Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    NICK o Wolne tematy (64 – …
    revers o Facet o ksywce „Margot”
    revers o Wolne tematy (64 – …
    NICK o Wolne tematy (64 – …
    NyndrO o Wolne tematy (64 – …
    Anucha o Wolne tematy (64 – …
    Lily o Wolne tematy (64 – …
    Yagiel o Wolne tematy (64 – …
    NyndrO o Wolne tematy (64 – …
    lelumpolelum o Wolne tematy (64 – …
    Katarzyna T o Wolne tematy (64 – …
    I*** o Instytut Rodła we Wrocław…
    Wielka Kopa Tatry o Wolne tematy (64 – …
    NICK o Wolne tematy (64 – …
    jasiek z toronto o Pierwszy „historyk” RP – premi…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 524 obserwujących.

Henryk Sienkiewicz – Szkice amerykańskie: podróż z San-Francisco do Los-Angeles

Posted by Marucha w dniu 2020-07-09 (Czwartek)

Nie pamiętam, czym opisywał już pierwszą moją podróż z San-Francisco do Los-Angeles. Upłynęło od tego czasu ze sześć miesięcy. Kolej żelazna nie była jeszcze wówczas skończona, odbywałem więc drogę oceanem Spokojnym.

Statek „Mohongo,“ stary weteran, kursujący niegdyś między Chinami a Kalifornią, pełni obecnie takąż samą służbę między San-Francisco a San-Diego.

Wydostawszy się z olbrzymiej zatoki San-franciskańskiej, przez tak zwaną Złotą Bramę (Golden-Gate) na Ocean, i przepłynąwszy koło skał Clif-Housu, słynnych z mnóstwa lwów morskich, płynęliśmy na południe, ciągle wzdłuż brzegów. Pogoda była prześliczna.

Ocean Spokojny nigdy nie wydał mi się bardziej zasługującym na swą nazwę. błękitna, a gładka jak zwierciadło toń jego zlewała się łagodnie w oddali ze sklepieniem nieba. Czasem tylko, na owych dwóch błękitach niebios i morza, zaczerniała, na kształt chmurki, smuga szarego dymu; to jakiś parowiec pasażerski, przewożący ludzi i towary z wysp Sandwich do Kalifornii, wyrastał zwolna, jak gdyby z pod toni, na krańcu widnokręgu: czasem zabielał żagiel rybackiego skuneru.

Czarne pobrzeżne skały wydawały się z daleka jakby całkowicie pokryte jakimś olbrzymim robactwem, poruszającym się i pełznącym na kształt liszek, lśniących od wilgoci porannéj. Były to lwy morskie. Niektóre z nich, za zbliżeniem się statku, rzucały w wodę swe cielska, pod których ciężarem fala rozbryzgiwała się w tysiączne rzuty; inne, zwłaszcza stare samce, podnosiły głowy i, otwierając paszcze, witały nas rykiem buhajów; mniejsze o połowę samice szczekały jak stada psów.

Rój szarych i białych mew unosił się nad tymi ruchliwymi skałami, a wyżej jeszcze świeciło gorące podzwrotnikowe słońce. Widziany z dala wysoki brzeg piętrzył się wyniosłymi urwiskami, z poza szczytów których wyglądały zielone wierzchołki drzew. Gdzieniegdzie strumień spadał białą jak mleko kaskadą z wysokości kilkudziesięciu stóp. Czasem mignęła chata rybacka, malutka, przylepiona jak chrząszczyk, albo jak skorupa ślimaka do skały.

Słowem: był to śliczny krajobraz morski, pełen prostoty, słońca, powietrza i wody. Podziwiało go całe nasze towarzystwo: w kajutach na dole nie było nikogo. Wszyscy siedzieli na pokładzie. Na twarzach malowało się zadowolenie. Pogoda piękna, krajobraz piękny, morskiej choroby nie ma: stary „Mohongo“ drży, jakby chciał wytrząść z siebie maszynę. Niech sobie drży! nie dbamy o to i płyniemy dalej. Takie usposobienie panuje wszędzie i na każdym statku w czasie pogody.

Chorzy czują się zdrowsi, smutni weselsi. Jedziemy naprzód; za nami ciągnie się szeroki szlak zbitej kołami statku piany, nad nami ciągną mewy. Bawimy się, rzucając im ogryzki jabłek. Za każdym ogryzkiem rzuca się ich kilkanaście w wodę, powstaje krzyk, hałas i zamieszanie: jedna porywa za ogryzek i krzyczy z radości, inne ze złości, jeszcze inne wymyślają sobie zapewne wzajemnie, aż tu nowy ogryzek zatacza łuk ku morzu i znowu toż samo, a my śmiejemy się, jakby z najdowcipniejszej krotofilni. Takie to są zabawy podróżników.

