwy taki człowiek, ślepy i głuchy moralnie. Nie postępuje szczerze, kiedy się żegna i wypowiada Imię Przenajświętszej Trójcy. Można by wtedy powiedzieć do niego: „Przyjacielu, zaczekaj chwilę. Zaczynasz swoją modlitwę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. A zapomniałeś, że osiem dni temu byłeś w towarzystwie, w którym twierdzono, że ze śmiercią wszystko się kończy, czyli — co na jedno wychodzi – że nie ma Boga, piekła ani nieba? Jeżeli w to wierzysz, to twoja modlitwa jest tylko jałowym i pustym zabijaniem czasu.”

Powiecie może, że takie rozmowy zdarzają się rzadko. Mniejsza o to. Mimo to stanowczo twierdzę, że około trzy czwarte z tych, którzy są tu teraz w kościele, zatarło w swojej duszy obraz Trójcy Przenajświętszej i przez występki wygnało Boga ze swojego serca. Niejeden „zatwardziały grzesznik mówi na modlitwie: „Mój Boże, wierzę mocno, że jesteś tutaj obecny.” Przyjacielu! Przed Bogiem drżą Święci Aniołowie, którzy nie ośmielają się podnieść ku Niemu oczu, — którzy zasłaniają sobie skrzydłami twarze, bo nie mogą znieść blasku Jego Majestatu!

A ty, okryty grzechami, klękasz sobie na jedno kolano, a drugie trzymasz w powietrzu! A więc te słowa, które wychodzą ci z ust – że wierzysz w obecność Bożą – są czymś wstrętnym. Jesteś podobny do małpy, która naśladuje to, co widzi u innych. Taka modlitwa to czysta kpina.

Chrześcijanin, który wierzy – który jest przejęty do głębi obecnością Bożą zachowuje się na modlitwie pokornie, bo widzi z jednej strony wielkość Boga, a z drugiej swoją własną niegodność. Boi się, żeby ziemia się nie otworzyła i nie pochłonęła go żywcem. Jego serce jest pełne żalu, że obraził Boga tak dobrego i miłosiernego, a zarazem pełne wdzięczności, że ten Bóg chce go znosić w Swej obecności.

Natomiast dla grzesznika, który się nie chce zmienić, przeciwnie: kościół jest, że tak powiem, salą balową czy koncertową, nie domem Bożym! Bo czym się zajmujecie, kiedy idziecie na spotkanie towarzyskie? Ludźmi, których tam spotykacie. I tutaj też: wodzicie oczami na wszystkie strony, przyglądacie się ścianom, dekoracjom, witacie się ze znajomymi i rozmawiacie. Nie chcę tu już mówić o złych pragnieniach i spojrzeniach.

Żeby przynajmniej wasze myśli, kiedy jesteście w domu Bożym, były choćby tylko obojętne, a nie grzeszne! Ale wy przy modlitwie rozglądacie się na wszystkie strony, witacie wchodzących, rozmawiacie sobie z nimi, sprawdzacie, jak kto jest ubrany, stroje rozbudzają waszą ciekawość, a stąd rodzą się w duszy złe myśli i złe pragnienia.

Czy nie dzieje się tak nawet podczas Mszy Świętej? W modlitwie czasami mówicie do Boga: „Oddaję Ci cześć i hołd; kocham Cię, Panie, z całego serca”. Łudzisz się przyjacielu, ty wielbisz nie Boga, tylko swojego bożka. A twoim bożkiem jest ta młoda osoba, której oddałeś serce i którą bez przerwy zaprzątasz swój umysł. A twoim bogiem, kto jest, siostro? Czy nie ten młody człowiek, któremu starasz się przypodobać nawet w kościele – tu, gdzie powinnaś opłakiwać swoje grzechy i prosić Boga o przebaczenie?

