Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    osoba prywatna o O paranoi giedroyciowych i bar…
    Boydar o Transmutacja biologiczna – ską…
    JackTheCrasher o Wolne tematy (08 – …
    bryś o UE chce „położyć łapę” na lasa…
    brys o UE chce „położyć łapę” na lasa…
    Czytelnik z Północy o „Hiszpańscy” nurkowie na…
    Krystian Szeliga o O paranoi giedroyciowych i bar…
    Anucha o Ukraina na skraju przepaści! M…
    Anucha o „Hiszpańscy” nurkowie na…
    Sudbina Srba o Wolne tematy (08 – …
    Anucha o UE chce „położyć łapę” na lasa…
    Kojak o UE chce „położyć łapę” na lasa…
    antoni o O paranoi giedroyciowych i bar…
    gnago o Transmutacja biologiczna – ską…
    4Kartofle o Transmutacja biologiczna – ską…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

Sadomasochizm polskiej polityki historycznej

Posted by Marucha w dniu 2021-06-02 (Środa)

„Brzozy płaczące nigdy owoców nie niosą, nie można z nich nawet wyciąć kija, aby wypędzić psy ze świątyni”.
Joseph de Maistre

Ostatnio zobaczyłem układankę w postaci mapy świata, którą moje dzieci pracowicie kompletowały. Niektóre państwa dodatkowo oznaczano ilustracjami, które miały symbolizować dany kraj, jego cywilizacyjne osiągnięcia, sławnych ludzi etc.

Na miejscu Polski znajdowała się… fotografia Ignacego Łukasiewicza. To mnie zaskoczyło, rzeczywiście trafne. Naukowiec, który wymyślił i wdrożył metodę destylacji ropy naftowej. To zmieniło świat! I zrobił to Polak! Świetnie – myślę sobie.

Jednak tuż obok Ukraina, Białoruś i zaraz zaczyna się Rosja, a tam zaznaczono… Katyń i dodano mały rysunek pokazujący siepaczy z NKWD zabijających polskiego oficera! To jakiś obłęd! Ta układanka dla dzieci, nie muszę pewnie tego podkreślać, była produktem polskim!

Kilka lat temu, sam nie wiem skąd, trafił do moich rąk ilustrowany „Kalendarz polski”. Z uśmiechem politowania przeglądałem karty tego ściennego kalendarza zrobionego w tonacji hurapatriotycznej popeliny, dopóki nie doszedłem do lipca, który zilustrowany był fotografią upamiętniającą zbrodnię wołyńską, dzieci przywieszonych do wisielca matki. Wyglądało to tak strasznie, że natychmiast wyrwałem tę kartkę kalendarza, porwałem ją i wyrzuciłem do kosza.

Takiego lipca w moim domu nie będzie! Nie neguję potrzeby wnikliwego badania i upamiętniania tych wydarzeń, które śmiało można uznać za jedno z najbardziej tragicznych w dwudziestowiecznej historii Europy, wszelako obfitującej w tego typu traumatyczne zdarzenia. Cóż, że działy się tam rzeczy tak straszne, że trudno to sobie dziś wyobrazić, ale czy warto tym tak bezmyślnie epatować? Tego typu fotografie nie powinny wychodzić poza ramy specjalistycznych książek historycznych!

Martyrologiczny obłęd jest jednak bardzo mocno zakorzeniony w polskim społeczeństwie i może być powodem ogólnej niechęci, jaką żywioł polski w swej przytłaczającej większości darzy dziedzictwo historyczne, które – nie bez powodu – łączy z przygnębiającą traumą. Ten swoisty historyczny sadomasochizm jest niestety stałą tendencją polskiej polityki historycznej co najmniej od trzydziestu lat. Co więcej, nawet te rocznice i wydarzenia historyczne, które nie są związane z klęską i traumą, są świętowane i upamiętniane w sposób nieodbiegający od tych bardziej dramatycznych epizodów polskiej historii.

Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych jest celebrowany 1 marca od ponad dziesięciu lat. To jedyny przypadek współczesnego święta państwowego, które powstało z rzeczywiście oddolnej inspiracji. Kształt mu nadały setki lokalnych inicjatyw społecznych, powstających z odruchu buntu przeciwko ówczesnemu politycznemu mainstreamowi. Głównym paliwem tego święta był specyficznie pojmowany patriotyzm małomiasteczkowego prekariatu, który jakieś piętnaście lat temu dosyć nonszalancko połączył beznadzieję swojego egzystowania w kraju bandyckiego turbo-kapitalizmu i dyktatury liberalnej demokracji z beznadzieją podziemia niepodległościowego po 1944 r.

Wszystko wygląda z pozoru wspaniale, ale znów jest to celebracja „przegranych za słuszną sprawę” „moralnych zwycięzców”, którzy zgnieceni beznamiętnym walcem historii, zostali umieszczeni w śmietniku historii (w przenośni i dosłownie – patrz pochówki na tzw. Łączce!) i mało brakowało, aby zniknęli ze zbiorowej pamięci na zawsze.

Z drugiej strony, czy Żołnierze Wyklęci mogą być dalej patronami odbudowy podmiotowej państwowości? Czy ich opór, który w dużej mierze był rodzajem dramatycznego gestu, odruchu serca lub bezwzględnej konieczności samoobrony swojego istnienia może być spoiwem dla współczesnego żywiołu polskiego? Dla żywiołu, który potrzebuje przede wszystkim lepszej społecznej organizacji i poczucia wspólnoty działania w imię polepszenia warunków egzystencji w świecie, narzuconej nam przez „obcą przemoc” bezwzględnej kapitalistycznej walki na śmierć i życie.

Żywioł polski potrzebuje teraz autentycznych postaci na miarę fikcyjnych Stanisławów Wokulskich i Karolów Borowieckich, którzy w realnym życiu, jak na kartach prozy Prusa i Reymonta, pokażą się jako zwycięzcy w walce cywilnej doby obecnego turbo-kapitalizmu.

W porównaniu do współczesnej polityki historycznej nawet siermiężna propaganda historycznego sukcesu promowana w PRL-u, o ile nie dotyczyła tematów stricte ideologicznych, związanych z historią komunistycznej rewolucji à la manière polonaise, była o wiele bardziej skuteczna. Budowała poczucie pewnego zadowolenia pokazując zwycięstwo nad „odwiecznym wrogiem” oraz odzyskanie „piastowskich” ziem na zachodzie. W tym przypadku nie była oryginalna, albowiem oba wspomniane tematy komuniści celowo skopiowali z żelaznego repertuaru postulatów przedwojennego ruchu narodowego.

W tej perspektywie nieistotne było to, że ten „triumf nad niemieckim faszyzmem” wywalczyła sowiecka Armia Czerwona, a polskie wojsko było jej mało znaczącym dodatkiem. Były to realne zmiany i konkretne dziejowe posunięcia, które ugruntowały przyszłość milionów Polaków na niemalże 50 lat i one procentują do dziś. Warto również podkreślić, że propaganda oraz polityka historyczna PRL-u była robiona z wielkim rozmachem i wykorzystywała wszystkie ówcześnie dostępne środki, od wysoce tendencyjnych badań historycznych, poprzez sztukę różnego poziomu, aż po raczkującą ówcześnie pop-kulturę.

Nawet tak specyficzne wydarzenie, jakim był Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, emanował wprost treściami propagandy historycznej, którą niejako „podprogowo” przyjmowały szerokie rzesze społeczeństwa. Można się zżymać na formę prezentowanej tam sztuki estradowej i ogólnej „przaśności” tego wydarzenia, ale nie powinno się deprecjonować ogromnego wpływu i pozytywnej propagandy, jaką otoczono armię, która – pomimo nachalnego upolitycznienia – była niewątpliwą chlubą socjalistycznego społeczeństwa.

