Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Po stu latach – te same błędy

Posted by Marucha w dniu 2021-03-17 (Środa)

17 marca przypada setna rocznica uchwalenia pierwszej po rozbiorach konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, czyli tak zwanej „konstytucji marcowej”. Mimo wojny z bolszewikami, prace nad nią trwały prawie od początku, to znaczy – od notyfikacji aliantom i innym państwom niepodległości Polski, co Józef Piłsudski, jako Wódz Naczelny, uczynił 16 listopada.

W tej depeszy znajdowała się informacja o ustroju politycznym państwa – że mianowicie „państwo polskie powstaje z woli całego narodu i opiera się na podstawach demokratycznych”.

Oznaczało to, że Polska przyjmuje ustrój republikański, w którym suwerenem jest „naród”, a reprezentacja narodowa będzie wyłaniana metodą demokratyczną, to znaczy – w drodze głosowania. I prace nad nową konstytucją prowadzone były w tych ramach, co przesądziło o charakterze przyjętych później rozwiązań.

Zgłaszane były różne pomysły, ale nie wszystkie zostały przez Sejm Ustawodawczy przyjęte. Na przykład nie został przyjęty postulat koła posłów żydowskich, aby zwarte skupiska obywateli narodowości żydowskiej miały status eksterytorialny. Konstytucja stanęła na gruncie unitarnego charakteru państwa i paradoksalnie – dopiero Niemcy w okresie okupacji podczas II wojny światowej ten postulat w Generalnej Guberni zrealizowali – ale oczywiście po swojemu.

W ustroju monarchicznym suwerenem jest monarcha, który sam decyduje, w jaki sposób będzie państwem rządził, więc nie ma potrzeby wyłaniania żadnego przedstawicielstwa. Jeśli monarcha będzie chciał, to jakąś „Radę” sobie powoła, a jeśli nie – to nie.

W ustroju republikańskim wyłanianie przedstawicielstwa suwerena, jakim jest „naród” staje się jedną z najważniejszych spraw. „Naród” bowiem nie zbiera się jednocześnie w jednym miejscu, a nawet gdyby jakimś cudem się zebrał, to przecież nie przemawia jednym głosem; jedni chcą tego, inni – tamtego – jak na przykład w tej chwili. Czyją wolę uznać za wolę „narodu” – że oto „suweren” przemówił?

Deklaracja Józefa Piłsudskiego, głosząca, że państwo jest oparte „na podstawach demokratycznych” przesądzała, iż przedstawicielstwo narodowe będzie wyłaniane w drodze głosowania. Nie jest to bynajmniej jedyny sposób. Równie dobrze można by powoływać przedstawicielstwo narodowe przez losowanie i kiedy przyglądamy się funkcjonowaniu Sejmu i Senatu, a zwłaszcza – poziomowi parlamentarzystów – to wyłanianie przedstawicielstwa narodowego przez losowanie wcale nie wydaje się takie głupie. Gorzej na pewno by nie było.

W przypadku losowania mamy bowiem 50 procent szans, że do Sejmu i Senatu dostaną się ludzie na poziomie, podczas gdy stopień tej pewności przy głosowaniu jest – jak się okazuje – zdecydowanie mniejszy.

Ale jest jeszcze inny sposób wyłaniania przedstawicielstwa narodowego, mianowicie kooptacja. Istnieje w Europie państwo, bardzo zresztą w świecie szanowane, gdzie rekrutowanie aparatu władzy dokonuje się drogą kooptacji. Chodzi oczywiście o Stolicę Apostolską, gdzie papież osobiście mianuje każdego kardynała i biskupa, a biskup osobiście mianuje każdego księdza, dokooptowując go w ten sposób do stanu duchownego, który od wieków rządzi – obecnie ponad miliardem katolików – i nic złego się nie dzieje.

Teraz co prawda podnoszą się w Kościele głosy niezadowolenia – ale jego przyczyną z pewnością nie jest system kooptacji, bo ten istniał właściwie od samego początku. „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” – powiedział Jezus do apostołów, pokazując, że to On jest w Kościele Suwerenem, podczas gdy papież – tylko Jego namiestnikiem.