Podczas modlitwy po głowie człowieka snują się jego ukochane przedmioty i to im kłania się on, jako swojemu „Bogu”. Raz staje przed tobą obżarstwo i domaga się od ciebie hołdu, bo rozmyślasz nad tym, co będziesz jadł, kiedy przyjdziesz do domu. To znowu owłada twoją duszą bożek próżności, bo myślisz sobie, jak to ludzie powinni cię wielbić i wysławiać. Wtedy jakbyś mówił do Boga: „Ustąp z tronu, zrób mi miejsce”. Straszne to jest, ale prawdziwe! Ile razy chcecie się komuś podobać, tyle razy waszym bożkiem jest pycha i próżność.

Innym razem panem i bogiem waszego serca okazują się chciwość albo nieczystość. W czasie Mszy Świętej lub w czasie modlitwy przychodzi wam do głowy zazdrosna myśl albo chęć zemsty. Jeśli kochacie dobrego Boga bardziej niż takie myśli, to szybko je odrzucicie. Ale jeżeli nie odpychacie ich od siebie, to okazujecie przez to, że wyżej cenicie takie myśli niż Boga, że są one godne tego, żeby królować w waszym sercu. Hołubiąc je z zadowoleniem i dobrowolnie, zachowujecie się tak, jakbyście mówili do Boga: „Boże, wyjdź z mojej pamięci, niech panem moich uczuć będzie zły duch”. Widzicie więc, że podczas modlitwy oddajecie hołd nie prawdziwemu Bogu, ale swoim złym skłonnościom i namiętnościom.

Powiecie może, że mówię za ostro. A ja wam powiadam, że mam rację. Bo przecież spowiednik namawia was, żebyście porzucili złe nałogi, knajpy, tańce, nieczyste myśli, łakomstwo: obiecuje wam za to łaskę Bożą, rozgrzeszenie, Boga w Komunii Świętej – a wy, co? Porzucacie grzech i poprawiacie się szczerze?!

Gdyby nasza główna namiętność mogła się pokazać naszym oczom — gdyby przyjęła materialną postać – to oglądalibyśmy ją przed sobą, jako rozłożystą gałąź z siedmioma głównymi grzechami. Modlitwa grzesznika nie łączy się z wiarą i nadzieją, które wśród najstraszniejszych katuszy stanowiły podporę męczenników.

Czy grzesznik, kiedy rozpoczyna modlitwę, myśli o nagrodzie niebieskiej? Wszystko ma w głowie w tym czasie, tylko nie Boga! Modli się tylko z doskoku, przy ubieraniu się albo przy pracy. Jego wyobraźnia jest zajęta pracą, a może nawet nienawiścią i zemstą, jest splugawiona nieczystymi myślami. W czasie modlitwy potrafi krzyczeć na dzieci czy domowników.

Jedyna nadzieja, jaką grzesznik żywi przy modlitwie, to ta, że szybko ją skończy. Gdyby wierzył w rzeczy ostateczne, gdyby się spodziewał dóbr wiecznych, nie szedłby za podszeptami ducha piekielnego. Naprawdę – zatwardziały grzesznik dokładnie stracił wiarę. To biedny człowiek, bo zły duch zamknął mu oczy – odebrał duchowy wzrok – i na cienkiej nitce trzyma go nad straszną przepaścią. Jego rany są tak głębokie, a choroba tak się zastarzała, że nie zdaje on sobie nawet sprawy ze swojego opłakanego stanu. Przypomina więźnia, który skazany na śmierć, bawi się wesoło, chociaż już niedługo zostanie wykonany wyrok. Na nic się nie przyda, że będziecie go przekonywać, że tylko patrzeć jak umrze – wysłucha tego tak, jakby mu ktoś przynosił wesołą wiadomość o tym, że czeka go wielkie szczęście.