Z wielkim zadowoleniem oglądałem niegdyś piramidalnie kiczowaty rosyjski film „Rok 1612” (reż. Władimir Chotinienko, 2007), który dotyczył dramatycznych wydarzeń związanych z końcem rosyjskiej „wielkiej smuty” i okupacją Kremla przez polskie wojsko. Polacy zostali tam po raz pierwszy – przynajmniej w moich oczach – pokazani jako „ci źli”, jako budzący grozę okupanci. I nie przeszkadzało mi to, że film ów jest beznadziejnie nakręconą bajką z mnóstwem bzdurnych symboli (mocno new-agowych!), pełną historycznych nieścisłości i iście „putinowskiej” propagandy.
[Nie wiem, co to jest putinowska propaganda, nawet w cudzysłowie. Może chodzi o żydoeuropejską propagandę? – admin]

Podobało mi się to, że Polacy wreszcie byli tymi, którzy bezwzględnie wykorzystują słabość ówczesnej Rusi i stanowią element śmiertelnego zagrożenia, że są dokładnie w tym miejscu, na którym my zawsze w naszej zbiorowej podświadomości lokujemy Niemców. Ta dziś bardzo niezrozumiała z punktu widzenia „przeciętnego Polaka” rosyjska fobia ma swoje bardzo konkretne uzasadnienie. Ów rok 1612 był momentem przełomowym w rosyjskiej historii, był momentem przesilenia, który doprowadził do zwycięstwa umacniającego imperialną potęgę Rusi. Z tej przyczyny dzień oswobodzenia moskiewskiego Kremla jest obchodzonym 4 listopada putinowskim świętem państwowym, które zgrabnie wypełniło lukę po niemodnych od jakiegoś czasu obchodach rewolucji październikowej (7 listopada).

Rzymianie nigdy nie przedstawiali klęski swoich żołnierzy. Widać to w sztuce triumfalnej okresu cesarstwa, gdzie rzymski legionista lub jeździec zawsze bezlitośnie tratuje wszelkiej maści barbarzyńców, a im są bardziej upodleni, tym chwała niezwyciężonego Rzymu wydaje się większa. Takie są żelazne reguły sztuki propagandy i zasadniczo nie zmieniły się po dziś dzień. Amerykanie, którzy pełnią lub do niedawna pełnili rolę współczesnych Rzymian, rozumieli bardzo dobrze te odwieczne schematy. Wystarczy spojrzeć na arcydzieła amerykańskiej propagandy, zwłaszcza te, które dotyczą II wojny światowej (np. „Szeregowiec Ryan”, reż. Steven Spielberg, 1998), które sugestywnie pokazują, że choć ofiara krwi była duża, to jednak zwyciężyliśmy!

To nic, że sztuka ta jest bardzo schematyczna (od lat scenariusze filmowe są komponowane według ściśle określonych reguł), a produkcje wybijają się jedynie za pomocą coraz bardziej oszałamiających zabiegów formalnych i efektów specjalnych. W czasach Pax Americana główny przekaz jest jasny i prosty – zawsze zwyciężamy, bo reprezentujemy „odwieczne pragnienie wolności”, „siły dobra” lub „jasną stronę mocy”.

Wystarczy prześledzić sztandarowe produkcje filmowe dotyczące współczesnej historii produkowane w Stanach Zjednoczonych co najmniej od lat 80-tych ubiegłego wieku, by przekonać się, że główny przekaz nie zmienia się, lecz przekształca w rodzaj kulturowego archetypu, który przynajmniej do niedawna był ochoczo przyjmowany przez wszystkie narody i państwa aspirujące do cywilizacji świata atlantyckiego.

Palącym problemem naszej polityki historycznej jest obiektywnie szczupły zasób pozytywnych przykładów z historii współczesnej. Trudno bowiem odnosić się do czasów zamierzchłych, jakimi dla człowieka XXI wieku są czasy średniowiecznego Królestwa Polskiego czy też okres I Rzeczpospolitej, i to ograniczony do jej początkowych etapów (tj. mniej więcej do pierwszej połowy XVII wieku).

Poza wydarzeniami i postaciami związanymi ze „zmartwychwstaniem Polski” w latach 1918-1921, bardzo trudno wskazać pozytywnych bohaterów z biografiami przedstawiającymi ludzi spełnionych, którzy wraz z sukcesem Polski osiągnęli swój prywatny sukces. Dodatkową trudnością jest również sytuacja, gdzie społeczeństwo, lub raczej bardziej świadoma jego część (celowo unikam słowa elita, które w tym wypadku byłoby fałszywym uogólnieniem), która rozumiała i twórczo rozwijała niektóre z osiągnięć tamtych odległych epok, została doszczętnie zniszczona przez wydarzenia II Wojny Światowej.