Po chwili inna nowość: co to takiego? co to takiego? wołają w okręcie. Oto żółw morski zaplątał się w koła, statek zwalnia, majtkowie wyciągają nieszczęśliwego żółwia, a steward okrętowy zapewnia, że zjemy go w wieczornej zupie. Odpowiadamy ogółem: „hurra!“ Niektórzy mają ochotę się kąpać; inni, a między nimi i ja, słuchają opowiadań podróżnika i kłamcy. Indywiduum podobne znajduje się na każdym okręcie. Ma papierowy kołnierzyk, kapelusz z wystrzępionym koliskiem i trzyma ręce w kieszeniach. Zapewnia nas, że niedługo ujrzymy latające ryby. Wezwawszy na pomoc zoologiczne wspomnienia, przerywam mu nieśmiało i pytam, czy nie sądzi, że latające ryby znajdują się tylko w wodach znacznie bliższych równików?

— Tak? — pyta niezmieszany wcale, przymrużając jedno oko — a widziałeś pan kiedy węża morskiego?
— Nie.
— To bardzo dobrze, bo i ja nie widziałem.

Wszyscy w śmiech, a bywalec odnosi nade mną stanowcze zwycięstwo, ponieważ nie ma już mowy o rybach latających, ale o wężu morskim, którego nie widzieliśmy obaj.

Jak żyję nie widziałem tak wesołego towarzystwa. Z lada powodu śmiejemy się wszyscy jak dzieci. Oto, np. z pod pokładu wychyla się kosooka głowa chińczyka, rozgląda się głupowato po pokładzie, i woła przez nos: „Jeh-hang!“ „Jeh-hang!“ Na pokładzie niéma żadnego Jeh-hanga, ale natychmiast wszyscy poczynają wołać: „Jeh-hang!“ na całym okręcie rozlega się Jeh-hang! na wszelkie pytania usłyszysz jedyną odpowiedź: „Jeh-hang!“ Radość ogólna. Myślę, że dostałem się do czubków, ale i sam nie jestem lepszy od innych.
Schodzimy na obiad. Dają nam rosół żółwi z pieprzem, wołowinę z pieprzem, słowem sam pieprz. Nawet amerykanom go za dużo. Jedni się śmieją, drudzy gniewają na kucharza, trzeci wołają ironicznie na stewardów, że za mało pieprzu. Tymczasem w sali zapala murzyn lampy, obiad się kończy, i wychodzimy znów na pokład.
Na pokładzie zmiana: słońce zachodzi. Niebieskie i białe światło dnia wsiąka w siebie stopniowo złoto i czerwoność: powietrze świeże, trochę słone, przejęte na wskroś zdrowym zapachem ropy morskiej. Ocean, który przez cały dzień był bez zmarszczek, staje się jeszcze gładszy. Po prostu usypia. Nagle jednak to szklane przezrocze zaczyna jakby pękać w długie rysy. Rysy te, w kształcie łuków lub krętych linii, to pojawiają się, to nikną; nareszcie powód wyjaśnia się: nad powierzchnią wody spostrzegam czarną trójkątną płetwę, potem drugą i trzecią. Podróżni pokazują je sobie palcami: to żarłacze (rekiny) krążą koło statku.

Wkrótce jest ich coraz więcej. Nie wiem, igraszka li to, lub gonitwa miłosna? Czasem potworny grzbiet razem z płetwą wychyla się do połowy z wody. Widać go doskonale w czerwonych promieniach zachodu, w których krople wody, spływające ze skrzeli, wyglądają jak krople krwi. Ruchy potworów szybkie, niezmiernie ciche, nie burzą wody, płetwy rozcinają gładką powierzchnię, tworzą się rysy, które zagładzają się natychmiast i wszystko się uspakaja.

Jeden z nich przewraca się nagle na bok, nie dalej jak o trzydzieści kroków od statku. Widzę dokładnie, przez przezroczystą wodę, jego szczękę górną, znacznie wystającą naprzód, i dolną, umieszczoną jak gdyby w szyi. Na okręcie krzyczą: „dostrzegł coś i rzuca się,“ ale potwór niknie spokojnie pod wodą, a za nim kryją się po kolei i inne.

I znowu widać tylko gładką spokojną toń. Żarłacze nie oddaliły się jednak, wpłynęły tylko na złoty niezmiernie świetny szlak, usłany przez zachodzące słońce na wodzie. Na szlaku tym nie możemy ich dostrzec, bo oczy nasze mrużą się pod nadmiarem blasku. Ale słońce zajdzie wkrótce. Promienna jego głowa już tylko do połowy wygląda z wody. Po chwili już tylko złote warkocze leżą na fali: głowa zasunęła się za toń daleką. Jeszcze minuta, słońce zaszło.