O Boże, jak nieszczęśliwy jest stan grzesznika! Jeżeli żywi on jakąś nadzieję, to jest to nadzieja zupełnie zwierzęca. Szczęście zwierzęcia polega na jedzeniu, piciu i na przyjemnościach cielesnych. I grzesznik też – nie zna innego szczęścia niż to. Chodzi jeszcze wprawdzie na Mszę Świętą i odmawia jakieś modlitwy, ale nie robi tego w intencji podobania się Panu Bogu i zbawienia swojej duszy, ale z prostego zwyczaju i z rutyny, jakiej nabrał od młodości. Gdyby niedziela wypadała raz do roku albo raz na dziesięć lat, to on pokazałby się w kościele raz na rok albo raz na dziesięć lat.

Chodzi do kościoła tylko dlatego, że inni to robią. Dlatego nadzieję grzesznika naprawdę można porównać z nadzieją zwierzęcia, którego szczęście polega na doczesnym używaniu. On postępuje tak, jakby po śmierci nie było już niczego, jakby ze śmiercią wszystko miało się zakończyć. Na próżno, kochany Zbawicielu, na próżno umarłeś za takich grzeszników, którzy poniżają się nieraz gorzej niż podłe zwierzęta!

Powiedziałem wcześniej, że modlitwa dobrego chrześcijanina powinna być ożywiona miłością Boga i nienawiścią grzechu, jako największego zła, a także szczerym pragnieniem unikania tegoż grzechu i tępienia go na każdym kroku. Jednak i tego warunku nie spełnia modlitwa grzesznika, który w ogóle nie żałuje tego, że obraził dobrego Boga, skoro bez przerwy krzyżuje Go w swoim sercu.

Kiedy odmawia akt skruchy, zabawia się w kłamcę i zwykłego błazna. Niech sobie mówi: „Boże, Ty widzisz moje grzechy, ale patrz również na skruchę mego serca.” Gdzie ten twój żal człowieku? Przechwalasz się tylko, ale skruchy w sobie nie masz. Mieli ją święci pustelnicy żyjący po lasach — ludzie, którzy w dzień i w nocy opłakiwali swoje grzechy. Gdybyśmy przeszli szczegółowo każdą modlitwę, którą odmawia grzesznik, dostrzeglibyśmy tam same fałsze i obłudę.

Czytamy w Ewangelii, że żołnierze wprowadzili Jezusa Chrystusa do pretorium, zdjęli z Niego szaty, zarzucili Mu na ramiona szkarłatny płaszcz, wcisnęli na Jego skronie cierniową koronę, bili Go kijami po głowie, policzkowali Go, pluli Mu w twarz i prześmiewczo zginali przed Nim kolana. Czy może być większa zniewaga niż ta? Tak samo postępuje grzesznik, który wcale nie ma zamiaru się poprawić. Bo w swoim sercu na nowo krzyżuje Chrystusa i zadaje Mu obelgi, jako że wszystko co robi, robi po to, żeby Zbawicielowi zadać nową śmierć – gdyby tylko mógł On jeszcze raz umrzeć.

Jak długo więc trwamy w grzechach, tak długo wzorem Żydów krzyżujemy Chrystusa w swoich sercach, a wzorem żołnierzy szyderczo zginamy przed Nim kolana, przybierając z zewnątrz postawę modlitwy.

Powiecie może:, „Ale my tego nie chcemy, kiedy zabieramy się do modlitwy. Niech nas Bóg broni od podobnych bluźnierstw!” Piękna wymówka! Kto grzeszy, nie chce stracić łaski, a przecież ją traci. Czy z tego powodu jest mniej winny? Potępieńcy, którzy się teraz palą w piekle, też nie mieli ochoty iść na potępienie. Ale czy są z tego powodu mniej winni? Nie. Bo wiedzieli dobrze, że przez taki a taki czyn albo przez takie a takie słowo dopuszczają się grzechu śmiertelnego.