Ale w czasie prac nad „konstytucją marcową” metoda demokratyczna w postaci powszechnego głosowania uchodziła dlaczegoś za szczytowe osiągnięcie Ludzkości, podczas gdy nietrudno wskazać na prozaiczne źródło takiego przekonania. Zrodziło się ono z powszechnego obowiązku służby wojskowej; skoro każdy musi ryzykować życie z powodu takiej czy innej polityki państwa, to każdy powinien mieć wpływ na jej kształtowanie. Dlatego właśnie kobiety uzyskały prawa wyborcze tak późno.

Czy jednak powszechny obowiązek służby wojskowej jest aby rozwiązaniem bezdyskusyjnym? Wydaje się, że nie, a skoro tak, to i zasadność metody demokratycznej wcale nie jest taka oczywista. Ale każda epoka ma swoje gusła, a nasza ma akurat fioła na punkcie demokracji.

W ramach tego ogólnego fioła, jest oczywiście fioł szczególny, w postaci tak zwanego „pięcioprzymiotnikowego” prawa wyborczego. Musi ono być powszechne, to znaczy, że w zasadzie każdemu przysługuje prawo wybierania i bycia wybieranym. Musi ono być równe, to znaczy, że każdemu przysługuje jeden głos i że siła każdego głosu jest taka sama. Nie zawsze tak było i na przykład w Cesarstwie Austriackim funkcjonował tzw. system kurialny, polegający na tym, że wprawdzie każdy miał prawo głosu, ale siła tych głosów nie była jednakowa. Na przykład siła głosu wyborcy z pierwszej kurii wielkiej własności, była zdecydowanie silniejsza od siły głosu wyborcy z kurii piątej – kurii powszechnego głosowania.

Dalej głosowanie musi być bezpośrednie, to znaczy, że każdy głosuje osobiście. Ale wybory prezydenckie w Ameryce są pośrednie, bo prezydenta wybierają tzw. elektorzy, którzy tylko siłą tradycji oddają głos na kandydata, który w ich stanie wygrał.

Wybory muszą też być tajne, co wzbudza rozmaite wątpliwości, bo jeśli już ktoś chce wpływać na politykę państwa, to niechże się nie wstydzi swoich politycznych preferencji. I wreszcie – musi być proporcjonalne, to znaczy – rozdział mandatów w okręgach wyborczych następuje proporcjonalnie do liczby głosów uzyskanych przez faworytów poszczególnych politycznych gangów.

Ma to rozmaite, przeważnie negatywne konsekwencje. Po pierwsze – okręgi wyborcze muszą być wielomandatowe, bo jednego mandatu nie da się proporcjonalnie podzielić. Po drugie – od razu powstaje problem, w jaki sposób przeliczać głosy na mandaty. Na przykład u nas obowiązuje system d’Hondta, od nazwiska belgijskiego matematyka, który go wynalazł. Polega on na tym, że liczbę głosów oddanych na poszczególne listy w okręgu dzielimy przez następujące po sobie kolejno liczby całkowite dotąd, aż suma uzyskanych w ten sposób ilorazów będzie pokrywała się w liczbą mandatów w okręgu.

Trochę to skomplikowane, ale efekt zastosowania systemu d’Hondta jest taki, że silne ugrupowania biorą wszystko, kosztem ugrupowań słabych, co jest podobne do ewangelicznej wskazówki, że temu, co ma, będzie dodane, a temu, co nie ma, odbiorą i to, co ma.

Jest to naturalnie odejście od „czystej” zasady proporcjonalności, podyktowane pragnieniem uniknięcia parlamentu nadmiernie rozdrobnionego, który nie tylko jest znacznie mniej przewidywalny od na przykład – dwupartyjnego – ale w dodatku trudniej jest wtedy stworzyć stabilną podstawę polityczną dla rządu – co jest konieczne w systemie parlamentarno-gabinetowym, jaki u nas mamy. Toteż w obowiązującej ordynacji wyborczej są zastosowane wynalazki, które co najmniej wypaczają zasadę proporcjonalności w postaci tzw. „klauzuli zaporowej” i właśnie – systemu d’Hondta.

Konstytucja marcowa zatwierdziła zasadę proporcjonalności, co zapoczątkowało tak zwaną „sejmokrację” z rozpanoszonymi posłami, którzy spychali kraj ku anarchii. Rząd nie panował nad sytuacją, bo samo jego istnienie zależne było od humoru posłów, więc zasadą rządzenia musiała w tych warunkach stać się korupcja – co zresztą mamy i teraz. Nie mógł nad tym zapanować też prezydent, bo twórcy konstytucji obawiali się, że po ten urząd sięgnie Piłsudski, więc na wszelki wypadek pozbawili prezydenta wszelkiej realnej władzy.

Tego stanu rzeczy nie można było przeciągać w nieskończoność, toteż w maju 1926 roku nastąpił przewrót wojskowy, w efekcie którego Sejm został zmuszony do przyjęcia tzw. „noweli sierpniowej”, na podstawie której prezydent zyskał prawo rozwiązywania Sejmu oraz wydawania rozporządzeń z mocą ustawy.

Ciekawe, że konstytucja z 1997 roku poszła tropem konstytucji marcowej. Wprawdzie prezydent nie jest wybierany przez Zgromadzenie Narodowe – jak było wtedy – tylko w powszechnym głosowaniu, więc ma bardzo silną legitymację demokratyczną – ale władzy nie ma, bo ta przysługuje premierowi, który nie może nawet marzyć o tak silnej legitymacji demokratycznej, jaką ma prezydent.

Dlaczego tak się stało – tajemnica to wielka, więc musimy wybrać między możliwościami: albo „banda czworga” której przypisuje się autorstwo tej konstytucji, to znaczy – Aleksander Kwaśniewski, Tadeusz Mazowiecki, Ryszard Bugaj i Waldemar Pawlak, ze strachu przed ewentualnym powrotem Kukuńka, na wszelki wypadek pozbawili prezydenta władzy, czy też ktoś im takie rozwiązanie przyjąć nakazał, albo wreszcie – że byli durniami, co wprawdzie jest przypuszczeniem niegrzecznym, ale wykluczyć go przecież nie można.

Ciekaw jestem, czy w tej sytuacji czeka nas jakiś przewrót. Obawiam się, że na to liczyć nie można, bo nasza niezwyciężona armia nigdy by się na coś takiego nie odważyła.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl/

Komentarze 2 do “Po stu latach – te same błędy”

  1. Yagiel said

    Ciekawe, że Felietonista tak mocno wiąże demokrację ze służbą wojskowa – średnia mądrości w armii jest wyższa?
    Trudno byłoby działać wojsku, w którym dowódca byłby wybierany demokratycznie: szeregowcy głosują na kaprala, kaprale na sierżanta… pułkownicy na generała,a generałowie na Wodza !
    Zachodzi więc możliwość, że Wódz pozwala na demokrację tam, gdzie pomniejsi igry lubią. Np. wybiorą sobie Prezydenta, kt. decyduje o tym, gdzie pojedzie na narty; chociaż i to nie jest pewne.
    Jeżdżenie na nartach jest ważnym obowiązkiem Prezydenta, wszelako czy najważniejszym?

    Krótko mówiąc: demokracja jest dla głuptasów państwowych, gdy nad-państwowy Zarząd jest – jak w Watykanie – kooptacyjny: nad-Żydzi dobierają sobie manekiny mentalne… I temu zrównaniu „demokracji” z Watykanem przyklasnę: w Polsce ważniejszy premier czy ojciec Rydzyk? ojciec Rydzyk czy carek Jarek? Odpo na to pyt jest tak samo bez sensu, jak odpo na pyt: kto wygra wybory? Wszystko jedno. Podobnie jak wg której Konstytucji. Szkoda słów.

    Sparafrazuję samego Felietonistę: gdyby Konstytucja miała jakieś znaczenie, byłaby zakazana. A tak dziecioki w piaskownicy mają się czym pobawić: potargają ją, zaślinią – Weteranka tym dumniej stanie na półce. Lub legnie w gablocie. Na 100 lat – jako Śpiąca Królewna – czy na dłużej… Nie wygląda na to, by Felietonista śpieszył się ją pocałować-zbudzić. Słusznie.
    (może być szczerbata, niejasna w wymowie, a nieświeża w dechu… żeby nie Strzyga!)

  2. gnago said

    Już Kilkanaście stulecia temu pewien mieszkaniec beczki pytał kogo łatwiej znaleźć jednego mądrego czy kilkuset mądrych.
    A mniej znany kpiarz Hodża Nasredin oznajmił Sułtanowi na zebraniu jego dywanu. Nie widzę tu twarzy nacechowanych mądrością.
    Oba te powiedzenia dotyczą polskiego i innych rządów. Sejmów i rozmaitych parlamentów nie wykluczam

Sorry, the comment form is closed at this time.