Co za cudowna chwila teraz. Szeroka smuga wody w kierunku słońca świeci jeszcze, lśni, błyszczy się, mieni i gra barwami, jakoby oświecona z pod spodu. Ta droga złocista ginie na krańcu widnokręgu w morzu z purpury. Nie umiem, nie umiem tego wszystkiego opisać! Mimo woli pytasz się, czy ta droga nie prowadzi do jakiej krainy zaziemskiej, gdzie wszystko jest piękne, nieśmiertelne, gdzie miłość jest wieczna, gdzie poetyczna cisza i upojenie wiecznie panują. Nie wstydzisz się marzeń i poetycznych uniesień. Chciałbyś płynąć tam, goniąc za światłem jak ptak. W owych blaskach migają jakieś wysepki.

— Co to za wysepki — pytam majtka.
— Endżel ailand (Angel Island), anielska wyspa.

I doprawdy, nie tylko wyspa, ale wszystko tam było anielskie.

Co za przepych barw. Całe niebo płonie czerwono, druga zorza pali się w oceanie. Czarne skały nadbrzeżne, połyskujące wilgocią, wyglądają jakby oblane krwią. Mewy pławią się w świetle czerwonym. W tym wszystkim tkwi ogromna jakaś prostota. Na górze niebo, w dole morze, kawał skalistego brzegu, i jeden okręt na niezmiernych przestrzeniach: jedna mała czarna łupinka, i więcéj nic. Bo też niéma nic prostszego nad majestat.

Mijamy Endżel ailand. Zorze gasną. Na purpurowe jeszcze, ale mroczące się już tło, wychodzi jedna gwiazda, druga. Na przednim maszcie rysuje się w sieci lin czarna postać majtka. Po chwili zapalają błękitną latarnię; maszyna świszcze, zawijamy do jakiegoś portu. Statek idzie bardzo powoli, ale coraz więcej skręca ku brzegom. Tymczasem zapada noc. Jeszcze raz słychać świstanie. Skały nadbrzeżne rozstępują się nagle, tworząc obszerną, lekko pochyloną ku morzu dolinę, w której widać kępy drzew, jakby nasze dąbrowy; dalej białe domki, światła w oknach, śpiczastą wieżę rysującą się na mrocznym tle nieba, bliżej warf zbudowany z pali drewnianych, a na nim ludzie z latarniami. Majtkowie krzyczą zwykłe żałośne: ooo—ho! ciągnąc linę. Daje się uczuć wstrząśnienie. To statek otarł się już o palisadę. Z warfu łapią rzuconą linę i okręcają ją koło słupa. Jeszcze jedno słabsze wstrząśnienie: stajemy.

— Co to za miasto — pytam.
— Monterey.

Wagony czekające na warfie zabierają pasażerów i towary. Okręt wyładował co miał wyładować, potem odpoczywamy jeszcze godzinę. Warf wyludnia się powoli; nasz pokład także. Podróżni, którzy dalej jadą, idą spać do kajut. Wkrótce zostaje na pokładzie tylko dwóch: jakiś ksiądz meksykański i ja. Ksiądz chodzi spokojnym krokiem i, podglądając na gwiazdy, mówi pacierz; ja siedzę na ławce i patrzę na światła migające z dala w oknach domów.
Skończywszy pacierze, ksiądz zbliża się do mnie.
— Bonita noche! (piękna noc) — mówi z cicha, jakby się obawiał spłoszyć jej urok.

Skłaniam głowę na znak potwierdzenia, ale nie mam ochoty do rozmowy, więc ksiądz powraca do modlitwy:
Ave stella….

— Z lądu wiatr przynosi zapach kwitnących pomarańcz i heliotropów, a woń ta miesza się z zapachem morskim. Powoli światła w oknach gasną, ksiądz idzie spać. Na pokładzie zostaje sternik, kręcący kołem na przodzie statku, dwóch majtków, i ja. Po godzinie wyruszamy naprzód. Mijamy pasmo gór leżące tuż nad brzegiem. Dalej pobrzeże rozpłaszcza się i ciągnie się ławicami piasku aż do Santa-Inez. W téj części step przeważa nad górami. O ile mogę dojrzeć w nocy, kraj jest pusty i nie widać ani drzew, ani mieszkań ludzkich.