Grzesznik, który się modli, nie ma zamiaru naigrawać się z Boga, a przecież się naigrawa, kiedy na przykład, nie chcąc powstać z grzechu, mówi: „Boże mój, kocham Cię”. Bo nie kocha Stwórcy, skoro kocha grzech. Taka modlitwa nie może być aktem pobożności; ona jest obłudą, a fałszem i obłudą nie można Bogu oddawać czci. Jest haniebną zniewagą, jeżeli na ustach mamy imię Jezusa Chrystusa, a jednocześnie w sercu Go krzyżujemy…

Przyznacie więc, że modlitwa grzesznika jest samym tylko splotem kłamstw i sprzeczności. Potwierdzają tę prawdę słowa Ducha Świętego:, „Kto odwraca uszy swe, aby nie słuchał zakonu, modlitwa jego obrzydła będzie.” Niestety, może połowa tych, którzy mnie teraz słuchają, należy do rzędu tych zaślepieńców!

A przecież ci ludzie stoją tu spokojni – moje słowa ich nudzą, jakby wcale ich nie obchodziły. Diabeł ich zaślepił, omotał ich serce i zamienił je w kamień. O, drogi Boże, do jak okropnej przepaści wiedzie człowieka grzech!

Ale może powiecie: „Z tego wynika, że trzeba przestać się modlić, skoro to tak bardzo znieważa Boga”. Nie o to mi chodziło, kiedy dowodziłem, że wasze modlitwy w stanie grzechu są kłamstwem. Chciałem tylko, żebyście wołali do Boga: „Boże, ja Cię teraz nie kocham, ale spraw, żebym Cię kochał”. Zamiast mówić: „Boże, bardzo żałuję, że Cię zasmuciłem” – mówcie raczej: „Boże, nie czuję żalu za grzechy; udziel mi skruchy, której tak bardzo potrzebuję. Niech porzucę złości, niech się ich boję. O, Boże, spraw, żebym występek miał w wiecznej nienawiści, dlatego, że to Twój największy wróg – wróg, który spowodował Twoją mękę i śmierć krzyżową, który pozbawia człowieka Twojej łaski i przyjaźni i na zawsze oddziela go od Ciebie”.

Spraw, Boski Zbawicielu, żeby nasze modlitwy pochodziły z serca wolnego od grzechu i kochającego Ciebie.

Amen.

https://www.ekspedyt.org

Komentarzy 5 do “O modlitwie grzesznika, który nie chce porzucić grzechu – św. Jan Maria Vianney”

  1. errorous said

    ANAGOGIA I STRAŻ SERCA

    W walce z myślami musimy nabyć odruchu chro­nienia się w Bogu, z którego zresztą nie powinniśmy nigdy wychodzić, ale wszystko wykonywać w Jego obecności. Nasza kondycja ludzka sprawia, że z Nie­go wychodzimy. Będąc poza Nim, jesteśmy bezbronni i musimy wciąż do Niego powracać. Kiedy doświad­czamy ataku złych myśli, powinniśmy chronić się w Nim, w górze, w sali górnej, jak Apostołowie, któ­rzy w ten sposób odnaleźli się w Bogu i uciekli przed Żydami. W języku greckim sala położona na górze to anagaion. Święty Jan od Krzyża wiele razy mówi o odruchu anagogicznym, który polega na wznosze­niu się ku Bogu w razie ataku, a zatem na przeby­waniu w górnej sali naszej duszy. Piękna nierządnica z apoftegmatu Jana Karła praktykuje anagogię, po­dobnie jak i on sam. W innym, równie wspaniałym apoftegmacie Jan wyznaje:

    ,Jestem jak człowiek, który siedzi pod wielkim drze­wem, a widzi, że zbliżają się do niego różne dzikie zwie­rzęta i gady: kiedy już nie miał sił do walki z nimi, wdrapuje się na drzewo i tak ratuje życie. Podobnie więc i ja; siedzę w celi i widzę atakujące mnie złe myśli, a kiedy nie mam już siły do walki, uciekam się do Boga przez modlitwę, a On mnie ratuje od wrogów” [Abba Jan Karzeł (Kolobos), Apoftegmat 12 (327), w: Apoftegmaty Ojców Pusty­ni].

    Potrzeba więc, aby „już nic nie zdołało […] wy­prowadzić [nas] z Ciebie, o Ty, [nasz] Niezmienny, lecz niech każda minuta coraz głębiej zanurza [nas] w Twoją Tajemnicę” (MT).

    Teresa z Awili mówi, że trzeba przejść przez to ziemskie życie z bronią w ręku, zachowując czujność wobec zakusów demona, przewrotnego węża, któ­ry swoimi podszeptami usiłuje sprawić, by w sercu człowieka zrodziło się przyzwolenie, z przyzwolenia zbliżenie, a ze zbliżenia czyn. „Wąż ma taką budowę ciała, że kiedy wsunie głowę, nie można już zmusić go do wycofania się” [Grzegorz z Nyssy, Oratione domenica IV, PG 44]. „Trzeba zatem obserwować gło­wę węża, aby ją natychmiast zmiażdżyć, gdy tylko się podniesie” [Nil z Ancyry, De monastica exercitatiom, 39, PG 79]. Reakcja będzie tym łatwiejsza, im dalej od serca znajduje się demon. Gdy zacznie on już wni­kać do wnętrza, usunięcie go stanie się o wiele trud­niejsze, biorąc pod uwagę jego pokrytą łuskami skórę.

    „Musimy dokładnie pamiętać o zaleceniu, by z całą pilnością strzec swojego serca i zgodnie z najważniej­szym przykazaniem Bożym czujnie obserwować groźny łeb węża, to znaczy początek złych myśli, poprzez któ­re diabeł usiłuje wślizgnąć się do naszej duszy. Nie po­zwólmy, aby wskutek niedbalstwa nasze serce zostało opanowane przez całe ciało węża, którym jest przyzwo­lenie na pokusę. Nie ma wątpliwości, że kiedy wąż raz dostanie się do wnętrza, doprowadzi swoim jadowitym ukąszeniem naszego uwięzionego ducha do zguby” [Jan Kasjan, De institutis coenobiorum, SCh 109].

    Innymi słowy, im pilniej będziemy zwalczać złe myśli u ich początków, chroniąc się w całkowitym zaufaniu Bogu, tym łatwiejsza będzie walka. Pewien apoftegmat zaleca, aby „być strażnikiem swojej duszy i nie wpuszczać do niej nikogo obcego, pytając: Na­leżysz do naszych czy do nieprzyjaciół?” [Apoftegmat anonimowy, PG 87]. Przeciw­nie, im chętniej pozwalamy, aby złe myśli nabierały mocy i wzbudzały w nas fascynację, a nie szukamy oparcia w całkowitym zaufaniu Bogu, tym słabsze staje się nasze trwanie w Nim. Istnieje jednak o wiele pewniejszy sposób obrony polegający na odrzuceniu wszelkich myśli, bez tracenia czasu na ich selekcję, ponieważ dokonując wyboru, mimo wszystko nara­żamy się na utratę prostej uwagi skierowanej ku Bogu, na utratę prostej wiary.

    „Demon bowiem, będąc rozumem niecielesnym, może zwieść duszę jedynie przez wyobrażenia i myśli. […] Czuwaj, abyś nigdy nie miał w sercu żadnej myśli, ani rozumnej, ani nierozumnej, tak abyś w ten sposób ła­twiej poznał Filistynów – pierworodnych synów Egip­cjan (tj. duchowych wrogów)” [Hezychiusz z Synaju, O czujności i modlitwie, w: Filokalia. Teksty o modlitwie ser­ca, przekład i opracowanie J. Naumowicz, Wydawnictwo M – Tyniec Wydawnic­two Benedyktynów, Kraków 1998, s. 174].

    „Ten, kto prowadzi wewnętrzną walkę, w każdym czasie winien posiadać następujące cztery rzeczy: pokorę, naj­wyższą uwagę, odpieranie pokus i modlitwę. […] Uwagę – aby zachować serce zawsze wolne od wszelkiej myśli, nawet gdyby wydawała się ona dobra” [Tamże, s. 169].

    Serce powinno zatem odrzucać wszystkie rodzące się myśli, nie tracąc czasu na ich analizowanie, choćby były zupełnie nieznaczące, a jedynie trwać z ufną prostotą w Bogu. Początkowo myśli te mogą wyda­wać się miłym odprężeniem czy ukojeniem, ale dusza natychmiast dostaje się pod bezlitosne jarzmo Sza­tana. Nie ma ono nic wspólnego z lekkim i słodkim jarzmem Chrystusa prowadzącego nas do wolności. „Człowiek, który wątpi w to, że Bóg może przyjść mu z pomocą w pięknym dziele, lęka się własnego cie­nia” [Isaac le Syrien, Discours 5], a mistrzem we wzbudzaniu lęku jest demon.

    Tego pięknego milczenia dziecka Bożego, jak wszystkiego, co przeżywamy prawdziwie w Bogu, nie można osiągnąć od razu. Realizuje się ono na drodze stopniowego rozwoju, poczynając od milczenia zdo­bywanego w trudzie, niekiedy wymuszonego, aż po pełne słodyczy milczenie spoczynku na sercu Jezusa, milczenie zdania się, prostej otwartości na Słowo, jak to przeżywał święty Jan oparty na piersi Jezusa pod­czas Ostatniej Wieczerzy.

    „Na początku to my sami zmuszamy się do milczenia. Następnie z naszego milczenia rodzi się coś, co pociąga nas ku milczeniu. Oby Bóg pozwolił ci poczuć to coś, co rodzi się z milczenia. Jeśli będziesz je praktykował, nie potrafię wprost powiedzieć, ile światła powstanie w to­bie […]. Dzięki takiemu sposobowi działania po jakimś czasie w sercu rodzi się pewne uczucie słodyczy i ciało, niejako gwałtem, zostaje wdrożone w trwanie w mil­czeniu” [IZAAK Syryjczyk, De perfectione religiosa C 65].

    Jeśli Elżbieta od Trójcy Świętej mówi o milcze­niu, o dodatkowym człowieczeństwie (por. MT), jako o celu do osiągnięcia, który zawierza Bogu, to zna­czy, że jeszcze do niego nie doszła. Kiedy w 1904 roku pisze słynny wiersz Uwielbiam Cię, mój Boże, Trój­co Święta czy wiersz 110: Gdzie Światłość jest moim Mieszkaniem – Boskiego Oblicza wdzięki [W wydaniu polskim tytuł wiersza brzmi: W głębokiej ciszy Twego wiecznego Bytu. [Przyp. tłum].], wyraża w nich pragnienie doskonałego milczenia własnego „ja”, którego jeszcze nie osiągnęła, skoro mówi: „Gdy z siebie zupełnie odarta, Odzieję się Tobą – Piękności!”.

    To znaczy, że nie doszła jeszcze do zupełnego ogo­łocenia, do doskonałego milczenia. Dwa lata później, w 1906 roku, wypowiada się w wierszu inaczej: „Zginęłam we Wnętrzu Trójcy… 0, Boska Przepaści Głębino! Żegnaj, wybrzeże dalekie, Odpływam już w Nieskończoność, Gdzie moi Trzej mym Dziedzictwem! 0 Matko! – To Niezmierzoność” (ETP116).

    W ciągu dwóch lat została zanurzona w Bogu, w milczeniu błogosławionych, w błogosławionym wyjściu z siebie. Całe jej życie stało się jednak poszu­kiwaniem wielkiego milczenia wewnętrznego, któ­re pozwala Boskiemu Bytowi odcisnąć w niej swoje podobieństwo. Milczenie umożliwia odbicie obrazu, a identyczność jego piękna będzie doskonała jedynie wówczas, gdy dusza już nie znajdzie w sobie żadnego obrazu pozostającego po własnym „ja”, które powin­no zostać opróżnione z siebie.

    „Przemiana, wieczności warta, Uczyni mnie Tobą w miłości, Gdy z siebie zupełnie odarta, Odzieję się Tobą – Piękności!” (ETP110).

    „Tam Mu oddałam siebie i swoje czyny, Nie zostawiwszy żadnej własności, I tam przyrzekłam być Jego w miłości” (PD, strofa 27).

    Trzeba oddać całe „ja” z jego zgiełkiem, aby Bóg mógł dać nam własne milczenie, które jest tak na­prawdę Nim samym, milczeniem, w którym spoczy­wa Jego Słowo. Podobnie jak wszyscy święci, musimy jednak zdawać sobie sprawę, że wyjście z siebie jest owocem bardzo długiej pracy. Dlatego też Elżbieta po­przez swoje wiersze uświadamia i odsłania nam fakt, iż ona sama osiągnęła to dopiero pod wieczór życia, w tym samym roku, w którym odeszła do nieba.

    Według Ewagriusza z Pontu istnieje osiem głów­nych myśli, osiem rodzajów logismoi, czy też osiem powodów przerwania milczenia wewnętrznego: py­cha, próżna chwała, chciwość, gniew, łakomstwo, nieczystość, smutek, acedia. Wszystkie one czerpią moc z faktu, że im ulegamy, ponieważ schlebiają czło­wiekowi staremu. Wnikają w nas i wąż znowu poja­wia się in situ [in situ (łac.) – ‚na miejscu’. [Przyp. tłum.]] dzięki naszemu przyzwoleniu na jego schlebiające sugestie. „Kiedy zdoła wsunąć głowę, nie można już przeszkodzić mu we wciągnięciu reszty ciała” [Grzegorz z Nyssy, Oratione dominica IV, PG 44]. Odtąd przebywa w nas i swoimi podszeptami rozbudza wewnętrzny dialog. Jeśli wskutek przyzwo­lenia na jego sugestie dojdzie do upadku, wąż może poprzez kolejne upadki sprowadzić na duszę taką nie­moc, iż staje się jego niewolnicą i nie potrafi zrzucić jego jarzma; znowu poddaje się namiętnościom, suge­rując się logismoi i przyzwalając na nie.

    Powinniśmy wiedzieć, że zwycięstwo w tej mate­rii nie zawsze jest osiągalne w krótkim czasie. Dusza, która ma silną skłonność do upadków w sferze próż­nej chwały i pychy, jest przekonana, że dzięki mo­dlitwie już odniosła zwycięstwo. Nabiera wysokiego mniemania o sobie, traci czujność i wskutek braku uważności wpada w inne myśli jeszcze bardziej nie­bezpieczne. Jest to jedna z klasycznych taktyk demo­nów polegająca na uśpieniu naszej czujności.

    „Są dwa stany pokoju duszy: jeden wyrasta z natural­nego zasiewu cnót, drugi zaś powstaje, gdy wycofują się demony. Pierwszemu towarzyszy pokora ze skruchą, łzy, bezgraniczne pragnienie Boga i niezmierna gorliwość w pracy. Drugiemu natomiast – próżna chwała wraz z pychą wskutek zniknięcia innych demonów, po­ciągające mnicha do upadku” [Ewagriusz z Pontu, O praktyce [ascetycznej] 57].

    Czujność wobec myśli i ich następstw oraz ucieka­nie się do Boga powinny towarzyszyć nam w każdej chwili, jeśli chcemy zachować pełne adoracji milcze­nie i nie runąć w przepaść. Kiedy Mała Teresa doszła już do wielkiej prostoty, pokornej i uległej, wyznała na łożu cierpienia: „Och, gdybym była niewierna, gdybym popełniła naj­mniejszą niewierność, czuję, że przypłaciłabym to straszliwym niepokojem i nie potrafiłabym przyjąć śmierci. […] «O jakiej niewierności mówisz?». O pysz­nej myśli dobrowolnie podtrzymywanej. Gdybym sobie na przykład powiedziała: Zdobyłam taką cnotę, jestem pewna, że mogę ją praktykować. Byłoby to wówczas opieranie się na własnych siłach, a wtedy ryzykuje się upadek w przepaść” [ Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Żółty zeszyt].

    Jeśli jednak upadniemy, a w tej walce, zanim do­trzemy do serca pokory, upadamy wielokrotnie każ­dego dnia – skoro nawet sprawiedliwy grzeszy siedem razy dziennie (por. Prz 24, 16) – powinniśmy natych­miast powstawać z pomocą Chrystusa, nie polegając wcale na własnych siłach i cnotach w urzeczywistnia­niu tego powrotu. Gdyby nam się powiodło, byłby to jedynie pozorny sukces, poprzez który moglibyśmy wpaść w pychę. Powinniśmy polegać jedynie na wie­rze i pokorze, które przerywają w pół słowa wszelkie logismoi. Wiara i pokora opierają się na zaufaniu i po­wierzeniu siebie miłosierdziu Bożemu. Przywracają milczenie wewnętrzne poprzez przyjęcie Bożego prze­baczenia. Ofiarowują Bogu przestrzeń dla powrotu.

    Jeżeli co chwila upadam, w wierze pełnej ufności, będę przez Niego podniesiona, i wiem, że On mi przebaczy, że wymaże wszystko z zazdrosnym zatroskaniem, a po­nadto «ogołoci» mnie, «uwolni» od wszystkich moich nędz, od tego wszystkiego, co jest przeszkodą dla Boże­go działania” (OR 31).

    Milczenie będzie wymagało trwania w stanie cią­głej czujności, z bronią w ręku – jak mówiła święta Teresa – aby stawić czoła owym ośmiu podszeptom. Również Jan Klimak, nie bez poczucia humoru, stwierdzał: „Kot obserwuje myszy; wewnętrzna ak­tywność hezychasty polega na obserwowaniu ducho­wych myszy logismoi” [Jan Klimak, Scala Paradisi, 27, PG 88].

    Hezychia. Karmelita Bosy, Hezychia. Droga nadprzyrodzonego pokoju i płodności eklezjalnej

  2. Boydar said

    Św. Jan Maria Vianney pojechał po bandzie ostro, prawie jak Szczakiel albo Jancarz.

    Ale nie powiedział wszystkiego. Bowiem jego punkt widzenia był niestety ograniczony, może nawet nie wiedział.

    Bez tego czego w liście nie ma, nikt tego przesłania nie przyjmie do praktycznej wiadomości i użytku.

  3. Marucha said

    Re 2:
    Czego w liście nie ma?

  4. Boydar said

    że Pan Bóg o tych wszystkich aspektach wie lepiej od nas i świętobliwego Vianney’a też.

    Powinien wiedzieć też czym są natręctwa, oraz że gdyby nie te wszystkie „błędy” o których wspomina (słusznie, ale przerysowane) to on sam by zapewne się nie urodził. Tak czy inaczej, naświetlił z jednej strony, pomijając inne istotne.

    Powtórzę – bez tego czego nie uwzględnił, tekst do rozumu ogółu nie trafi. Jest tylko krytyką, bez światełka w tunelu.

    ————
    Ależ nie jest taki. Niech Pan uważnie przeczyta.
    Admin

  5. Boydar said

    No właśnie, – „uważnie”. To jest skierowane do ludu, nie do patologa. Bo patolog faktycznie w końcu znajdzie.

    Nie ma co tego rozbierać, i tak dobrze że ktoś temat poruszył. Bo to fundament zawierzenia Bogu. Zrozumienie relacji.

    Obrzygany nie pójdzie w gości. A tu właśnie ma iść, i to mus w sobie przełamać, ale najpierw trzeba pojąć, że tak właśnie trzeba.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: