Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

W USA jest kryzys, a nie spisek

Posted by Marucha w dniu 2021-02-01 (Poniedziałek)

Duże rozczarowanie budzi reakcja polskiej prawicy na wybory prezydenckie w USA.

Nawet wśród jak by się wydawało poważnych komentatorów pokroju Pawła Lisickiego, pojawiają się interpretacje spiskologiczne i paranoiczne, doszukujące się w takim a nie innym rozstrzygnięciu tego procesu „zwycięstwa bolszewizmu” lub spisku i zaplanowanego fałszerstwa wyborczego ze strony „skomunizowanej” Partii Demokratycznej.

Popularność takich wniosków świadczy o mentalnym skolonizowaniu przez USA polskiej prawicy, która nie potrafi już formułować z pozycji własnego kraju autorskich interpretacji i wniosków, a jedynie bezkrytycznie powtarza choćby najmniej ugruntowane w rzeczywistości i najgłupsze tezy wysuwane przez jej politycznych faworytów w zaoceanicznej metropolii.

Prawda jest tymczasem taka, że w Stanach Zjednoczonych AP nie doszło do żadnego „spisku” ani zaplanowanego „fałszerstwa” ze strony Demokratów. Donald Trump przegrał po prostu walkę o władzę, okazawszy się politykiem tyleż impulsywnym i energicznym, co chimerycznym, niekonsekwentnym i o słabej woli.

Prezydent, próbujący uprawiać politykę i dyplomację poprzez pisane częstokroć capslockiem wypowiedzi na Twitterze, w których nawet nie próbował ukrywać targającej nim frustracji i wysyłał komunikaty wzajemnie sprzeczne, nieukładające się w metodycznie spójną linię polityczną, musiał przegrać z solidnie okopanym na swoich instytucjonalnych pozycjach establishmentem USA.

Obserwowane niejednokrotnie w procesie wyborczym tego kraju nieprawidłowości w rodzaju notowania frekwencji przekraczającej liczbę zarejestrowanych wyborców lub odnajdywania zaginionych pakietów głosów – niezależnie czy źródłem tych faktów były intencjonalne nadużycia czy przypadkowe błędy – świadczą o instytucjonalnej niewydolności jankeskiego państwa i jego ustroju. W jego ramach poszczególne stany same ustalają zasady oddawania głosów, zliczania ich i przeliczania na głosy elektorskie. Same rozpatrują również skargi na ewentualne nieprawidłowości. Terminy określające maksymalny czas wyłaniania elektorów i certyfikacji wyborów są rozciągnięte a procedury odwoławcze skomplikowane i niejednoznaczne,

Nierozstrzygniętym do dziś problemem konstytucyjnym pozostaje na przykład, czy wiceprezydent naprawdę może „decertyfikować” wyniki wyborcze i tym samym unieważnić wybory, jak oczekiwał tego od „Mike`a” Pence’a Donald Trump.

Tak nieprecyzyjny, niejednolity, nieciągły i słabo wewnętrznie skoordynowany system wyborczy musi prowadzić do błędów oraz stwarza ryzyko nadużyć, mogących zafałszować wynik. Z taką sytuacją mieliśmy najprawdopodobniej do czynienia podczas wyborów prezydenckich w 2000 r., o których wyniku zadecydował będący bratem ówczesnego przyszłego prezydenta gubernator stanu Floryda oraz będący jego partyjnymi kolegami sędziowie Sądu Najwyższego, decydując o utrzymaniu prawomocności wykreślenia przez władze stanu z list wyborczych kilkudziesięciu tysięcy zarejestrowanych członków konkurencyjnej partii, a następnie wstrzymując ponowne przeliczanie głosów które mogło zagrozić zdobyciu głosów elektorskich z tego stanu przez ich faworyta.

Dodajmy do powyższych spostrzeżeń szczupłość i słabość centralnych i stanowych instytucji oraz ich permanentne niedofinansowanie, co wynika z ideału „małego i taniego państwa” zawartego w liberalnej ideologii fundującej USA i w związku z tym w znacznym stopniu określającej charakter ich polityki. Nie da się sprawnie przeprowadzić ogólnokrajowego procesu określanego przez heterogeniczne, niespójne i niejednokrotnie wzajemnie sprzeczne przepisy, gdy brakuje instytucji, środków finansowych i kompetentnych kadr.

Cechą charakterystyczną Stanów Zjednoczonych AP jest też bowiem faktyczny brak służby cywilnej, rozumianej jako wyłaniany na zasadach merytokratycznych korpus urzędniczy, trwający na swoich stanowiskach niezależnie od zmieniających się u władzy partii politycznych. Instytucje stanowe i federalne są w USA łupem wyborczym zwycięskiej partii a czystki polityczne po każdych wyborach sięgają przysłowiowego „poziomu sprzątaczki”.

Niedorzeczne jest oczekiwanie uczciwych i bezstronnych wyborów, gdy nie tylko aparat urzędniczy, ale nawet sądy wszystkich szczebli traktowane są po prostu jako zasoby i instrumenty w walce pomiędzy konkurującymi partiami. W debacie publicznej USA nikt nawet nie próbuje powoływać się na nominalną „bezstronność” sądów, powszechnie i otwarcie się zaś przyznaje, że ich orzecznictwo jest prostą funkcją tego, przez nominatów, której partii zostały obsadzone.

Warto w tym miejscu wyprzedzić nieco porządek naszego wywodu i poczynić dygresję odnoszącą się do polskiego pola politycznego: w ostatnim dziesięcioleciu w intelektualnym zapleczu PiS pojawiały się bowiem głosy o rzekomej zasadności upodobnienia perspektywy oglądu służby publicznej w Polsce do tej przyjętej w USA. Bodaj jako pierwszy koncepcje tego rodzaju nagłaśniał, na szczęście skompromitowany już dziś doszczętnie Przemysław Wipler i funkcjonujące niegdyś wokół niego grono garniturowych karierowiczów tytułujące się „ruchem republikańskim”. Sekundowali im w tym libertarianie uformowani pod wpływem poglądów Janusza Korwin-Mikkego, którzy jednak, wobec skompromitowania samego libertarianizmu, maskowali się pod nazwą „wolnościowców”.

Wipler posługiwał się przy tym figurą retoryczną „suwerenności wewnętrznej państwa” na oznaczenie likwidacji niezależnej od zwycięskiej partii służby cywilnej i dania takiej partii prawa do nieograniczonej kolonizacji państwa i jego instytucji własnymi aparatczykami.

Koncepcja ta, choć, jak widzimy, genetycznie libertariańska i wyrastająca tak naprawdę z libertariańskiej nienawiści do państwa i do władzy, znalazła żywy odzew w ostrzącej sobie zęby na stanowiska państwowe partii Jarosława Kaczyńskiego, dostarczając jej teoretycznego uzasadnienia dla swoistej „prywatyzacji”, to znaczy totalnego upartyjnienia dobra publicznego w postaci państwowych zasobów instytucjonalnych.

Jak żałosne przyniosło to efekty możemy obserwować na przykładzie polskiej służby zagranicznej, gdzie doświadczonych dyplomatów z profesjonalnym przygotowaniem i wieloletnim stażem, zastąpili nieudolni PiS-owscy karierowicze.

Obywatele USA nie dostrzegają opisanych tu instytucjonalnych dysfunkcji i anachronizmów swojego państwa, gdyż brakuje im umiejętności niezależnego myślenia i stosownej kultury intelektualnej. Współczesny system oświaty w Stanach Zjednoczonych AP, podobnie jak tamtejszy system opieki zdrowotnej, tworzony był w ramach filantropijnej aktywności wielkich przemysłowych kapitalistów, w czasach gdy popularność zyskiwała koncepcja produkcji taśmowej autorstwa jednego z nich – Henry’ego Forda. Szkoła w USA miała w założeniu przygotowywać kadry pracownicze dla wielkiego przemysłu, czyli kształcić wyspecjalizowanych profesjonalistów, perfekcyjnie i bezbłędnie spełniających konkretne, technicznie zaawansowane czynności, czyli będących trybikami w fabrycznej machinie nowoczesnego kapitalizmu.

Samodzielność intelektualna, myślenie heurystyczne i hermeneutyczne, ogólna kultura humanistyczna, były w takim modelu niepotrzebne i ich nie kształcono.

Profilem jankeskiego szkolnictwa do dziś jest profesjonalna specjalizacja i kształcenie wąskich umiejętności praktycznych. Druga tradycja, z której ono wyrasta, mianowicie impregnowane wyznaniowo szkolnictwo rozwijane jeszcze w XIX w. przez poszczególne wspólnoty chrześcijańskie, również nie zawiera imperatywu rozwijania krytycznego i niezależnego myślenia, gdyż imperatyw taki nie byłby kompatybilny z nadrzędnością dogmatyki religijnej budowanej przez jankeskie wspólnoty protestanckie częstokroć na dosłownym i najbardziej prymitywnym (bo dokonywanym przy nieznajomości kontekstu) odczytaniu Biblii.

Czasy się zmieniły, na miejsce nowoczesności nadeszła ponowoczesność, zmieniły się model i organizacja kapitalistycznej produkcji, poszerzyła się nasza wiedza o świecie i weryfikacji uległo wiele światopoglądów i przekonań religijnych, system oświaty w USA oparty jest jednak wciąż na tych samych założeniach co w czasach kwakrów i purytanów z XVII w. z jednej strony, taśmy produkcyjnej i mas robotniczych tłumnie zmierzających na swoją zmianę w fabryce zaś z drugiej strony.

Z własnych, kilkukrotnych wizyt w USA przed laty, układających się w sumie w kilkumiesięczny pobyt w tym kraju, pamiętam, że uczniowie tamtejszego odpowiednika szkół średnich trudzą się nad tabliczką mnożenia i słupkami na dodawanie, a ktoś nawet umiarkowanie znający język i umiarkowanie elokwentny, robi towarzyską furorę rzekomą erudycją i „obyciem”, które w rzeczywistości są zestawem podstawowych umiejętności kulturowych, w Polsce wynoszonych ze szkoły przez każdego ucznia liceum.

W USA przekazywane są one jedynie w elitarnych szkołach prywatnych, zaś kultura humanistyczna rozwijana jest na najbardziej prestiżowych uniwersytetach, na kształcenie w których większości obywateli nie stać. Nie mając na co dzień do czynienia z elitą, w obrębie której w USA przekazywane jest kulturowe dziedzictwo Zachodu, obywatele tego państwa nie mają szansy się z nim zetknąć ani z niego czerpać. Dostępna jest dla nich jedynie popkultura, której tworzenie i dystrybucja rządzą się w warunkach liberalnego kapitalizmu zasadami komercyjnymi.

Na dodatek, w kraju pozbawionym tradycji, którego społeczeństwo jest dość przypadkową zbieraniną ludzi ze wszystkich stron świata, wykorzenionych z własnej kultury i często świadomie odrzucających dziedzictwo swych krajów pochodzenia, ludzi, których w gruncie rzeczy nic ze sobą wzajemnie nie łączy, popkultura, by zasługiwać na swoją nazwę, tak więc by trafiać do wszystkich, odwoływać musi się do najbardziej podstawowych, tak więc do najbardziej prymitywnych, bodźców oddziałujących na człowieka jako takiego – niezależnie od czynników ludzi różnicujących i nadających im tym samym tożsamość – tak więc do bodźców takich jak nagość, seks, przemoc, śmierć, plotki na temat życia prywatnego i sensacje.

W tak słabym społeczeństwie dużo trudniejsze jest zrozumienie słabości państwa, w którym się żyje. Ogłupione popkulturą społeczeństwo nie jest w stanie przeprowadzić debaty ani nawet zdobyć się na refleksję nad dysfunkcjami systemu politycznego swojego państwa, a jego porażki wyjaśnia sobie tak jak potrafi – złowieszczymi spiskami mrocznych sił, knujących przeciwko Konstytucji, wolności, demokracji i amerykańskiemu stylowi życia.

Byli wśród nich już papiści chcący podporządkować północnoamerykańską republikę Rzymowi, byli oplatający jakoby sowieckimi mackami kraj komunistyczni szpiedzy których nawet w lodówce widział Joseph McCarthy, byli spiskujący z „federalsami” kosmici, była światowa konspiracja satanistów, byli japońscy biznesmeni, a nawet były humanoidalne jaszczury ukrywające się jakoby w przebraniu czołowych światowych przywódców.

Obecnie jest to rzekomy spisek „lewaków” z Partii Demokratycznej, którzy chcą ukraść zwycięstwo wyborcze „prawdziwie amerykańskiemu” prezydentowi, znieść „amerykański styl życia” i zaprowadzić w USA ze stuletnim opóźnieniem rewolucję bolszewicką.

Taki jest właśnie poziom refleksji politycznej przeciętnych obywateli USA i na kanwie tego rodzaju świadomości politycznej, ponad którą bynajmniej nie wyrasta Donald Trump, zrodzić się mogły spiskowe pseudowyjaśnienia niefunkcjonalności demoliberalnego ustroju i liberalno-kapitalistycznego systemu politycznego Stanów Zjednoczonych AP.

Jak wspomnieliśmy wyżej, jedynie dotknięciem polskiej prawicy kolonialnym syndromem „askarysa” lub jej skrajnym koniunkturalizmem wyjaśnić da się, że ludzie niewątpliwie przecież oczytani i inteligentni, zamiast samodzielnie i z polskiej perspektywy analizować kryzys w USA, przepisują po prostu tamtejszą brukową propagandę, tworzoną wszak w społeczeństwie i z myślą o odbiorcach znacznie słabiej intelektualnie uformowanych niż Polacy.

Znów poczynić musimy tu jednak dygresję odnoszącą się do rodzimych realiów, które już wkrótce mogą przestać się tak bardzo różnić od tych znanych z USA.

Zmiany w oświacie wdrażane tak naprawdę już od końca lat 1990., uzupełnione destrukcją szkolnictwa wyższego przez rząd PiS, dokonaną rękoma wicepremiera Jarosława Gowina, sprowadzają się do powielenia w naszym kraju wzorca jankeskiego z epoki kapitalizmu przemysłowego. Podstawowym narzędziem weryfikacji wiedzy mają być zestandaryzowane i skrajnie uproszczone testy, programy nauczania dostosowane do oczekiwań zagranicznego korporacyjnego kapitału, a umiejętność niezależnego myślenia wyrastająca wprost z kompetencji kulturowych i wykształcenia humanistycznego ma być eliminowana jako rynkowo niepraktyczna.

Do tego dochodzi, prawda że dość marginalna na razie tendencja, do dogmatyzacji i antynaukowej ideologizacji szkolnictwa. W marginalnych na razie ale dość ruchliwych niektórych kręgach prawicy katolickiej oraz w ekstremistycznych środowiskach protestanckich dają się niekiedy słyszeć głosy za wycofaniem z programów nauczania darwinizmu i innych teorii naukowych uznawanych w tych kręgach za sprzeczne z wiarą chrześcijańską, jak również ideologizacji nauczania w duchu chrześcijańskiego fundamentalizmu – zazwyczaj skądinąd różniącego się od narracji Kościoła rzymskokatolickiego.

Na tęsknotach takich żerować częstokroć próbuje korwinistyczny libertarianizm, prowadząc swoją antypaństwową kampanię o zniesienie powszechnej i finansowanej z budżetu oświaty państwowej oraz państwowych uczelni wyższych. Nie jest to nic innego, niż kolejny ideologiczny przeszczep z USA, nastawiony na destrukcję zbudowanej przez wieki w Polsce cywilizacji.

Między innymi jankeski uczony i popularyzator nauki Carl Sagan (1934-1996) w swojej wydanej na rok przed śmiercią i przetłumaczonej także na język polski książce „Świat nawiedzany przez demony” zwrócił uwagę na związek przyczynowy pomiędzy niedorozwojem systemu oświaty w USA a podatnością tamtejszego społeczeństwa na wszelkiego rodzaju zabobony i pseudowyjaśnienia w postaci teorii spiskowych, a przez to również dysfunkcjonalnością systemu politycznego tego państwa i niezdolnością mieszkańców Stanów Zjednoczonych AP do jego naprawy.

Reprezentujący interesy zachodniej finansjery Mateusz Morawiecki oraz reprezentujący jej światopogląd Jarosław Gowin szykują Polsce tego rodzaju przyszłość, bo przecież wiadomo że „takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.

Donald Trump niewątpliwie reprezentuje „prawdziwą Amerykę”. Przegrał walkę o władzę, gdyż okazał się zbyt słaby intelektualnie i psychicznie, co wynika ze słabej formacji kulturowej, kształcenie do kultury jest bowiem równoznaczne z wychowaniem, tak więc z formowaniem dojrzałej osobowości i mocnego charakteru.

Donald Trump jest słaby, tak jak słaba jest Ameryka, którą reprezentuje i której jest obrazem. Socjologiczną osnowę systemu politycznego USA tworzy elita ludzi obracających się w tych samych kręgach towarzyskich (gromadzących się dorocznie choćby na balu debiutantek w hotelu Waldorf Astoria) a często powiązanych też ze sobą rodzinnie (choćby rody du Pontów, Vanderbiltów, Rockefellerów, Kennedych, Astorów, Rothschildów itp.).

Istnieją w tej warstwie oczywiście różnorakie napięcia; te najbardziej widoczne pojawiają się na linii pomiędzy „Old Money” ze Wschodniego Wybrzeża i kalifornijską „klasą kreatywną” z Doliny Krzemowej i okolic, pokrywając się częściowo z rywalizacją kapitału reprezentującego tradycyjne media papierowe (np. „Wall Street Journal”, „New York Times”) i elektroniczne (np. CNN, CNBC) z kapitałem reprezentującym wielkie platformy elektroniczne (np. Facebook, Twitter) – symbolem tych napięć stało się słynne przesłuchanie Marka Zuckerberga (uosabiającego przeniesienie centrum światowej gospodarki nad Pacyfik) przed Kongresem USA (symbolizującym tradycyjne centra władzy USA, związane ze Wschodnim Wybrzeżem).

Niezależnie jednak od struktury i wewnętrznej dynamiki (dużo bardziej zresztą skomplikowanych, niż tu zarysowaliśmy) tej socjologicznej osnowy systemu politycznego USA, należy mieć świadomość, że w państwie kapitalistycznym i demokracji liberalnej, a takim właśnie państwem są USA, władza na tym poziomie jest pierwotna w stosunku do władzy demonstrowanej na poziomie formalnych struktur partyjnych.

Partie polityczne i politycy w USA zależne są od kapitału, również bezpośrednio podsuwającego im, poprzez działających oficjalnie lobbystów, gotowe rozstrzygnięcia polityczne. Jak unaoczniły nam ubiegłoroczne wybory prezydenckie, kapitał kontroluje też w USA kanały informacyjne i komunikacyjne, ogłaszając wyniki wyborów jeszcze zanim zakończy się proces wyborczy i o rezultatach poinformują uprawnione do tego organy państwowe, oraz będąc w stanie de facto wykluczyć ze wspólnoty politycznej urzędującą głowę państwa.

Stany Zjednoczone AP okazały się być zatem państwem słabym, gdzie sfera polityczna została całkowicie zawłaszczona przez sferę ekonomiczną i – jak diagnozował w odniesieniu do państw kapitalistycznych Karol Marks – jest jedynie instytucjonalną nadbudową nad wielkim kapitałem i narzędziem w jego rękach, przy pomocy których zabiega on o swoje zyski wewnątrz i na zewnątrz granic państwowych.

W tradycyjnej europejskiej filozofii politycznej – tak jak opisywał ją choćby jej wybitny przedstawiciel Julius Evola – sfera twórczości materialnej, tak więc sfera gospodarcza, winna być podporządkowana sferze politycznej, reprezentującej zobiektywizowane dobro całej wspólnoty politycznej. Silne państwo to takie państwo, w którym polityka formatuje ekonomię, nie zaś ekonomia formatuje politykę, jak możemy to obserwować w USA. Jak zobrazowano to na jednym z popularnych ostatnio „memów”: Twitter banuje pseudo-prezydentów (Donalda Trumpa), podczas gdy prawdziwi prezydenci (Xi Jinping) banują Twittera.

Obecny kryzys w USA jest rezultatem wielowymiarowej dysfunkcjonalności tego państwa, zaprojektowanego jako oświeceniowa utopia, która jak dotychczas mogła trwać przez niemal dwieście pięćdziesiąt lat i rozrosnąć się do monstrualnych rozmiarów dzięki izolacji na odległym kontynencie, gdzie nie miała równych sobie rywali. Dzisiejszy świat jest jednak mniejszy i ciaśniejszy od tego z końca XVIII w. i rosnący w siłę chiński smok okazał się nagle omiatać swoim oddechem również Amerykę i izolowane w niej dotychczas jankeskie „miasto na wzgórzu”.

Do niedawna, polityka zagraniczna, która dla innych państw była kwestią egzystencjalną, dla USA pozostawała prowadzoną daleko od domu niezobowiązującą grą. Dziś wygląda to już odmiennie, a piłka trafia coraz częściej na amerykańską połowę boiska. Jak wiadomo zaś, umiejętności w zakresie gry w piłkę stoją w USA na żenującym poziomie.

System polityczny USA zachował wiele instytucji i mechanizmów odziedziczonych po luźnej konfederacji państw, jaką były one na przełomie XVIII i XIX w. Państwo oparte na fałszywych ideach oświeceniowych takich jak demokracja, ekonomiczny liberalizm, wolność, równość, społeczeństwo obywatelskie, „tanie państwo”, „prawa człowieka”, uzupełnionych sekciarskim obskurantyzmem protestanckiego fundamentalizmu i ponurym ideologicznym zabobonem „poprawności politycznej”, feminizmu, praw „LGBT” i podobnych wspakulturowych bzdur, prosperować i rozwijać się mogło jedynie dzięki szczęśliwej dla siebie izolacji geopolitycznej.

W świecie, który staje się coraz bardziej „gorący, płaski i zatłoczony”(Thomas L. Friedman), nie będzie już dużej wyłączone spod działania doboru naturalnego i zmierzyć się będzie musiało z lepiej urządzonymi i dojrzalszymi cywilizacyjnie krajami

Wobec tych przewartościowań w globalnym układzie cywilizacyjnym, polski komentariat polityczny powinien dokonać realistycznej diagnozy sytuacji w USA i wyciągnąć z niej wnioski konstruktywne dla własnej wspólnoty politycznej.

Jak dotychczas, nic nie wskazuje jednak by był do tego zdolny. Polska prawica gorączkowo podchwytuje najgłupsze teorie spiskowe z USA tylko dlatego, że pochodzą z USA i trzyma się ich kurczowo, nawet gdy ich jankescy rzecznicy dawno już je porzucili. To charakterystyczne dla podmiotów niesamodzielnych i zależnych.

Polska prawica dąży, by Polska świeciła światłem odbitym USA. Tyle tylko, że blask „światowej latarni wolności i demokracji” blaknie już i przygasa. Obecny kryzys to unaocznia. Tylko na polskiej prawicy nie chcą tego dostrzec i wciąż deklarują „wiarę w siłę amerykańskiej demokracji”. Uczepiwszy się swojego jankeskiego pana, Polacy mogą niestety pójść za nim na dno.

Ronald Lasecki
Myśl Polska, nr 5-6 (31.01-7.02.2021)
https://myslpolska.info/

Komentarzy 40 do “W USA jest kryzys, a nie spisek”

  1. Regulator said

    Panie Ronald, czy Pan być może mieszka w USA?
    Bo ja mieszkam już od dawna. I my tu w USA, chociaż nie wszyscy, wiemy doskonale co się tutaj stało z ostatnimi wyborami prezydenckimi. Były sfałszowane! Użyto kilku sposobów aby tak się stało co sie stało. I proszę nie robić kaszy z mózgów ludziom w kraju.

    ————–
    Tu nie chodzi o to, czy wybory były sfałszowane, czy nie. A w każdym bądź razie nie to jest głównym tematem artykułu.
    Admin

  2. Janko said

    Regulator said –
    Wielce słuszna uwaga.
    Nawet tu można napotkać jakichś głównonurtowców.

  3. Regulator said

    Tak jest Panie Gajowy. Ale nie mogę sie powstrzymać od próby sprostowania tej rzeczy. U nas ludzie są w szoku. Sprawa wyglada beznadziejnie. Sad najwyższy w ogóle nie zajął sie ta sprawa. Nie ma sie do kogo odwołać. Tragedia.
    Stalin swego czasu mial ponad 100% głosów w moskiewskim okręgu wyborczym i ludzie sie z tego naśmiewają jacy to durnie, ze tak to wyliczyli. Ale to naprawdę tak wyszło z bardzo uzasadnionej przyczyny. Nie chce sie tutaj rozpisywać jak to tam było.
    Ma Pan Gajowy bardzo ciekawa stronę internetowa. Gratuluje i życzę wszelkiej pomyślności.

  4. BK said

    Bzdury.
    Szczytem jest: „W świecie, który staje się coraz bardziej „gorący, płaski i zatłoczony”(Thomas L. Friedman), nie będzie już dużej wyłączone spod działania doboru naturalnego i zmierzyć się będzie musiało z lepiej urządzonymi i dojrzalszymi cywilizacyjnie krajami.”

    To tak jak gadać z gender-nazi. Dobre jest dla Ronalda Złe i odwrotnie.

    1. Globalizm gwarantuje upadek gospodarczy wszystkich: jeśli mamy swobodny przepływ towarów to mamy także swobodny przepływ „towaru” pod nazwą LUDZIE. W efekcie nie może powstać stabilna społeczność – > powstaje państwo policyjne, które zawsze przegrywa efektywności ekonomicznej.
    2. Z braku stabilnej społeczności 90% przepływów gospodarczych obsługują spółki. Spółka weryfikuje efektywność raz do roku. Inwestycje w infrastrukturę zwracają się po ~20 latach. W efekcie spółki migrują, zostawiając a sobą „spaloną ziemię” techniczną i kulturalną.
    3. Hodowla nowego pokolenia to minimum 12 lat. O ile społeczność jest stabilna -> 3 pokolenia w otoczeniu spółek … i mamy USA 1990. I już nie będzie następnego pokolenia zdolnego do pracy.
    […] itd itp.

    Najważniejsze:
    Wolna przedsiębiorczość ma sens pomiędzy podmiotami o tym samym statusie społecznym, np. chłopami. Wszelkie inicjatywy w pionie stosunków społecznych zwsze są dominowane i/lub inicjowane przez osobę wyżej. W stabilnych społecznościach zwyczaj chroni słabszych (vide los angielskiej i hinduskiej prowincji na początku XX wieku).
    W społecznościach zdewastowanych przez spółki rządzi prawo pięści.

  5. . said

    Ronald Lasecki wskazuje w artykule, że tzw.prawica i środowiska „patriotyczne” w Polsce podniecają się Trumpem i traktują go jako mesjasza podczas gdy przysłał on do Polski mosbacher, podpisał 447 i wchodził pewnej nacji w tyłek aż miło. Więc był tylko kolejną marionetką onych na klopie.

    Trump zachowywał się jak populista. Momentami jak lekko stuknięty więc skończył po jednej kadencji jak Komor co wchodził na krzesło. A „kochający dzieci” Biden będzie wobec Polski robił to samo co poprzednik więc nie ma się co podniecać.

    Druga sprawa, że masońsko – protestancka autorytarna republika karmiąca kraj na „i” sypie się od środka. Bo zbieranina ludów, ras i sekt z rosnącymi nierównosciami społecznym i bandą złodziejską przy korycie musi kiedyś się zawalić.

  6. Korab said

    Xi Jinping NIE jest prezydentem, bo nie ma takiego stanowiska w Chinach. Jest przewodniczącym ChRL i sekretarzem generalnym Chińskiej Partii Komunistycznej.

    ————
    Czyli cały pogrzeb na nic…
    Admin

  7. Boydar said

    Owszem, na nic. Ale nie z Xi Jinpingiem, bo jak byśmy nie patrzyli to widzimy prezydenta Chińczyków. Na nic jest cel misji Znakomitego Publicysty Laseckiego i to jeszcze referującego w Myśli, podobno polskiej i dla Polaków. Czy na pewno ?

    Nasz Znakomity Publicysta Lasecki, robi dokładnie to czego wymaga aktualny etap, czyli piętnuje wypaczenia a judaizm taktownie pomija. Czyni także perspektywę jak uporządkować wysypisko odpadów i odpacykować przegniłe zombie.

    No i jeszcze próbuje wciągnąć nas mentalnie w te swoje (swoje ?) „uczone dywagacje.

    Panie Lasecki, to już ktoś wcześniej wymyślił, i jeszcze nadał formę artystyczną

  8. NC said

    Re 1: Myślę tak, jak pan Regulator.

    A co do tragicznego poziomu szkolnictwa publicznego w USA, to jest on zaplanowanym skutkiem realizowanej od dziesiecioleci przez międzynarodowego koczownika akcji duraczenia młodzieży i ogłupiania jej socjalistyczno-globalistycznymi treściami i hasłami, przy zaniedbaniu podstaw klasycznej edukacji.

  9. Piskorz said

    re 4 (vide los angielskiej i hinduskiej prowincji na początku XX wieku). …Dobry przykład.!! Ale były tam przypadki w tym tak b. podzielonym społeczeństwie, że w niektórych regionach In. wzdychali do rządów/admin
    Angoli, bo sobie…po prostu słabo radzili ! Ale to zdarzenia raczej incydentalne.

  10. Zbigniew Kozioł said

    Polska prawica dąży, by Polska świeciła światłem odbitym USA. Tyle tylko, że blask „światowej latarni wolności i demokracji” blaknie już i przygasa.

    Coś jest na rzeczy. Anne Applebaum napisała bardzo ostatnio knigę o upadku demokracji… Chętnie zajrzałbym do niej, gdyby była dostępna za darmo. Na pewno nie napisała bez przyczyny.

    Canada to nie to samo, co USA. Ale blisko, geograficznie, też mentalnie (mimo pozorów różności). Tam byłem nieco ponad 13 lat, żyjąc. W USA bywałem kilka razy, krótko. To wielka naiwność myśleć, że z okien pociągu (czy samochodu) w ciągu paru miesięcy można zrozumieć cały wielki kraj, gdzie każde miejsce jest inne.

  11. Miet said

    Podzielam Pana zdanie, Panie Zbigniewie.
    Przepracowałem ponad dwadzieścia lat na LSSU i parę semestrów na małej odnodze kanadyjskiego Laurentian Univ. w Sault Ste. Marie Ontario.
    Nie raz w naszym polonijnym środowisku spotykałem się z oceną edukacji w US i Kanadzie, taką jaką tutaj przedstawia nam Lasecki.

    Bywało tak, że pewna paniusia wydziwiała na temat poziomu amerykańskiego szkolnictwa, no bo ona miała ułamki w szkole podstawowej a oni tutaj jej córkę ułamków uczą w koledżu.
    No coś podobnego.
    Pytałem wtedy tą paniusię, dlaczego córeczka nie wybrała sobie kursu np. w równaniach różniczkowych, jaki to kurs był również oferowany w tym koledżu. No i na tym się dyskusja urywała.

    Autor tego artykułu, w ocenie amerykańskiego szkolnictwa, jak ulał pasuje mi do tej paniusi.
    Przez parę miesięcy swego pobytu w US zdołał się tylko nasłuchać na temat tego czy owego odnośnie szkolnictwa od takich jak ta moja paniusia.
    To że są duże problemy w amerykańskim szkolnictwie, to już się wypowiadałem – ale to nie jest to co Lasecki tutaj przedstawia.

  12. Marucha said

    Re 11:
    Swoją drogą, panie Mietku… co to za wyższa uczelnia, która daje kursy posługiwania się ułamkami? Może jeszcze kursy rozpoznawania liter alfabetu?

  13. bardzo said

    Panie Gajowy, Pan pozwoli, że w wielkim skrócie i uproszczeniu napiszę kilka słów o systemie edukacji w USA. Otóż na poziomie podstawowym i uzywając polskiej terminologii średnim, mamy dwa zasadnicze sektory, publiczny i prywatny. Publiczny utrzymywany jest z podatków pobieranych od właścicieli rezydencji w danym okręgu i z innych źródeł, a prywatny z opłat czesnego. Szkoły publiczne sa o wiele lepiej wyposażone niż prywatne i o wiele lepiej finansowane niż prywatne. Ale prywatne oprócz edukacji stosują motywację ucznia. Szkoły publiczne ściśle realizują program organizacji school board, odpowiednika kuratorium. Są przesiąknięte oficjalnymi prądami społecznymi i polityczna poprawnością. Jeśłi uczeń, zwany tu studentem, sam wykazuje nieco motywacji popartej niezależnością, może wiele skorzystać, a nawet zostać przeniesiony do specjalnej szkoły publicznej dla uzdolnionych. Absolwent szkoły prywatnej niejako z automatu stara się o przyjęcie na wyższe studia. On zdobył wiedze i wychowanie większym wysiłkiem niż abiturient szkoły publicznej, zatem jakość jego wiedzy jest wyższa, a zakres szerszy.

    W szkolnictwie wyższym student sam sobie układa program specjalistyczny. Może studiować ułamki, a może studiować wyższą matematykę, to jego sprawa tak długo jak płaci za studia. Efekty jego wyboru przejawiają się później, w życiu zawodowym. Rozpoczynający studia po szkole publicznej ma inne priorytety w dokonywaniu tego wyboru niż ten z sektora prywatnego, co jest zrozumiałe.

    Oczywiście powyższe paragrafy to daleko idące uproszczenie i uogólnienie, ponieważ istnieją liczne wyjątki od tych powiedzmy standardów.

    Są jeszcze inne, pomniejsze sektory, jak szkoły elitarne, i najciekawsze, otóż czarterowe, które stoją kością e gardle władzom edukacyjnym, ponieważ są niewiele od nich zależne. Szkoła czarterowa działa z inicjatywy prywatnych ludzi, którzy dla swoich dzieci zatrudniają sobie sami najwyższej klasy nauczycieli i wychowawców, sami decydują o programie (przy uwzględnieniu podstawowych legslnych obligacji względem kuratorium) i sami oceniają rezultaty nauczania. Kończący te szkoły reprezentują najwyższy poziom intelektu, wiedzy i kultury. Amisze i inne ortodoksyjne społeczności najczęściej organizują szkoły czarterowe, albo wręcz nauczanie domowe. Warto zauważyć, że w wielu krajach czarterowe i domowe nauczanie jest nielegalne, na przykład w Niemczech (jeśli wierzyć mediom).

    Poziom szkół wyższych jest bardzo zróżnicowany, ale najwięcej zależy tu od motywacji studenta. Skończenie prestiżowej uczelni ułatwia zdobycie pracy, ale głównie z uwagi na wielką nazwę i przynależność do sfery, niekoniecznie z powodu przygotowania do fachu.

    Reasumując, poziom i rezultat studiów na wyższej uczelni zależy w głównej mierze od konsumenta wiedzy, czyli studenta.

    Dlatego mozna zrozumieć takie ewenementy jak pobieranie nauki o ułamkach, albo kierunek studiów Ebonics, co oznacza filologię getta murzyńskiego, albo też jak to powiada red, Michałkiewicz, gotowanie na gazie. Tak, gotowanie na gazie, Ta specjalizacja nosi poważną nazwę Home Economics.

    Tu się zatrzymamy, bo nie będzie końca tych rozważań, to bowiem jest temat juz nie rzeka, ale cały ocean.

    Jeśli żem coś pokręcił, albo niedopowiedział, może prof. Miet sprostuje.

    Pozdrawiam Gremium

  14. revers said

    chyba kryzs prawny i swiatopogladowy rowniez skoro juz 9 letnie dzieci katuje sie gazem pieprzowym i wsadza do pudla w kajdankach …

    https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-02-02/rochester-kajdanki-i-gaz-pieprzowy-tak-policja-potraktowala-9-latke/?ref=aside_najnowsze&fbclid=IwAR01OsquEJ-oJuvJRk_OVUQAML9VePy7noONTVDP6bpezc2EQFZ_AZTk8AU

    znaczy wprowadza totalniacki styl zycia i totalniackie prafko.

    Ekonomii tez coraz mniej bez kryminalnego marketingu i monopolizacji rynku, z nazwy wolny rynek chocby w ostanim okresie na leki i szczepionki, bez gmo zywnosc skoro zamyka sie na covid mala gastronomie .

  15. Zbyszko said

    Panie Gajowy, czy nie szkoda to miejsca na takie bzdury?
    Nie doczytałem oczywiście do końca, bo tego bełkotu nie da się czytać.
    No… chyba, że wstawił to pan na pożarcie:-), ale… szkoda nawet czasu na pożeranie tego.

    ————
    Panie Zbyszku, ja nie uważam, że to są bzdury.
    Admin

  16. markcosky said

    Początek artykułu p. Laseckiego przeczytałem z dużym zainteresowaniem, chociaż na kwestię przegranej Trumpa mam trochę inny punkt spojrzenia.
    Zgadzam się, że Trump w efekcie przegrał i głównie sam sobie jest winien. Mając przez 4 lata czas na przygotowanie się do wyborów nie wykorzystał tego czasu, aby podjąć działania mające na celu wyeliminowanie głównych zagrożen ze strony deep state/big tech.
    Dobry polityk to skuteczny polityk, a Trump takim się nie okazała, chociaż niewiele mu brakowalo.
    I tłumaczenie się demokracja jest tylko zasłoną dymną. Przecież ekipa Trumpa znała wszystkie mankamenty systemu wyborczego i nie zrobili nic (przynajmniej nic o tym nie wiem), aby się przygotować i zapobiec wykorzystaniu tych mankamentów przez przeciwników.
    Weźmy takiego Twitera – nie dało się wbudować w struktury tego ustrojstwa swoich ludzi/agentów/itp?
    Albo przygotować regulacje dla rynku mediów elektronicznych?
    Sądzę, że następni prezydenci o to zadbają.

    W kwestii psucia polskiego szkolnictwa jakoby od lat 90tych nie byłbym tak kategoryczny w stwierdzeniach, jak autor artykułu. Ponieważ zajmuję się szkolnictwem, to również bardzo krytycznie oceniam niektóre decyzje. Sądzę jednak, że bardziej krytycznie trzeba oceniać decyzje w innych krajach.
    Weźmy takie wyniki badań poziomu nauczania na świecie o nazwie PISA. Co by o nich nie powiedzieć, to jednak są to najszersze badania w tym zakresie. Lepszych nie mamy.
    Otóż Polska w roku 2018 wysunęła się na 3 miejsce w Europie. Przejście w od roku 2000 z miejsca 25 w skali świata do miejsca 10 w roku 2018 jest pewnym wskaźnikiem, że albo robimy postępy, albo inni się cofają.
    Nawet jeżeli badania komus wydadzą się mało wiarygodne, to zajmowanie 4 pierwszych miejsc przez państwa związane z chińskim smokiem (Chiny, Singapur, HK, Makau) jest symptomatyczne i intuicyjnie wydaje się mieć odzwierciedlenie w przemianach ostatnich dekad.

    Podsumowując – artykuł wart uwagi, a niewiele jest takich perełek w internetach.

  17. . said

    Po co tak się trudzić nad Ameryką i jej przyszłością? Objawienie św. Jana, a dokładnie rozdziały 17 i 18 pokazują co się z nią stanie.

  18. Zbigniew Kozioł said

    Tak bardziej do „Zbyszko”

    Przy okazji: jak ciekawie i przyjemnie czytać wypowiedzi przemyślane: Miet, Bardzo… 😉

    To nie są bzdury. Miałem chęć wcześniej napisać: ten artykuł dał mi do myślenia. Tam jest wiele wątków, nierozstrzygniętych. Chciałem powiedzieć wcześniej: aby zrozumieć pisanie czyjeś to trzeba najpierw przekopać się przez wiele artykułów danego autora, posłuchać jego wypowiedzi. Mocno natrudzić się.

    Autor, Roland Lasecki, mógł dać się ponieść chwilowym emocjom lub niesprawności myślowej, ale ogólnie to jest facio na poziomie. Warto uczyć się od niego.

    Nauka nie polega na przyswajaniu faktów. Polega na wyrabianiu w sobie umiejętności niezależnego myślenia, analizy zdarzeń, opinii. W tym akurat przypadku wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi, ale rozmawiając uczymy się…

    https://www.youtube.com/results?search_query=Roland+Lasecki
    https://www.google.com/search?channel=fs&client=ubuntu&q=Roland+Lasecki

  19. Kar said

    –>10/ZB

    – slusznie Pan podkreslil, panie Zbigniewie. Doswiadczylem podobnie zyjac przez 1/4 wieku w Kanadzie. Moglem pracowac w US/urzad miasta (Buffalo) tuz tuz za miedza. Wyciagali pomocna reke. Ale stchorzylem i ucieklem pod kolderke do xmamusi. Pod kolderke, bo wyprany mentalnie przez kanadyjski system. Stany wciaz widze jako potencjal dla chcacego. W odroznieniu do polnocnego sasiada-tygiel/pralnia mozgow/ZSRR

    pozdrowka dla Pana

  20. Miet said

    Dzięki Panie Bardzo za te uwagi na temat amerykańskiego szkolnictwa. Jest tak jak Pan pisze i ja też w przeszłości pisałem o tym wiele razy, tutaj w Gajówce, a także na Ciemnogrodzie.
    Rozumiem odczucia p.Gajowego – ja też przed laty, zanim dobrze zgłębiłem system edukacyjny tutaj, też trudno mi było zrozumieć, że na wielu uniwersytetach oferowane są kursy np. z elementarnej algebry, czy z elementarnej geometrii.
    Byłem przesiąknięty opinią, że uniwersytet, to wyższa uczelnia i na takiej to powinny być oferowane kursy na wysokim poziomie, wyższym niż w szkołach średnich. Po pewnym czasie zmieniłem zdanie.

    Temat – ocean – jak Pan to ujął.
    Zakończę tym co ludzie siedzący tutaj w edukacji podkreślają: dobry system edukacyjny, to taki, który umożliwia każdemu zdobycie wykształcenia (nie dyplomu), na miarę jego potrzeb i na miarę jego możliwości intelektualnych.

  21. Marucha said

    Re 20:
    Panie Mietku… przykro mi, ale uważam, że szanująca się Wyższa Uczelnia nie powinna dawać kursów na poziomie szkoły podstawowej.
    Od tego są szkoły podstawowe.

    Najwidoczniej nie jestem w stanie ogarnąć amerykańskiego systemu edukacyjnego.

  22. Boydar said

    No dobrze, chuj im w dupę. Wycenę powinni zrobić na 50$ a nie na 5$. Tak by było uczciwie.

    Szanownym Panom to nie przeszkadza. Wiem to i zawsze wiedziałem.

  23. bardzo said

    Proszę Pana, gdzie rządzi dolar, choćby typu fiat, tam trzeba się dostosowac do popytu. Także do popytu na wiedzę. Inaczej system szkolnictwa, także wyższego, padnie i nie będzie go w ogóle. Zadaniem człowieka jest, aby wszelkie dostępne narzędzia wykorzystać do zdobycia i pogłębiania wykształcenia. Wiedzy, poziomu kulturalnego, intelektualnego, niepotrzebne skreslić (lekki szrkazm z tym skreśleniem). To osoba sama powinna zadecydować, czego i jak się uczyć, a konsekwencje tego, zarówno przewidywalne i nieprzewidywalne, wdroży samo życie. Na przykład, jeśli odkryjemy w sobie pasję do nauk ścisłych i praktycznych, po czym będziemy studiować inżynierię, w kondenwencji życiu będziemy być może zmuszeni do ponoszenia wielkiej podpowiedzialności i do powrotów do domu z pracy około północy. (zna Pan ten kawał o żabie i inżynierze?) W systemach socjalizmu program państwowy decyduje w jaki sposób student ma się kształcić, a student wybiera tylko uogólniony kierunek. W PRL trzeba było nie lada gimnastyki, a często i pleców, żeby „pójść” kursem indywidualnym. Wracając za Ocean, jeśli kształtowaniem osobowości młodego człowieka zajmuje się system państwowy w większym stopniu niż rodzice i rodzina, tam aspiracje kandydatów na studia są nierzadko wypaczone.

    Wiele mniejszości, zwłaszcza tzw. kolorowych, cieszy się państwowymi dotacjami do studiów wyższych. Rezultat jest często taki, że student wyjeżdża na uczelnię byle dalej od domu, a w akademiku hujaldusza, piekła nie ma. I wybiera kierunek, który uważa za lekki, łatwy i przyjemny, np. historię jazzu. A ponieważ kilkuset powiedzmy murzynków życzy sobie studiować jazz albo rap, a państwo nie szczędzi grosza zaoszczędzonego na braku wojny, to czemu nie. Pieniądz to nie omlet, jak powiedział któryś z cezarów.

    Z innej beczki, choć w temacie. Mój boss w fabryce margaryny powiedział kiedyś tak: My tu nie jesteśmy aby produkować margarynę. My tu nie jesteśmy aby zapewniać miejsca pracy. My tu nawet nie jesteśmy aby zaopatrywać ludność w żywność. My tu jesteśmy aby robić profit. Jeśli będzie się opłącało produkować lód, to będziemy robić szmal na produkcji lodu.

    A szkoły podstawowe, panie Gajowy, są aktualnie od tego, aby formować postawę społeczną ucznia. A nawet średnie, zwane tu wyższymi. Wiedza jest produktem ubocznym, nierzadko niezbyt pożądanym (znów skrót myślowy). Tu prawie wcale nie ma wyboru specjalizacji czy nachylenia. I tak, obamiam się, mówimy o wielu krajach świata.

    I stąd koncept szkół czarterowych a nawet domowych. I stąd frantyczne dążenie władz do ich delegalizacji.

  24. Marucha said

    Re 23:
    Cóż dodać do Pańskich słusznych obserwacji?
    Można się tylko zasmucić.

  25. Greg said

    Na ,,wyższym poziomie wtajemniczenia”….. ,,chuj im w dupę”.
    Zgadzam się.

  26. bardzo said

    Przyjeżdżają na studia do USA Azjaci. Naładowani szmalem na edukację. To przeważnie sa ludzie na wysokim poziomie i azjatycko pracowici. Elitę stanowią Koreańczycy, bo biją Kitajców na głowę straszliwą ambicją, która nie ma wiele wspólnego z rozdmuchanym ego, czy pychą. Przez pięć lat studiów plus doktorat pracują w pocie czoła dzień i noc. Zdobywają wykształcenie najwyższego sortu, dzięki swojemu wysiłkowi, a mniej dzięki programowi studiów. I jako wysokiej klasy specjaliści wracają do domu rozwijając gospodarkę swojego kraju, albo pozostają tutaj i tworzą na miejscu wynalazki.które dziwnym trafem trafiają do krajów ich pochodzenia. Są też Hindusi, ale to oddzielna kategoria i są też ludzie z Bliskiego Wschodu i to już jest zupełnie inny temat. Tacy szczególnie specyficzni ludzie, którzy udają bliski wschód, nie sa przedmiotem niniejszego paragrafu.

  27. Miet said

    Re.21.
    To jest Pana zdanie, Panie Wacławie i nie jest moim celem naciskanie aby je Pan zmienił.
    Przypomnę tylko jeszcze jedno, że poziomu nauczania nie mierzy się tyko samym programem nauczania.
    Programy kursów uniwersyteckich tutaj leżą w gestii tych szkół – tu nie ma żadnego centralnego sterowania pod tym względem.

    Oczywiście Harvard czy Stanford, czy wiele, wiele innych, nie oferują kursów o jakich tutaj mówimy – chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego.
    Natomiast mniejsze uniwersytety, które służą głównie ludności danego regionu, takie kursy oferują aby dać szansę tym, którzy z jakichś powodów nie osiągneli tego co powinni, kiedy uczęszczali do szkoły średniej.

    Na zakończenie dodam jeszcze, że w systemie amerykańskich uniwersytetów nie przyjmuje się studentów poprzez egzaminy wstępne na z góry określony kierunek.
    Student ma obowiązek ustalenia kierunku w czasie pierwszego roku studiów ale jest duży nacisk aby kandydaci już to zrobili zanim zaczną studia. Jest też zawsze możliwość zmiany kierunku studiów – oczywiście łączy to się ze stratami dla studenta, zarówno finansowymi jak i czasowymi.

  28. Miet said

    To ja jeszcze raz.
    Gdybym poczekał trochę z moim wpisem #26, to bym przeczytał to co napisał Pan Bardzo i wtedy nie musiał bym nic pisać.
    Dzięki Panie Bardzo – doskonałe naświetlenie tego wszystkiego co charakteryzuje system edukacyjny w US.

  29. NICK said

    Usra-hell i apologeci.
    Wasz kryzys czy też „kryzys” gówno mnie interesuje.
    Usra-hell tąpnie.

    Dywagacje o chorym szkolnictwie dawnej potęgi powstałej na zgliszczach i ludobójstwie.
    Podobne łajno.
    Samiście TU się wykształcili.
    W Polsce.
    Gzie kształcenie było na poziomie.
    (nie uznajecie się za przykład?)
    Dobrze, że nie „nauczacie” ułomków polskich.

    Nienawidzę słodkopierdzących artystów; od wzajemnej adoracji.

    Piszcie co dalej w Polsce i świecie, ułożeni po pieniądzu $/FED.
    Qrva.
    TU wytrzeszcz gały i mądrze skomentuj:
    https://stopnop.com.pl/wygrana-wsa/
    i sprawach podobnych.
    Skomentuj ludobójstwo globalne, niespotykane.
    Skomentuj Nadchodzący brak chleba Powszedniego.
    Skomentuj Joe Bideta bo myliłeś się co do „trump’qa”

    Bo uczelnie, takie śmakie, cele „uczelni” widać.
    was też.
    Sami rżniecie studentów, ułomkami ich karmiąc.

    Lubelaku, wybaczam.

    Gospodarzu.
    Zważ.
    Ktoś Nas nie szanuje.
    Ktoś.
    Obraża to co wiemy.
    Dusza, Rozum (dodam Logikę i Wiedzę, podstawową).
    Serce, Ciało i jego przymioty.
    I uczynki z ciałem.

    Skoro piszę to napiszę.
    Listwo.
    Nie zniżaj się do poziomu Nyndro.
    Choćby poprzez wywyższanie jego, pożal się P. Boże, rozumu, inteligencji.
    A, będąc, niejako, tutejszym „teologiem”, wg Gospodarza.
    Raczej jako pretendent. Jak możesz NIE nauczać ludzi błądzących?
    Wasze dywagacje i odnoszenie się nawzajem per ‚Waszmości”?
    Świadczą o Panu.

    To jest requiem.
    Swoiste.

    Dodam.

    Dyskutowaliśmy.

    A to nie Seler winien był wylecieć, jak wolny ptak.
    Po dość krótkim czasie. Poleciał… .
    Ale żyje.
    Nie byle gdzie… .
    I nie jest byle kim.

    Ale JO, winien był.
    Kumpel zaraz po nim.
    Paru innych.
    Od dawna.

  30. bardzo said

    Nie, proszę pana. Nie smucić się, tylko wychowywac własne potomstwo tak, aby było zdolne podejmować właściwa decyzję co do edukacji.

    Dam przykład z własnego podwórka.

    Moje młodsze Dziecko poszło studiować. Najsampierw było ciężko przerażone kosztami czesnego, ponieważ dochody rodziny były wówczas o włos wyższe niż wymagane dla ubiegania się o stypendium państwowe. Wydział finansowy uczelni (financial aid dept) zakomunikował nam, że gdybysmy się z Żoną na przykład rozwiedli albo rozseparowali finansowo, to wtedy owszem Dziecko sie kwalifikuje na stuprocentową dotację. Ale tak, trzeba było się starać o pożyczkę rządową. (to była dygresja, bo nie o to chodzi).

    Miało ono, to Dziecko inklinacje na inżyniera i obserwując swojego ojca wiedziało, że ten zawód choć niełatwy, jest niesamowicie ciekawy. Ale na razie zadecydowało się na kursy przedmiotów obowiązkowych w specjalizacji „niezdecydowany”.

    Po półtora roku coś trzeba było przedsiębrać. Dziecko tym razem zlękło się matematyki (nie wiem czemu, bo w szkole średniej radziło sobie z tym przedmiotem doskonale).

    W skrócie powiedziawszy, skończyło specjalizację art of communication, po której można zostać mówcą, dziennikarzem albo politykiem. Ofert pracy na rynku w tym fachu zero. Zwłaszcza dla polityków.
    Wykorzystując nabyte wcześniej pokątnie zdolności w dziedzinie składania komputerów, podjęło pracę u dilera samochodów jako technolog. Praca polegała na wyjaśnianiu nabywcom aut, jak działa radio i inna elektronika i szybkich naprawach pochopnie dokonanych spieprzeń. Z uwagi na swoją otwartą osobowość (czego ojcu brak), szybko awansowało na kierownika dystrybucji części zamiennych. Ale i ta pozycja wielkiej przyszłości nie przewidywała.

    Toteż następna praca była u dilera w Detroit, a tam była renomowana szkoła nagrań, Detroit Recording Institute. Fundusze zarobione w pracy poszły na opłacenie dwuletniego kursu inżynerii dźwięku. Potem Dziecko wróciło do domu i przystąpiło do montowania własnego sdtudia. Popyt na takie usługi jest średni, ale trzeba umieć wejść w rynek. Chodzi o to, że co drugi murzynek uważa się za gwiazdę rapu i chce mieć nagraną płytę. Ale pieniędzy u nich niedostatek, bo wszysto idzie na smokn dope man i w ten sposób trzeba było biznes zwijać zanim zacznie przynoisić liczące się straty.

    Zatem Dziecko poszło do roboty w pobliskiej dużej pracowni renowacji starych samochodów i maszyn, bo i taką smykałkę w sobie niegdyś odkryło. Wieczorami w lokalnym kolegium pobierało nauki w zakresie technologii elektrycznej i elektronicznej. Ponieważ szybko przyswoiło sobie rysunek techniczny, po szkole znalazło pracę, jednak jako projektant w firmie, której właścicielem był Hindus, a ten okazało sie potem, nie lubił młodych i ambitnych, co jest zjawiskiem częstym.

    Z dwuletnim doświadczeniem Dziecko szybko znalazło następną robotę, już płatną możliwie i po wszystkich perypetiach, pracuje w dużej firmie jako inżynier aż po dziś dzień.

    Powyższe piszę nie po to, aby się pochwalić młodszym Dzieckiem (toi też), ale dla zobrazowania następującej refleksji:

    Gdyby Dziecko słuchało rady ojca na samym początku i przemęczyło się z tą matematyką przez dwa semestry, zaoszczędziłoby dużo czasu, pieniędzy i nerwów, a ciekawą robotę miałoby pięć lat wcześniej.
    Dlatego wychowanie dzieci ma tak wielkie znaczenie w przygotowaniu do zawodowego życia.

  31. bardzo said

    Bardzo kończy cykl uzewnętrznień się na łamach Gajówki w temacie edukacji, albowiem czekają go powinności domowe. Wymieniał mianowicie podłogę i wreszcie trzeba posprzątac po remoncie.

    Pozdrawia Gremium.

  32. Marucha said

    Re 27:
    Uważam, że szanse na naukę ułamków lub temu podobnych. może dać szkoła podstawowa albo jakieś kursy. Nie musi to być od razu jakiś „uniwersytet”.
    W Szwecji jest sporo różnych organizacji, które urządzają kursy z różnych przedmiotów na najróżniejszych poziomach, ale nikt ich nie nazywa „uiwersytetami”.

    No, ale co ja będę pouczał kraj, który dal światu takich geniuszy intelektu, jak Jen Psaki…

  33. NICK said

    Milczę ile trzeba będzie, Gospodarzu.
    Sam Pan ich poucz.
    Tak trzeba.

  34. Boydar said

    Zbytek łaski Jaśnie Panie 🙂

  35. NICK said

    Pozdrówmy egzekutywę?
    Czytaj Gremium?

  36. Zbigniew Kozioł said

    Jen Psaki…

    Ja trochę po stronie Maruchy.

    Żydzi miewają powiedzenia, że hej. Np. taki Feynman, dwukrotny noblista: „szkoła jest dla tych, którzy i tak niczego się nie naucza”.

    Sam zastanawiam się. Moje życie i obycie było nieco niestandardowe:

    UW (gdzie nawet niektórzy chcieli mnie zatrudnić od razu po studiach, ale nie zatrudnili). Potem Amsterdam, ale tam mnie nie trzeba było się uczyć ani zajmować studentami. Potem postdoc w Halifax w Kanadzie. W istocie tylko otarłem się o system nauczania. Następnie po latach Rosja, gdzie na uniwerku w zasadzie owszem, miałem do czynienia z uczeniem, ale mało.

    A potem ogromna przyjemność w Polsce, coś przepięknego. Mało kto wie, ile może być frajdy, satysfakcji, dobra prawdziwego w uczeniu młodych ludzi.

    Myśle więc sobie i zastanawiam się.

    Prestiż uczelni. W czym właściwie rzecz?

    Myślę sobie, z perspektywy czasu i porównań, że to jednak jest coś bardzo ważnego.

    To nie o to chodzi, że tam są profesorowie na wysokim poziomie, którzy jakimś magicznym sposobem potrafią studentów „nauczyć”.

    Student wcale nie jest po to, aby jego „nauczyć”! Koniec. Kropka.
    Student jest po to, aby jemu pokazać drogę do uczenia się samemu! Zachęcić. Pokazać przykład.

    Studiowanie nie polega wcale na spędzaniu nocy nad książkami. Polega na obcowaniu w środowisku ludzi na odpowiednim poziomie, w atmosferze intelektualnego rozwoju. W tym także między rówieśnikami, którzy chcą tego samego.

    Z najlepszych uczelni wychodzą ludzie, którzy potem pamiętają się nawzajem na całe życie i tworzą to życie publiczne. Dotąd pamiętam.. hm.. co tu pamiętać.. Krzysztof Meissner. Przemek Kłosowski (Miet chyba zna).

    Uczenie się ułamków w szkole wyższej? Hmm…

    „Kryzys, a nie spisek?”

    A może i kryzys, i spisek?

    zb.

  37. Miet said

    Już miałem się nie wypowiadać ale jeszcze mnie zaświerzbiło.
    Panie Wacławie tutaj też jest wiele miejsc i organizacji, gdzie można nauczyć się ułamków, gdy ktoś ma taką potrzebę.
    Typowym jest tzw. „Continuing Education”, która proponuje mnóstwo ciekawych kursów dla luda w każdym wieku a szczególnie już starszych i na emeryturze.
    Co do tak szacownej nazwy jak uniwersytety, to pamięta Pan co numer jeden pisarz w ZSRR, Gorki nazywał uniwersytetami?😀

  38. Boydar said

    A co ma Feynman wspólnego z dzisiejszym poziomem nauczania ? Obraża Go Pan Zbigniew, podając jako przykład, czegokolwiek w tym kontekście.

    Może ktoś przytoczyć argument, że przecież Stany Zjednoczone to potęga, techniczna i wynikająco naukowa. Chu’ja prawda ! Postęp technologiczny i naukowy zawdzięczają wąskiej grupie jednostek wybitnych, wyłowionych przez head hunterów i umieszczonych w enklawach typu MIT czy Krzemowa Dolina. W dodatku spora liczba jest ciapata. Co nawiązuje do (26) – wiedzę zdobyli sami, uczelnia tylko im tego nie zabroniła a potem certyfikowała.

    W każdym razie te enklawy żadnego osiągnięcia nie stanowią, jeśli reprezentują ułamek promila liczby ludności. Reszta to muły potrafiące wykonywać proste czynności, typu naciśnij guzik ten a ten jeśli, albo – przesuń dźwignię w przypadku.

    Podawanie przykładów jakie to u nich są asiory, co na wielu filmach i filmikach próbują winseminować, to tylko MIT, jakich wiele w Ameryce.

    Statystycznie yankesy są debilami, jak większość żydów i protestantów. Na techniczny poziom wywindowali ich potomkowie niemieckich emigrantów oraz pewna część innych nacji europejskich i azjatyckich.

  39. NICK said

    Studiowanie nie polega wcale na spędzaniu nocy nad książkami. Polega na obcowaniu w środowisku ludzi na odpowiednim poziomie, w atmosferze intelektualnego rozwoju. W tym także między rówieśnikami, którzy chcą tego samego.
    Studiowanie nie polega… .
    I tak i nie?

    Nie.
    Dobre książki nie spędzają nocy złej.
    Noc jest zła. Założenie takie?

    Bywa.

    No i co?

  40. Zbigniew Kozioł said

    Boydar:

    W dodatku spora liczba jest ciapata.

    W Kanadzie pracowałem z bardzo różnymi ludźmi. Także z Iranu, z Arabii Saudyjskiej, z Kuby, z Chin, z Korei. Z Hindusami. Więcej – mogę powiedzieć śmiało, że istniała między nami więź przyjazna.

    Istniała dlatego, że ja traktowałem ich z zainteresowaniem i z szacunkiem.

    Powiadam Panu, Boydar, że nie tylko oni czasem byli rodzajami geniuszy w tym co robią, ale oni też i mnie szanowali, człowieka z całkiem innej kultury i funkcjonującego o inne zasady moralne/etyczne.

    Miałem wspaniałego szefa grupy z Iranu – wiele nauczyłem się od niego z programowania. Potem, po paru latach gdy już nie pracowałem w tamtej firmie – on dzwoni do mnie z propozycją pracy.

    Byłem w firmie gdzie szefem był Hindus, dr matematyki, człowiek całkiem nie młody. Wymagał, by zwracać się do niego per „Mr. XYZ”. Jego syn zaś miał dr z fizyki. Mogłem z niemi rozmawiać otwarcie. Czasem sytuacje na zgrzyt zupełny. Ale oni mnie rozumieli. Mimo, że stawiałem sprawy na ostrzu noża – oni byli wyrozumiali. Szef był dla mnie jak ojciec.

    Kanadyjczycy (biali) raczej podobni nie byli. Raczej zupełnie inaczej. Zepsuci myślowo, bez moralnych zasad. I owszem, rasistowscy i nietolerancyjni, także w stosunku od białych imigrantów. Po prostu głupi.

Sorry, the comment form is closed at this time.