Siedzę na pokładzie bo mi się nie chce iść spać, a nie spędza mnie z mego nocnego siedliska ani wiatr, ani zimno. Noc jest cicha, ciepła, pogodna; ocean ciągle gładki. Księżyc rzuca nań jedną smugę światła, potężna gwiazda Venus drugą. Coraz cieplej. Powoli przychodzi mi na myśl kraj rodzinny. U nas teraz zima, robi się właśnie ranek: może mroźny, ale różowy ranek. Wioski zasypane śniegiem: dachy białe, sine dymy z kominów wznoszą się prosto ku górze; po ogrodach gałęzie zasnute szronem rysują się nieruchomo i milcząco; przed chałupami skrzypią zamarzłe żórawie studzienne, a stada wron łopotaniem skrzydeł i zwykłem: „kra! kra!” budzą tych, co jeszcze śpią. Obraz znany wam dobrze, ale z nad brzegu drugiego oceanu patrzy się nań przez ów wiersz Mickiewiczowski:

„……..ty jesteś jak zdrowie!“

Przesiedziałem na pokładzie całą noc. Potem jeszcze upłynęła doba, i wreszcie zawinęliśmy do Santa-Monica, skąd kolej idzie do pobliskiego Los-Angelos.

Henryk Sienkiewicz – Szkice amerykańskie
https://narodowcy.net/

Komentarzy 47 do “Henryk Sienkiewicz – Szkice amerykańskie: podróż z San-Francisco do Los-Angeles”

  1. wanderer said

    Piekne

  2. Boydar said

    Bo to Polak był.

  3. wanderer said

    Tak. Dawal nadzieje i krzepil serca w ciezkich czasach.

  4. UZA said

    Rzeczywiście piękny tekst. Kiedyś (jeszcze w pierwszej połowie XX wieku i na początku drugiej) wszyscy nieźle pisali (choć , oczywiście, nie tak jak Sienkiewicz), bo to nie była cywilizacja obrazkowa i autor musiał zastąpić słowem wszystko, co dzisiaj nagra smartfonem i wrzuci na fejsa. A czytelnicy musieli nadrabiać wyobraźnią .
    Najważniejsze zaś było to, że ludzie żyli wtedy w świecie realnym i polegali na zmysłach oraz na doświadczeniu. Teraz żyją w świecie wirtualnym i często przejmują się tym, czego nie ma, a nie zauważają tego, co jest.

  5. Boydar said

    „… a czytelnicy musieli nadrabiać wyobraźnią …”

    Można by zrozumieć, Pani Uzi, że było to uciążliwe.

    A przecież niepoczytalność to brak powiązania skutków z przyczynami, czyli co najmniej w 50% przypadków właśnie brak wyobraźni. Owo zmuszenie do uruchomienia wyobraźni to zabieg wysoce pożądany, choć innej możliwości specjalnie w owych czasach nie było.

    Tak czy owak, tamte czasy były nieporównywalnie korzystniejsze dla rozwoju intelektualnego człowieka. Temat rzeka.

  6. Yagiel said

    O-ho! jaka miła niespodzianka! Sienkiewicz w słowie własnym – pięknym… (jakaż to okazja, Adminie?)
    Piękne słowa o pięknym realnym świecie – tu i tam, daleko…
    Jak sonet Szekspir’a: 12 części opisu Ameryki + 2 części puenty litewskiej? polskiej?
    Jakiż to Artysta był… Nie tylko część Piękna, lecz także świadomość Piękna. I wdzięczność.
    Nasza Mowa

  7. UZA said

    Ad. 5) „tamte czasy były nieporównywalnie korzystniejsze dla rozwoju intelektualnego człowieka”

    Ujął Pan w słowa to, co ja tylko nieśmiało sugerowałam. Jako że miałam szczęście urodzić się jeszcze w tamtych czasach, moja wyobraźnia rozwijała się prawidłowo, karmiona słowem pisanym . Dlatego czytając dzisiaj Sienkiewicza, po prostu widzę to wszystko, co on opisał: morze, mewy, lwy morskie, rekiny i głowę Chińczyka, a także te wioski zasypane śniegiem i sine dymy.
    Nie stwarza to żadnej uciążliwości, bo dzieje się automatycznie, odruchowo.
    Wyobraźnia pomaga jednak nie tylko w przyswajaniu literatury, bo, jak Pan słusznie zauważa , ułatwia też powiązanie skutków z przyczynami i – co najważniejsze – umożliwia przewidywanie takich skutków, które dopiero nastąpią. Ludziom uformowanym współcześnie (w większości, bo trafiają się wyjątki) bardzo tego brakuje i dlatego ciągle się miotają w zamkniętym kręgu, nie mogąc z niego wyjść (smartfonowa nawigacja w tym przypadku zawodzi).

  8. Boydar said

    Ładnie Uzi pisze

  9. Katarzyna T said

    Ad 2. Pan Boydar jednym zdaniem streścił historię. Sienkiewicz „miał duszę Polaka”…. i dostał Nobla.