Jesteśmy obecnie niemal całkowicie chłopskim społeczeństwem i trzeba mieć to na uwadze, kiedy formułuje się przekaz odnoszący się do dziedzictwa historycznego. To moment owej opisywanej przez Andrzeja Ledera „prześnionej rewolucji”, która odbyła się w latach 1939-1989 (Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014).

We wspomnianym procesie historycznym, którego podmiotami byli naziści i komuniści, całkowicie zniknęły dwie warstwy społeczne nadające ton całej historii od XVI w. – polska szlachta i żydowskie mieszczaństwo. Podmiotem tego procesu był polski lud, który chociaż mając bardzo ograniczony wpływ na jego przebieg, został przez ten okres przetworzony w nowe społeczeństwo.

Leder swój esej prezentuje w sposób bardzo bełkotliwy i obciążony typowymi dla neomarksistów sztampowymi odniesieniami do modnych w tym środowisku rytualnych zaklęć w postaci odwołań do piśmiennictwa Jacques’a Lacana, Alaina Badiou czy Slavoja Žižka. Pomimo tych mankamentów, wspomniana praca zawiera (zwłaszcza w ostatnim rozdziale!) wiele bardzo gorzkich, ale do bólu prawdziwych spostrzeżeń dotyczących współczesnych problemów społecznych, których nie należy bagatelizować. Czy tego chcemy, czy nie, okres traumatycznych wydarzeń z lat 1939-1989 ukształtował nasz dziwaczny patriotyzm, który jest perwersyjnym połączeniem dumy do polskości „wyobrażonej”, czyli takiej, jaką znamy dzięki wpajanej nam – przynajmniej do niedawna – w szkole i w domu XIX-wiecznej romantycznej tradycji i uprzedzenia do polskości „realnej”, jaką odziedziczyliśmy w spadku po instytucjonalnej polityce PRL-u.

Czy startujemy zatem od zera? Pewne podwaliny pod gmach polityki historycznej, pomimo całej ideologicznie odrzuconej już otoczki, zawdzięczamy mimo wszystko okresowi PRL-u. Osobną sprawę, wymagającą szczególnego podejścia, stanowi odnoszenie się do tzw. „dziedzictwa Solidarności”, które na szczęście jest nadal zbyt świeżym i jednocześnie zbyt kontrowersyjnym tematem, aby wokół niego gromadzić większość społeczeństwa.

W tym przypadku jednak – obiektywnie patrząc – także nie dysponujemy pozytywnym przesłaniem, albowiem ów niemal mityczny 10-milionowy ruch społeczny w rzeczywistości przegrał z kretesem cywilną walkę, jaką wytoczył elitom dogasającego PRL-u. Domorośli „bohaterowie” demokratycznej opozycji szybko pozbyli się złudzeń co do swojej dziejowej misji i na fali przemian zapoczątkowanych w 1989 roku całkowicie oddali się bezkrytycznej implementacji politycznego, społecznego i ekonomicznego liberalizmu, jaki dostaliśmy w pakiecie z upragnioną suwerennością.

Ile wody w Wiśle lub Odrze musi upłynąć, żeby przekonać żywioł polski, że pedagogika traumatycznej martyrologii nic dobrego nie przyniesie? Powinniśmy świętować tylko zwycięstwa, a na grobach przegranych ludzi i spraw, których jest już zbyt wiele w naszej historii, powinniśmy „ostrzyć miecze” do zemsty za te porażki.

Wbrew potocznej opinii cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie przede wszystkim niszczy i deprawuje. To, co wbijano nam do głowy na temat „moralnych zwycięstw”, wystarczy nam na lata. Pora na dobre przykłady, bo tylko one pociągają!

Przemysław Dulęba
Wychowany w Górach Świętokrzyskich, edukowany w Warszawie, obecnie pracuje naukowo na Uniwersytecie Wrocławskim; w wolnych chwilach publicysta.

https://nlad.pl/

Komentarzy 13 do “Sadomasochizm polskiej polityki historycznej”

  1. Sebastian said

    Pan nasz Jezus Chrystus cierpiał na krzyżu i ci obecni pod krzyżem , którzy Go miłowali również, czy to ich deprawowało ? Patrząc na obecny świat upadek moralności, cywilizacji jaką pamiętamy również cierpimy. Rozumiem poniekąd ukrywanie przed małymi dziećmi takich obrazów jak te związane z ludobójstwem polskich kresów i w ogóle, ale nie zgadzam się na chowanie tego wszystkiego, bo zapomnimy. Wg autora tego nie można pokazywać , ale już gołe dupy we wszelkiej maści reklamach, filmach , świecące z witryn sklepowych czy kiosków to w porządku co ? Zwycięstwa są ważne, owszem, ale najważniejsza w historii jest prawda i tylko prawda jak by ona nie była.