  10. Listwa said

    @ 8 Katarzyna T

    Dla pani mam jeszcze smutną informację, był taki osobnik w GB nazywało toto sie Jimmy Saville (w filmie poniżej jest też jego wizerunek, info o nim powszechnie dostępne) i w 1991 JPII uhonorowal go medalem św Jerzego (jest to odznaczenie za wybitne zasługi dla Kościoła katolickiego). Saville wyciągnął kopyta w 2011, a w 2012 r. podobno Watykan potwierdzil, że dał mu odznaczenie dożywotnio.

    Saville był oficjalnie oskarzony przez prokuraturę za zabójstwa, pedofilie a nawet nekrofilstwo. Ofiar trudno zliczyć. Najprawdopodobniej JP II nie wiedział co czyni i kogo nagradza za „zasługi” No ale hańba jest, bo zasług dla Kościoła katolickiego żeby dostać św Jerzego, to on raczej nie miał zadnych, Ma pani swój posoborowy Watykan.

    Tak panie Kosiur, jestem katolikiem i tak pisze, bo wrogowie Kościola (tak jak pan nim jest) to sa takimi tylko z nazwy i z ubranka. A pan w swej zajadłości głupkowatej nic nie odróżnia, tylko się pcha na arene głosić zwykłe debilne brednie.

  11. Listwa said

    ad 9

    miało być:
    „Katolicy będący wrogami Kościoła sa katolikami tylko z nazwy i ubranka.”

  12. Katarzyna T said

    Panu Listwie w przerwie na pisanie polecam prawie 10- letni filmik.https://www.youtube.com/watch?v=WDjZHIPHlxc
    i https://www.youtube.com/watch?v=YVpt95LfcPM&t=89s

  13. Maverick said

    Na południu Orange County już wtedy mieszkała Helena Modrzejewska, i ona ugościła Sienkiewicza u siebie. Podczas pobytu u niej poznał grubego służącego meksykańskiego, którego charakter potem przekazał Zagłobie.

    Amerykanie mając problem z wymową piszą o niej Modjeska.
    Jej domek jest atrakcją turystyczną i 10 lat mieszkałem kilka mil od tej okolicy.

    https://www.ocparks.com/historic/modjeska

  14. Piskorz said

    !!! Dwa lata temu byliśmy w Woli Okrzejskiej na Podlasiu w muzeum H. Sienkiewicza…Specjalnie pytałem personel o tego Sienkiewicza , który był szefem MSW…Czy był tam choć raz..A pani trochę z żalem, trochę z ironią odparła, że ….ani razu.!!

  15. Boydar said

    To samo dotyczy Polaków (11)

    Żeby jednak nie wsadzać Panu Gajowemu kija w szprychy co do Jego teorii bycia Polakiem, musowo dokonać drobnej modyfikacji -” są Polakami tylko z genów”.

  16. Marucha said

    Re 15:
    Skoro Pan powrócił do tematu…
    Bycie Polakiem to czysta genetyka i NIC poza tym.

  17. Kwal said

    Z tym Noblem dla Sienkiewicza to tak nie do końca. Ja kiedyś czytałem, (niestety nie zapamiętałem gdzie i tego nie zapisałem ), że Sienkiewicz z Quo Vadis usunął jakąś część w zamian za tego Nobla. Ktoś do tego go namawiał, wymienione było w tekście nazwisko ale też tego nie zapamiętałem…
    O ile pamiętam, usunięty tekst dotyczył żydów…
    Może ktoś coś wie na ten temat ?

  18. Piskorz said

    re 17 P. Kwal, zgadza się, też o tym słyszałem/czytałem..Ale nic poza tym, co pan pisze nie wiem.! Przykro mi..

  19. Listwa said

    @ 12 Katarzyna T

    Ks. Malachi Martin jest ok.
    Natomiast ks. Lenik obok podawania pewnych faktów, sprzedaje swoje produkty.

    Co do ks. Gobiego :
    od 1:00 – 3:00

  20. Katarzyna T said

    Ad 19. Wart Pac pałaca….
    To jedna z opinii o autorze filmu:
    arkadia104
    8 miesięcy temu
    Biedny ten ksiądz w filmiku. Podaje słowa ks. Gobbiego i dalej albo celowo przemilcza, albo manipuluje! Zapomniał o Soborze Watykańskim II, którego efekty są widoczne @t. na Synodzie Amazońskim. Albo niedouczony, albo celowo kłamie. I to jeszcze z uśmiechem na twarzy!

  21. Boydar said

    Ja, Panie Gajowy, nigdy „z tego tematu” (16) nie wychodziłem, może dopiero jak mi trumnę zatrzasną.

    Jest takie coś jak ziemniak, jest pomidor, mamy paprykę i bakłażana. Jest tytoń. Po krzakach znajdziemy bielunia i lulecznicę. A na drugim końcu świata okropną mandragorę.

    Upieranie się, że „przecież to wszystko Solanaceae, jest jedynie mędrca szkiełkiem i okiem, nie wiem czy czy nie po(d/b)itym.

    Pańska linia rozumowania, mimo iż formalnie bez zarzutu, to tylko „wzorzec metra” z Sèvres, którego nie sposób już użyć praktycznie, ba, nikt normalny na to nie liczy. Owszem, należy „to” trzymać w odwodzie na wsiakij słuczaj gdyby np. Krypton zwariował lub Matka Ziemia skurczyła ponadnormatywnie.

    Proszę zauważyć, że nie uzasadniam powyższego, ale to wyłącznie z ostrożności procesowej.

    Naturalne mieszanie się ras (żydowskiej i słowiańskiej – polskiej) to piękna teoria. Tyle że ch. warta. Bo jest jeszcze „coś” o czym generalnie nie wiemy a co ma fundamentalny wpływ na zawierane związki.

  22. Marucha said

    Re 21:
    Panie Boydar, posiadanie polskich genów to dobry punkt wyjściowy, ale – jak wiemy – nie gwarantuje on bycia dobrym Polakiem.
    I tylko o to chodzi.
    Reszta to syntactic sugar

  23. Moher49 said

    Że też moskitos ich na pokładzie nie żarły ?.

  24. Boydar said

    Owszem, niezły. Ciekawe co Pan zrobi gdy się okaże, że pół świata ma polskie geny. Co, niestety, wcale prawdopodobne.

    Jest jeszcze coś; św. Paweł wypowiedział sakramentalne „nie ma już Greka ani Żyda /…/ albowiem wszyscy wy jednym jesteście w Chrystusie Jezusie”. Co skłania do różnych zastanowień w aspekcie. Oczywiście, ja rozumiem, że Paweł miał na względzie szansę na zbawienie. Jednakże brzmi to dość tajemniczo i zastosowanie może mieć także inne.

    Jeżeli w sprawie zbawienia można (trzeba ?) pominąć geny, to „bycie Polakiem” tylko i wyłącznie w kontekście DNA staje się wyłącznie łopatą z ułamanym styliskiem.

  25. Kwal said

    Ad.18 Może Pan Wandaluzja coś by wiedział na ten temat ?.

  26. Marucha said

    Re 24:
    Nie bardzo rozumiem…

  27. NICK said

    „Bo jest jeszcze „coś” o czym generalnie nie wiemy ” Lubelak.(21).
    Wytłumaczyć?
    Czego nie wiecie, towarzyszu ‚0’?
    Czy już zrozumiał.
    (?)
    Piszę we kontekstach.
    Tobie nie wolno pisać bzdur, poza Berdyczowem… .

  28. NICK said

    Osobiście to do noblisty-rodaka NIC nie mam złego.

  29. Okadwa said

    Ni ma szabli, ni ma Polaka…
    Szlachcic na zagrodzie… i tak dali.
    Czyli że własne terytorium to tożsamość.
    Na trzy palce zaorana miedza?… kosa wtenczas.
    Zwierzęta znaczą moczem… artyści rozpylają wyobraźnie.
    No… i nie oszukujmy się: poznaliśmy Sienkiewicza przez Hofmana.
    I tak to trzeba było dwóch… coby odmalować Polskę i Polaków ku pokrzepieniu.
    Bo przecie dobrze że Oleńka zrozumiała co Jędrusiowi żeż ran całować niegodna.
    I tu pytanie: kto bardziej zaszpuntował nam te przygody?… Sienkiewicz?
    Może… chyba że Olbrychski na palu.
    … bądź sympatyczny srogi Luśnia.

  30. Boydar said

    @ Pan Gajowy

    Jeżeli uważa Pan, że nie rozumie (czegoś), a ja wyrażam się może i oględnie ale dość jednoznacznie, to wniosek jest tylko jeden – mówimy o różnych sprawach, a ich pozorna tożsamość komplikuje rozróżnienie. Konkretnie – być Polakiem, to za mało mieć polskie geny. Jak samo określenie wskazuje – „być” – tu i teraz. Czy świeży trup zmarłego Polaka jest Polakiem ? Geny ma, więc o co chodzi, badanie DNA nie pozostawi wątpliwości. Zawęża Pan Gajowy. Ja rozszerzam. Ktoś wie, po czyjej stronie racja, ale to nie ja.

    @ Pan NICK

    Ostro Pan pojechał, ale „nic to Baśka”, po to jestem.

    Nie owijając w bawełnę – ponad siedemdziesiąt przeanalizowanych przeze mnie przypadków wskazuje jednoznacznie, że żyd nie ożeni się z dziewczyną nie mającą jakiegoś żydowskiego przodka. I odwrotnie, a nawet jeszcze mocniej. Co ciekawe, „zaiskrzenie” jest prawie niemożliwe. Oczywiście, mogłoby się wydawać, że odstępstwa od tej zasady zdarzają się, ale to złudzenie, to tylko ich historia jest nie do zweryfikowania. To można stwierdzić wyłącznie po cechach, albo fizycznych (w niektórych etapach życia wychodzi na twarzy) albo po wadach charakteru czy mentalności.

  31. Katarzyna T said

    Ad.28 70 % ludzi nie rozumie co czyta.

    ------
    Nie jest aż tak dobrze....
    Admin

  32. Marucha said

    Re 30:
    Jeśli – podobnie jak kiedyś p. JO – definiuje Pan Polaka jako osobnika złączonego z polskością jakimś mistycznym, niedookreślonym „pokrewieństwem duchowym” (którego nijak zweryfikować nie można…) – to oczywiście moja definicja Polaka wyda się Panu oschła i formalistyczna.

    Dla mnie bycie Polakiem nie oznacza w zasadzie nic innego, niż genetykę. Bycie Polakiem nie jest samo w sobie ani dobre, ani złe.

    Nie lubię opierać się na kryteriach odwołujących się do subiektywnych odczuć.

  33. Listwa said

    @ 20 Katarzyna T

    Niezależnie jak jest oceniany, to raczej we wskazanym fragmencie wypowiedzi podał prawdę.
    Inni też przewidywali fatalne skutki Soboru Watykańskiego II, ale nikt nie powoływał się na osobiste objawienia.
    Jeśli ks Gobbi twierdzi, że coś ma się stać, a tak nie jest, to ma problem z tymi objawieniami.

    Przyznam , że nie czytałem jego tekstów (tylko fragmenty), więc nie chce dokonywać jakiejś końcowej oceny.
    Ale raczej nie obroni się ze wszystkimi swoimi twierdzeniami.

  34. Boydar said

    Jest Pan Gajowy ostatnią a jednocześnie pierwszą osobą w Gajówce, z którą miałbym ochotę się pożreć. Jednak co do „kryteriów odwołujących się do subiektywnych odczuć …” to zauważyć pragnę, że zdecydowana większość cech przesądzających o naszym człowieczeństwie jest stricto subiektywna, od sumienia poczynając a na wyborze imienia dla dziecka kończąc.

    Zakończmy tą nierówną walkę, ja pas.

  35. Peryskop said

    Re 16 Marucha :

    …Bycie Polakiem to czysta genetyka i NIC poza tym.

    A przelewanie krwi za Polskę – to też NIC ?

    ===

    Re 33

    Jednak Lystefkowe piachy Egiptu zasypały i Admina.

    Więc i ja pas.

    —————
    Przelewanie krwi za Polskę to owszem, jest coś.
    Ale jeszcze ważniejsze jest codzienna, pozbawiona glorii bohaterstwa, zwykła praca dla niej, stanie po jej stronie w trudnych chwilach, lojalność.
    Admin

  36. Peryskop said

    Re 35

    Tu z ochłoniętym i odpiaszczonym Adminem pełna zgoda.

    Zwłaszcza że do przelewania często bylismy podpuszczani.

  37. Katarzyna T said

    Ad.33″ Przyznam , że nie czytałem jego tekstów (tylko fragmenty), więc nie chce dokonywać jakiejś końcowej oceny.” Czy czasem komuś nie pomyliły się role?
    Kimże jest P. Listwa?

  38. Maverick said

    Panowie i Panie nie ma się o co sprzeczać, kto jest Polakiem a kto nie! Ważne aby nie być Poliniakiem i wasalem obcych.

  39. Boydar said

    Taaak …

    Takiemu Chestertonowi, że nie był Polakiem ujmy nie przynosiło.

  40. Marucha said

    Re 39:
    W zasadzie jest tylko jeden naród, którego bycie członkiem przynosi ujmę niemal z automatu. Choć może jeszcze by się znalazł jeden albo dwa inne… więcej nie muszę mówić.

    Bycie genetycznym Polakiem nie musi oznaczać nic. Kiedyś może coś znaczyło. Ale to było dawno, i może nieprawda.

  41. leśnik said

    24. Właśnie tak jest panie Boydar. Zbawienie w Chrystusie to nowe stworzenie. Pierwszy zabieg na materiale genetycznym to odpuszczenie grzechów. A dalej uświęcenie przez poznanie prawdy w duchu i krzyż. Daje to nowego człowieka z inną osobowością. Efekt jest trwały o ile człowiek zostanie w wierze w której to otrzymuje. Poza tym przynależność do Chrystusa jest pierwsza i uwalnia od pretensji innych tożsamości.
    Gdy ktoś w sprawie swoich mankamentów odwołuje się do temperamentu, jakichś ogólnie uznanych cech narodowych albo mówi że ma coś wrodzone, to wiem że nie zna zbawienia i łaski Bożej dostępnej w Chrystusie.

  42. wanderer said

    Panie Gospodarzu, jak juz przy tamtych terenach zwiazanych z Sienkiewiczem rozmawiamy, a co z Berkiem Joselewicze, zydem ktory zbieral zydow do walki o Polske? Czy to byl swoisty fenomen, czy po prostu czysty biznes? Czytalem gdzies, trudno to oczywiscie po latach potwierdzic, ze walczyl za Polske i zebral kilkuset zydow do swojego oddzialu, bo pomimo iz zyd czul lojalnosc do Rzeczypospolitej, czul sie Polakiem. Oczywistym jest, ze byl zydem. Dziwak? Indywiduum? A moze biznesmen, ktory postawil na szali ewentualne korzysci gdy Polacy wygraja i przegral?

    ps.
    Swoja droga za w przyszlym tygodniu bede odwiedzal te okolice jak Bog pozwoli.

    ——
    Zdarzają się wyjątki.
    Admin

  43. NICK said

    Wychodzę.
    A, na początek, przeczytajcie „Rodzinę Połanieckich”
    Potem „Potop”.
    https://www.google.com/search?client=firefox-b-d&q=potop+youtube

  44. Boydar said

    Tylko nie zapomnij wrócić … 🙂

    Jak tam zdrowie, egzorcysto ?

  45. Listwa said

    @ 37 Katarzyna T

    Jeśli już, to raczej pani myli rolę.
    Czytałem fragmenty ks. Gobbi, a nie całość i nie dokonuję końcowej oceny, choć jakąś ocenę już mam.

    Wątpliwość jest po stronie niektórych twierdzeń ks. Gobbi, ale też po stronie posoborowego Watykanu. Niestety mogli kierować się stronniczością właśnie z powodu rodzaju treści w tekstach ks. Gobbi, im niezbyt bardzo je pasują i mogli być zainteresowani jakimś ich dezauowaniem.
    Teoretycznie teksty na prośbę ks.Gobbi zostały sprawdzone przez Kongregację i zweryfikowane z wynikiem negatywnym, co do źródła nadprzyrodzononosci (podobnie jak Dzienniczek s. Faustyny.).

    Pani powinna sobie zadać pytanie „Kimże jest P. Katarzyna T”?
    Przecież to nie ja podaję różne objawienia i mówię czytajcie i bierzcie pod uwagę, bo są prawdziwe i wartościowe, ja to stwierdziłem (jak to http://www.paruzja.info).

    Pani to sprzedaje, a u mnie doszukuje się nadużycia.

  46. NICK said

    „Zakończmy tą nierówną walkę, ja pas.”

    Ja nie.

    I nie jest prawdą, że:
    „Nie owijając w bawełnę – ponad siedemdziesiąt przeanalizowanych przeze mnie przypadków wskazuje jednoznacznie, że żyd nie ożeni się z dziewczyną nie mającą jakiegoś żydowskiego przodka. I odwrotnie, a nawet jeszcze mocniej. Co ciekawe, „zaiskrzenie” jest prawie niemożliwe. Oczywiście, mogłoby się wydawać, że odstępstwa od tej zasady zdarzają się, ale to złudzenie, to tylko ich historia jest nie do zweryfikowania. To można stwierdzić wyłącznie po cechach, albo fizycznych (w niektórych etapach życia wychodzi na twarzy) albo po wadach charakteru czy mentalności.”

    70.
    Zapominasz chachłactwo?
    Swe?
    Moje zresztą też.

    TAAAK.
    Gospodarzu.GENY.
    Genotyp.

    Fenotyp to, generalnie, wrzód.
    Tylko we 1 % bywa inaczej.
    Gwoli sprawiedliwości to napisałem.
    Nie wiem po co pot wylewam bo na soli zeschną.

    Drzewa.

  47. Boydar said

    Ja jestem pierwszy na liście, Ciulu Peruwiański !!!

    I co, mam się iść powiesić ? W pisdu …

    Ale ufam Bogu bezgranicznie, i wiem że widać tak musiało się stać, właśnie żebym pojął.

Sorry, the comment form is closed at this time.