  2. UZA said

    „ten „triumf nad niemieckim faszyzmem” wywalczyła sowiecka Armia Czerwona, a polskie wojsko było jej mało znaczącym dodatkiem.”

    Ci polscy żołnierze, maszerujący na Berlin z Rosjanami, bynajmniej nie czuli się mało znaczącym dodatkiem do Armii Czerwonej i nigdy nie byli tak traktowani. Oni mieli realny udział w wyzwalaniu Polski. Owszem, zaczęli szlak bojowy w ZSRR, ale potem przyszli i walczyli tutaj – u siebie, na swoim . Mieli też chwilę tryumfu, kiedy umieszczali polską flagę na Kolumnie Zwycięstwa w Berlinie. W PRL to podkreślano i doceniano. Przyznaję, że władze kierowały się względami politycznymi, ale żyli też zwykli ludzie, pamiętający okupację i wielką radość z wypędzenia Niemców.

    Zachodnich „Aliantów” nie było stać nawet na symboliczny gest wobec polskich wiernych sojuszników. To ci, którzy zaufali Churchillom i Trumanom byli traktowani jak mało znaczący dodatek, jak kłopotliwy problem albo pionek do dowolnego przesuwania na globalnej szachownicy. Następcy wymienionych przywódców nadal tak samo postrzegają Polaków.

    Nie wiem, kto też w Warszawie edukował Pana Dulębę, sądzę jednak, że otrzymał On tendencyjny obraz przeszłości. Co się tyczy „pedagogiki traumatycznej martyrologii” , to, moim zdaniem, trzeba wiedzieć i pamiętać , ale po to, żeby wreszcie wyciągnąć wnioski i nie powielać starych błędów. Uciekanie od bolesnych kart naszej historii jest tchórzostwem i pewnego rodzaju zdradą pamięci ofiar. Gdyby każde polskie dziecko uczyło się o ukraińskim ludobójstwie na Wołyniu, to banderowcy tak by się tu dziś u nas nie panoszyli, a Kaczyński dobrze by się zastanowił zanim by chlapnął: „Herojam sława”, czy jak to tam szło.

  3. Isreal said

    „Nie neguję potrzeby wnikliwego badania i upamiętniania tych wydarzeń, które śmiało można uznać za jedno z najbardziej tragicznych w dwudziestowiecznej historii Europy, wszelako obfitującej w tego typu traumatyczne zdarzenia. Cóż, że działy się tam rzeczy tak straszne, że trudno to sobie dziś wyobrazić, ale czy warto tym tak bezmyślnie epatować? Tego typu fotografie nie powinny wychodzić poza ramy specjalistycznych książek historycznych!”

    dziękuję , że nie neguje autor potrzeby badania … ale po co w ogóle potrzebne jakieś wnikliwe badania? Po to, żeby przekonać p. Dulębe o Zbrodni Wołyńskiej? ………..

    nie zgadzam się z twierdzeniem o zepchnięciu obrazów Rzezi do kazamatów dla niektórych, te obrazy powinny być znane każdemu Polakowi! Oczywiście kalendarz nie jest dobrym nośnikiem tej wiedzy, ale nie archiwa dla specjalistów. Polacy w masie nie za bardzo widzą lub czują to co się wtedy działo. Obrazy pomagają zrozumieć niewyobrażalne zwyrodnialstwo sąsiadów i ból i przerażenie Ofiar.

  4. Weźmy choćby hymn

    „darzy dziedzictwo historyczne, które – nie bez powodu – łączy z przygnębiającą traumą”

    do tego „Jeszcze Polska nie zginęła …” i znowu ten trupi odór.

    Ciekawe jakie środowisko aktywne na niwie historycznej i w ogóle narodowej przyłożyło nam ten marsz pogrzebowy ? Ale tak to jest po trzech wiekach okupacji, okupacji trwającej do dziś:

    https://pppolsku.wordpress.com/2016/08/07/slowni/

    przypomnijmy początki:

    https://pppolsku.wordpress.com/2016/08/06/usmiech-sw-jana-pawla/#Efrai

  5. W said

    ” Sadomasochizm polskiej polityki historycznej ” –

    – polskiej czy w Polsce … subtelna ale znacząca różnica ( parę chwil wcześniej przeczytałem taki komentarz :

    ” 35stan
    3 czerwca 2021, 13:23

    @krinitz
    Tylko trochę się zmieniło, bo ostatni włodarze Warszawy potwierdzają żydowsko niemiecką hegemonię na warszawskim stolcu! ” )

  6. Na miejscu Polski znajdowała się… fotografia Ignacego Łukasiewicza. To mnie zaskoczyło, rzeczywiście trafne. Naukowiec, który wymyślił i wdrożył metodę destylacji ropy naftowej. To zmieniło świat! I zrobił to Polak! Świetnie

    I Łukasiewicz, przekazując tę technologię Rockefellerowi nie wziął za to ani grosza. Warto by wrócić do tematu… Jeden cent od baryłki wystarczyłby? A może to trochę mało? 🙂

  7. Wbrew potocznej opinii cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie przede wszystkim niszczy i deprawuje. To, co wbijano nam do głowy na temat „moralnych zwycięstw”, wystarczy nam na lata. Pora na dobre przykłady, bo tylko one pociągają!

    I tak i nie. Analiza na życzenie.

  8. Piskorz said

    re 6 Jeśli o tym mowa, to warto przeczytać Nowaka „Co Polska dała światu”, wyd. MaRoN. !!! Tam cała litania naszych Rodaków…!

  9. Jako osoba patrząca na sytuację z zewnątrz moja opinia będzie niezwykle subiektywna.. ale pozwolę sobie jednak nie zgodzić się z autorem artykułu. Uwielbiam polskie filmy historyczne od dzieciństwa. Tak, w większości poświęcone były wydarzeniom XVI i XVII wieku, kiedy Królestwo Polskie było jednym z wiodących państw na kontynencie. Ale główny bohater to zawsze polski wojownik, szlachcic, zawsze wygrywa, nawet kosztem jego śmierci.

    Nawet kilka filmów o Powstaniu Warszawskim stworzyło obraz umierającego, ale nie pokonanego polskiego żołnierza. W rosyjskiej masowej świadomości historycznej Polska i Polacy to „szlachcic”: dumny i arogancki, ale odważny i nieustraszony.

    Ostatnim polskim filmem jaki oglądałem był „Bitwa Warszawska. 1920”. To wielkoformatowe, kolorowe płótno historyczne, na tle którego działają polscy bohaterowie: księża, żołnierze, oficerowie, mężczyźni i kobiety. Nie nazwałbym tego „pieśnią cierpienia”.. To hymn do zwycięstwa!

    Nie wiem, jak nowoczesni polscy młodzi ludzie odnosi się do tego typu filmów.Myślę, że w masie jego, jest podniesiona w duchu kosmopolityzmu i postmodernizmu (jak i rosyjska młodzież). Ale dla mnie, jako zagraniczny widz, ten film wygląda jako heroiczna historia.

  10. lewarek.pl said

    9.
    O, jak miło, pan Igor Niefiedow znów się pojawił!
    Proszę pana, nowocześni polscy młodzi ludzie filmów takich jak „Bitwa Warszawska” nie chcą oglądać. Nie chcą nawet o nich słyszeć. Kina zawalone są produkcjami amerykańskimi i tylko te mają powodzenie. Czasem przez ekrany przemknie jakiś film zachodnioeuropejski. Wschodnioeuropejskie czy azjatyckie trafiają się jak rodzynki w świątecznym cieście. O rosyjskie nawet nie warto pytać – takich nie wyświetla się programowo. Nawet wybitne dzieła, takie jak „Wyspa” czy „Dziewiąta kompania” nie trafiają do kin. Ale kto ma szczęście i odbiera TVP Kultura może je zobaczyć w telewizji.
    Młodzież ma w nosie historię i śmieje się z heroizmu jej przodków.

  11. UZA said

    „…polski wojownik, szlachcic, zawsze wygrywa, nawet kosztem jego śmierci (…) Nie wiem, jak nowoczesni polscy młodzi ludzie odnosi się do tego typu filmów.Myślę, że w masie jego, jest podniesiona w duchu kosmopolityzmu i postmodernizmu (jak i rosyjska młodzież). Ale dla mnie, jako zagraniczny widz, ten film wygląda jako heroiczna historia.”

    Ten wpis Pana Niefiedowa dowodzi jak bardzo podobni do siebie są Słowianie. Myślenie w duchu „wygrywa kosztem śmierci” czy „gloria victis” wydaje mi się typowe właśnie dla Słowian, bo dla pragmatycznych ludów germańskich jest jakimś absurdalnym dziwactwem. Dla nich liczą się tylko zwycięzcy – żywi i obładowani łupami. A my zawsze umieliśmy pięknie przegrywać, pięknie tracić i pięknie ginąć – jedni za cara, drudzy za Polskę. Przetrwali ci, którzy woleli siedzieć cicho i nie ryzykować. Dziś stanowią większość. Stąd ten powszechny kosmopolityzm i postmodernizm (patriotyzm oraz tradycyjne wartości są kojarzone z przegrywaniem i umieraniem).

  12. Igor Niefiedow said

    Re 10 – Lewarek.Pl

    Cieszę się wrócić do tego przytulnego domu! Cieszę się, że widzę wielu moich dawnych znajomych! Niestety, ten rok okazał się niezwykle trudny: było dużo pracy i nie było wystarczająco dużo wolnego czasu na komunikację. Ale teraz studenci podchodzą do egzaminów i co oznacza, że ​​nauczyciel akademicki wkrótce będzie na wakacjach. 🙂

    „Młodzież ma w nosie historię i śmieje się z heroizmu jej przodków.” (с)
    Niestety, mogę to zaświadczyć w odniesieniu do młodzieży rosyjskiej. Oczywiście wśród moich uczniów są różni młodzi mężczyźni i kobiety, ale amerykańska kultura konsumpcji wykonuje swoją zgubną pracę i większość nie chce niczego poza łatwym, pięknym życiem, przystępnymi przyjemnościami i rozkoszami.

    A tutaj (w Rosji) nie jest jeszcze tak źle. Kiedyś znalazłem wyniki ciekawej ankiety w Internecie. Młodym mieszkańcom krajów europejskich zadano pytanie: „Czy jesteś gotowy walczyć o swój kraj?” Dla mnie, jako osoby wychowanej w duchu patriotyzmu i miłości do Ojczyzny, odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Wyniki sondażu pokazują jednak, że w umysłach młodszego pokolenia Europejczyków dzieje się coś nie tak (https://i.redd.it/jkrh2ve1j3o51.png)..

  13. Igor Niefiedow said

    Re 11 – UZA

    Całkowicie zgadzam się z Panem! Co więcej.. czytałem kiedyś ciekawy artykuł na polskim portalu, w którym autor (nie pamiętam jego nazwiska.. jakiś słynny filolog) porównywał obrazy wojskowe w literaturze polskiej i rosyjskiej. Jako przykład wziął Pan Pyadbipyatki z powieści Sienkiewicza „Ogniem i mieczem” i oficera Nai-Toursa z powieści Bułhakowa „Biała gwardia”. Autor odnajduje w obu postaciach wspólne wzorce zachowań i systemy wartości. Scena śmierci, zachowanie w momencie śmierci, ocena innych – wszystko jest identyczne..

    Nie wiem, na ile polski czytelnik jest zaznajomiony z rosyjską literaturą klasyczną, ale w wielu inteligentnych rosyjskich rodzinach na półkach z książkami można zobaczyć powieści Heinricha Senkevicha, Bolesława Prusa, Alfreda Shklyarskyego. W dzieciństwie moimi ulubionymi książkami były „Krzyżowiec”, „Ogień i miecz”, „Powódź”, „Pan Wołodyjewski”, „Przygody Tomka”. Bohaterów tych książek postrzegałem jako swoich, byli mi bardzo bliscy duchem..

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: